Mąż chodzi przybity bardzo, nie chce rozmawiać, nie potrafię mu pomóc. Mówiłam mu wczoraj że takie wygadanie się bardzo by mu pomogło na pewno a poza tym nie chcę żeby u nas w domu było tak że się o czymś nie rozmawia, w domyśle tak jak u niego w domu rodzinnym. Wizyta u teściów oczywiście była złym pomysłem, mąż im powiedział że się ciąża nie utrzymała a oni nic, żadnego przykro nam, żadnego czy się dobrze czujemy ani nic. Mnie to tam tyle co zeszłoroczny śnieg, dla swojej przyjemności mogłabym z nimi nie mieć żadnego kontaktu, tylko mi męża żal bo widzę jakie to dla niego trudne. Teściowa zapytała tylko dlaczego w niedzielę nie przyjechaliśmy bo była u nich siostra M i mieli szarlotkę na ciepło. A chwilę wcześniej mąż jej powiedział, że w piątek się okazało że dziecka nie będzie. Dlaczego ci ludzie tacy są? Nie wiem, czasem myślę, że do nich chyba nie dociera że nie możemy mieć dzieci i traktują to in vitro jako naszą jakąś fanaberię.
Jutro jedziemy też rano zrobić genetykę. Boimy się obydwoje bardzo. Muszę trochę o tym poczytać bo nie do końca właściwie wiem z czym to się je i co będą mogły oznaczać dokładnie wyniki badań. Postanowiłam sobie, że odbiorę je dopiero na wizycie lekarskiej żeby ich nie analizować samemu w domu. Boję się, że wyjdzie ryzyko jakichś ciężkich wad genetycznych u dziecka albo że wyniki będą wskazywały na to, że ciąża w ogóle nie ma szans. Wtedy już chyba nic się nie będzie dało zrobić.
Z pozytywów to mamy już umówioną wizytę w artvimedzie na 10.05, a rano oddaliśmy krew a mąż także i ślinę na te badania genetyczne. Mam nadzieję, że do wizyty wyniki już będą, jak nie to trudno, może doktor rzuci na nie okiem jeśli przyjdą pomiędzy wizytą a rozpoczęciem stymulacji. Niby się czeka ok. 2 tygodnie w artvimedzie, ale zakładam, że może być jakiś poślizg. No i wyników w dalszym ciągu boję się bardzo bardzo. Byłam też dzisiaj u swojego gina i na szczęście wszystko się samo oczyszcza, ale tak jak pisała Adin, może to potrwać nawet do dwóch tygodni. No trudno, przynajmniej zabieg mnie ominie, za co jestem losowi niezmiernie wdzięczna. Gin jak zawsze pozytywny, powiedział że kciuki trzyma bardzo mocno i że w swoim gabinecie widział historie przeróżne, od ciąż niechcianych po kobiety latami starające się i że w miarę możliwości trzeba podchodzić do sprawy jak najbardziej technicznie i jak najmniej emocjonalnie bo to po prostu lepsze dla psychiki. Smutne, ale jednak się z nim zgadzam. Wzięłam l4 jeszcze na jutro, gin chciał nawet wystawić dłuższe żebym miała jakoś czas się pozbierać i oswoić z tym, ale nie chciałam.
