Z mężem wychodzimy wolno na prostą. Nie ma między nami takiego wielkiego płomienia jak kiedyś ale zaczynam wierzyć, że to przejściowe i za jakiś czas uda nam się wrócić do normy. W ostatnich dniach jesteśmy też oboje mocno zmęczeni to i na amory jest mniejsza ochota. Ja w sobie staram się na nowo rozbudzić instynkty macierzyńskie i wielkie pragnienie dziecka, bo gdzieś to we mnie ucichło. A może sama to stłumiłam z powodu lęku że się nie uda?
Dzisiaj plamię, jutro pewnie rozkręci się @ i w 2dc ruszam z estrofemem. Potem, mam nadzieję, transfer. Jednak do wszystkiego dalej podchodzę bardzo ostrożnie, staram się mieć jakiś plan b jeśli się nie uda. Od września będę wychowawcą co nie ukrywam daje mi iskierkę nadziei, że świat się nie zawali, jeśli nie wyjdzie.
od jutra łykam estrofem a na 23.03 jestem umówiona na usg, będzie to 10dc i zobaczymy jak tam wygląda sytuacja, czy będzie owulacja. Pierwszy raz od dawna mam ogromną nadzieję, że tak
zawitał optymizm
miło wrócić do świata 
Dzisiaj trzeci dzień estrofemu, nie mam żadnych objawów zażywania go, nawet w sumie nie wiem czy jakieś konkretne występują
Codziennie raczę się też lampką czerwonego wina żeby endo jeszcze bardziej wspomóc
Niestety przyplątało się do mnie jakieś zaziębienie, którego przyczyny dopatruję się w dzieciakach przychodzących do mnie na korki po prostu w czasie choroby. Do szkoły nie idą albo idą w takim samym tragicznym stanie: wielki katar, kaszel, widać że są osłabione. Wiadomo, praca w takim skupisku wielkim jak szkoła nie pomaga ale kiedy ktoś przychodzi na korki to jednak przebywamy razem w małym pomieszczeniu i w bliskiej odległości więc myślę, że to to. W tym tygodniu większość korepetycji odwołałam, żeby przyjść do siebie i przygotować się do obrony, bo jutro bronię magisterkę
Byłam też ostatnio w aptece i sprawiłam sobie syrop na przeziębienie dla ciężarnych bo stwierdziłam, że tak będzie najbezpieczniej. Dzisiaj na szczęście mam jeszcze tylko trochę kataru i przesuszone gardło ale walczę z tym, jak mogę. Jeśli w przyszłym tygodniu i po crio będą do mnie przychodzić takie pochorowane dzieciaki to je chyba będę po prostu odsyłać do domu.Pomimo wizyty w aptece nie myślałam nawet o kupnie testu...Boję się tego testowania, chociaż to nasza pierwsza realna szansa na dwie kreski.
Zaczynam się ekscytować przed usg
Chciałabym, żeby już było po i żeby transfer wypadł w sobotę. Jeśli nie, to pewnie będzie dopiero we wtorek.
Endo ladnie rośnie, dzisiaj miało 11mm. Dostałam receptę i od jutra wlaczam luteine dopochwowo, dupka i encorton a we wtorek popołudniu transfer
Wszystko się to dla mnie mocno rozciągnęło w czasie. Nawet już nie liczę który to cykl starań, zaczynaliśmy w listopadzie 2014 więc półtora roku drogi za nami. Sama nie wiem czy to dużo czy nie. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że to tyle czasu potrwa i będzie miało taki finał to chyba nie uwierzyłabym. Z drugiej strony nie wiem co jeszcze przed nami, może za drugie półtora roku powiem dokładnie takie samo zdanie.
