Poród martwego dziecka
-
WIADOMOŚĆ
-
Tak, mamy 4 zamrożone zarodki z tej punkcji po której zaszłam naturalnie w ciążę. Jestem po transferze jednego z nich 9 kwietnia. Staraliśmy się naturalnie 6 cykli, ale nie wychodziło więc decyzja, żeby wykorzystać te zarodki w ramach rządowego programu in vitro ( w grudniu kończę 42 lata i nie będzie już dostępna opcja na moich komórkach ).
Rozumiem co czujesz. Gdyby nie mój wiek i warunki rządowego programu in vitro, to na pewno byśmy czekali z decyzją i ze staraniami - nie czuję się jeszcze w pełni na to gotowa po stracie Synka, ale nie mam już za wiele czasu. -
Szczęście w nieszczęściu że poród był naturalny i możecie szybko wrócić do starań. Może jednak warto na wszelki wypadek jakieś badania zrobić? Chociaż pewnie jesteście pod opieką kliniki. To takie niesprawiedliwe
bardzo trzyma kciuki żeby się udało szybko.
-
Wszystkie badania z krwi - w tym poziomy witamin, trombofilie wrodzoną, zespół antyfosfolipidowy mam odhaczone i histeroskopie z biopsją cd138 również. Wyszła mi jedynie mutacja PAI i MTHFR w heterozygocie, co jest dosyć często spotykane w polskiej populacji i trochę niska ferrytyna.
Chyba po prostu peseloza już mnie dopadła 🤷 -
Jak u was dziewczyny po powrocie do pracy i ogólnie czy odczuwacie, że jest choć troche wraz z upływem czasu lżej?
Sho-opa bardzo mi przykro z powodu twoje straty
My już staramy się również 6 cykli i się nie udaje... Póki co mam stymulacje i zobaczymy czy również nie skończy się w przyszłości na in vitro. Szybko zdecydowaliśmy się na starania, ponieważ wiedzieliśmy, że już poprzednio był problem z zajściem w ciąży a nie mamy więcej dzieci. Tak jak u ciebie Sho-opa poprzednio udało się tuż przed rozpoczęciem in vitro tyle, że w miesiącu przed stymulacją do punkcji.
-
Tysia0519 wrote:Jak u was dziewczyny po powrocie do pracy i ogólnie czy odczuwacie, że jest choć troche wraz z upływem czasu lżej?
Sho-opa bardzo mi przykro z powodu twoje straty
My już staramy się również 6 cykli i się nie udaje... Póki co mam stymulacje i zobaczymy czy również nie skończy się w przyszłości na in vitro. Szybko zdecydowaliśmy się na starania, ponieważ wiedzieliśmy, że już poprzednio był problem z zajściem w ciąży a nie mamy więcej dzieci. Tak jak u ciebie Sho-opa poprzednio udało się tuż przed rozpoczęciem in vitro tyle, że w miesiącu przed stymulacją do punkcji.
U mnie z czasem jest łatwiej, ale nigdy nie będzie już tak samo. Mam też wrażenie że wszyscy na mnie patrzą z politowaniem.
Trzymam kciuki za starania! -
Dobrze że udało się to posprawdzać. Musi się udać!Sho_opa wrote:Wszystkie badania z krwi - w tym poziomy witamin, trombofilie wrodzoną, zespół antyfosfolipidowy mam odhaczone i histeroskopie z biopsją cd138 również. Wyszła mi jedynie mutacja PAI i MTHFR w heterozygocie, co jest dosyć często spotykane w polskiej populacji i trochę niska ferrytyna.
Chyba po prostu peseloza już mnie dopadła 🤷
Sho_opa lubi tę wiadomość
-
Tysia0519 wrote:Jak u was dziewczyny po powrocie do pracy i ogólnie czy odczuwacie, że jest choć troche wraz z upływem czasu lżej?
Sho-opa bardzo mi przykro z powodu twoje straty
My już staramy się również 6 cykli i się nie udaje... Póki co mam stymulacje i zobaczymy czy również nie skończy się w przyszłości na in vitro. Szybko zdecydowaliśmy się na starania, ponieważ wiedzieliśmy, że już poprzednio był problem z zajściem w ciąży a nie mamy więcej dzieci. Tak jak u ciebie Sho-opa poprzednio udało się tuż przed rozpoczęciem in vitro tyle, że w miesiącu przed stymulacją do punkcji.
Życzę Wam, żeby się szybko udało naturalnie. Nie wiem w jakim wieku jesteś, ale gdybym była przed 40-stka, to pewnie na spokojnie starałabym się naturalnie te 12 cykli.
