X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki Zanim wszystko się ułoży, jest pod górę.
Dodaj do ulubionych
1 2 3 4

2 kwietnia, 22:13

Na pamiątkę 🙂
🍀 29 dc: bhcg 246, prog 34,8/31 dc: bhcg 595, prog 38,5/35 dc: bhcg 2594
💉 Doszczepianie - ✔️
🍀 7+1: 1 cm człowieka, FHR 144; 8+1: 1,6 cm; 9+1: 2,38 cm
🌟Prenatalne 12+2: 5,70 cm FHR 168
🍀 14+2: 9,07 cm; 18+3: 254 g, FHR 146
🌟 Połówkowe 22+0: wszystko ok, dzidziuś 438 g
🍀 25+1: 771 g
🌟 USG III trymestru 29+0: 1148 g
🍀 31+0: 1422 g, 32+6: 1871 g, 35+1: 2663 g, 37+6: 2779 g, 38+6: 3116 g

2 kwietnia, 22:33

Właśnie zauważyłam, że nie dodałam opisu mojego porodu, a Czarek ma na liczniku już ponad 4 miesiące. 😱
No to cofnijmy się w czasie.
48b9f3d9354b77826d3796aef063886e.gif

7 maja, 21:02

Przed porodem dopadły mnie bardzo duże wątpliwości czy wybrałam dobry szpital... Zaczęły się pojawiać na grupie na Facebooku negatywne wspomnienia z porodu, znajomej dzidziuś urodził się niedotleniony miesiąc wcześniej (zmarł w zeszłym tygodniu 🥺)... To wszystko sprawiło, że zaczęłam panikować. Bałam się, że personel, który jest baaaardzo nastawiony na porodu SN, będzie długo odwlekał decyzję o CC, gdyby działo się coś niepokojącego albo poród się przedłużał. Położna środowiskowa przekonała mnie jednak, że na końcówce nie ma już co kombinować i zmieniać decyzji. Ostatecznie jestem bardzo zadowolona, że zdecydowałam się na szpital w Oleśnicy. Na ten moment zakładam, że gdyby dane mi było mieć kolejne dziecko, to również będę tam rodzić. 🙂

7 maja, 21:10

23.11.2021
40+6

Na izbie przyjęć pojawiłam się o 8:00 tak jak kazał lekarz i położna. Przed gabinetem czekały już 3 panie (z jedną z nich byłam później na sali, urodziła cudną Gabrysię, poród SN, ale kleszczowy). 🙂
Na izbie wszystko szło bardzo wolno. Do gabinetu weszłam jakoś po 11:30. 🙈 Było mi już mega zimno z nerwów i byłam piekielnie głodna. Pamiętam, że mąż bardzo nie chciał, żebym tam zostawała. Miał nadzieję, że skoro nic się nie dzieje to uda mi się przekonać ich, żebym jednak jeszcze wróciła do domu i poczekała na akcję. Lekarze oczywiście się nie zgodzili, a ja miałam też nosa, bo czułam już, że powinnam zostać w szpitalu.
Po czasie uświadomiliśmy sobie, że nawet się ze mną nie pożegnał. 😂 Chyba taki był pewny, że jeszcze do niego wrócę. 😏

Lekarze na izbie przyjęć zbadali mnie, przejrzeli dokumentację i zapoznali się z planem porodu. Miałam też zrobione ktg. Wszyscy byli mili, więc powoli ciśnienie ze mnie schodziło.
Jak już wszystkie badania były załatwione, jedna z położnych zaprowadziła mnie na salę, na której byłam sama. Mega się na początku ucieszyłam, że takie super warunki. 😁 Zjadłam obiad niemalże w biegu, bo ta sama położna poinformowała mnie, że ok. 14:00 mam przyjść z powrotem na IP, żeby założyli mi balonik. Zbyt wiele czasu nie miałam. Zdążyłam chyba zadzwonić jeszcze do mamy i męża, i przypuszczalnie coś napisać na AA. 😏