Pomimo to miałam dzisiaj chwilę załamania i praktycznie od powrotu do domu depresyjny nastrój mnie nie opuszcza
Zadzwoniłam od razu do dyrektorki powiedzieć, że mnie jeszcze jutro w pracy nie będzie ale od poniedziałku już będę. Ona zapytała czy wszystko ok, więc jej powiedziałam, że poroniłam. Ostatnio kiedy pisałam o telefonie ze szkoły rozmawiałam z drugą panią dyrektor i widać była na tyle dyskretna, że nie powiedziała nawet swojej najbliższej współpracownicy. No i dowiedziałam się, że po szkole już krążą plotki, że jestem w ciąży. Ktoś tam mnie do czegoś potrzebuje i zamiast zadzwonić do mnie, poszedł do jednej z tych dyrektorek zapytać, czy to prawda że jestem w ciąży i czy jeszcze wrócę do pracy! Kobieta na szczęście powiedziała, że żadnych takich informacji nie posiada ani nie jest upoważniona do rozmowy na temat mojej nieobecności. Nie mam pojęcia czemu takie plotki. Bo mnie długo nie ma? L4 miałam od gina, ale nie było "ciążowe" tylko normalne. Posłałam je do szkoły kimś, myślałam że kimś zaufanym i nie wiem, może tutaj zrobiłam błąd? Może sekretarka rozgadała, że l4 od gina? Parę razy w sklepie czy na ulicy spotkałam też parę osób z pracy (l4 miałam "chodzące") to pewnie od razu poszła fama, że do pracy nie chodzę a żyję, więc pewnie ciąża. Nikomu z pracy nie mówiłam nawet o tym że się staramy, jestem pewna na 100% że żadna z tych dyrektorek nikomu nic nie powiedziała a głupie ludzie i tak plotkują. I to naprawdę kobiety po studiach, wykształcone a zwykłe pleciuchy i byle nowina już jest sensacją. Najgorsze jest to, jak bardzo mnie dotknęła sama myśl o tym i jaka się teraz czuję zestresowana przed powrotem do pracy. Wkręciłam sobie, że na pewno będą pytać, nie daj Boże ktoś będzie chciał pogratulować a ja po prostu nie chcę w żaden sposób poruszać tego tematu. Nie było mnie w pracy i już, to nie jest niczyja sprawa. I chyba dopiero dzisiaj sobie zdałam sprawę jak myślenie o tym boli. Widać będzie bolało dłużej i mocniej niż myślałam, pomimo tego, że nie siedzę i nie rozmyślam. Widać tak musi być, że boli.
Czuję się trochę zrezygnowana, jakoś ciężko mi uwierzyć w dobre wyniki genetyki, nastawiam się raczej na złe. Może to jakaś moja reakcja obronna, ale staram się wyobrazić sobie życie po usłyszeniu złych wyników. I staram się do tych wyobrażeń nie wkładać płaczu i załamania, chociaż wiem, że pewnie taka byłaby moja pierwsza reakcja. Z jednej strony wierzę, że wszystko się dobrze poukłada, z drugiej mam złe przeczucia. O ile zachowuję względny spokój to na entuzjazm nie mam siły. Przede wszystkim mam nadzieję, że wyniki będą już przed wizytą. Jeśli tak będzie to pojedziemy na wizytę razem z mężem i razem to weźmiemy na klatę. Jeśli ich jeszcze nie będzie to poradzę tam sobie sama, w końcu to będzie tylko usg i planowanie stymulacji.
Krwawienie skąpe ale dalej jest. Niech już się kończy. Za to cera zrobiła się jak marzenie, widać hormony wracają do normy. Może będzie mi dane cieszyć się tym stanem rzeczy do następnej stymulacji. Za pierwszym razem przy puregonie wysypało mnie okrutnie.
Jutro powrót do pracy. Na samą myśl powrotu do swoich obowiązków nawet się cieszę, na pewno będę bardziej aktywna i produktywna niż w domu. Ale na towarzystwo innych w czasie przerw jakoś dalej nie mam ochoty. Nie mam tam wrogów, raczej ze wszystkimi żyję w zgodzie i ludzie są mi tam życzliwi ale...czasem po prostu nie chce się iść do ludzi. A za tydzień idziemy z M na komunię. Będzie cała rodzinka, będzie trochę dzieciaków...bomba. Może we wtorek 3.05 uda się wyrwać na jakąś małą wycieczkę jeśli dopisze pogoda.
Czasem się zastanawiam co nas to jeszcze w życiu czeka, co jeśli ja nigdy nie pójdę na urlop macierzyński? Chciałabym już mieć te wyniki genetyki, przynajmniej człowiek wiedziałby mniej więcej na czym stoi. Chciałabym żeby to co ma się okazać okazało się jak najszybciej i żeby przynajmniej ta niepewność została nam darowana. Człowiek jest głupi, można to było zrobić od razu przed pierwszym ivf. Teraz jestem przynajmniej o tyle mądrzejsza że wiem, że nic nie można w życiu na pewno zaplanować i na szczególną losu przychylność liczyć nie warto, a tak naprawdę każdą dobrą rzecz należy potraktować jak dar.