Co do tego czy z upływem czasu jest trochę lżej, to ja powiedziałabym, że jest inaczej - początkowo był to ból odczuwany niemal fizycznie, problemy ze snem, poczucie winy, bezradności, niesprawiedliwości, ale jednocześnie jakby nie do końca docierało do mnie co się stało. Teraz można powiedzieć, że funkcjonuję w miarę normalnie, natomiast mam momenty, kiedy ogarnia mnie ogromna rozpacz i żal, że Go straciłam, że nikt mi Go nie zastąpi, że nawet jak będzie kolejne dziecko, to nie będzie to On, że nie było dane mi Go poznać i patrzeć jak się rozwija, dorasta...Dopiero teraz jestem w pełni świadoma jak wielkiej straty doznałam.
Ujelabym to tak: wcześniej cierpiałam z powodu tego co się już wydarzyło, że Hektor zmarł, teraz cierpię z powodu tego, że zabrano mi przyszłość z Hektorem i tęsknię za tym co mogłoby byćWiadomość wyedytowana przez autora: 18 kwietnia, 22:09
-
Sho_opa wrote:Nata123 mam tak samo - z jednej strony bardzo pragnę drugiego dziecka a z drugiej jest we mnie ogromny lęk przed ponowną stratą lub chorobą dziecka, bo życie pokazało, że nie da się mieć kontroli nad wszystkim i nigdy nie ma 100% gwarancji, że będzie ok. Dodatkowo czuję jakby to byłaby pewnego rodzaju "zdrada" naszego Synka.
Nie opowiadałam jeszcze swojej historii, choć to forum przeczytałam od pierwszego wpisu i było dla mnie podporą już w szpitalu, kiedy 7 lipca 2025 w 32tc +0 dowiedziałam się, że serce mojego Synka nie bije.
Mam jedną córeczkę 11 lat, ciąża z 1 cyklu starań, na przełomie 24/25 tc pojawiły się problemy z wydolnością szyjki, założono pessar i odtąd tryb praktycznie leżący do 37 tc (córka donoszona do 39 tc). Zdając sobie sprawę, że w drugiej ciąży może być podobnie, chcieliśmy odczekać kilka lat, żeby nie było takiej sytuacji, że ja leżę a w domu jest małe dziecko. Potem była taka sytuacja w życiu zawodowym i rodzinnym, że odłożyliśmy jeszcze starania aż w końcu jak je zaczęliśmy, to miałam już 38 lat. Niestety nie udawało się zajść w ciążę, zaczęła się diagnostyka i niby wszystko było w porządku, ale zegar tykał więc zdecydowaliśmy się na in vitro. Miesiąc przed swoimi 40 stymi urodzinami miałam punkcję jajników i decyzja kliniki, żeby z transferem zaczekać do drugiego cyklu po punkcji i wtedy stał się cud. W cyklu po punkcji zaszłam naturalnie w ciążę 🥰 Radość była ogromna. Jak poznaliśmy płeć, to już w ogóle byliśmy wniebowzięci. W 19 tc okazało się, że szyjka się bardzo skróciła, założono szew. W 26 tc szpital, podanie sterydów i dołożenie pessaru, bo zaczęło się robić rozwarcie. Pobyt w szpitalu do 30 tc. W badaniach USG i w KTG zawsze wszystko wychodziło ok. Dziecko rozwijało się super. Jak zaczął się 30 tc i wyszłam do domu, to byłam już mega spokojna, że nawet jak się urodzi, to będzie miał duże szanse na przeżycie i małe ryzyko negatywnych konsekwencji wcześniactwa.
W piątek 4 lipca byłam na wizycie u ginekologa ( bez badania USG, bo USG miałam robione w szpitalu kilka dni przed wyjściem ze szpitala a na 10 lipca byłam umówiona na badanie prenatalne III trymestru). W sobotę rano miałam badania krwi (prawidłowe) a jak kładliśmy się spać to Synek miał czkawkę, pamiętam jak oboje z mężem przyglądaliśmy się brzuchowi i się cieszyliśmy że tak sobie ćwiczy- wszystko przebiegało tak jak zawsze, nie było nic niepokojącego. W niedzielę przed południem Synek trochę gwałtownie się ruszał, ale pomyślałam, że może się przekręcił, miał jeszcze sporo miejsca. Późnym popołudniem zorientowałam się, że coś długo nie czuję jego ruchów. Poruszałam brzuchem na boki, puściłam muzykę i widać było jakieś takie jakby "uwypuklenie" na brzuchu, więc pomyślałam ok pewnie się przekręcił, nie czuję kopniaków, ale wypiął pupę, może wieczorem będzie bardziej aktywny, bo tak zazwyczaj było. Wieczorem było podobnie, pojawiły się dwa, trzy razy takie uwypuklenia na brzuchu ( to chyba jego martwe ciałko już się po prostu "obijało" od ścian macicy 🥹) . Rano pojechaliśmy na IP i tam informacja, że Synek nie żyje 😭 Po zdjęciu pessara i szwu bardzo szybko rozkręciła się akcja porodowa, urodziłam sn tego samego dnia o 19:18. Cały czas był ze mną mąż. Położne były wspierające jeśli chodzi o sam poród, natomiast mam żal o to, że nie zasugerowały żeby np. zrobić odciski stópek i dłoni albo wziąć kosmyk włosów. Bardzo żałuję, że nie mam kosmka jego włosów a miał takie długie, czarne 🥹 Hektor został ubrany w spioszki, owinięty w rożek z włóczki a na głowę założono mu czapeczkę z włóczki. Mieliśmy "słynne" dwie godziny na pożegnanie się z Hektorem. Byłam o tyle przytomna, że powiedziałam mężowi, żeby zrobił zdjęcia.
