X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki Życie stawia przede mną prawdziwki... Szkoda że to robaczywki.
Dodaj do ulubionych
1 2 3 4

26 maja, 13:52

Miałam nie pisać nic nowego, nie lubię dodawać wpisów w tak krótkim odstępie czasu.
Ale dzisiejsze przemyślenie jednak jest tego warte.

Tak naprawdę dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie z tego sprawę, z czym wiąże się to, że jesteśmy bezdzietni.

Ja nie wiem, czy kiedykolwiek ktokolwiek narysuje mi laurkę, choćby dziecięco-pokraczną, ale przez to najpiękniejszą na swiecie. Nie wiem, czy będzie mi dane tulić do serca coś poza kotem. Nie wiem czy kiedykolwiek zobaczę uśmiech który nie jest uśmiechem cudzego dziecka. Powoli zaczynam wątpić w to, że kiedykolwiek usłyszę skierowane w moją stronę "mamo", że zawsze będę już tylko "Patrycja".

Wiadomość wyedytowana przez autora 26 maja, 14:10

12 czerwca, 12:22

Mówi się, że po każdej burzy wychodzi słońce.
I tak jest w każdym cyklu. Po kryzysie związanym z fazą lutealną, okresem przychodzi etap nowej determinacji i nadziei.
Szkoda tylko, że nie wiadomo, czy przy walce z niepłodnością również tak będzie. Tego nikt nam nigdy nie może zapewnić. Co jeśli po burzy zostanie tylko już wiecznie zasnute chmurami niebo? Być może czas pokaże.

Ja na pewno się nie poddałam i póki mam szyjkę macicy i dostępne przystępne opcje, będę walczyć. Ale w głowie i tak układam sobie scenariusz "co by było gdyby rodzina została już zawsze 2+0" aby złagodzić przeżywane rozczarowania świadomością, że potrafię odnaleźć w takim układzie również szczęście i życiowy spokój.

Wczoraj zrobiłam cytologię. Czekać na wynik będę miesiąc. Zaczęłam bardzo delikatnie plamić po tej cytologii, co nie ukrywam, ale mnie zmartwiło. Ostatnio plamienia i krwawienia po cytologii miałam właśnie przed wykryciem raka in situ. Na razie staram się o tym nie myśleć.

U mojego lekarza miałam potwierdzoną owulację na lewym jajniku - widziałam piękne ciałko żółte. Na prawym jajniku pęcherzyk przekształcił się w LUF. Ale wczoraj na USG (USG było nowe i według mnie trochę nieustawione z kontrastem bo te zdjęcia były... nic nie widzę prawie :p) dowiedziałam się, że w prawym jajniku mam ciałko żółte, a w lewym nic. Wiem tyle, że wprawym jajniku było więcej pęcherzyków, ale chyba ich nie monitorowaliśmy finalnie. Po analizie zdjęć USG z różnych cyklów, mam pewność, że nikt nie pomylił jajników. Bardziej stawiam na opcję, że przez niesprawdzenie przepływów, na tym nowym USG ciałko żółte na lewym jajniku zostało nieuzauważone (mi się wydaje, że je widzę), ale dodatkowo jednak pękło coś na prawym. I niech ta koncepcja ze mną zostanie.

Dodatkowo chciałam zaprezentować endometrium, które dobrze jest wysycone progesteronem (pierwsze zdjęcie sprzed dwóch cykli, drugie z wczoraj, mało co widać):
Widać w jaki sposób jest zawinięte, jak się bieli. To oznacza, że jest dobrze wysycone progesteronem. Mogłoby być bardziej.
IMG-20240612-122327-edit-44627364499439.jpg
Tu mamy żaróweczkę z wczoraj. :p
Screenshot-20240612-122443-com-android-gallery3d-edit-44610691194754.jpg
A tu mamy endometrium z poprzedniego cyklu. Nie przekształciło się po owulacji w drugofazowe, wciąż jest trójlinijne. Progesteronu było mało z jakiegoś powodu, mimo dodatkowej suplementacji luteiną w dawce 2x200 dopochwowo.
IMG-20240611-095607-edit-45022174678025.jpg
A to dla porównania endometrium w pierwszej fazie tego cyklu:
IMG-20240612-122308-edit-44652648536415.jpg
I tuż po owulacji w tym cyklu, zaczyna się bielić i przekształcać:
IMG-20240612-122315-edit-44638994649958.jpg