Jak przyszedł czas poszłam zestresowana na IP. Bardzo nie chciałam tego wywolywania. Bałam się jak vholera.
Lekarka przed całym zabiegiem poinformowała mnie co będzie robić. Gadała i gadała. W końcu założyła wziernik, a mi... Zaczęły odchodzić wody. 🙈 W sumie było to bardzo ciekawe, bo oni na poczatku nie byli pewni co to. Zrobili szybki test i czekaliśmy na potwierdzenie. No, ale to były wody. 😅 No i balonika nie założyli. 😅 Na bank te wody odeszły mi ze stresu. 🙈 Nie pamiętam już jak wróciłam z powrotem na salę. Pamiętam tylko jak cały czas te wody ze mnie lecą...
Na sali położna podłączyła ktg. Zapytałam czy mam sobie położyć na łóżko podkład. Powiedziała, że nie trzeba, bo te wody tak leciutko tylko lecą. Zaczęły się pisać skurcze na 100. Nie były na początku uciążliwe, dawałam radę. Pamiętam powódź wód. 😂 Łóżko mi się zalało trochę. Byłam sama na sali (ta dogodność już nie wydała się taka cudowna). Nie miałam jak się ruszyć, żeby wziąć ten podkład, który jednak trzeba było sobie podłożyć. Leżałam cały czas podpięta pod ktg i kminiłam, co tu zrobić. 😂 W końcu znalazłam w internecie numer telefonu na blok porodowy i zadzwoniłam, żeby mnie ratowali jakimś podkładem. 🤣🙈 Od tamtej pory skurcze zrobiły się boleśniejsze i częstsze, a płynącym wodom nie było końca. (Jeśli ktoś się zastanawiał jaka konsystencję mają wody płodowe to są śliskie jak kisiel😅) Ale nie ma co się dziwić - dużo ich było. Dwa tygodnie wcześniej na USG u lekarza prowadzącego AFI było 10, a na IP 20-24. 😱 Do tej pory nie mam pojęcia skąd to się wzięło. 🥴 Moja teoria jest taka, że po odstawieniu metforminy w 35 tygodniu, dopadła mnie jednak cukrzyca ciążowa, która spowodowała wzrost wód. 🤔 Ale to tylko moja teoria, nikomu nie przedstawiana.

I tak mi mijał pierwszy dzień w szpitalu. Z każdą zmiana pozycji czułam jak wody ze mnie lecą. Nie nadążam z wymianą podkładów i wkładek. Mężowi musiałam zlecić kupno nowych paczek, bo nie miałabym na później. Coś strasznego. Uczucie jakbym się permanentnie obsikiwała. 😂 Gdyby ktoś kazał mi opisać swój poród jednym słowem, powiedziałabym: "wody". 😂

Po jakimś czasie doszla na salę dziewczyna. Drugie dziecko, paląca, ciąża zagrożona. Latała do kibla palić fajki... Nie była zbyt rozmowna na początku. Trochę się rozkręciła jak na salę doszła jeszcze jedna dziewczyna - pierwsze dziecko, jak ja. Gadaliśmy jak najęte cały wieczór. Ja dodatkowo chodziłam, oddychałam, urządzałam sobie wycieczki do WC, chyba z dwa razy byłam pod prysznicem. 😂 Ten wieczór to był koszmar, trwał wieki mam wrażenie. Byłam już dość zmęczona, a nie mogłam zasnąć, bo skurcze bolały, a wcześniej jak jeszcze nie bolały to nie mogłam zasnąć przez ktg i lejące się wody. 😩 Podsumowując - dzień się kończył, a ja byłam na nogach od godziny 5:00/6:00.

Ostatnie zdjęcie jakie mam na telefonie sprzed pójścia do szpitala. Ja i mój portret narysowany przez męża. 😂 20.11.2021
529cbd44d241.jpg

Wiadomość wyedytowana przez autora 18 sierpnia, 10:30

10 maja, 23:05

24.11.2021
41+0

Tak czuję, że napisanie tej części będzie trudniejsze, niż części pierwszej. Bardzo mało już pamiętam. Emocje i zmęczenie zrobiły swoje i dużo mi z pamięci uciekło. 😩

Jeszcze poprzedniego dnia wieczorem mąż dał mi znać, że wynajął pokój w Oleśnicy, żeby być blisko. Niby do szpitala od nas z domu tylko ok. 30 min, ale stwierdził, że lepiej nie ryzykować. Ostatecznie to była dobra decyzja, bo kolejnego dnia trzej tatuśkowie nie zdążyli dojechać, by powitać swoje nowo narodzone dzieci na świecie. 😄