Pierwsze tygodnie po śmierci Hektora, to był ogromny ból psychiczny połączony z poczuciem winy, że nie pojechaliśmy wcześniej na IP, że nie było zrobione USG na ostatniej wizycie.
Przyczyny obumarcia do tej pory nie znamy. Żaden z lekarzy patrząc na wyniki sekcji zwłok czy też histopatologii nie powiedział że przyczyną było to i to. Synek nie był ani okręcony pępowiną ani nie miał węzła. Pępowina była dosyć krótka i niekorzystnie przyczepiona brzeźnie i błoniasto. W sekcji zwłok napisane, że nie można stwierdzić przyczyny obumarcia, wszystkie narządy wewnętrzne prawidłowe. W wynikach histopatologicznych łożyska i błon wyszły nacieki zapalne plus ogniskowe zwapnienia i zwłóknienia w podscielisku z kosmków. Lekarz prowadzący stwierdził, że nie wie co mogło się stać, że te nacieki zapalne to wychodzą bardzo często a zwapnienia na tym etapie mogą się pojawić, bo łożysko się starzeje. Lekarz, który odbierał poród stwierdził, że to była jakaś niewydolność łożyska ( ale Synek był na 40 centylu, wagowo odpowiadał 33-35 tc a 2,5 tygodnia przed obumarciem przepływy były idealne).
7 kwietnia minęło 8 m-cy od straty i mimo, że mam żywe dziecko tu na Ziemi, to razem ze śmiercią Hektora uleciało większość radości z życia. Jest mi ciężko cieszyć się z tego co mam i to doceniać, ale cały czas próbuje się przekonać do tego, że jeszcze będzie pięknie
Czytając Twoją historię miałam deja-vu odnośnie ostatnich godzin mojego Synka... Po drodze podobne problemy, skracająca się szyjka, pessar, wyjście ze szpitala i oddech, że teraz będzie już dobrze. A kilka dni później koniec świata.
Tak bardzo mi przykro 💔
Po kilku miesiącach wróciłam do starań. Nie potrafiłam odpuścić i doczekałam się tęczy, ale ile nerwów i zdrowia mnie to kosztowało ciężko opisać.
Trzymam kciuki za Ciebie. Życzę wszystkiego dobrego ❤️
13.12.2013 synek O... 😍
06.2018 poronienie w 6tc😪
08.2018 poronienie zatrzymane w 8tc 😪
01.2023 poronienie w 6tc 😪
05.2023 poronienie w 7tc 😪
31.01.2024 Aniołek A... z 33tc 😭👼💔
"Jeśli czasem patrzysz w niebo, to znaczy, że jeszcze w coś wierzysz..."
05.10. - II 😍
14.10. - mamy ❤️
23.11. - I prenatalne - 6,4cm maleństwa 😘 USG w porządku
22.01 - II prenatalne - 470 g Królewny ❤️👶
26.03 - III prenatalne - 1550 g zdrowej 🌹👶
05.05.2025 - 🤱👶😍

-
Powiedzcie dziewczyny, jak u Was jest z triggerami jak wózek mijany w parku, małe dzieci itp? Czy to kiedyś mija? Np z czasem albo jak pojawi się tęczowe dziecko? Czuję się jakby ta żałoba nigdy miała się nie skończyć. Jestem już zmęczona, jakkolwiek to brzmi. Z jednej strony zastanawiam się nad kolejnymi staraniami, bo skoro już minęło 7 miesięcy od cc to za 3 miesiące moglibyśmy zacząć starania powoli. Na początku tylko odliczam czas aż lekarz da zielone światło. A teraz już sama nie wiem czy dam radę to udźwignąć znowu. Czy dam radę przejść ciążę. I tyle niepewności jest. Czy to się powtórzy, czy dziecko będzie zdrowe. Czy pojawienie się dziecka, o ile w ogóle się uda , zmieni to jak życie teraz wygląda. Nie chcę skazywać nowego człowieka na patrzenie na taką matkę co na nic nie ma siły.