Nasza pierwsza wizyta w Artvimedzie to był wrzesień/październik 2015, przez różne komplikacje, bo coś wyskakiwało dosłownie co miesiąc, transfer jest dopiero dziś, 29.03.2016. Ale w końcu jest. Prawie 3 miesiące po punkcji, ale jest. Tak szczerze mówiąc na dzień dzisiejszy czas stracił dla mnie znaczenie.
Jakie emocje mi towarzyszą? Na pewno się trochę ekscytuję, na pewno bardzo martwię. Ale dzisiaj wiem, że mogę już tylko czekać na testowanie. Na pierwsze w życiu testowanie, w którym ma prawo coś wyjść. Ale jednak pomimo to jest we mnie wiele spokoju. Wiem, że przyjmuję niesłychane dla mnie dawki progesteronu więc na wszelkie objawy "których nigdy nie miałam" przymknę oko i uśmiechnę się pobłażliwie. Będę się oszczędzać, czekać cierpliwie, pewnie testować za wcześnie. Od tej chwili nic już zrobić więcej nie mogę. Tylko czekać.
Wasze słowa naprawde wiele znacza. Dzis musze zostac w domu na l4. Nie planowałam brać bo dla mnie praca w szkole nie jest ciezka ale obudziłam sie z wielkim bólem gardła i troche gorszym samopoczuciem i nie chce ryzykować ze pogorsze sprawę. Zawsze jak idę na l4 to mam wyrzuty sumienia ale teraz jest cos o wiele ważniejszego. Swoja droga zauwazylam ze nawet ruchy które wykonuje sa o wiele spokojniejsze, ze nad wieloma rzeczami zastanawiam sie czy nie zaszkodzą chociaz lekarz kazał wszystko robic normalnie. Pewnie jestem troche przewrażliwiona...nie myślałam ze będę ale wbrew pozorom chyba to dobry znak
Teraz po transferze i jeszcze w domu spędzam dużo czasu na ovu. I dobrze mi z tym
Staram się być cały czas spokojna, nie popadać w skrajne emocje i po prostu czekać. Najchętniej testowałabym w 5dpt ale wiem że to głupi pomysł i w niedzielę rano chyba będę musiała od razu lecieć do łazienki i szybko sikać żeby mnie czasem nie podkusiło
Póki co objawy takie jakie pamiętam z innych miesięcy z dupkiem, czyli większy apetyt i senność. Może są trochę nasilone ale nigdy nie przyjmowałam tyle progesteronu co teraz. No i nie pomaga to na pewno, że odstawiłam moją kochaną czarną kawkę z ekspresu, a okres świąteczny przyzwyczaił mnie do większej ilości jedzenia niż zazwyczaj. Szczególnie słodkiego
Piersi już trochę spuchły ale miałam nadzieję, że spuchną mi więcej
I cały czas chce mi się sercować!! Ale pan doktor kazał się wstrzymać, to się wstrzymuję... Swoją drogą relacje z mężem wracają na dobre tory
I to też mnie bardzo cieszy 
Czasem zakuje mnie jajnik albo podbrzusze ale wiem, że to pewnie po prostu od leków. W 2dpt to nawet nie ma co sobie wymyślać objawów. No nic, idę sobie znaleźć jakieś zajęcie i czekamy dalej.
W klinice dowiedziałam się jeszcze, że zrobiono assisted hatching. W sumie się ucieszyłam, wiem że procedura jest obarczona ryzykiem ale jednak zwiększa szanse. Zdziwiło mnie tylko, że doktor powiedział, że przy crio to jest standard. Pomyślałam sobie że chyba na fundusz? Przecież gdybyśmy robili komercyjnie to pewnie i za scratching i za AH trzeba by było zapłacić ekstra, nawet jeśli to "standard". No i może ktoś by się nas zapytał czy w ogóle chcemy. Ale może to pomoże naszej kruszynce.
