
Małż dzisiaj bardzo długo w pracy, w sobotę wybywa na kawalerski i wraca w niedzielę a ja nakupiłam sobie wszystkiego co lubię, a czego on nie toleruje
Mam więc wielki gar chłodniku na botwince z wyraźną czosnkową nutą, na drugie rybka a jutro wątróbka
Podduszona z jabłkiem i cebulką
Uwielbiam i mogłabym jeść i jeść! Szczęśliwie obydwoje jesteśmy mięsożercami i w większości nasze gusta się pokrywają 
No i nieustannie przywołujemy dobre myśli
Chciałabym móc podejrzeć co tam moje maleństwo robi. Czy rośnie dalej ładnie? Czy zaczyna się już powoli mościć?I zaczęłam się zastanawiać czy i tak nie dokupić leków jeżeli beta wyjdzie negatywna w tym 10dpt. To jednak bardzo wcześnie i w normalnych warunkach i tak bym pewnie powtarzała ten wynik ok 13/14dpt.
Wczoraj z samego rana biegunka a potem w ciągu dnia lekkie kłucie macicy momentami. Jestem pełna pozytywnych myśli że może powoli zaczynają się we mnie jakieś zmiany

Trzeba się za coś wziąć i odpędzić te głupie myśli. Co gorsza, ja głupia wczoraj w rossmannie kupiłam dwupak testów, teraz mnie będą kusić
W piątek pewnie zatestuję z myślą że ewentualnie pojadę na betę, ale ciągle z dużą rezerwą że pewnie jest za wcześnie.
Z objawów towarzyszą mi zaparcia, pierwszy raz w życiu. Piersi są duże, sutki są większe, są wokół nich żyłki. I czasem boli mnie brzuch jak na @, czasem coś mnie zakłuje tak bardziej intensywnie. Ale wiem, że te wszystkie figle może mi płatać psychika i progesteron którego przyjmuję dużo, i jak się tu nie nakręcać?
Z pozytywów zostały mi jeszcze tylko dwa clexane, na dziś i jutro, i już zostanie tylko jedna strzykawka dziennie
Staram się być dobrej myśli chociaż wiem, że wynik będzie taki jaki będzie i moje myśli nie wpłyną na niego w żaden sposób.
Zgodnie z planem na dzień dzisiejszy nie odstawiam leków i w poniedziałek lub wtorek powtórzę wynik, ale nie robię sobie już żadnej nadziei. Lekarz ostatnio stwierdził, że jeżeli dzisiaj wyjdzie ujemna to można odstawić, ale jeszcze się połudzę. Wszystko co mi dolega jest już na 100% działaniem progesteronu.
Nie mam tak szczerze mówiąc planu na co dalej. Odkładać na komercyjne? Tylko po co? Wcześniej będę chciała się dowiedzieć dlaczego taka mała ilość moich komórek się nadaje i czy da się coś z tym zrobić oraz wdrożyć u męża jakiś bardzo zdrowy tryb życia. Pewnie to nic nie da i tak ale mu nie zaszkodzi. Może wizyta w jakiejś poradni genetycznej?
A może po prostu trzeba się z tym pogodzić że będzie tak jak jest? Wiem, że to szaleństwo, ale ja sobie kiedyś wyśniłam, że nie będę mieć dzieci. Jeszcze długo przed staraniami. Myślałam, że dzisiejsza beta będzie na przekór temu głupiemu wspomnieniu, łudziłam się.
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 czerwca 2016, 12:58
odrobina krwi na papierze. Dziwi to bo progesteron przyjmuje dalej, jednak nie mam siły sobie robić nadziei że to jakiś znak implantacji bo już chyba późno na to. We wtorek jeśli @ się nie rozkręci powtórzę betę, pewnie przestanę brać leki i sprobuje to pojąć, bo na razie nie pojmuję.Wpadło mi jeszcze do głowy że może to po crinone? Może powodować podrażnienia skutkujące płomieniami, a tej krwi była naprawdę jedna kropka. Nie wiem czy to to czy nie to ale ta mysl mnie uspokaja.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 czerwca 2016, 13:07
edit
Poczytałam ulotki i tak: przy prolutexie wymioty są w częstych skutkach ubocznych, a jako że nie mam ani powiększonego obwodu brzucha ani zwiększonej masy to zakładam, że to właśnie objaw uboczny. W skutkach były też krwawienia, więc może to dzisiejsze trochę krwi to nic. Jutro powtarzam betę i jak będzie znowu 0 to już wiadomo. Odstawiam te leki, bo nie służą mi. Teraz sobie popijam elektrolity, staram się uspokoić i przechodzi mi trochę.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 czerwca 2016, 21:41
Musimy z mężem ochłonąć i pomyśleć co dalej, bo na chwilę obecną nie mamy żadnego planu, żadnego kierunku, nic.