Wracając do mnie. Po odejściu wód co jakiś czas chodziłam na IP, żeby sprawdzili jak tam rozwarcie. W ogóle bałam się, że wszystkie wody ze mnie wylecą, a młody nie zdąży się ogarnąć. 😅
No i tak samo zrobiłam o 2:00. Poczłapałam na IP, co jakiś czas stając, bo skurcze już były całkiem upierdliwe. Położna kazała wejść na samolot. Siedzę, wody lecą.
(I teraz już nie pamiętam, co było pierwsze: czy ktg, czy badanie palpacyjne. Załóżmy, że badanie.)
Położna bada szyjkę (dodam, że badanie robili tyle razy, a mnie ani razu nie bolało 🤯). Nagle zrobiła dziwną minę, ale nic nie mówi. Ja się trochę wystraszyłam i nie miałam odwagi się odezwać i dopytać o co chodzi. Wzięła takie małe, podręczne ktg i przykłada. Nic. Przykłada z innej strony i naciska. Nic. Ja już stres milion. Próbowała jeszcze kilka razy i za każdym razem cisza. Poszła po lekarkę, która mnie przyjmowała i mówi do niej ze zdziwieniem, że pęcherz nie pękł, że ona go czuje. Lekarka najpierw przyciągnęła USG i robi podgląd. Serce bije, wszystko w porządku, uff. Normalnie miałam wrażenie, że słyszę ten kamień spadający z serca. Później zbadała mnie palpacyjnie i potwierdziła słowa położnej. Dodała, że widocznie w którejś warstwie zrobiła się dziurka i te wody się sączą.
Dziwna to była sytuacja. Stres nieziemski, bałam się, że jest coś nie tak, ale z drugiej strony byłam taka obojętna, jakbym wiedziała, że jest ok. 😬 Do tej pory nie umiem tego ogarnąć i czuję się trochę jak wyrodna matka, bo wydaje mi się, że powinnam w trakcie dopytywać o co chodzi, co się dzieje, czemu na ktg nic nie słychać. Próbuje sobie tłumaczyć to tak, że nie chciałam lekarzom przeszkadzać i że moja panika w niczym by nie pomogła.
Zaczęły liczyć ile godzin upłynęło od czasu jak zaczęło się sączyć - prawie 13h. Lekarka zarządziła, że idę na salę porodową i że podepną mnie pod ktg. Mam się iść spakować. Hehehe pędziłam na tą sale jak na skrzydłach, jakby nagle wszystkie boleści odeszły. 😂
Szybko się spakowałam. Dobrze, że nie robiłam zbyt dużego bałaganu, tylko już wcześniej powrzucałam do walizki, co niepotrzebne. Pożegnałam się z dziewczynami.
Idę na porodową. Przypadła mi sala lawendowa. W drzwiach wita mnie położna: "Dzień dobry, mam na imię Paulina, będę pani położną". Jeszcze zanim się odezwała, poznałam po oczach z kim będę rodzić. 🙆 I w tamtym momencie, jeśli się stresowałam, to cały stres ze mnie zszedł. Paulina Mostynska - Anioł fundacji Rodzić po Ludzku za rok 2020. 🙂

Może wytłumaczę jeszcze skąd moja radość, bo osoby, które nie są z okolic Wrocławia, mogą nie wiedzieć. Paulina, w czasie jak rodziłam, była jedną z bardzo rozchwytywanych położnych w szpitalu w Oleśnicy. Należała do grupy położnych, które można było "wykupić" na czas porodu. Dziewczyny ją rozchwytywały! Niestety pod koniec mojej ciąży doszły mnie informacje, że Paulina w Oleśnicy już nie pracuje. Jakie było więc moje zdziwienie, że jeszcze ją tam zastałam! Wychodziło na to, że umowę miała już rozwiązaną, ale widocznie była na okresie wypowiedzenia. Nie można było jej wykupić, ale widać, jeśli się miało szczęście to można było na nią trafić. ❤️
Po porodzie z nią wiem już za co była ta nagroda Fundacji. Paulina daje bardzo dużo spokoju. Jest zaangażowana, robi wszystko, żeby można było urodzić SN, odpowiada na wszystkie pytania. Dzięki niej nocną część porodu wspominam dobrze.

A wracając do historii, bo tych dygresji dzisiaj sporo.