Progesteron daje o sobie znac coraz bardziej. Piersi robią sie coraz bardziej bolesne a sutki wrażliwe. Od wczoraj czuje wyraźnie jajniki a dzisiaj doszlo podbrzusze. Nie sa to skurcze tylko takie uczucie ciężkości i spuchniecia. Plecy w okolicach krzyża tez troche czuje. W sumie chyba jestem spokojniejsza niz gdyby nie dzialo sie nic.
Dzisiaj na zakupach mąż kupił sobie książkę "Jak zostac fajnym tata i nie zwariować"
kiedys na pewno się przyda
Zastanawiam się na jakim etapie tak naprawdę jesteśmy. Czy maleństwo podjęło już decyzję o tym czy zostaje z nami? Czytałam wskazówki co się dzieje w każdy dzień dpt ale wiem, że każdy organizm jest trochę inny i może to wyglądać inaczej.
Piersi dalej lekko tkliwe, brzuch czasem czuję, ale niestety jestem cały czas głodna i rozdrażniona. Wagę omijam szerokim łukiem, ale staram się już rezygnować ze słodkiego i wracam do zdrowszych przekąsek.
Momentami mam dużo gęstego, kremowego śluzu ale nie nakręcam się, wiem że to typowe dla II fazy. Paradoksalnie mam też wrażenie, że lutka dopochwowa wywołuje u mnie takie uczucie suchości w pochwie.
Plan na dzisiaj: odpoczywać. Mąż kaszle jak gruźlik, jest dziś 2 dzień na antybiotyku i może w końcu zacznie działać. Ja mam cały czas ból gardła ale nie jest mocny. Nawilżam jak się da.
A na obiad pyszna domowa pizza
Teraz na gazie stoi wielki gar z wywarem warzywnym, bo wzięłam się za domowe kostki rosołowe. Nie używam kupnych bo to sama chemia a czasami nie chce mi się gotować całego wywaru, kiedy w przepisie potrzeba np. szklanki.A plan na jutro: jak najszybciej siku żeby nie przyświrować z testowaniem w 5dpt.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 kwietnia 2016, 11:57
Mogłabym na zmianę jeść i spać. Może to progesteron, może wiosenne przesilenie? Nawet jeśli się nam udało to wątpię, że mały współlokator już dawałby tak o sobie znać.
Mąż jutro wraca do lekarza, jutro kończy antybiotyk i nie ma kompletnie żadnej poprawy. Ja nabawiłam się mokrego kaszlu
Daje nawilżam gardło, liczę, że przejdzie.Jutro powrót do pracy, oj jak mi się nie chce
Mąż mówi, żebym jeszcze nie szła z tym kaszlem ale ile mogę być na l4 z takiego powodu. Zobaczę, co będzie rano.No i zbliża się testowanie
w tym tygodniu może już się dowiemy czy ktoś tam w środku jest
Nie wytrzymałam i zrobiłam dzisiaj betę - wynik 1. Wiem, że jeszcze może pójść w górę ale ciężko mi się na to nastawić. Myślałam, że w 6dpt już coś we krwi będzie.
Jutro rano powtórzę test. Myślę, że wyjdzie już 100% wiarygodny. Trochę się boję, bo ten test może dać mi bardzo wiele szczęścia, ale może też rozwiać moje marzenia i złudzenia, nadzieję.
I tak w poniedziałek będę powtarzać betę i kontaktować się z kliniką dopiero po wyniku.
Wczoraj też napisał do nas znajomy z propozycją wyjazdu na koncert pod koniec sierpnia. Stwierdziliśmy że co tam, kupimy bilety i mój najwyżej sprzedamy jeśli szczęście się do nas uśmiechnie. Nie chcę sobie wszystkiego wiecznie odmawiać bo może będę w ciąży. A może nie będę. Przecież trzeba będzie jakoś żyć dalej. Chociaż bilety i tak pewnie kupimy dopiero jutro.