Zaczynam się denerwować na tą klinikę. Kiedy przyjechaliśmy to pani na recepcji powiedziała nam, że wyników genetyki nie ma i ona nie wie kiedy będą, lekarz w gabinecie zrobił oczy że jak to? już przecież powinny być! Wyszedł z gabinetu, kazał pani wykonać telefon do laboratorium i owszem, były, po prostu jeszcze nie wprowadzone w system. Mamy na razie kariotypy i całe szczęście są ok. Nie mamy azf ani cftr, ale lekarz stwierdził, że w takim układzie też powinny być w porządku. A tych dwóch wyników nie mamy, bo inna pielęgniarka przed pobraniem śliny męża nie powiedziała, że trzeba 30min pościć i po tygodniu mąż musiał tam jechać pluć do próbówki jeszcze raz, więc te wyniki będą później. Cena za badania to prawie 2000zł, badania ważne bo genetyczne a nie jakaś morfologia albo mocz, więc podejście tych pań pozostawię bez komentarza.
Ale najważniejsze że mamy zielone światło. Leki już mam kupione, tym razem menopur zamiast puregonu, z powodu wysokiego progesteronu tamtym razem. Może teraz będzie lepiej. Cena menopuru sprawiła, że zbladłam, a współczucie w oczach aptekarzy, że się prawie popłakałam. Receptę zostawiałam jednej pani, leki na drugi dzień odbierałam od innego pana i oboje chcieli być bardzo mili, że te leki takie drogie ale przecież nie to najważniejsze (notabene 600zł za menopur i cetrotide), że jakby było trzeba więcej to dzwonić od razu a receptę się doniesie (a domówić pewnie będzie trzeba, bo menopuru mam na 8 dni). I ten ich ton i wzrok. Wiem, że chcieli być mili, ale ja nie chcę współczucia. Nie potrzebuję współczucia. Potrzebuję bardziej kopa w cztery litery że wszystko będzie dobrze, bo póki co to jestem okropnie sfrustrowana na samą myśl, że robimy in vitro. Nie tak miało być. Miała być dobra kolacja, wino i nasza sypialnia a nie pierdyliard igieł, badań i wizyt u lekarza. Miało być normalnie.
W klinice pobrali nam krew na parę badań bo wyniki sprzed kwalifikacji się już przedawniły, więc przynajmniej tyle dobrze, że część udało się zrefundować. Dzisiaj rano powtarzałam toxo i różyczkę, do tego robiłam cytologię bo poprzednia równo sprzed roku, czystość pochwy i chlamydię z wymazu. Kolejne 300zł poszło, ale pocieszam się, że w ciąży pewnie też bym to musiała zrobić. Dzisiaj pojawiło się brązowe plamienie, ale mam nadzieję, że to po badaniach, bo do końca dupka jeszcze daleko.
Co zrobić, trzeba przejść przez tą następną procedurę, bo to w zasadzie obecnie nasza ostatnia szansa. Ale brakuje mi tego entuzjazmu, który był ze mną pół roku temu. Może zbyt szybko zgorzkniałam? Może za mało chcę albo za mało mam wiary i dlatego się nie udaje? Czasem sobie myślę, że człowiek już nawet na księżycu był a w ciążę zajść się nie da, taki dziwny jest ten świat.
Wiadomość wyedytowana przez autora 13 maja 2016, 15:12
Wraca mi powoli optymizm, ale tak na spokojnie, bez ekscytacji. Teraz już wiem, że trzeba po prostu czekać i zobaczyć, co się wydarzy.Dzisiaj 33dc, okresu jeszcze nie widać. Przed ostatnią stymulacją sporo się spóźnił więc może to stres? 33 dni to jeszcze w moim wypadku nie spóźnienie, ale nie miewam cykli dłuższych niż 34 dni, a tymczasem tutaj nawet nie ma plamienia. Może to stres, dietę poza jedną pizzą w tym tygodniu zamówioną po bardzo długim czasie przerwy od takiego jedzenia mam ok, więc chyba raczej nie to. Piłam też rano wodę z sokiem z całej cytryny, może to to? Podobno może opóźnić, ale nie wiem czy to prawda. Ale się nie denerwuję, leki mam kupione jeszcze na refundacji i myślę, że z punkcją do 30.06 i tak zdążymy, to przecież jeszcze ponad miesiąc. Mam nadzieję, że transfer będzie w tym samym miesiącu tym razem...i że w ogóle będzie co transferować.