Paulinie towarzyszyła studentka/praktykantka. Za każdym razem najpierw badała mnie Paulina, a później w te same miejsca kierowała dłonie drugiej dziewczyny. Obie były bardzo miłe i delikatne.
Paulina pomogła wejść mi na łóżko porodowe i podłączyła ktg. Sytuacja była podobna jak na IP. Tętna dziecka nie można było uchwycić. No, kuriozalna sytuacja! Ale położna była niezmordowana i co i rusz kazała mi zmieniać pozycję. Najpierw na wznak, później na jednym boku, na drugim, znów na wznak całkiem płasko i połleżąco. W końcu po tych wszystkich wygibasach znalazlysmy pozycję na... CAŁĄ NOC! Otóż, moje drogie, odczyt z ktg był możliwy tylko w pozycji półleżącej z lewą nogą wyprostowaną, a prawą ugiętą. Tak sobie to mój syn wykąbinował.
Przez to, że ułożenie było jakie było i odczyt z ktg taki, a nie inny, cały porób musiałam leżeć. 😩
Jak już stabilnie zostałam umieszczona na łóżku, położna pozwoliła zadzwonić po męża. Dzięki temu, że był blisko, do szpitala przyjechał jakoś przed 3:00.
Położna pozwoliła na puszczenie muzyki, zapalenie kominka zapachowego (mój mąż się bardzo na to upierał, ja nie chciałam). Mogłam jeść i pić, ale na jedzenie w ogóle nie miałam ochoty.
Skurcze były coraz mocniejsze, ale cały czas u dołu brzucha. Nie szły od góry i nie okalały brzucha tak, jak to powinno być w porodzie. 😔
Próbowaliśmy zabić jakoś nudę miedzyskurczową i oglądać The Office, ale nie umiałam się skupić, bo skurcze były co chwilę. Wykręcali mnie całą, ale oddychałam dzielnie i jakoś się trzymałam na tym łóżku, chociaż momentami, aż wykręcałam stopy. Zazdroszczę każdej, która ma możliwość chodzić, skakać na piłce, wieszać się na męża, być masowaną... Jedyną aktywnością na jaką mi pozwolili był prysznic nad ranem.
W międzyczasie położna próbowała Czarusia obrócić. Zapamiętałam tylko jeden ze sposobów. Dolna część łóżka porodowego została opuszczona. Ja musiałam łokciami zejść niżej, kolana miałam wyżej na łóżku. Jeśli któraś bała się, że jej się dziecko nie obróci przed porodem SN to na pewno trafiła już na ten sposób próby obrotu dziecka. 🙃 Ja mam od zawsze słabe ręce i serii myślałam, że zaryję twarzą o podłogę. Jedyne co mnie trzymało to mobilizujące słowa męża. Nie wiem jak długo byłam w tej pozycji. A! Zapomniałam. Jakby tego było mało to położna od mojej dupy strony założyła od dołu na brzuch rebozo i targała moim brzuchem na lewo i prawo. 😂 Jakby któraś chciała sobie to lepiej wyobrazić, bo może fatalnie to opisałam to wyobraźcie sobie, że jesteście w salonie. Łokcie opieracie o podłogę, kolana macie na kanapie, a ktoś szamocze wasz brzuch. 😂 Także, tak... 😆
W tej nocy USG miałam robione na pewno jeszcze raz. Położna przed ta próba z rebozo mówiła, że dla niej ta sytuacja kwalifikuje się do cesarskiego cięcia. Wolała jeszcze druga bardzo doświadczoną położną do potwierdzenia jej decyzji i ta przyznała jej rację. Poszła informacja do dyżurnego, ale ten nie wyraził zgody na cięcie. Nie wiem czemu się nie zgodził, chyba się nie zrozumieli. 🤷 Ostatecznie skoro sytuacja była stabilna, ktg ok, USG ok, padła decyzja, że już poranna zmiana będzie decydować co ze mną zrobić.

*To jest pozycja, która miałam na łóżku porodowym przy akcji z rebozo 😂 Nie próbujcie tego w domu. 😅
images?q=tbn:ANd9GcQeyHKSENA7CN3lTWnucloDnMaWlq0_oU6aDQ&usqp=CAU

Wiadomość wyedytowana przez autora 11 maja, 12:07

12 października, 00:35

Dramat. Cezary zaraz ma rok, a ja nadal nie skończyłam historii... Nie mogłam się zmobilizować. Nadal jest mi trudno, bo już bardzo mało pamiętam! 😱 No, ale spróbuję coś jeszcze wydłubać z pamięci.