Przemyślałam też sprawę, że na pewno podejdziemy do kolejnej procedury jeśli ta się nie udała. Zrodziły się we mnie dwie wielkie emocje - ta piękna myśl, że jednak mam realną szansę być mamą i zarazem okropny, paraliżujący strach, że może nigdy nie będę. Już dawno dawno temu miałam takie myśli ale dopiero teraz ten strach nabrał aż tak realnych kształtów. Teraz kiedy wiemy jaka jest diagnoza, kiedy wiadomo że mój mąż nigdy nie będzie miał na tyle dobrych wyników badań żeby mieć naturalnie dziecko. Teraz kiedy wiemy że ivf to naprawdę nasza ostatnia szansa, a w Polsce dzieje się to co się dzieje... Na komercyjne nas nie stać po prostu. Mamy z programu jeszcze dwie próby niby ale kto wie czy któregoś dnia prawo jednak nie zadziała wstecz i czy nie będą nam jakoś zabrane. Modlę się gorąco, żebym nie musiała się przekonywać.
Co do objawów to piersi trochę większe, nie są bardzo bolesne ale są bardzo wrażliwe. Aż nawet sutki trochę łaskoczą przy wykonywaniu ruchów. Krzyż daje o sobie mocno znać, jak na @. Od wczoraj mam też czasem silny ból prawego jajnika. Lewy też czasem czuję, ale prawy dużo bardziej. Czasem pojawi się krótki, pojedynczy ból brzucha jak na @. Poza tym nic. Żadnych żyłek ani zmian na piersiach, myślałam też, że będą bardziej boleć. Takie nieszczególnie silne nasilenie objawów też mnie martwi. Myślałam, że jeśli będzie ciąża to piersi będą mega obolałe, brzuch też będzie mocno bolał. I że po prostu będę wiedzieć. Może dlatego nie bardzo nastawiam się na drugą kreskę jutro, ale nie tracę jeszcze nadziei. Może po prostu mam taki kryzys. Może te końskie dawki progesteronu działają też jakoś na głowę? Człowiek niby wie że każdy organizm inny, że nie muszę mieć tak jak inne dziewczyny o których czytałam i że objawy nie pojawią się w godzinę po implantacji. Ale swoje się wie
.A co do progesteronu to może któraś bardziej doświadczona kobietka mi pomoże. Aplikuję sobie dwa razy dnia lutkę dopochwowo, wszystko robię zgodnie z instrukcją, ale w ciągu dnia/nocy obserwuję na bieliźnie baardzo gęsty biały śluz i mam wrażenie, że jest w nim właśnie ta luteina już rozpuszczona. Trochę się martwię, może ona ze mnie jakoś wypływa? Też tak miałyście? Wkładam ten patyk tak głęboko jak instrukcja nakazuje...Ale może i tak jest za płytko?
Negatyw, więc już chyba po wszystkim. W poniedziałek i tak powtórzę betę ale tylko po to w zasadzie żeby odstawić leki z czystym sumieniem.
Cóż, nie my pierwsi, nie ostatni. Trochę pochlipałam ale już się zbieram. Zastanawiam się tylko czy do następnej procedury będzie się dało podejść w wakacje czy trzeba od razu. Nie chcę się znowu zwalniać z pracy, chociaż z drugiej strony w maju mam być w szkole podobno tylko 3 dni bo klasy maturalne odejdą więc może dałoby się to jakoś zrobić. Teraz i tak nie mam żadnych recept a i nie wiem ile trzeba czekać po crio, czy jeden cykl czy dwa. Pewnie trzeba też będzie powtórzyć część badań, bo do pierwszej procedury robiliśmy w październiku, a wolałabym to zrobić po majowej wypłacie. Mam też plan wrócić na solidną dietę i zacząć ćwiczyć.
Czasem mi tylko przykro że nie będziemy mogli począć dziecka "normalnie", po prostu uprawiając seks. Czasami zazdroszczę dziewczynom, które nie widziały na usg jak lekarz aplikuje im powstałą w laboratorium blastocystę, tylko były same z mężem w swoich sypialniach czy gdzieś tam gdzie się to akurat miało stać. Ale co zrobię, c'est la vie.