-
Nata123 wrote:Powiedzcie dziewczyny, jak u Was jest z triggerami jak wózek mijany w parku, małe dzieci itp? Czy to kiedyś mija? Np z czasem albo jak pojawi się tęczowe dziecko? Czuję się jakby ta żałoba nigdy miała się nie skończyć. Jestem już zmęczona, jakkolwiek to brzmi. Z jednej strony zastanawiam się nad kolejnymi staraniami, bo skoro już minęło 7 miesięcy od cc to za 3 miesiące moglibyśmy zacząć starania powoli. Na początku tylko odliczam czas aż lekarz da zielone światło. A teraz już sama nie wiem czy dam radę to udźwignąć znowu. Czy dam radę przejść ciążę. I tyle niepewności jest. Czy to się powtórzy, czy dziecko będzie zdrowe. Czy pojawienie się dziecka, o ile w ogóle się uda , zmieni to jak życie teraz wygląda. Nie chcę skazywać nowego człowieka na patrzenie na taką matkę co na nic nie ma siły.
Mam bardzo podobne odczucia. Minął już prawie 9 miesiąc, a nadal widząc wózek, kobietę w ciąży czy parę z bobasem ogarnia mnie ogromny smutek. Kiedyś przechodziłam dalej i pojawiały się łzy, teraz probuje skupić się od razu na czymś innym. Nie wiem czy to kiedykolwiek minie… początkowo dawałam sobie rok na rozpoczęcie starań, ale teraz sama nie wiem czy kiedykolwiek sie zdecyduję. To miał być mój jedyny wymarzony synek, nie chciałam wiecej dzieci.
Przeraża mnie wizja ciąży. W pierwszej obawiałam się żeby nic siebie stało jakoś do 6 miesiąca. Teraz wiem, że odetchnąć można dopiero jak dziecko jest na świecie.
Lekarze mówią, że miałam po prostu ogromnego pecha, że to już się nie powtórzy, ale jakoś nie potrafię im zaufać…
Podziwiam każdą z Was że walczycie i sie nie poddajecie.
Maddie lubi tę wiadomość
…A może po to był stworzony,
Ażeby chociaż krótką chwilę
Przebyć w bliskości Twego serca?…
L.Turgieniew -
sewi3 wrote:Czytając Twoją historię miałam deja-vu odnośnie ostatnich godzin mojego Synka... Po drodze podobne problemy, skracająca się szyjka, pessar, wyjście ze szpitala i oddech, że teraz będzie już dobrze. A kilka dni później koniec świata.
Tak bardzo mi przykro 💔
Po kilku miesiącach wróciłam do starań. Nie potrafiłam odpuścić i doczekałam się tęczy, ale ile nerwów i zdrowia mnie to kosztowało ciężko opisać.
Trzymam kciuki za Ciebie. Życzę wszystkiego dobrego ❤️
Wiele razy myślałam sobie: czemu ta cholerna szyjka nie puściła 1-2 dni wcześniej... Hektor by żył, byłby wcześniakiem, ale zapewne świetnie by sobie poradził, bo był dużym chłopcem ( 2 kg) -
Sho_opa wrote:Wiele razy myślałam sobie: czemu ta cholerna szyjka nie puściła 1-2 dni wcześniej... Hektor by żył, byłby wcześniakiem, ale zapewne świetnie by sobie poradził, bo był dużym chłopcem ( 2 kg)
Boziuniu, ja też miałam takie myśli, a mój Adaś też ważył już 2kg, sterydy na płucka zdążyłam przyjąć... Tylko, że złapałam wirusa, o którym nawet nie wiedziałam, bo nie miałam objawów, a to paskudztwo przeniknęło przez łożysko i zabiło moje dziecko...
13.12.2013 synek O... 😍
06.2018 poronienie w 6tc😪
08.2018 poronienie zatrzymane w 8tc 😪
01.2023 poronienie w 6tc 😪
05.2023 poronienie w 7tc 😪
31.01.2024 Aniołek A... z 33tc 😭👼💔
"Jeśli czasem patrzysz w niebo, to znaczy, że jeszcze w coś wierzysz..."
05.10. - II 😍
14.10. - mamy ❤️
23.11. - I prenatalne - 6,4cm maleństwa 😘 USG w porządku
22.01 - II prenatalne - 470 g Królewny ❤️👶
26.03 - III prenatalne - 1550 g zdrowej 🌹👶
05.05.2025 - 🤱👶😍

-
W naszym przypadku, po stratach donoszonych lub prawie donoszonych dzieci, to cała kolejna ciąża jest ogromnym obciążeniem psychicznym. Niestety nie ma "bezpiecznego" tygodnia. Nie mamy też gwarancji, że kolejna ciąża zakończy się szczęśliwie.
