Ale wiem jak jest i raczej muszę się upewnić, czy nie trzeba uzupełnić podpaskowo - tamponowych zapasów. Nie mam żadnych złudzeń, nie po tym co już przeszliśmy. Po co mi one w sumie.
Z pozytywów za mną i mężem cudowny wspólny weekend, dieta idzie jak należy, w pracy wszystko ok
Jak się trochę ogarniemy finansowo to jedziemy na wizytę do artvimedu i ustalamy co dalej, i kiedy. Ale chyba chciałabym raczej już po zimie. Teraz na jesień nie wystartujemy z niczym na bank, najwcześniej więc wiosna, bo tak szczerze mówiąc skoro na dzień dzisiejszy nic nas nie goni wolę przeczekać najgorszą pogodę i sezon grypowy.Śluz nie chce się odczepić, dzisiaj trzeci dzień brania lutki a mnie dalej zalewa, ale ten jest już mniej płodny. W trakcie serduch jednak jest szał
Śniło mi się, że spacerowałam po mieście z pięknym, zdrowym niemowlakiem w wózku. Jeśli wcześniej śniły mi się dzieci, to zawsze był chude, sprawiające wrażenie chorych, trochę przerażające. A dziś było naprawdę pięknie. Słońce powoli zachodziło i wszystko było takie ciepłe, złote.Na początku po przebudzeniu było mi trochę smutno, ale szybko pomyślałam, że kiedyś przecież tak będzie. Jeszcze pewnie długa droga do tego, ale kiedyś tak będzie.
Niedawno znajoma powiedziała mi, że poroniła. Trochę się zdziwiłam, bo nie jesteśmy ze sobą bardzo blisko, ale powiedziałam jej że doskonale ją rozumiem, bo ja też przez to przechodziłam. Ale od jakiegoś czasu nie mogę przestać o tym myśleć. Ile nas jeszcze jest? Ile kobiet mijam codziennie pod domem, w pracy, na spotkaniach ze znajomymi o których nie wiem, że dźwigają taki ciężar jak ja? Wierzę, że każda z nas prędzej czy później będzie tulić do siebie swoje maleństwo.
Myślałam też, że muszę jakoś za sobą zamknąć ten rozdział definitywnie, pozwolić mojemu nienarodzonemu dziecku naprawdę odejść i zaznać spokoju. I zrobiłam coś, czego bardzo dawno nie robiłam, a w czym kiedyś byłam bardzo dobra - zaczęłam pisać. Napisałam dwa wiersze, takie pożegnanie z moim maleństwem. Jeszcze je opłakałam, pewnie jeszcze nie raz opłaczę, ale wiem, że tego potrzebowałam. Muszę w końcu pogodzić się z tym co było i iść dalej. Musiałam jakoś symbolicznie pozwolić mu odejść.
mimo wszystko, mimo tego że małpa tuż tuż a kiedy w końcu nie przyjdzie to nie mam pojęcia, mimo tego że nie mam pojęcia co się jeszcze wydarzy to po prostu jestem szczęśliwa. Odcięłam się grubą kreską od tego co było, zbieram siły na dalszą walkę. Nie pozwolę żeby ktokolwiek mi to moje liche szczęście odebrał. Ani banda oszołomów ani, co nawet gorsze, ja sama dołowaniem i zamartwianiem się.
Badałam ostatnio morfologię i tsh po długim osłabieniu. Wszystkie wyniki bardzo ładne, tsh 0,88! Badania jednak potwierdziły moje przypuszczenia, że stany osłabienia, spadki energii są psychosomatyczne u mnie i nie mają podłoża czysto fizycznego. Będę wracać na terapię, być może już od przyszłego tygodnia. Chcę być w formie przed następną rundą.
Właśnie, co do następnej rundy, w listopadzie będę chciała umówić się do kliniki. Najlepszy termin dla nas to sobota, a lekarz nie zawsze w sobotę jest, ale myślę że się uda
Na razie będzie to wizyta zwiadowcza.