I teraz, co dalej? Po pierwsze zaraz idę robić kawę z ekspresu, którą na czas ivf odstawiłam. Wczoraj wreszcie wzięłam kąpiel, tak jak lubię, z której rezygnowałam po transferze na rzecz prysznica. Wczoraj też odstawiłam progesteron i od razu w sensie fizycznym czuję się lepiej. Czyli jakoś powoli żyję dalej, bo co mi zostało? W pracy po moim ostatnim l4 oczywiście znowu plotka że ciąża i czy we wrześniu wracam, ale spokojnie koryguję.
Na parę miesięcy zawieszamy temat, głównie po to żeby odkuć się trochę finansowo i przygotować na dalsze działania. Kiedy uznamy, że nadszedł już czas, planujemy się umówić na wizytę do klinki, podczas której będziemy chcieli przedyskutować przyczyny dotychczasowych niepowodzeń, chociaż wiem, że prawdopodobnie usłyszymy że to słaba jakość plemników. Wtedy będziemy się też zastanawiać co dalej, czy zbierać na komercyjne czy może właśnie przedyskutować kwestię dawcy. Zaproponowałam mężowi, że może zmienimy Artvimed na Macierzyństwo, ale stwierdziliśmy, że po wakacjach z pewnością będzie mniej tłoczno niż do końca czerwca a właściwie mamy oboje zaufanie do lekarza, który nas tam prowadzi. Jeśli nawet będzie trzeba czekać dłużej na wizytę to trudno, co to dla nas za różnica w tej chwili? Planuję też iść do poradni genetycznej, niech rzucą okiem na tą mutację męża.
Dostałam już plamień, mam nadzieję, że @ rozkręci się dziś lub jutro. Jutro rada plenarna, potrwa ze 4h, w sam raz na @
Mniej więcej w połowie cyklu planuję iść do swojego gina, niech rzuci okiem czy tam po stymulacji wszystko ok i niech mi powie czy w obecnej sytuacji na wywołanie mogę brać lutkę zamiast dupka. Wychodzi dużo taniej a w sumie jako iż temat starań naturalnych uważam za zamknięty, jej szerszy wpływ na moją drugą fazę cyklu nie jest dla mnie taki istotny. Myślałam też, czy by jeden miesiąc zaryzykować i nie brać nic i zobaczyć czy @ przyjdzie sama.No i ostatni temat czyli dawca. Coraz częściej to powraca do mnie. Kiedyś to była dla mnie opcja nie do pomyślenia, ale ivf też przecież kiedyś takie było. Przecież takie rozwiązanie jest dla kogoś stworzone, jest dla ludzi, czy to naprawdę takie pożałowania godne, że chcemy przeżyć ciążę, poród, karmienie piersią? Mąż wcale takiej opcji nie odrzuca, dociera do niego powoli że ivf to nie jest żaden pewnik i że udać się nie musi nigdy.
Wróciłam na dietę, po ok. tygodniu już 2kg na minusie
Cieszy mnie to i mam nadzieję, że tendencja się utrzyma. Szczególnie, że przy tych upałach najlepiej wchodzą mi lekkie i niskokaloryczne rzeczy.Uświadomiłam sobie dzisiaj, że w sierpniu minie rok od diagnozy, a w listopadzie dwa lata odkąd w ogóle się staramy. Ile jeszcze przed nami? Dotarło też do mnie, że już od dawna nie łączę w ogóle seksu z ciążą. I pewnie tak już zostanie na zawsze. W poprzednim cyklu było mało @ bo na stymulacji w ogóle nie miałam ochoty, ale teraz @ się już kończy i libido odzywa się we mnie ze zdwojoną siłą
I dobrze, bardzo mnie to cieszy.W zasadzie cieszę się z chwilowej przerwy w temacie. Naprawdę w obecnej chwili nie mam czym się denerwować. Wbrew pozorom fakt, że już tyle jest za nami, daje mi dużo spokoju. Wiemy co jest nie tak, wiemy czego nie możemy się spodziewać. Wiem, że kiedy znowu podejmiemy walkę to nerwy wrócą, więc póki co regeneruję siły i staram się cieszyć tym, co mam. Martwi mnie tylko mąż, bo widzę, że jest momentami mocno zdołowany, ale nie chce o tym rozmawiać. Ale nie naciskam go bo wiem, że on też przecież potrzebuje czasu, żeby sobie to wszystko poukładać.