Ja też jestem pełna obaw jak zniosę ewentualna ciążę, jak się zakończy, ale spytałam samą siebie czy za te 20-30 lat nie będę żałować tego, że nie spróbowałam ? Odpowiedz była, że raczej bym żałowała, więc podejmuję "wyzwanie"
Agat39, sewi3 lubią tę wiadomość
-
Dziewczyny tak, ciąża po stracie będzie obciążona strachem do końca. Ba! Ja się strasznie bałam nawet po urodzeniu zdrowego, żywego dziecka. Strach o jego życie minął mi dopiero w okolicy jego 3 urodzin. Jednakże powiem Wam z własnego doświadczenia że tak. Opłaca się. Świat się zmienia choć na początku nie ukrywam patrzyłam na synka i łzy mi leciały bo wyobrażałam sobie jakby wyglądały moje pozostałe dzieci. Teraz jest On. Jedyny, niezastąpiony,mój Cud. Życie znowu nabrało kolorowych barw, nabrało sensu. I nie, nigdy nie zapomnę o moich ukochanych coreczkach ale życie jest teraz inne. Ma inny wymiar. Święta wyglądają inaczej, dzień matki wygląda inaczej. Nie ma już tylko łez. Jest także radość i szczęście. Są maleńkie rączki które mnie obejmują i mówią "kocham Cię mamo". W takim momentach upewniam się że warto było walczyć, podnosić się z kolan choć brakowało mi sił.
Nata123, sewi3 lubią tę wiadomość
24tc...17.05.2017 córeczka 😇💔
26tc...02.03-19.05.2018 córeczka 😇💔
IV.2019 CB
24tc...11.12.2020 córeczka👼💔
9tc... VI.2021 😇💔
05.05.2022 na świecie pojawił się CUD BARTUŚ ❤
"Wtedy, gdy wydaje mi się, że już nie dam rady
- przypominam sobie kto mi się przygląda..." -
Niestety muszę się z Wami przywitać na tym wątku... Nie znam osobiście innej mamy, która byłaby w naszej sytuacji. Może to i dobrze - im nas mniej tym lepiej.
21.04.2026 urodziłam moją córeczkę Matyldę (to był już 36 tyg +2). Urodziła się martwa. Rano w tym dniu nie poczułam jej ruchów (dzień wcześniej wieczorem pięknie się kręciła), śniadanie, coś słodkiego, zimną woda - nic nie pomogło. Mam też detektor tętna - nie mogłam znaleźć jej tętna... Pomyślałam jednak że się odwróciła, mocno śpi i tak dalej. Pojadę na izbę i tam będzie ok. Nie było... Na ich detektorze brak tętna, na czujniku od ktg też. Szybkie przejście do gabinetu USG na porodówce. Mąż został na izbie. USG i cisza ze strony lekarza, przybiegł drugi lekarz, zbadał i stało się najgorsze. Złapał mnie za rękę i wypowiedział te straszne słowa "serduszko nie bije". Ja nie płakałam - ja zawyłam jak zwierzę... Zawołali mojego męża i jak przez mgłę pamiętam jak tłumaczyli co teraz będzie się działo.
Moja ciąża nie była książkowa, ale wszystko było pod kontrolą. Starania o dziecko trwały u nas 7 lat. Przeszłam 4 pełne procedury invitro, Matylda była naszym cudem z 7 transferu (wcześniej miałam tylko 2 ciąże biochemiczne).
Przy in vitro miałam zbadane wszystko: wszystkie genetyczne badania, wirusówki, zakrzepice, immunologia. Jedynym powodem naszej niepłodności, który znaleźliśmy było allo mlr równe 0.
W czasie ciąży skracała mi się szyjka, ale nie jakiś drastycznie, wystarczył pessar. Acard już brałam od transferu. Na koniec marca pojawiło się nadciśnienie, ale po wizycie w szpitalu i dobraniu leków wróciło do normy. W szpitalu miałam od razu podane sterydy na płucka, zrobione posiewy, badania moczu, morfologia - wszystko super. 5 dni i do domu. Wizyta u prowadzącego po pobycie w szpitalu też ok - serduszko, przepływy, wody. Tylko pojawiło się rozwarcie i decyzja o zdjęciu pessara w skończonym tyg. 36 i 4. Miałam też łożysko dwupłatowe na tylnej ścianie - wszyscy uspokajali, że to wiąże się tylko z tym, że po porodzie trzeba sprawdzić czy całe wyszło i czy nie ma krwotoku.