Taka mała analiza, bo ja bardzo lubię analizować różne rzeczy. :)

Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca, 12:33

17 czerwca, 20:25

Udało mi się mimo przymusowego przejścia na pamiętnik BellyBestFriend wymusić post tutaj. :) Więc działam i dalej będę kontynuować pamiętnik.

Otóż ja, która w cuda nie wierzyłam (albo raczej wierzyłam, ale sądziłam, że mi się one nie zdarzają), załapałam. Niewiarygodne. To jest dla mnie tak totalna abstrakcja...

Ale może w skrócie co się działo w ogóle w tym cyklu.

1. Podczas okresu i już podczas stymulacji bardzo pokłóciliśmy się z mężem. Tak bardzo, że wyniósł się do salonu spać - a to u nas skrajnie zły omen, bo wychodzimy z założenia, że co by się nie działo, śpimy razem. Spisałam całkowicie cykl na straty. Poinformowałam go, że muszę się stymulować dalej, że nie będę przerywać hormonów w trakcie. Że zastrzyk też sobie zrobię bo nie chcę zakończyć cyklu torbielą.
2. Podczas monitoringu ukazało się sporo pęcherzyków na prawym jajniku (skupiliśmy się na tym co ma 16mm) i jeden na lewym 16mm. Już wtedy moje całkowicie chłodne podejście do cyklu zniknęło i pojawił się najzwyczajniej w świecie staraczkowy smutek, że stracimy taką szansę mimo, że obu nam zależy i to z powodu czegoś tak przejściowego jak kłótnia (nawet poważna).
3. Zaczęliśmy po tygodniu spać w jednym łóżku. Pojawił się seks, ale bez celów prokreacyjnych i bez finiszu tam gdzie trzeba. Dalej było między nami źle, ale zaczęliśmy w podstawowym stopniu funkcjonować ze sobą. W międzyczasie na monitoringu dostałam zieloną flagę na ovitrelle. Szykowała się podwójna owulacja.
4. Zrobiłam zastrzyk o 24:00, zła jak osa i zrezygnowana. Poszłam spać, a mąż jeszcze siedział i grał.
5. Udało nam się porozmawiać, jakimś cudem... Następny ranek okazał się porankiem pogodzeniowym, ale czy ktokolwiek z nas myślał o prokreacji? Nie wiem. Wiem, że to były piękne chwile i bardzo miło je wspominam. Oczywiście przy okazji te starania finalnie były. Potem przeszliśmy w tryb pogodzeniowy z domieszką starań. :)
6. Na monitoringu 4 dni po podaniu zastrzyku było już widoczne ciałko żółte na lewym jajniku. Prawy pęcherzyk stracił na jędrności i zaczął się zapadać. Diagnoza: LUF.
7. Pojechałam tydzień później na cytologię, która była mi potrzebna do planowanego HSG. Od razu poprosiłam o USG i... na lewym jajniku nie było nic widać, a na prawym było ciałko żółte. Jestem pewna, że nikt z ginekologów jajnika nie pomylił... Wiem też, że poradnię wyposażono w nowe USG a lekarka nie sprawdzała mi na USG przepływów przez jajniki. W szoku wyszłam z gabinetu i...
8. Pojechałam do ortopedy z powodu urazu łokcia, który skierował mnie na RTG. Na szczęście kości całe, ale przypominam, że byłam ok 9dpo. Dzień wcześniej robiłam test DOZ żeby sprawdzić, czy ovitrelle jeszcze wychodzi u mnie we krwi - wyszedł. Był cień. Ovi u mnie trzyma się bardzo długo.
9. Później miałam kilka dni z przyjaciółką, jej bobo i planszówkami. Wpadło trochę piwka light somersby grejfrut (notabene polecam, w ogóle nie jest gorzkie i ma tylko 130kcal!). W piątek miałam wracać. Ale uznałam, że nasikam na kolejnego DOZa...