W pracy niby godzin odpadło ale młyn, teraz były matury, miałam przy tym trochę roboty, a teraz gonitwa żeby zdążyć z materiałem, uczniowie się powoli budzą że chcieliby coś zrobić ze swoimi ocenami na koniec roku...Ale przynajmniej coś się dzieje
Trochę się tylko martwię, bo w połowie czerwca idę na panieński, a pod koniec na wesele, bardzo chciałabym być tu i tu i trochę się obawiam, że pokryje się to z którymiś częściami procedury. Ale młodzi są na bieżąco z naszą sytuacją, więc gdyby co zrozumieją.Jeszcze jedno. Porobiłam brakujące badania i poza chalmydią mam już wszystkie wyniki. W cytologii i czystości pochwy wyszły mi liczne leukocyty, ale w dzień badania i po faktycznie odczuwałam sporą suchość pochwy i dyskomfort, więc może była jakaś infekcja. Pojawiło się też wtedy lekkie plamienie, więc na jednym wymazie wyszły erytrocyty. Teraz już jest wszystko ok, poza tym lekkim plamieniem przez dzień czy dwa i dyskomfortem nie miałam żadnych objawów, więc mam nadzieję, że to co to było już poszło precz
I że nie będę musiała powtarzać badań, bo to było jakieś wyjątkowo nieprzyjemne. Może kwestia osoby, która mi to robiła, nie wiem.
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 maja 2016, 07:43
Postanowiliśmy z mężem, że jeżeli to in vitro się nie powiedzie, to damy szansę naprotechnologii. Wcześniej coś o tym poczytam, nie wiem czy będą mieć przy naszym problemie jakąś radę dla nas ale spróbować nie zawadzi. I tak żadnego konkretnego rozwiązania nie widzę, więc czemu nie.
Ale póki co czekam na to wredne małpiszcze i zaczynam się kłuć.
Ostatnie parę dni to plamienia, coraz silniejsze. Wczoraj nawet myślałam, że się rozkręci, ale się nie rozkręciło. W nocy bardzo niewiele na podpasce, więc dzisiaj jeszcze nie brałam menopuru. Dzisiaj od rana ból brzucha i póki co plamienie jest bardzo intensywne, więc mam nadzieję, że @ rozkręci się na dobre i jutro ruszamy z koksem

Mamy za sobą cudowny weekend, byliśmy u rodzinki i super się wyluzowaliśmy
Pogadałam też z ciotką od serca i zapytała m.in. ile prób przewidujemy total i nie potrafiłam jej odpowiedzieć na to pytanie. To zależy od finansów i od strony psychi8cznej, jak sobie będziemy ze wszystkim na bieżąco radzić. Na obecną chwilę plan jest taki, że ta będzie ostatnia i więcej nie będzie trzeba 
Mam wiele optymizmu

TAK TAK TAK!!! Mamy 1dc!!
Taki intensywny, że nie ma wątpliwości. Na sobotę umówione pierwsze podglądanie
Muszę tylko zajrzeć do apteki w której zamawiałam menopur, czy jeśli przyjdę w sobotę z nową receptą, to czy na poniedziałek dostarczą mi nowy. Tej dawki starczy mi do wtorku, ale dla bezpieczeństwa nowy w lodówce chciałabym mieć już w poniedziałek. Szczególnie, jeśli lekarz podniesie dawkę. Obczaję jeszcze jedną aptekę w Krk która się specjalizuje w takich lekach i może mieliby na miejscu, ale to jest i tak na drugim końcu miasta.