Pessar miałam mieć ściągany w czwartek a maleństwo przestało się ruszać we wtorek. Zabrakło kilku dni.
W szpitalu podczas porodu i pobytu zostałam potraktowana z najwyższą starannością. Wszyscy byli profesjonalni, mili, współczujący. Tragedia jednak pozostaje tragedią. Urodziłam naturalnie, ale było to bardzo bolesne. Znieczulenie zewnątrzoponowe działało tylko pół godziny. Na koniec musiałam przeć mimo braku skurczów. Matylda była śliczna. Ważyła 2,5 kg - czyli urosła ponad 300 go od ostatniej wizyty. Mogłam się z nią pożegnać, mamy odcisk stópki. Mąż był przy mnie cały czas - nie dałabym rady bez niego. Ciągle krzyczałam że to się nie dzieje i że nie tak miało być.
Minął tydzień. W czwartek jest pogrzeb a ja nie mogę przestać analizować co przegapiłam.
Czy gdybym mniej uważała to rozwarcie by się zwiększyło i urodziłabym wcześniej a ona byłaby zdrowa?
Czy ból pleców był objawem że coś się dzieje (ale byłam u fizjo i po rozmasowaniu ból się zmniejszył)?
Czy suplementując duże dawki magnezu (że względu na szyjkę) wyciszyłam sobie skurcze porodowe?
Czy obrzęki nóg (takie zwykłe ustępujące po nocy) coś znaczyły?
Czy zawiniło moje nadciśnienie? Ale przecież mnóstwo kobiet w ciąży je ma i rodzą zdrowe dzieci.
Wczoraj wpadłam wieczorem w panikę, że nie zbadałam homocysteiny a mam mutacje (oczywiście suple metylowane biorę). Dzisiaj robiąc kontrolną morfologię po porodzie zbadałam homocysteina i jest oczywiście podwyższona. Kolejna cegiełka do obwiniania się, choć przecież moja córka nie żyje więc od tygodnia nie mogę spać, mój stres (biorę leki od psychiatry), stan (mam wysokie crp i mocny antybiotyk) są najgorsze od zawsze. Próbuje sobie racjonalizować, że wynik homocysteiny jest pewnie zaburzony przez to wszystko a nawet jeśli nie to nie jest wyrok tylko marker wskazujący na zagrożenie.
Analizuję wypisy, badania krwi - czy była zakrzepica, czy był jakiś zawał. Nie mogę spać... W moich wynikach nie ma odpowiedzi - wszystko jest w normie dla kobiet w ciąży.
Pewnie za chwilę znowu coś znajdę i będę analizować.
Muszę czekać jeszcze min. tydzień na wstępne wyniki sekcji. Po porodzie nic nie wskazywało na powód. Łożysko wyglądało normalnie, bez śladów odklejania, zakrzepów. Pępowiną ok.
Jak żyć z myślą, że brzuch matki który miał chronić moje dziecko stał się miejscem gdzie moja córka zmarła...
Wiadomość wyedytowana przez autora: 28 kwietnia, 20:36
Starania od 2019
Ona:
36 lata
Hashimoto
Niedoczynność
Insulinooporność
2022 - laparoskopia - wszystko ok, kauteryzacja jajników
2022 - histeroskopia - wszystko ok
1 ICSI - 2022-23, 4 zarodki, 3 transfery, tylko jeden z niską CB (do 20)
2 ICSI - 2024, 2 zarodki, 2 transfery - beta zero
3 ICSI - 2025, 1 zarodek, transfer z immunoglobulinami -biochem
Sprawdzone wszystko, jedyne odchylenie od normy to u partnera słabe parametry nasienia a u mnie all mlr 0%
4 ICSI - 1 zarodek 4CC
01.09 transfer i ciąża
04.2026 - 36 tydz. 💔 Matylda -
Misiaa dziękuję Ci za to co napisałaś twoje słowa naprawdę dają nadzieję i mi akurat dodały nieco siły żeby się nie załamywać po kolejnym nieudanym cyklu. Jesteś naprawdę niesamowita, ponieważ wpisy na tym forum umieszczasz nadal po to żeby wesprzeć inne kobiety.
Maddie bardzo mi przykro z powodu straty Twojej córeczki, mocno Cię przytulam.
Przeszliście długą drogę w walce o maleństwo ale pokazaliście, że możesz zajść w ciążę, że jest to możliwe i mam nadzieję, że nadal się nie poddacie.
Jeśli chodzi o szukanie przyczyny i obwinianie się, chyba każda z nas to przechodziła. Ja milion razy analizowałam każdy wynik z badań, szukałam winy w sobie, myślę że był to taki etap żałoby. Za każdym razem dochodziłam do takiej ściany, że tak naprawdę nic to już nie da i nie zwróci życia mojemu synkowi. Teraz obwinianie siebie, lekarzy wraca już rzadko ale na początku była to wręcz obsesja.