Zrelaksowałam się na tyle, na ile to było możliwe. Porozmawialiśmy też z mężem o iui z dawcą i teraz już nie mam wątpliwości, że on tego chce. A w moje serduszko wlała się nowa nadzieja, że może za parę miesięcy zobaczymy dwie kreski
Znowu będzie realna szansa. Jedyny temat jaki został do dyskusji to to, czy dzielić się szczegółami z rodziną męża. Nie mam pojęcia jak zareagują i bardzo się boję, że ich reakcja zrani mojego męża. Za tydzień wracam na terapię, więc będę miała z kim podrążyć ten temat. Małż twierdzi, że nie ma co z tego robić tajemnicy, ale jeśli mamy czekać na jakieś zainteresowanie ze strony teściów to ten temat i tak nie wypłynie. Pół roku temu dowiedzieli się o ivf i moim poronieniu i od tego momentu nie usłyszałam ani jednego słowa na ten temat, żadnego pytania jak sobie radzimy, już nie wspomnę o tym czy potrzebujemy jakiejś pomocy. Chyba mam do nich podświadomie żal, obwiniam ich za to że M miał to wnętrostwo tak późno zoperowane i chciałabym, żeby teraz wykazali jakąkolwiek inicjatywę. Wiem, że to trochę irracjonalne, ale kiedyś terapeutka powiedziała mi, że większość uczuć właśnie taka jest, irracjonalna. Jest to temat do zastanowienia się.Z moją stroną nie ma problemu, bo dwie osoby które wiedzą, czyli mama i najbliższa ciotka, na bieżąco pytają i się interesują, więc nie ma powodu ich okłamywać.
Uznaliśmy z mężem, że jakby nie było, to najważniejsze będzie dziecko i zdanie mojej mamy czy jego rodziców tak naprawdę nic nie znaczy, może jedynie wpłynąć na relacje między nami, ale nie na naszą decyzję. A w obecnym momencie te relacje schodzą na dalszy plan. Z teściami i tak już dawno zeszły właściwie. Jedyne o co mi chodzi, to żeby M przez nich nie cierpiał.
wiem, że wy rozumiecie jak nikt inny.Ze znajomymi jednak się nie spotkaliśmy. Wiem, że nie obyłoby się bez mojego zbędnego rozklejenia, nie umiałabym się cieszyć tak jak na to zasługują. Może kiedyś im to wytłumaczę a może następnym razem po prostu będzie lepiej.
Jestem po powrocie na terapię. Pierwsze wrażenia (nowa terapeutka) bardzo ok, jeszcze jedno lub dwa spotkania "zapoznawcze" i będziemy mówić o stałej współpracy. Wypłakałam się, wyżaliłam, powiedziałam parę rzeczy na głos. Terapeutka podoba mi się nawet bardziej niż poprzednia, więcej pyta, już dzisiaj doszłyśmy do jakichś konstruktywnych wniosków. Powiedziała mi na przykład żebym nie zadręczała się myślą i nie powtarzała sobie usilnie że nie możemy mieć naturalnie dzieci jeśli obecnie jest to dla mnie zbyt trudne tylko powinnam zmienić myślenie na takie, że w tym momencie nie możemy zostać rodzicami. Mam nadzieję, że określimy wspólne możliwe do wypracowania cele i będziemy razem nad nimi pracować.
25.11 wizyta u doktorka
która zapewne rozpocznie cykl oszczędzania. Dowiemy się od strony technicznej wszystkiego o tej inseminacji nasieniem dawcy.Chyba owu była w tym cyklu, jajniki bolą bardzo, piersi też, śluz kremowy mnie po prostu zalewa. Momentami jest mi tak mokro, jakby to był płodny. Mam nadzieję, że małpiszcze nie będzie z tego powodu jakieś niesamowicie silne.
I znowu mnie bierze choroba a ze dwa tygodnie temu już byłam 3 dni na l4
jakoś przeturlać się przez jutro i będzie ok. W weekend jedziemy do rodzinki ale będzie to w sumie relaks, więc sporo odpocznę.
śniło mi się, że zrobiłam test i wyszedł pozytywny
test był jakiś full wypas bo od razu pokazywał betę
i piękna liczba prawie 400
Cóż, dosłownie chyba się nie spełni bo mam nadzieję, że zajdę zanim wynajdą takie testy
Ale staram się gorąco wierzyć, że kiedyś zobaczę pozytywny wynik. Czasem się zastanawiam czy jakiejkolwiek parze na świecie z tą pieprzoną kryptozoospermią jakimś cudem się udało, czy jest jakiś cień prawdopodobieństwa że ktoś zaskoczył? Procent szans to chyba za dużo, ale może jest chociaż jakiś promil 
Tymczasem czekam na @, dzisiaj 30dc więc jutro, może pojutrze wredota przyjdzie. Nawet dobrze, że na wolnym.