24.11.2021
41+0

Jakoś dotrwaliśmy do porannej zmiany. Po 8:00 przyszła chyba trójka albo czwórka lekarzy. No i każdy musiał mnie zbadać. I każdy po kolei podczas badania potwierdzał: no tak, tu czuję nos, a tu usta 😱. Pomyślałam sobie wtedy: moje biedne dziecko 😂.

Jednym z lekarzy była słynna Gizela. To ona przedstawiła nam całą sytuację i jaki mają na nas plan. Mówiła naprawdę bardzo rzeczowo i konkretnie, a przy tym zrozumiale. Jak wyszła to wiedzieliśmy wszystko i byliśmy naprawdę pod wrażeniem.

A opcje jakie nam przedstawiono to albo cesarka od razu albo próba z oksytocyną i liczymy na to, że skurczą od góry brzucha ruszą i spowodują, że Czaruś się obróci.

Zdecydowaliśmy z mężem, że spróbujemy jeszcze podziałać tą oksytocyną skoro jest jakaś, nawet minimalna, szansa, że się obróci i będzie można rodzić naturalnie. Oksytocynę więc podano, ale nie wprowadziła ona żadnej spektakularnej zmiany. Co jakiś czas ktoś do nas zaglądał sprawdzić jak się mamy i czy coś się zmieniło, ale niestety.

W końcu przed 15:00 znowu do sali wpadli lekarze z rana. Lekarz (chyba) dyżurny, zdecydował, że on przebije pęcherz płodowy, bo mają dziewczynę na planową cesarkę, a chcieliby uniknąć sytuacji, że wody same by całkiem odeszły, a nie będzie ani personelu, ani miejsca, żeby mnie ciąć.

Po tej decyzji wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wiele bym dała, żeby się teraz dowiedzieć ile minut upłynęło od przebicia wód do wyjęcia Czarka 😁. No to był ekspres.

Wody przebite, leje się że mnie i leje. Przychodzi położna z koszulą, daje mi leki. Ręce mi się trzęsą z emocji i jedna z tabletek mi upada w wody, nie wiem jaka, ale nie ma już czasu, żeby iść po nową. Jeden z lekarzy widział moją historię i zagaduje czy jesteśmy po invitro, bardzo się zaciekawia szczepieniami, ale na e ma czasu na pogaduchy. Sadzają mnie na wózek, ktoś podtyka dokumenty do podpisu. I już mnie wiozą na salę operacyjną. Mąż został w tyle, musi pozbierać wszystkie rzeczy. Po powrocie do domu dowiaduję się, że stłukł przy tym kominek. Tak ten, którego brać nie chciałam, bo wiedziałam, że tak to się skończy. Od razu zamówił nowy i nawet zdążył dojść zanim ją wróciłam do domu, ale zapomniał go wypakować, więc pierwsze moje pytanie po wejściu do salonu brzmiało: a gdzie kominek 🤣. No , ale do brzegu, do brzegu.

Na sali operacyjnej wózek zatrzymał się przy stole. Udało mi się na niego wejść. Mówią, że teraz będzie znieczulenie. Poczułam prąd w lewej nodze dwa razy, brr. Okropne uczucie. Chyba przy kolejnej cesarce najbardziej bym się bała właśnie tego 😂. Kładę się. Podpinają mnie pod różne rzeczy. Robi mi się słabo, kręci mi się w głowie i o tym mówię. Dostaję coś dożylnie i robi mi się zdecydowanie lepiej. Nagle czuję szarpnięcia. Lewo, prawo, góra, dół. No, co tam się dzieje? 🤔 Anastezjolog cały czas mnie zagaduje. Jeszcze jakiś czas temu pamiętałam co gadał. Teraz już nie pamiętam. Ale jakieś pierdoły 😉. Ale było to dobre, bo skutecznie odwracało to moją uwagę od tego, co działo się w okolicy mojego brzucha. Jeszcze kilka szarpnięć i słychać "łaaa" ❤️. Słyszę, że 10/10 i dostaje młodego do policzka na chwilę. Nie ma we mnie jakiegoś wielkiego wzruszenia. I długo nie było. Nie wiem dlaczego 🤷.
Czarka zabierają na ważenie, mierzenie i kangurowanie u taty, a mnie zaczynają zszywać. Anastezjolog nadal żartuje. Tym razem, że będę ładnie zszyta overlockiem, bo pani doktor, która mnie szyła pochodzi z okolic Radomia (jak maszyna Łucznik) 😂.
Po jakimś czasie Czarek wrócił do mnie jeszcze na chwilę. Tak mi się przynajmniej wydaje. Pamięć taka ulotna... Położna zrobiła kilka zdjęć na pamiątkę 🙂.