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 maja 2016, 14:15
Puregon był mega wygodniejszy, za pierwszym razem bałam się czy wstrzykuję dobrą dawkę bo zabłąkał się jakiś pęcherzyk powietrza, ale dzisiaj już było wszystko na 100% i mam nadzieję, że w kolejne dni też będzie
Trochę się denerwuję przed podglądaniem w sobotę, czy będą pęcherzyki ładnie rosły, ale staram się być dobrej myśli.Wczoraj obchodziliśmy ze ślubnym naszą drugą rocznicę zaobrączkowania
Zjedliśmy sobie kolację przy świecach a w sobotę wybywamy do Krakowa na huczniejsze obchody. No i wczoraj pierwszy menopur, oby to była dobra wróżba
pęcherzyki na razie małe, jeszcze poniżej 10mm ale zostajemy na obecnej dawce menopuru, czyli 150j. W poniedziałek następna wizyta i wtedy zobaczymy. Tłumaczę to sobie, że może lepiej pobrać te leki dłużej a w małych dawkach to może będzie mniejsze ryzyko hiperki. Bardzo chciałabym mieć transfer w tym cyklu, ale po pierwszej próbie już wiem, że nie można niczego oczekiwać bo zdarzyć się może wszystko. Pracę jajników czuję coraz mocniej, mam wrażenie też że mam większy apetyt.Odebraliśmy też wyniki genetyczne, oba kariotypy ok, u męża nie stwierdzono mutacji azf ani cftr odpowiedzialnej za mukowiscydozę. Coś z tym genem cftr jest nie tak, jakiś neutralny polimorfizm (???) i wiele cyferek i gin powiedział, że jeżeli chcemy drążyć temat to musimy iść do genetyka. My chyba na razie nie chcemy, reszta badań nas uspokoiła. Gin powiedział nam tylko, że to może mieć związek ze słabą jakością nasienia, ale skoro nie ma mutacji ani tu ani tu to jesteśmy spokojniejsi.
Teraz trochę posprzątam a po południu randka
i oby szybko do poniedziałku

Progesteron i estradiol na razie w normie. Na jednym jajniku 5 pęcherzyków, na drugim 6, największe 13 i 12mm. Endo też ładne, 11mm. Od wczoraj mam cetrotide, w czwartek ostatnie podglądanie i ustalamy punkcję. Doktor powiedział, że będzie najwcześniej w sobotę, więc panieński na który się wybierałam najpewniej mnie ominie ale trudno. Planowana jest najpierw jazda samochodami terenowymi, ognisko a potem kluby, więc nawet gdyby punkcja była w niedzielę to się odmówię. Ale panna młoda już mi mówiła, że rozumie. Czwartkowe usg wypadło mi akurat w godzinach pracy i byłam u wicedyrektorki powiedzieć, że mnie nie będzie bo idę do lekarza i przyniosę L4. Zapytała, czy u mnie wszystko ok po tych przejściach i czy potrzebuję jakiejś pomocy. Jedno pytanie a zrobiło mi się naprawdę miło. Powiedziałam jej też, że w przyszłym tygodniu może mnie nie być chwilę (jakby punkcja wypadła w niedzielę albo w poniedziałek - planuję po niej jeden dzień wolnego) i powiedziała, żebym się nie martwiła i brała tyle wolnego ile potrzebuję. Oczywiście nie powiedziałam na co mi to wolne. Dużo nie wezmę bo koniec roku i wiadomo, oceny, poprawki itp.
No i na domiar atrakcji wczoraj w samym centrum Krakowa siadło mi auto. Kobiecym sposobem co zrobiłam? Popłakałam się i zadzwoniłam do męża. Potem udało mi się złapać taksówkę, bo wtedy akurat był mecz na stadionie Wisły i nie dość że o tej porze i tak jest wszystko zapchane to było jeszcze gorzej. Jak dzwoniłam do Artvimedu że się spóźnię, to pani na recepcji mi powiedziała poirytowanym tonem, żebym była jak najszybciej bo za mną też są pacjentki. A co ja miałam z tym autem zrobić? Jak tam nawet nie było gdzie stanąć. Jechać też nie chciał. Czasem empatia innych mnie poraża.

Dzisiaj wieczorem ostatni cetrotide, potem przed północą ovitrelle i w sobotę punkcja. Zadowolona jestem, bo nie będę musiała przynosić znowu l4. Ostatnie badanie estradiolu i progesteronu jest w normie, estradiol co prawda wysoki ale przerywamy stymulację żeby go nie podwyższać i żeby transfer był teraz. Dzisiaj miałam jeszcze pobieraną krew, w sobotę poznam wyniki i mam nadzieję, że nic nie zmienią.
No i że będzie co transferować.
Jedna sprawa: został mi jeden cetrotide, ktoś ma jakiś pomysł co z nim zrobić?