Powtórzyłam dzisiaj betę i coś tam drgnęło bo wynik 23. Z jednej strony jestem szczęśliwa ze cokolwiek jest, z drugiej dzisiaj jest juz 11dpt i wiem ze jak na ten moment to niski wynik. W poniedziałek powtórzę i zobaczymy.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 kwietnia 2016, 07:30
Dzisiaj doczekałam się pierwszego w życiu nie pozostawiającego wątpliwości pozytywnego testu ciążowego
Kreska jest blada ale już całkiem dobrze widoczna, nie trzeba się jakoś wpatrywać, ona tam po prostu jest
Cieszę się bardzo, szczególnie, że wczoraj przed tą betą też siknęłam, chyba po to żeby się nie nastawiać na pozytywny wynik, i drugiej kreski nie było widać prawie nic, ja coś tam może widziałam ale małż niet. A dzisiaj to nawet mąż potwierdził że jest, no bo jest
Jutrzejsza beta rozwieje wszelkie wątpliwości ale jest we mnie spokój, chociaż coraz bardziej zaczynam się cieszyć i ekscytować 
Wczoraj zadzwoniłam z wynikami bety do Artvimedu i pani takim znudzonym głosem powiedziała mi, że niska ta beta no ale czasem tak jest i trzeba powtórzyć. Boże, mam nadzieję, że już nie będę musiała nic z tą kobietą załatwiać. Klinika ogólnie ok ale te panie na recepcji to są charakterystyczne od pierwszej wizyty tam. A potem pojechaliśmy szybko do mojego gina, bo się zorientowałam że mi się dupek i estrofem kończy i tam już inna rozmowa. Ucieszył się, pogratulował, powiedział że wynik jak najbardziej wskazuje na ciążę i to już jest w naszym przypadku bardzo duży sukces. Kazał powtórzyć betę i jeśli będzie przyrost to już za tydzień w sobotę mogę przyjść na wizytę. Zastanawiam się czy nie iść trochę później, czy to aby nie za wcześnie ale skoro tak mówi.
I oczywiście od wczoraj objawy się nasiliły o 1000%
Czasem czuję podbrzusze i często krzyż ale się nie martwię, bo to podobno normalne. Piersi mam wrażenie, że napuchły jeszcze bardziej, ale dalej nie ma na nich żadnych żyłek. Bolesne cały czas tak samo, nawet nie tak bardzo. Na razie nic więcej, może zmęczenie trochę większe i wczoraj np. drzemałam w ciągu dnia, co mi się nie zdarza. Ale myślę, że przy takim stężeniu bety jak teraz i tak winowajcą wszystkiego jest progesteron.Z betą też zabawna historia. Badałam wczoraj, bo tak się składa że moja mama jest pielęgniarką i wczoraj miała dyżur, więc żeby nie stać w kolejce do pobrania mama pobrała mi krew rano w domu i zaniosła do szpitala. Ona też odebrała wynik. Śmialiśmy się z mężem że ja jeszcze nie wiedziałam o ciąży, ba, byłam pewna negatywnej bety, on jeszcze nie wiedział, a mamusia już tak xD
Jedyne co mnie martwi to to, że dalej mam trochę kaszlu, ale już dużo mniej. W zeszłym tygodniu brałam duomox, ale mówiłam lekarzowi jaka jest sprawa i mówił, że duomox jest w ciąży bezpieczny. Mam nadzieję, że wszystko będzie ok. Wczoraj też rano posercowaliśmy pierwszy raz od transferu ale Chrostowski mówił, że parę dni po już można więc nie mam wyrzutów sumienia
tylko straszna suchość była
pewnie też przez te końskie dawki lutki i dupka.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 kwietnia 2016, 08:02
Kiedy otworzyłam wyniki bety nie wierzyłam własnym oczom - 106!