I jeszcze raz dziękuję Wam za wsparcie
To ogromna ulga przeczytać takie słowa wsparcia, szczególnie jeśli nie słyszy się ich od najbliższych.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lipca 2016, 11:58
Gdzieś w mojej głowie już od tej drugiej nieudanej próby jest myśl, że trzeba się pogodzić z tym co jest, ale nie potrafię. Całą sobotę przeleżałam w łóżku i przepłakałam. Nie potrafię się jeszcze pogodzić z tym, że my nie będziemy mieć w 100% swojego dzidziusia. Dalej frustruje mnie to, że my nie możemy tak po prostu się kochać i zajść w ciążę, że kiedyś okres po prostu nie przyjdzie. Dalej co miesiąc kiedy będę kupowała podpaski nie będę potrafiła zrobić tego bez ukłucia żalu. Ciąże w otoczeniu bolą bardziej niż kiedyś. Jestem już tym wszystkim bardzo zmęczona. Wiem, że przecież instytucja dawcy została wymyślona po coś i dla kogoś, wiem że tak jak pisałyście to tylko plemnik a dzieciątko wychowalibyśmy jak całkiem nasze, ale nie potrafię się pogodzić z samą myślą, że musi być właśnie tak.
Ostatnio kiedy przeglądałam papiery w poszukiwaniu dokumentów trafiłam na wynik pozytywnej bety z pierwszej próby. wiedziałam, że to ta kartka, ale nie potrafiłam na nią spojrzeć, nie dałam rady.
Teraz standardowa procedura - skupić się na czymś innym. Zadbać lepiej o siebie, zrobić w domu dokładne porządki, jakieś przetwory, sprawiać sobie małe przyjemności. W zasadzie dopiero od zeszłej środy nie pojawiam się w szkole, mam też parę godzin korków i w szkole językowej więc na nadmiar wolnego czasu nie narzekam. Od września nowe wyzwania w pracy, będzie się czym zająć. Ale całe życie nie może takie być. Nie chcę całe życie wymyślać sobie czegoś "zamiast". Nie potrafię i nie chcę potrafić.

Porozmawiałam z mężem, oswajam się powoli z myślą o dawcy. Mój mąż to naprawdę wspaniały człowiek i wiem, że nasze maleństwo będzie miało kochającego i oddanego tatę. Nawet, jeśli nie będą tak naprawdę spokrewnieni. On akceptuje to rozwiązanie i sam mnie namawia, to dla mnie najważniejsze.
Wczoraj zrobiłam pyszny obiad a małż wrócił wcześniej i zrobił pyszną kolację - niespodziankę
Ostatnio nasz związek cierpiał, przez stres odsunęliśmy się od siebie, a właściwie ja się wycofałam ale miałam do męża żal, że nie robił nic żeby było inaczej. Na szczęście wyjaśniliśmy sobie wszystko i od paru dni codziennie sprawiamy sobie małe i kuszące przyjemności
Wraca pożądanie, może dlatego że staram się zachować pogodę ducha i czuję większy psychiczny luz. Powoli godzę się z tym, co jest.Na jesień planujemy ze znajomą krótki wypad za granicę, potem pewnie ruszymy pełną parą z tematem inseminacji. Jakiś czas przerwy nie zaszkodzi.
Z "przyjaciółką" dalej nie odzywamy się do siebie. Zdecydowanie pobiłyśmy niechlubny rekord. Teraz jestem w kropce, bo niedługo ma urodziny i nie odezwać się głupio i niemiło, a wyskoczyć nagle ze 100 lat też niezręcznie.
Chcieliśmy z mężem w połowie sierpnia wyrwać się na parę dni, poszukaliśmy gruponów na jakieś hotele ale nic bardzo ciekawego nie było więc małż wymyślił, że zrobimy sobie kilka jednodniowych wycieczek po okolicy
Bardzo mi się ten pomysł spodobał, bo jest wiele miejsc stosunkowo blisko, które są piękne a gdzie się wcześniej nie wybraliśmy.Ja już chyba popadam w lekką paranoję, bo ostatnio jak widzę ciężarne na ulicy to się zastanawiam jak one zaszły w ciąże?? Seksowały?? Przecież to niemożliwe!!