Pozytywny test DOZ wyszedł mi 13dpo w piątek. To już na pewno nie było ovi. Chwilę po tym poszłam na betę. Mój mózg całkowicie wypierał tą sytuację, chyba zwyczajnie nie mogłam uwierzyć co się właśnie dzieje. Bo jak to tak? Po dwóch latach nagle sobie tak kreski widzę? Ale jak to? Przecież mi się to nie zdarza? Pewnie za chwilę się skończy...
doz1.jpg
Beta wyszła 41,3 mIU/ml. To się działo. To się naprawdę działo! Bałam się dopuścić do siebie tą informację. Bałam się upadku z baaardzo wysokiego konia, chyba Shire. Tyłek bolałby jak diabli... Ale powoli zaczęłam się jednak cieszyć... TO się dzieje.

Finalnie otworzyłam furtkę dla pozytywnego scenariusza w mojej głowie. Jako, że kolejne badanie bety zaplanowałam na poniedziałek, gdzie wyniki miały być we wtorek dopiero, kupiłam sobie kilka facelle aby móc podziwiać, jak kreska ciemnieje.
W piątek po powrocie kreska była piękna, mocna. Z przyjemnością ją obserwowałam. Z satysfakcją myślałam o tym, że zrobiłam ten test o 18 godzinie i proszę, jaki piękny. Ciekawe co przyniesie jutrzejszy osikaniec?

I to był błąd... Bo przyniósł bladziocha całkowitego na tej samej partii. Załamałam się. Spróbowałam postawić dookoła siebie mur, ale wystarczyło tylko, że mąż mnie przytulił (widział, że jest coś ze mną nie tak), a cała konstrukcja runęła z łoskotem, a ja się rozkleiłam zupełnie, zdradzając o co chodzi. Przestałam wierzyć w powodzenie tej misji. Napisałam sobie nawet jedną wielką epopeję, jaką miałam tutaj wstawić w pamiętnik w razie potwierdzenia niepomyślnego scenariusza... Emanuje z niej naprawdę wielki smutek... :) Ale jedno jest pewne. To i wsparcie męża pomogło mi zaakceptować niechciany scenariusz porażki. Dodatkowo okazało się, że mąż bardziej wierzył w kropka niż ja. Powiedział mi przed snem przytulając, że zobaczę, że będzie ciemniejsza...

No i rano znowu wyszedł bladzioch. Może ciemniejszy niż dzień wcześniej, ale nie tak spektakularny jak w piątek. Miałam bardzo mieszane uczucia.
facelle.jpg
Od góry - facelle z piątku wieczór, z soboty popołudniu, z niedzieli rano.

Jednocześnie w piątek miałam zrobionego dodatkowo jeszcze Pinka płytkowego. Tak dla porównania, bo miałam zakupionego jeszcze jednego, z zamiarem zrobienia go w poniedziałek. To miał być ostateczny test przed betą, na którą finalnie jednak wybrałam się do Wrocławia, żeby wyniki mieć w ten sam dzień i żeby zbadać dodatkowo ze skierowania z enelmedu progesteron, estradiol, TSH, FT4, morfologię.
Przebudziłam się dzisiaj o 4:35. Czując parcie na pęcherz doczłapałam się zrezygnowana do toalety i zrobiłam test...
I BYŁ CIEMNIEJSZY. Na świeżo był ciemniejszy niż tamten z piątku wyschnięty. Kreska była gruba, wyraźna i ciemna.
pinki.jpg