A pomyśleć, że już byłam pewna, że nie wyszło. Kolejna lekcja pokory i tego, że nigdy nie wolno tracić wiary.
Boże, jaka jestem teraz szczęśliwa
Groszku rośnij!
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 kwietnia 2016, 14:20
- przechodzę znowu na ścisłą dietę. Tym razem mój cel to -8kg. Udaje mi się utrzymać wagę na której skończyłam ostatnie odchudzanie, wyrobiłam sobie wiele dobrych nawyków więc wierzę w sukces.
- małż wraca do suplementacji, zastanawiam się jakie tabsy mu kupić. Może któraś coś doradzi? Ostatnio zaczęliśmy od fertilmena ale cena go dyskwalifikuje, potem miał takie tabletki w ciemnym opakowaniu których nazwy nie mogę sobie przypomnieć
i łykał żeń-szeń. Może też coś zdrowiej zacznie jeść.- napisałam już maila do doktorka z kliniki: ile cykli czekamy, czy jest jeszcze szansa na rządówkę, jakie badania musimy powtórzyć bo nasze już straciły ważność, oraz, dla mnie chyba kwestia najbardziej przerażająca, czy badamy jakąś genetykę.
- kwestia o której zapomniałam napisać doktorkowi, ale która będzie do omówienia - następna procedura z nasienia czy robimy biopsję jąder? Ja mam mocno mieszane uczucia co do biopsji. Jednak z nasienia te plemniki zawsze są lepiej rozwinięte ale widać biopsja ma jakąś przewagę skoro czasem się ją stosuje.
-jak najmniej płakać, jak najwięcej żyć.
Nie chcę się załamywać. Nie mam siły po prostu na następny kryzys. Wczoraj ryczałam cały dzień po tym jak zobaczyłam betę, dzisiaj coś rano chlipałam i już więcej nie chcę.
Wczoraj wieczorem kiedy zobaczyłam krew to wpadłam w panikę. Wiedziałam po złych wynikach bety co będzie, ale sobie ubzdurałam, że to krwawienie będzie wyglądało nie wiadomo jak i w trakcie w ogóle na pewno umrę a przynajmniej trafię wykrwawiona do szpitala (sic!). A to chyba zawładnął mną strach, sama okropna świadomość tego co nadejdzie. A potem uderzyła mnie ta okropna myśl, że to umiera moje dziecko. Bo dla mnie to nie był zlepek komórek, tylko właśnie moje dziecko.
Wiem, że wiele kobiet było w tym miejscu przede mną, wiem, że wiele będzie po mnie. Jeśli tak miało się stać, jestem losowi wdzięczna, że tak wcześnie się to stało. Mam dużo wsparcia od najbliższych. Mam dużo wiary, że kiedyś w końcu będzie dobrze. Nawet jeśli będziemy musieli sobie odłożyć na komercyjne to jakoś damy radę. Jakoś damy radę.