Wczoraj w ogóle przeszłam lekkie załamanie, płakałam długo i mocno, wszystko tak jakoś samo wróciło do mnie... Ale czasem chyba potrzeba takiego katharsis. Dzisiaj, jak to po burzy, jest słonecznie i spokojnie
W naszym przypadku pieniądze to jednak istotny czynnik.Frustruje mnie bardzo myśl, że to wszystko się tak przeciąga. I jestem w dużej kropce, bo mąż wydaje się być z faktem pogodzony, ale nie jest szczęśliwy. Powtarzam mu, że nie będziemy robić czegoś, czego on nie jest w 100% pewny, ale z drugiej strony nie potrafię się wyrzec myśli o dziecku. Z każdym dniem czuję się tym bardziej zmęczona, mam do świata większy żal. Mąż mówi, że wie że dawca to jedyne wyjście ale źle mu z tym, że w ogóle nasze życie się tak poukładało. Nie bombarduję go tematem, staram się pomóc jak mogę ale samej też mi ciężko. Chciałabym wyluzować, dać jakoś na wstrzymanie, dać sobie chociaż parę miesięcy żeby naprawdę psychicznie odpocząć. A tutaj nie ma dnia, żeby nie myśleć. Siedzimy już w tym prawie dwa lata, od diagnozy rok i cały czas ten sam problem - jak nie myśleć? Wymyślam sobie różne zajęcia, czytam, oglądam filmy, robię przetwory, a praca to już mi się śni
Ale bez względu na to czym się zajmę, jakie sobie zrobię plany na najbliższą przyszłość, co sobie postanowię - gdzieś z tyłu głowy cały czas ta sama myśl, ten sam temat.Może to głupie ale ostatnio oglądam serial, w którym bohaterka poroniła. Starała się być silna, żyła normalnie ale tak naprawdę była nieszczęśliwa. W końcu ktoś zaproponował jej ćwiczenie, wziął ją do parku i kazał wypuścić balon jako symbol życia, które,mu pozwala odejść godząc się z tym. Wbrew pozorom nie było jej łatwo. Jak wypuścić swój?
W temacie starań na razie nic, może niedługo uda nam się odebrać auto i zacząć odkładać na ewentualne dalsze próby.
Jakiś czas temu przeszłam małe załamanie, pierwszy raz dopuściłam do siebie świadomie myśl, że to jest po prostu niesprawiedliwe. Wcześniej starałam się tak nie myśleć, bo co jest złego w tym, że inne kobiety zachodzą w ciążę? Chciałabym się cieszyć razem z nimi a nie czuć takiego ogromnego pokładu negatywnych emocji. Dowiedziałam się o ciąży z naszego otoczenia, w pierwszym cyklu bez żadnych obserwacji, do tego to przyjaciele którzy bardzo nam kibicują i na chwilę znienawidziłam siebie za tą zazdrość, ale chyba musiałam to po prostu z siebie wyrzucić. Już kilka dni wcześniej byłam w dość kiepskiej formie psychicznej i to był chyba punkt kulminacyjny. To była okropna noc, okropna rozmowa z mężem, bardzo dużo żalu i łez, ale nie ma tego co by na dobre nie wyszło jednak. Chyba było mi potrzebne takie oczyszczenie bo teraz jest dużo lepiej. Zastanawiałam się nad powrotem na terapię, ale obecnie nie jesteśmy w stanie sobie na to pozwolić. Kupiłam dwie książki Bogdy Pawelec o psychologicznych aspektach niepłodności i pomagają
Mam nadzieję, że teraz kiedy się uspokoiłam to jakoś się poskładam.Bardzo pociesza mnie mój mąż, który powtarza, że on sobie życia bez dziecka nie wyobraża i kiedyś je będziemy mieć. Zanim podejmiemy ostateczną decyzję o dawcy mąż chce się jeszcze u lekarza upewnić, że nie można już nic zrobić żeby podnieść skuteczność in vitro w naszym wypadku, nie chce mieć poczucia niewykorzystanej szansy.