Jestem pewna, że zrobiłaś dla swojej wymarzonej córeczki wszystko co mogłaś wtedy zrobić. Byłaś pod opieką lekarzy, my nie mamy takiej wiedzy i doświadczenia w tym temacie co oni, dlatego człowiek na nich polega. Nie możesz się obwiniać, ponieważ chodziłaś na wizyty regularnie, robiłaś zlecona badania. Każda z nas po fakcie wiele rzeczy by sprawdziła, zrobiła coś inaczej ale nie mogłyśmy tego przewidzieć w tamtym momencie i robiłyśmy wszystko to co standardowo robi każda kobieta w ciąży a wiele z nas po długich staraniach robiło jeszcze więcej. Każda z rzeczy, które podałaś nie sprawia, że dziecko umiera. To co nas spotkało to ogromna tragedia, okrutny los, jako matki czujemy się odpowiedzialne za swoje dzieci, za to że były w naszym brzuchu i powinny być tam bezpieczne, może dlatego jakaś część w nas czuje się winna. Za każdym razem musimy przypominać sobie, że rozważając te kwestię na chłodno i analizując wszystko nie jesteśmy winne temu co się stało. -
Maddie tak mi przykro że Ciebie też to spotkało. U mnie minęło 7 miesięcy od straty. Na początku tak samo jak Ty godzinami wszystko analizowałam. Konsultowałam moją całą historię choroby z innymi lekarzami ale nic to nie dało. Ty się zamartwiasz czy zaszkodził nadmiar magnezu , a ja się zastanawiałam czy to że go nie brałam był przyczyną..
niestety dokładnie tak jak pisze Tysia ostatecznie dochodziłam do ściany.
Mimo że byłam w szpitalu, gdzie wszyscy mnie zapewniali że wszystko jest super, to właśnie tam zdazyla się tragedia. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Lekarze też nie.
Musiało minąć kilka miesięcy żebym to zrozumiala.
I chyba głównie dzięki temu forum jestem na etapie że może niedługo spróbuję ponownie. Chociaż strach jest ogromny, to ta nadzieja się trochę jeszcze tli. Dziewczyny, bardzo wam dziękuję że tu jesteście! -
Maddie, tak bardzo mi przykro… Serce mi pęka kiedy widzę kolejną nową osobę. Mocno Cię przytulam. Wszystko to co teraz czujesz jest normalne. Ja przez długi czas obsesyjnie szukałam odpowiedzi co się stało, czy coś przegapiłam. Po wynikach sekcji się załamałam, bo nadal nie dostalam odpowiedzi dlaczego tak się stało. Dopiero teraz po tych kilku miesiącach dociera do mnie, że na niektóre rzeczy nie mamy wpływu. Taki jest okrutny los, natura, sama nie wiem jak to nazwać. Nikt nie mógł tego przewidzieć, a my robiłyśmy wszystko żeby było dobrze.
Przesyłam Ci dużo siły na te najbliższe dni.…A może po to był stworzony,
Ażeby chociaż krótką chwilę
Przebyć w bliskości Twego serca?…
L.Turgieniew -
Bardzo Wam dziękuję. Na wyniki sekcji musimy jeszcze poczekać. Wiem, że możemy nie poznać odpowiedzi. Boję się tego a jednocześnie boję się, że po sekcji dostanę informację, że to moja wina. Gdy gdzieś wychodzimy (psychiatra, podstawowe zakupy, badania). Nie potrafię patrzeć na ludzi. Chodzę z wzrokiem utkwionym w ziemi i mam wrażenie, że każdy wie, że nie potrafiłam uchronić mojego dziecka.
Dzisiaj jest pogrzeb, to będzie koszmarny dzień. Psychiatra przepisał mi tabletki uspokajające ale ja nie chcę być otumaniona na pogrzebie mojej córeczki.
Codziennie, od nowa, uświadamiam sobie że przyszłość będzie wyglądać całkiem inaczej niż sobie wyobrażałam. Mam wrażenie, że zaraz się obudzę i okaże się, że to był tylko koszmar a ja nadal będę w ciąży. To nie wygląda jak życie, tylko jak jakiś film, w którym dramat musi gonić dramat...