Lekarze skończyli mnie szyć i zostaję zabrana na oddział poporodowy, a Czarek na neonatologię. Niebardzo pamiętam drogę na oddział. Nie pamiętam, o której tam byłam i po jakim czasie przynieśli mi Czarusia. Jednak od razu jak przynieśli, został przystawiony do piersi. Pięknie ciągnął. Szkoda, że nie umieliśmy później tego powtórzyć.

Mąż mógł zostać z nami 2h po porodzie, ale został nawet dłużej, bo położna była jedną na cały oddział i poprosiła go, żeby przypilnował recepcję i w razie, gdyby ktoś przyszedł to powiedział, że ma zaczekać 😂.

Spionizowana zostałam przed 23:00. Od razu pod prysznic i do docelowej sali. Czaruś tę noc spędził na noworodkach, a ja mogłam chociaż trochę odpocząć. Przynieśli mi go o 5:00 i od tamtego czasu byliśmy już razem.

Do domu mieliśmy wyjść po dwóch dobach, ale z racji, że przypałętała się infekcja oka i Czarek dostawał antybiotyk, przedłużyli nam pobyt o jeden dzień i ostatecznie zamiast w piątek, wyszliśmy w sobotę.

Czaruś był bardzo grzeczny po porodzie. Dużo spał, nie płakał zbyt wiele. Próbowałam przystawiać, ale średnio nam to wychodziło. W końcu poszłam po mm, żeby nie powiększać spadku wagi i nie ryzykować, że przetrzymają nas również z tego powodu.

W sobotę już od rana byłam spakowana i nie mogłam się doczekać kiedy w końcu wyjdziemy 😁. Mąż przyszedł z kwiatami 🙂. Było mi mega miło i byłam z niego dumna, że o tym pomyślał 😂. Też był bardzo przejęty k nie mógł się doczekać kiedy nas zobaczy.
Przez cały oddział musiałam sama targać wszystkie swoje rzeczy, bo w nocy szpital stał się znów covidowy i ludzie z zewnątrz nie mogli przychodzić 🙄. Jak skończyłam to miałam ochotę wrócić na łóżko, żeby trochę odpocząć 🙈.

To tyle z naszej historii. Dużo szczegółów pozapominałam. Żałuję, że nie wzięłam się za spisywanie wcześniej.

Zostawiam jeszcze kilka zdjęć 😁. Pewnie znikną za jakiś czas tak jak wcześniejsze 😔.

9ed5bbb2defe.jpg
6f3cd4049a17.jpg
f8cf03e31da7.jpg
0d3693061e38.jpg
56cf68f87631.jpg

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 października, 00:37

12 października, 00:47

W poniedziałek idę do szpitala usunąć pęcherzyk żółciowy, co by mieć dziada z głowy. Trzymajcie kciuki, żeby to doszło do skutku, bo drugi tydzień jestem przeziębiona. Mam jeszcze trochę kataru i lekki kaszel. Covid wykluczony.

Jak wszystko pójdzie dobrze to od listopada zaczynamy się starać o rodzeństwo dla Czarka.

Chyba, że dotrze do nas, że to bez sensu 🤣. Czasami bywa ciężko i ciągle się jeszcze wahamy czy tego chcemy. Ale jak nie teraz to chyba już nigdy.

5 listopada, 14:50

Dzisiaj byłam u ginekologa. Blizna ładnie wygląda, ale na prawym jajniku torbiel 3,5 cm... No i znalazl się powód mojego wydłużającego się cyklu...

Także, początek starań i od razu pod górkę 🤡.

18 listopada, 23:51

Za nami pierwsze trzy dni adaptacji w żłobku. A właściwie pierwsze trzy godziny 😂.

W poniedziałek Czaruś poszedł tylko na 30 minut. Było w porządku, nie płakał, nawet nie zauważył, że mnie nie ma 🤷. Za to od razu zauważył, że na oknie jest Wielka sowa i koniecznie musiał pójść w tamtym kierunku. Nocka po tych trzydziestu minutach masakryczna. A już zaczynało być dobrze, bo dwie wcześniejsze przespał całe bez pobudek na nocne mleko.