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 kwietnia 2016, 13:14
Ze mną to nie jest tak że nie czuję żalu ani bólu - czuję ogromny. Ja po prostu wiem, że kiedy zaczynam płakać, to nie przestaję. Dosłownie i na bardziej przenośnym polu. Kiedy opanują mnie czarne myśli to koniec. Dlatego staram się ich do siebie raczej nie dopuszczać. Najgorzej jest kiedy przychodzi wieczór, wtedy jakoś tracę nad sobą panowanie. Wczoraj znowu płakałam, na samą myśl o krwawieniu płakałam. Ale wiem że muszę się ruszyć od razu, że muszę się czymś zająć od razu, że to dla mnie jedyna droga żeby nie mieć znowu kryzysu.Co do ruszania to odpisał mi już Chrostowski. Zaczynać możemy w kolejnym cyklu po tym krwawieniu, więc za jakieś 3tyg znowu zawitam do Artvimedu żeby zaplanować stymulację. Ehh. Znowu się zacznie jeżdżenie tam. W maju będę mieć mniej lekcji bo odejdą mi maturzyści więc może łatwiej będzie ustawiać się na wizyty. Jak najszybciej robimy genetykę, i tego się bardzo boję. Bardzo boję się wyników. Czekam jeszcze na odpowiedź czy mutacja CFTR 2 czy 33. Mam nadzieję, że nie obie. Ostatnio nasz budżet jest szczupły dość a teraz musimy wyskoczyć z 1500zł-2000zł na te badania + powtórzyć część badań z krwi, bo ostatnie robiliśmy przed kwalifikacją w październiku i już są nieważne. No trudno, jakoś sobie poradzimy. Szczęście że w artvimedzie czeka się na wynik genetyki tylko dwa tygodnie. No i jeszcze jedną próbę zrobimy na koszt państwa, co cieszy bardzo. No i może tym razem transfer uda się w cyklu z punkcją skoro mamy już za sobą doświadczenie z pierwszej stymulacji i hormony były za wysoko.
Plan z odchudzaniem modyfikuję ponieważ przez miesiąc zrzucę max 4kg tak według moich obliczeń. Dobre i co, ile zrzucę tyle zrzucę.
W czwartek po wizycie muszę zadzwonić do tej dyrektorki i powiedzieć co dalej z moim l4, które pewnie się skończy bo i nie ma potrzeby go dalej przedłużać, i to też muszę powiedzieć. Chyba nawet jej reakcji się nie boję tylko samego faktu, że muszę to przed kimś ubrać w słowa: "Nie utrzymała się ciąża, poroniłam". A dla mnie ubrać w słowa to przenieść do rzeczywistości. W tym wypadku, zmierzyć się z tym jeszcze raz. Już mi się chce płakać na samą myśl.
Pozostałe dni l4 chcę wykorzystać na coś, chcę robić coś, więc zapewne posprzątam mieszkanko na błysk, może jakieś rzeczy poporządkuję. Jakoś ten czas chcę wykorzystać.
Krwawienie dalej nie rozpoczęło się na dobre. Brudzę mocno, brzuch i plecy bolą coraz bardziej więc mam nadzieję, że to w końcu się zacznie i minie. Tylko tyle chcę, chcę to już mieć za sobą. Najgorsze jest to czekanie na to co i tak musi się stać. Wiem, że po takich dawkach progesteronu może chwilę potrwać zanim spadnie poziom tego hormonu ale boję się mocno czy to się wszystko odbędzie samo tak jak ma się odbyć.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 kwietnia 2016, 08:37
Doktor odpisał, żeby zrobić mutację 33. Pewnie będziemy chcieli to załatwić w tym tygodniu. Małż chce pojechać do teściów trochę pożyczyć bo w tej konkretnej chwili jak już pisałam kiepsko u nas na stanie a nie chcemy czekać z tymi badaniami. Moja rodzina oferuje pomoc również finansową, ale M stwierdził że jego rodzice "przecież też mogą coś nam pomóc" więc ok, nie będę się upierać, chociaż od nich akurat wolałabym nie pożyczać ale w porządku. Wiem, że jeśli się zgodzą to nie będą potem robić wyrzutów. Też im trzeba będzie o wszystkim powiedzieć ale nie spodziewam się jakiejś szczególnej reakcji, rozmów itp. Wolą o tym milczeć, w porządku.
Krwawienie dalej jest bardzo kiepskie. Zastanawiam się czy nie spróbować załapać się do gina wcześniej niż w czwartek, czy to nie za długo trwa. Dzisiaj trzeci dzień bez progesteronu.
też mam podobne nastawienie, stałam się taka obojętna...
Jestem pewna, że niedługo zostaniesz mamusią :-) Wierzę w to całym sercem :-)