Czułam się zdecydowanie lepiej niż za pierwszym razem. Jeszcze na fotelu wróciłam do siebie w dużym stopniu, po zabiegu poleżałam może z godzinkę na łóżku w jakimś pokoiku wybudzeniowym i już mogłam normalnie chodzić. Brzuch bolał tylko trochę po zabiegu, nie było takiego nieprzyjemnego uczucia napuchnięcia i obrzęku jak za pierwszym razem. Dzisiaj już jestem 100% sprawna, a pamiętam że w styczniu na drugi dzień jeszcze nie chciałam za bardzo wstawać z łóżka. Jedyne co mi doskwiera od wczoraj to ból piersi ale to pewnie hormony.No i najważniejsze: estradiol i progesteron nie są za wysokie, więc jeżeli wszystko będzie w porządku to w czwartek transfer
Pobrali mi 10 komórek i mam nadzieję, że 6 jajek i 6 mężowych robaków się nada i dzisiaj zadzwonią z dobrą nowiną.A teraz długa lista leków, które przyjmuję. Jestem zaskoczona trochę, że tego jest aż tyle bo w cyklu z crio było o wiele mniej.
Do dnia transferu:
Crinone x 1 (żel dopochwowy z progesteronem i bardzo śmiesznym jak dla mnie aplikatorem - 30 ampułek w opakowaniu - 200zł)
Prolutex x 1 (progesteron do wstrzykiwania - w tym cyklu były aż dwa dni bez zastrzyków! - 160zł za 7 ampułek!!)
Unidox x 1
Encorton 1 x 1 + 1 x 0,5
Razem w aptece zostało 400zł.
Następnie od dnia transferu:
Crinone x 1
Prolutex x 1
Encorton przez 10 dni
Estrofem przez 10 dni
Clexane przez 10 dni (znowu zastrzyki)
w 2 i 6 dobie Gonapeptyl (czyli już 3 zastrzyki w ciągu dnia).
W aptece więc zostanie jeszcze dużo ale trudno, jak trzeba to trzeba. Oby tylko beta wyszła pozytywna i ładnie rosła to się mogę ostrzykiwać i 10 razy dziennie.
Trzymajcie kciuki za moje groszki

Edit
dzwonili z kliniki. Tylko 3 komórki się nadawały, tylko jedna ruszyła. Jutro dostanę telefon czy się dzieli i jeśli tak, to we wtorek transfer. Jestem załamana

Dobra, najgorsze chyba mi przeszło. Wystraszyłam się mocno, że wszystko znowu jest postawione na jednej szali, że wszystko zależy od tego jednego maleństwa... Ale trzeba wierzyć, że podoła i mu się uda. Podjęłam decyzję, że jeśli będzie transfer to od razu po nim idę na l4. W pracy mam już klarowną sytuację, większość osób co miało poprawić to poprawiło. A ja musiałabym teraz chodzić na nogach bo z autem mam problem a to ponad 2km w jedną stronę.
Ale ze mnie histeryczka, trzeci raz edytuję wpis... Małż wybył na mecz z kumplami a ja staram się uspokoić. Powtarzam sobie w kółko że właściwie dlaczego ten zarodek miałby się nie rozwinąć? Staram się zaczarować rzeczywistość i gorąco wierzyć, że we wtorek wrócimy do domu we trójkę i tak już zostanie... Ostatnio było w 5 dobie, teraz będzie w 3 i może tak dla nas będzie lepiej? I progesteronu przyjmuję całą moc, może to coś da. Trzymajcie kciuki! Chciałabym, żeby już było jutro i żeby ten telefon zadzwonił...
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2016, 18:49

To nie pierwsza dobra wieść dzisiaj, bo znalazłam kluczyki do auta które zgubiłam w piątek. Ale ta jest zdecydowanie najlepsza

I teraz znowu ten dylemat: iść na to l4 czy nie? Dzisiaj pomaszerowałam do pracy na nogach i powiem szczerze, że poczułam po tym wysiłku trochę podbrzusze. Teraz mam auto, ale sama nie wiem... I tak wszystkie sprawy w pracy mam już pozałatwiane na ten rok.