No... To było pospane. Jak cholera. Wierciłam się w łóżku do szóstej szukając dogodnej pozycji obok grzejącego jak grzejniczek zimą męża. W końcu zrezygnowana wstałam i zrobiłam sobie kawę. Zaczynałam ponownie wierzyć, że to się dzieje. Na teście świeciła "kreska mocy" jak talala. Zalogowałam się na służbowego laptopa i zaczęłam czytać o ubezpieczeniu grupowym, na które nie zdążyłam się finalnie zapisać przed ciążą, a które jak za 71zł wcale mnie nie zachwycało swoimi wysokościami świadczeń. Podzieliłam się wątpliwościami na czacie z mężem, bo w końcu spał, to żeby zobaczył newsy rano jak wstanie. Pokręciłam się, ogarnęłam zwierzaczki, naszykowałam oba testy mężowi na stoliku nocnym oraz kawkę w szklance termo żeby szybko nie ostygła i pojechałam na badania wyposażona w służbowy osprzęt potrzebny do pracy.

Na wyniki czekałam długo, nie będę ukrywać. Bardzo długo. Ale powiem wam jedno. Było CHOLERNIE WARTO. To się dzieje. TO SIĘ NAPRAWDĘ DZIEJE. A ja się zastanawiam: dlaczego tak w sumie?
W pracy teraz miałam dostać awans (przynajmniej taką miałam nadzieję) - logiczne, że nie powiem o ciąży przynajmniej do czasu serduszka.
Miałam zacząć jeździć na siwej, przygotować ją pod sprzedaż.
Mieliśmy wyjechać zimą na narty.
Na urodziny we wrześniu miałam dostać wymarzone od kilku lat whisky...
Szykowałam się do HSG, miało być robione w przyszłym miesiącu.
Zaczęłam żyć, bez chęci czekania wielu lat na ciążę, która przyszła wtedy, kiedy jej nie oczekiwałam. Czy odpuściłam? Nie, nigdy. Nie można odpuścić biorąc leki i zastrzyki. Jak kiedyś odpuściłam to po 3 miesiącach wywoływałam okres luteiną, bo nie doszło do żadnej owulacji a ja byłam zmęczona czekaniem na cokolwiek. Ja nie mogę być typem osoby, która odpuszcza, bo wtedy sypie mi się wszystko. Ja mogę po prostu spinać bardziej i mniej dupę. Po prostu z biegiem czasu przestałam załamywać się nad kolejną bielą.

I tak oto moje napromieniowane, atomowe dinozaurze jajo na majonez Winiary walczy dalej. I mam nadzieję, że kolejna beta to będzie tylko czysta formalność. Bo ja już pozwoliłam sobie uwierzyć, że i do mnie uśmiechnęło się szczęście. Że w końcu odnalazłam prawdziwka bez robaków. Tego najpiękniejszego w całym lesie...Poruszyłam pół forum swoimi dwiema kreskami, więc mamy ze sobą wielką obstawę.
Teraz ten pamiętnik faktycznie ma szansę zacząć dawać nadzieje wszystkim tym, którzy jak ja, powoli ją utracili... <3

Badania z dzisiaj:
TSH - 2,090 uIU/ml
FT4 - 1,53 ng/dl
Estradiol - 506 pg/ml
Progesteron - 48,60 ng/ml
betaHCG - 172 mIU/ml
przyrost.jpg

Skontaktowałam się już rano z moją koordynatorką z poradni przedstawiając jak się ma sprawa. Wieczorem po otrzymaniu wyników wysłałam jej wszystko mailowo oraz dołączyłam listę leków i suplementów jakie aktualnie biorę, zaznaczając które leki mi się kończą. Nie wiem, jakie będą dalej zalecenia lekarskie, więc czekam na jutro. :)

Wiadomość wyedytowana przez autora 18 czerwca, 18:08

19 czerwca, 16:14

Beta 224, przyrost 30,8%.
Cycki zelżyły na bólu, podbrzusze ma skurcze jak na okres.

Jutro ostatnia weryfikacja i zamierzam odstawić leki. Wrócimy do punktu wyjścia.

21 czerwca, 09:02

Beta 217. Progesteron 35,8. Oba hormony spadły. Kropek nie walczy.