I z mężem w domu i na terapii rozmawiamy o inseminacji z dawcą i powoli zaczynam akceptować tą myśl. Ale myślę, że z konkretnym działaniem ruszymy pewnie w wakacje, albo przynajmniej na wiosnę.
Widzę, że mąż jest w 100% zdecydowany na tego dawcę, oboje wiemy że niesie to ze sobą jakieś pytania i trudności na przyszłość ale podchodzimy do tego jak do sprawy którą trzeba jakoś ogarnąć i rozwiązać, co mnie w sumie bardzo cieszy. Cieszy, bo nie ma (szczególnie ze strony małża) żadnego "jeśli" ani "czy w ogóle" tylko rzeczowe "jak to zrobimy". No a u mnie oczywiście zawsze pytanie "kiedy"
Mam nadzieję, że uda się na wiosnę. Duzo zależy od tego, jakie koszta doktorek oszacuje na wizycie.Zdecydowałam, że 2-3 miesiące przed inseminacją zacznę pić inofem. Na pewno nie zaszkodzi, a może pomoże jakoś. Odżywiam się dość zdrowo ale może uda mi się włączyć w dietę więcej zielonych warzyw. Chciałabym też zacząć ruszać te moje cztery litery ale tak szczerze mówiąc, nie mam na to siły. Pracuję praktycznie od rana do 18/19 i potem już mi się po prostu nie chce wychodzić na żaden aerobik, ale może zmotywuję się chociaż do basenu raz w tygodniu.
Trochę mi szkoda, że nie będziemy podchodzić 3 raz do ivf ale wiem, że to raczej nie ma sensu. Doktorek jeszcze przed pierwszą próbą powiedział, że z takim nasieniem może się nie udać i te dwa nieudane podejścia niestety to potwierdzają.
Terapia działa, wiele rzeczy udało mi się w głowie ułożyć, nad częścią ciągle pracuję. Najważniejsze, że wróciła mi wiara i ekscytacja nawet

będzie dobrze, musi być
Będzie więc wersja skondensowana
tak myślę 
Wizyta w klinice przebiegła tak jak myślałam. Lekarz zaproponował albo: badanie fragmentacji dna plemników -> długi protokół (wyższe ryzyko hiperki) -> biopsja jądra i zobaczymy jak będzie albo dawca. Wybraliśmy dawcę. Ivf to wielkie koszty i wielki stres i odpowiedzialność i myślę, że zdecydowalibyśmy się gdyby nasze szanse były większe. A przy takim nasieniu, przy jednym zarodku nawet po imsi po prostu to może być walka z wiatrakami i uznaliśmy, że to moment aby powiedzieć sobie DOŚĆ. Dostałam receptę na Lamette i mam sobie wykupić kiedy uznamy za stosowne. Będzie to najprawdopodobniej luty/marzec. Do tego czasu chcemy przyoszczędzić żeby mieć odłożone na ewentualnie dalsze próby, poza tym będę sobie piła inofem bo przy ivf wiele komórek było zdefragmentowanych (prawdopodobnie przez moje wysokie AMH i podejrzenie pcos) a ten proszek, tak tutaj szumnie zachwalany, może coś pomoże
A czy któraś z Was wie, czy jest jakaś najlepsza pora dnia żeby go pić? Poza tym definitywny koniec z czymkolwiek niezdrowym do jedzenia.Dodatkowo w styczniu będzie aktualizowana baza dawców. Póki co żaden nam w 100% nie odpowiadał, a może potem będzie większy wybór. No i muszę powtórzyć część badań, bo ostatnie robiłam w czerwcu albo w maju i już nie będą ważne.