Wczoraj jeszcze moja teściowa stwierdziła, że zepsuł im się samochód i to mój mąż ma ją i mojego szwagra zawieźć na pogrzeb... Powiedzcie jak można prosić ojca chowającego córkę i zajmującego się załamaną żoną o coś takiego? Mąż w pierwszej chwili się zgodził a później zaczął płakać. Wysłaliśmy więc im wiadomość, że muszą poradzić sobie sami. Mają dużą rodzinę osób z samochodami, niech ktoś ich zawiezie. Moja teściowa postanowiła jednak późnym wieczorem zadzwonić do męża i prawie krzycząc powiedzieć, że w takim razie ich nie będzie i pojadą na cmentarz innym razem. Jak tak można? Mąż załamał się jeszcze bardziej, uświadamiając sobie, że nie ma wsparcia wśród swojej rodziny.
Dobrze, że znalazłam to forum. Ono jest takie pełne wspaniałych kobiet. Czytam je teraz od początkowych wpisów i nie mogę uwierzyć, że przez tyle lat nie zmieniło się nic. Nadal zdarzają się okropne sytuację, nadal większość jest niewyjaśniona. Czytam wszystkie historie i nie odnajduję żadnego sensu w naszych tragediach. Żadnego.Starania od 2019
Ona:
36 lata
Hashimoto
Niedoczynność
Insulinooporność
2022 - laparoskopia - wszystko ok, kauteryzacja jajników
2022 - histeroskopia - wszystko ok
1 ICSI - 2022-23, 4 zarodki, 3 transfery, tylko jeden z niską CB (do 20)
2 ICSI - 2024, 2 zarodki, 2 transfery - beta zero
3 ICSI - 2025, 1 zarodek, transfer z immunoglobulinami -biochem
Sprawdzone wszystko, jedyne odchylenie od normy to u partnera słabe parametry nasienia a u mnie all mlr 0%
4 ICSI - 1 zarodek 4CC
01.09 transfer i ciąża
04.2026 - 36 tydz. 💔 Matylda -
Maddie też tak miałam na początku z ludźmi. Wyzwaniem było wyjść do piekarni czy apteki, w ogóle trudno było mi wyjść gdzieś bez męża. Jeśli szłam gdzieś, gdzie wcześniej byłam w ciąży myślałam, że każdy już wie że straciłam dziecko ale to kiedyś minie, stopniowo i powoli. Najgorsze są pierwsze miesiące jakby człowiek był w innej rzeczywistości. Po czasie zaczyna docierać, że to prawda, że jest się kobietą, która straciła dziecko, u mnie to był również trudny moment jak zaczęłam odczuwać realizm tego co się stało.
Również na pogrzeb nie wzięłam leków ale w najtrudniejszych momentach miałam tak, że nic nie czułam, całkowitą pustkę, w głowie powtarzałam sobie, że to już ciało synka nie cały on, żeby w ogóle być w stanie odejść od trumny.
Jeśli chodzi o rodzinę, my również przekonaliśmy się, że możemy liczyć głównie tylko na siebie. Rodzina wręcz nam wiele utrudniała. Nie mieliśmy siły na własne emocje a szczególnie nasze mamy zachowywały się tak jakby to my mielibyśmy się zająć nimi. Musicie teraz zadbać z mężem o siebie, dobrze, że mąż odmówił zawiezienia ich na pogrzeb. Pierwsze miesiące po stracie to jak przetrwanie z dnia na dzień i trudno żeby człowiek dokładał sobie cokolwiek więcej. Ten raz rodzina musi sobie poradzić bez was, bo wy cierpicie najbardziej i nie powinni od was niczego wymagać.
Chyba nie ma żadnego sensu w tym co się stało i nie da się go znaleźć. Czytałam książkę "Człowiek w poszukiwaniu sensu" i wiele innych w tym temacie, niektóre delikatnie pomagają odpowiedzieć sobie na to pytanie ale trudno mi jest to w jakiś sposób i tak zaakceptować. Jedynie myślę sobie, że spotkała nas ogromna tragedia ale moim celem jest sobie z tym poradzić najlepiej jak umiem właśnie dla mojego synka bo wiem, że on by tego chciał. Chciałby żeby jego tata był szczęśliwy i mama oraz żeby jego istnienie nie tylko skończyło się naszym nieustannym smutkiem do końca życia. Trzymało mnie to że mam męża, mam dla kogo jeszcze żyć oraz nadzieja na kolejne maleństwo, które nigdy synka nie zastąpi ale mam nadzieję da cel w życiu. O synku myślę nadal codziennie ale jest już inaczej.
Kobiety są silne, matki szczególnie i damy sobie z tym radę. Nie jestem zbyt za kościołem, na Boga się poważnie obraziłam ale mam nadzieję, że coś jeszcze jest i może kiedyś dowiemy się o co w tym chodzi a nasze dzieci może już to wiedzą.
Maddie czy jesteś może pod opieką psychologa? Mi to naprawdę pomogło i nadal pomaga.