Przez chwilę myślałam że faktycznie mi się mogło udać. Długo wypierałam tę myśl w obawie przed bólem i zranieniem, ale w końcu pozwoliłam sobie na chwile zapomnienia. Opuściłam gardę. To było bardzo dużym błędem.
Niestety znowu okazało się, że ten prawdziwek to robaczywek. A był naprawdę dorodnym okazem. Największym jaki do tej pory widziałam. 😔 Odbudował mi raz moją zszarganą już nadzieję...
Wychodzi na to, że cuda jednak nie są dla mnie. Nie zdarzają mi się.

Poruszyłam połowę forum swoim chwilowym szczęściem. Tymczasem jak widać moja droga się nie skończyła. To, co chciałam nazwać krańcem wędrówki chociaż twardo wzbraniałam się prawie cały czas, to był tylko krótki przystanek który imitował dom. Ale domem nie był.
Przepraszam Was za to. Za całe zamieszanie. Nie wyszło. Chyba przestało mnie to już dziwić.

Zastanawiające jest to, że tutaj się musieliśmy wpasować w statystykę 60-70% kobiet doświadczających ciąży biochemicznej. Ale jak już chodzi o zajście w ciążę to los obdarzył mnie byciem wyjątkową i umieścił w szalonych 2%. No bardzo zabawne, nie będę ukrywać. Dziękuję za wyróżnienie w tej kategorii. 🤨 Chyba powinnam podziękować za to że nie jestem już tym samym człowiekiem co dwa lata temu? Pytanie tylko czy chciałam przestać nim być?
Znając życie, w statystykę zwiększonej płodności 3 cykle po poronieniu też się nie wpasujemy. 😁

Wpadam więc do zaszczytnego grona osób, które doświadczyły straty. Chyba tyle dobrze w tym wszystkim, że tak bardzo wczesnej. Jestem w stanie się podnieść. Tę walkę przegrałam. Znowu. Ale może w końcu wygram wojnę... Kiedyś.

"Sypialna pary nie jest już tym samym miejscem, co wcześniej. Metaforyczna kołysanka to: termometr do mierzenia temperatury aby wyznaczyć owulację, leki, suplementy, kontrola cyklu, informowanie partnera o owulacji. I cisza, gdy znowu pojawi się miesiączka.
Nie ma płaczu dziecka...
Jest płacz jego rodzicow..."

Wiadomość wyedytowana przez autora 21 czerwca, 09:21

24 czerwca, 22:44

Dzień dobry.

Zbadałam dzisiaj progesteron i betę. O dziwo właśnie mam wyniki. Powinny być jutro.
"Goły" progesteron 19,20 ng/ml.
Beta 372 mIU/ml.

A teraz rzut historyczny wartości bety:
14.06 - 41,3 mIU/ml
17.06 - 172 mIU/ml (przyrost ok 150%)
19.06 - 224 mIU/ml (przyrost ok 30%)
20.06 - 217 mIU/ml (spadek)
24.06 - 371 mIU/ml (przyrost ok 30%)

Chciałam przypomnieć incydenty z jaśniejącymi testami facelle w poprzedni weekend, kiedy nie miałam możliwości zbadania bety (badałam piątek i poniedziałek, niby był ładny przyrost ok 150%). Co jesli wtedy też zaliczyła spadek i wzrost...?

Rozpaczałam nad cb. Liczyłam na cud. Dostałam cp czyli najgorszy los w loterii?

Dzisiaj dowiedziałam się że mama ma nawrót złośliwego nowotworu piersi. Trojujemny, niehormonalny, naciekający, płaskonabłonkowy. Bardzo agresywny, najczęściej dający przerzuty, najrzadszy w przypadku piersi. Dwa miesiące przed tą informacją wszystkie badania wzorcowe. Dopiero po sterydach na astmę łagodna zmiana w piersi (obserwowana od lat) jej się zaogniła.

🥟
Zaczynam być tym chyba zmęczona...
Tyle zrobiłam dla tej ciąży która ani nie chce się odczepić, ani rosnąć a jeszcze może mnie skrzywdzić...

Wiadomość wyedytowana przez autora 25 czerwca, 00:38

25 czerwca, 23:59

25.06.2024r.
Dzień w którym wydarzył się cud.