Poza tym praca na terapii idzie dobrze i chyba nawet zbliżam się do sedna problemu. Z różnych przyczyn założyłam sobie, już bardzo dawno temu, że dla mnie jedyny sposób na pełne i szczęśliwe życie to tylko rodzina i dzieci, że bez tego nigdy nie będę w pełni szczęśliwym człowiekiem z pełnym poczuciem bezpieczeństwa. A tutaj życie pokazuje że do tego może tak naprawdę nigdy nie dojść, bo przecież nie wiem jeszcze co przede mną. Myślę, że "wrzucę na luz" dopiero kiedy zrozumiem, że być może nigdy nie zostanę mamą ale pomimo to mam szansę być szczęśliwym człowiekiem, że to nie jest wyrok który przekreśli całe moje życie. Dopiero teraz zrozumiałam, że całe dotychczasowe starania i procedury to nie była konieczność i jedyna droga (jak to do tej pory postrzegałam), ale jedna z dwóch dróg. Tej drugiej po prostu nigdy nie zaakceptowałam, wypierałam samą myśl o niej. Nie musiałam tego wszystkiego przechodzić, ale taki był mój wybór. A teraz chyba muszę zrozumieć, że nawet jeśli będzie trzeba sobie kiedyś jeszcze raz powiedzieć DOŚĆ, to będę dalej żyć. I nie musi to być wcale życie tragiczne.
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 grudnia 2016, 07:55

Zaczęłam pić inofem, mam zakupione 120 saszetek i mam nadzieję, że do lutego/marca dadzą jakiś efekt w postaci lepszych jajek

Za nami cudowny wspólny weekend. W sobotę pojechaliśmy na randkę i na koncert
Poszłam za radą i staram się być najlepszą żoną jaką się tylko da. W końcu mamy tylko siebie i aż siebie, więc nasze życie powinno być jak najlepsze 
Staram się, aby mój punkt wyjścia do starań był taki, że na chwilę obecną jestem szczęśliwa, a dzidzia może tylko to moje szczęście powiększyć. W końcu nasze życie nie jest takie złe i powinnam chyba bardziej doceniać to, co mam.
19.12 miałam mieć termin porodu. Jeszcze niedawno bardzo bałam się tego dnia, ale terapia mi pomaga i wiem, że po prostu muszę zaakceptować niektóre rzeczy jako część swojej rzeczywistości. Skupiam się na tym, że przede mną następny bardzo dobry weekend. W sobotę imprezka urodzinowa, w niedzielę jedziemy na koncert. Ostatnie spotkanie na terapii było dla mnie przełomowe i zrobiłam bardzo duży krok do przodu. W końcu jasno sobie uświadomiłam i wypowiedziałam pewne rzeczy i teraz może łatwiej będzie mi je wypracować.
Może moje życie nie jest takie, jakie sobie zaplanowałam, ale nie chcę myśleć, że jest gorsze. Jest inne.
Wzięłam się za siebie, przeszłam na dietę, chodzę regularnie 2,3 razy w tygodniu na siłownię. Już powoli planuję wakacyjne wyjazdy. Żyję. Nawet nie jakoś. Nie jest tak bardzo źle, jak myślałam, że będzie. Najgorsze chyba już za mną, za nami. Bo ile jeszcze złego może się stać? Została mi tylko do akceptacji myśl, że pewnie nigdy nie będę w ciąży, nie zobaczę dwóch kresek, nie poczuję ruchów, nie będę karmić piersią. Ale przecież pomimo to mogę kochać. Ale to jest coś, z czym się nie spieszę. Wszystko musi dojrzeć.
Rzadziej wchodzę na ovu ale cieszę się bardzo z każdej zielonej ramki, z każdego przejścia na fiolet
Powodzenia dziewczyny!
Jeszcze na studiach brałam tabsy bo się zatrzymała, co odstawiłam to nie przychodziła, a potem jak przestałam łykać pigułki to ciągle lutka albo dupek... A w tym miesiąciu nic!!
Przez parę dni na początku piłam inofem ale to chyba raczej zasługa tego, że na dzień dzisiejszy mam już -12kg na liczniku w porównaniu z "najcięższym" momentem mojego dotychczasowego żywota
Za miesiąc też zaryzykuję, co mi tam
Poza tym moje postanowienia noworoczne idą mi wyjątkowo dobrze, dieta ok, siłownia 3 razy w tygodniu. Już mogę kupować ciuchy w mniejszych rozmiarach, ale nie szaleję, bo mam plan jeszcze się zmniejszyć troszeczkę. Niestety pierwsze co się zmniejszyło to biust
Będę teraz musiała nadrabiać osobowością 
Twój sen się w końcu spełni zobaczysz. Ściskam <3
Niech szybko spełnia się ten sen;) tego życzę