We wtorek został na godzinę. Całą tą godzinę akurat dzieci były na dworze. Czaruś na rękach, ale dał radę. Trochę mnie martwi, że ciągle go noszą, ale skoro mają siłę... 🤷 Zjadł jabłuszko i nadal było w porządku. W ciągu dnia, po powrocie potrzebował sporo czasu, żeby się wyciszyć zresztą, poprzedniego dnia także. Nocka świetna, znów przespał całą.

W środę zaprowadziłam na 1,5 h. Jak przyszliśmy to zaraz przy bramce zebrały się dzieci i Czaruś bardzo się ucieszył. Poszedł do pani i nawet się za mną nie obejrzał 😅. Pogoda tego dnia była już baaardzo listopadowa. Szaro i chłodno. A ja niezmotoryzowana. Do żłobka 20 min szybkim krokiem. Nie było sensu siedzieć tam pod drzwiami, więc wróciłam do domu, zjadłam śniadanie, wypiłam herbatę i trzeba było wracać. Zmachałam się strasznie. Tego dnia zrobiłam 7 km 🤣. Czaruś dalej ok, chociaż marudzacy, ale to mnie nie dziwiło, bo wstał o 7:30, a szedł na 9:30 - normalnie w domu bym już go szykowała na pierwszą drzemkę. Zjadł gruszkę i kanapkę. Zapomniałam zapytać z czym kanapka, bo zapomniałam (matka roku🙈) upewnić się, czy pamiętają, że ma alergię na bmk. Żadnych zmian nie zaobserwowaliśmy, więc tym bardziej muszę zapytać z czym była ta kanapka 🤣. Nocka masakra.

W czwartek już do żłobka nie poszedł 🙈. Nos zatkany, kaszel, temperatura 38,5. Kierunek - lekarz. Osłuchowo w porządku, ale gardło czerwone. Czaruś zostaje w domu do końca tygodnia. Dodatkowo wydaje mi się, że idą zęby. Ja też poszulam, że mnie coś bierze... Nocka nienajgorsza. Od 1:00 do 5:00 dał pospać. Po butli spał prawie do 10:00.

No i piątek. Zostałam sama z chorym Czarkiem, bo mąż pojechał do biura. Spodziewałam się dramatów i marudnego dziecka, ale było ok. Nawet udało mi się zrobić kluski z dyni, która już stała i stała, i niedługo dostałaby nóg i uciekła 😂.

Ja jestem do połowy stycznia na anty, żeby pozbyć się tej torbieli. Jest 12 dzień cyklu, a ciągle plamię... Kiedy to się skończy? 🤦

Wiadomość wyedytowana przez autora 18 listopada, 23:52

24 listopada, 22:20

No i minął rok 🥳.

Życie stanęło nam na głowie przez ten czas, jednocześnie nie wiem kiedy to minęło. Trochę to wygląd tak jakbym rok temu zasnęła i nagle obudziła się dzisiaj. Przykre to jest, że nie zauważa się tego upływu. Chciałoby się cofnąć do tych pierwszych tygodni, które dla mnie są totalną plamą... 😔 Z drugiej strony cieszę się, że Czaruś jest cor większy, coraz więcej rozumie i można z nim już całkiem normalnie pogadac haha 😁. Nie jest taką małą mimozą jak noworodzie.

W ogóle fajny chłopak z niego. Udał się na 100% 😁. Możemy być wdzięczni, że tak pięknie się rozwija, jest taki mądry, uśmiechnięty i zadowolony. W nocy śpi coraz lepiej. Z jedzeniem to cały czas trochę pod górkę. Jednego dnia zje cztery pierogi na obiad, by kolejny przeżyć na samym mleku 🤣 (no, teraz mu to wybaczam, bo jest chory i ząbkuje, pewnie dlatego nie ma apetytu🙄). No, ale nie można mieć wszystkiego, prawda?

Sto lat, Synciu! Postaramy się, żebyś miał piękne życie. Na razie chyba nie jest najgorzej co? Staramy się 🙂.

78cc906ccdd5.jpg

Wiadomość wyedytowana przez autora 24 listopada, 22:21

1 2 3 4