Pół dnia przespałam, oddając się ogarniającej mnie depresji. Na przystanku dostałam ataku paniki i się rozpłakałam. Pół godziny przed godzinami otwarcia gabinetu ginekologa byłam 6 w kolejce... Nie wnikam od której te kobiety się tam gotowały.
Z upału i duchoty prawie zemdlałam załatwiając beton na fundamenty tarasu.
Nie pamiętam, jak wchodziłam do gabinetu. Trzęsłam się jak osika a głos mi się łamał, gdy komunikowałam, że jestem w ciąży ale ona chyba nie rozwija się prawidłowo.
Pokazałam wyniki. Beta wczorajsza dobra sama w sobie. Ale pozostałe spadki i przyrosty faktycznie były niepokojące. Dopytywałam o CP, bo beta skakała. Lekarz tylko się uśmiechnął i powiedział, że samą skaczącą betą nie diagnozujemy CP, po czym zaprosił mnie na USG, zobaczyć co tam widać.

A tam dwa ciałka żółte - nie myliłam się, że żaden z ginekologów nie pomylił jajników, tylko owulacja była podwójna.
I w macicy całe 2,64mm cudu - moja mała kropiczka. <3

pecherzyk.jpg

Mam wrócić do leków. Nie robić bety. USG za tydzień w środę. Co z tego będzie? Nie wiem. Ale na pewno nie CP.
Cuda się zdarzają... I chyba nawet jeden zdarzył się mi. Forum mi to wymodliło i wytrzymało w kciukach. 😭😭

Czemu beta wariowała?
1. Krew jest wrażliwa na podróż. Jak bardzo beta jest wrażliwa to nie wiadomo (a przynajmniej lekarz nie wiedział), ale mogło to mieć wpływ - jak i to, że oddziały Diagnostyki były inne.
2. Mogły być bliźniaki a został wojownik. Młodszy, bo z jajnika który owulował kilka dni później. A to cwaniak...

Wiadomość wyedytowana przez autora 26 czerwca, 00:00

3 lipca, 20:39

5t6d?
IMG-20240703-201723.jpg
Widziałam dzisiaj moją kropeczkę. Urosła bardzo ładnie od poprzedniej wizyty. Ma już widoczny pęcherzyk żółtkowy. Gdzieś tam kryje się nasze małe dzieciątko. 🥹

Kropeczka jest kilka dni młodsza przez różne zawirowania z początku, w tym prawdopodobnie bliźniaka który był większy i jej przeszkadzał a finalnie się zawinął i zniknął. Ale kropeczka rośnie aktualnie w bardzo dobrym tempie. ❤️

Lekarz był bardzo zadowolony z dzisiejszego obrazu USG!

Widzimy się 18.07 🍀 Czy maleńkie serduszko zabije wtedy na moich oczach i zostanie moim najcenniejszym pierścionkiem z brylantem? 💍 Taką mam nadzieję.

Poza wszechogarniającym dzisiaj stresem, czułam dziwny spokój. Nie bałam się wyniku wizyty, bałam się samej wizyty. Nie potrafię tego wyjaśnić.
Umyłam dzisiaj okna, wyprałam krzesła. Czuję się bardzo dobrze. Zdarzają się pomniejsze objawy, pomniejsze mdłości, większa ochota na sen, czułam że po dwóch oknach muszę zrobić sobie przerwę, ale nie ma tragedii.
Jest dobrze. I nawet jak objawy mnie zjedzą, przeżują i wyplują, będę przeszczęśliwa.

Kropeczko, rośnij dalej. Nie dla mnie, nie dla taty. Rośnij dla siebie, jesteś prawdziwą wojowniczką. 🥺

Mam wzrusz jak stąd na Biegun Północny od pisania tego postu i postu na IG. 😅

https://youtu.be/miZU7r8fT0Q?si=Xg1jrnxlCJKKfehK

Wiadomość wyedytowana przez autora 3 lipca, 21:12

1 2 3 4