Wasze wsparcie to naprawdę dużo dla mnie
Dzisiaj zdecydowałam się z kliku powodów zostać w domu i emocje które mi dzisiaj towarzyszą to tylko ekscytacja i wielki optymizm
Wierzę, że się uda, gorąco w to wierzę że dzisiaj wprowadzi się do mnie na 9 miesięcy mały lokator

My już jesteśmy w domu w trójkę
w sumie w czwórkę licząc kota
Kiedy przyjechaliśmy do kliniki to okazało się, że komóreczka jeszcze się ładnie podzieliła i na dzień dzisiejszy rozwój jest jak najbardziej prawidłowy i klasa A 
Wzięłam jednak to l4, co tam. Tak naprawdę w szkole zostało parę godzin a ja też już byłam tym wszystkim mocno zmęczona. W piątek 24.06 czyli w 10dpt robię betę. Wcześnie ale prolutexu mam na 11 dni, lekarz wypisał mi receptę na następne opakowanie tego i jeszcze tego żelu z progesteronem ale że to drogie leki to kazał mi przed wykupieniem zrobić krew. Powiedział, żeby kupić leki i przyjmować dalej jeżeli beta będzie powyżej 10. Tego prolutexu jest tylko 7 ampułek więc gdyby co będę musiała sobie szybko załatwić następną receptę. Ciekawe, jak długo się go przyjmuje.
Tyle mam leków i o różnych porach że jutro chyba muszę usiąść i zrobić sobie jakąś tabelkę i odhaczać co już w dany dzień zażyłam
A brzuch to już nie wiem gdzie kłuć. Od dzisiaj doszło mi jeszcze clexane i ajć, boli po wstrzyknięciu. Ale jeżeli to ma pomóc to nie będę dyskutować tylko zacisnę zęby i przetrwam każdą igłę
Jeszcze tydzień i jeden dzień do bety i będziemy wszystko wiedzieć
Tym razem jakoś to mi się wydaje tak bardzo szybko, że mi bardzo szybko zleci czas, chyba dlatego że ta beta faktycznie trochę wcześniej. Póki co leniuchujemy i mamy same pozytywne myśli
Jedyne co mnie martwi to to, że ciągle chce mi się jeść. Czyżby jakiś skutek progesteronu?


Kochana tak mi przykro, że musisz przez to wszystko przechodzić. Mężczyźni niestety tak mają, że nie lubią rozmawiać o problemach, nie lubią tego rozdrapywać, wolą przeżyć to w ciszy, po swojemu, tak po prostu funkcjonują. Może za jakiś czas będzie trochę lżej i wtedy uda się Wam tak szczerze porozmawiać. Jeśli chodzi o teściów to u nas jest podobnie, teść był cudowny, niestety już go nie ma, ale teściowa też jest zimna i nieczuła. Jak dowiedziała się o mojej operacji, to też nic nie powiedziała, żadnego współczucia nie wyraziła, nawet raz nie zadzwoniła, nie zapytała jak się czuje i czy można nam jakoś pomóc. Nie wiem skąd się biorą tacy ludzie. Mój mąż już dawno się z tym pogodził, bo w sumie nigdy nie miał wsparcia w matce. Przykre to jest, ale osoby, które nigdy nie doświadczyły bólu niepłodności, nigdy tego nie zrozumieją, jakie to jest dla nas cierpienie. Ale na szczęście mamy siebie. Trzymaj się kochana, życzę dużo siły. Wszystko się jeszcze ułoży, wiem, że czasem są takie dni, kiedy ciężko w to uwierzyć, ale jeszcze będzie dobrze, jeszcze będziemy szczęśliwe i będziemy wymieniać się poradami na Belly. Nasze marzenia się spełnią, wierzę w to mocno. Zostawiam buziaki i wiosenne uściski <3
No nie wierze, ze dla kogos szarlotka moze byc wazniejsza niz poronienie. To tak w skrocie ujete. Juz wiesz dlaczego maz ma problem z rozmowa. Po prostu nie mial w domu wzorcow. Na szczescie ma Ciebie i Ty go naprostujesz:-) Trzymaj sie snowhite. Milego dnia.
Czasami ludziom brakuje wyobrazni i empatii do innych. Szkoda bo najbardziej cierpi na tym Twoj maz a yeraz rownie mocno potrzebuje wsparcia jak i Ty. Mam nadzieje ze badania wyjda db i ze to tylko niepotrzbne leki. Moja doktor powtarza ze w zasadzie 80% poronien zwlaszcza pierwszych ti zwykly przypadek i nie ma zwiazku z prpblemami genetycznymi rodzicow. Trzymam za Was niezmiennie kciuki!