Ja zapisałam się na aerobik, jem zdrowo, jak przyjdzie co do czego to zainteresuję się może tematem jakiegoś naturalnego wspomagania płodności żeby podnieść szanse tej inseminacji, bo myślę, że do trzeciego ivf jednak nie będziemy podchodzić.
Przez ostatnie dni udaje mi się nie myśleć obsesyjnie o ciąży i jej braku, staram się nabrać jeszcze większej cierpliwości. Staram się nie myśleć o tym co było, nie wiem w którym tygodniu bym była gdybym nie poroniła, pamiętam datę porodu jaką obliczyło bbf ale staram się nad tym nie zastanawiać. Nie ma też stresu żadnego czy się udało w tym miesiącu czy nie, nie ma żadnego oczekiwania, to jednak pomaga. Wiem, że może w przypadku jednym na jakąś kosmiczną liczbę jakoś się udaje naturalnie z takimi wynikami jak nasze ale zdrowiej jest od siebie odsunąć taką myśl. Wolę myśleć o tym, że nigdy nie będziemy musieli używać prezerwatyw, których bardzo nie lubię

Nie przywiązuję większej uwagi do tego jak wygląda mój cykl, czy może jest owulka czy nie, jak jajniki bolą to niech bolą, jak jest śluz to niech będzie, ale już się nie stresuję czy było jakieś jajo i czy pękło. Przynajmniej taki stres mi odszedł. Pilnuję tylko kiedy zacząć zażywać lutkę. W tym miesiącu świadomie zacznę później, bo gdybym zaczęła czasowo czyli wczoraj, to @ przyszłaby akurat na nasz wyjazd na koncert do Wrocławia, co jest czasem bardzo złym, z przyczyn sanitarnych głównie. Koncert duży i wychodzić z płyty co chwila nie ma sensu.
Paradoksalnie od jakiegoś czasu bardzo poprawiło się w moim małżeństwie. Szczególnie po tym załamaniu, kiedy przyznałam się mężowi, że myślałam nawet o rozstaniu. Chyba obydwoje zaczęliśmy bardziej doceniać to, co mamy. Czasem taki kubeł zimnej wody bardzo pomaga.
A zaraz wracamy do pracy
Nawet się cieszę
Wróci stary rytm dnia i finansowo na pewno będzie lepiej bo wrócą też korki
Planowaliśmy Londyn na jesień, z powodu auta to nie wypali, ale jeśli nic się nie zmieni to może w ferie zimowe uda się nam wyjechać do Holandii
Tam mielibyśmy nocleg więc i koszty byłyby mniejsze.Na koniec jeszcze jedna ciekawa anegdotka, na drugi dzień po tym moim załamaniu zadzwoniła do mnie ciotka i rozmowę zaczęła od tego, że od kilku dni czuła jakiś przymus zatelefonowania do mnie i rozmowy ze mną, może coś w tym jest?
Dziękuję wszystkim tym którzy mi dopingują i ja również trzymam kciuki za wszystkie dziewczyny :*
Byliśmy z mężem i dwóją znajomych na koncercie we Wrocławiu i było megaaaa
Przypomiałam sobie tam na miejscu o tym co pomyślałam kupując bilety parę miesięcy temu, że jeśli zaciążę to najwyżej swój sprzedam a nie chcę żeby coś mnie znowu ominęło bo być może będę w ciąży. I dobrze, że kupiłam. Mogłam przynajmniej jechać bez stresu związanego z dumaniem czy aby czasem nie jestem w ciąży i czy nie zaszkodzę maluchowi, bo jestem przy samym końcu cyklu. Przynajmniej nad tym się nie muszę zastanawiać. Kiedy już dostaniemy auto od mechanika i trochę się odkujemy finansowo to mamy zamiar jechać do Wro na weekend, bo teraz niestety musieliśmy wracać od razu po koncercie.Od dzisiaj zaczynam dietę z Vitalii
W zeszłym roku na tej diecie zrzuciłam 8kg, potem udało mi się samodzielnie utrzymać wagę. Teraz cel to -10kg. Obecnie ważę 70 przy 162cm wzrostu i chciałabym widzieć 60 na wadze. Nie wyglądam źle ale chciałabym być szczuplejsza, mieć płaski brzuch i smuklejsze uda. No i mam zamiar kontynuować bpu i mieć ładną pupę 
Czekam na @, pewnie przywlecze się na rozpoczęcie roku.
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 sierpnia 2016, 09:24
Jutro wielki dzień, pierwszy dzień nowych ról i wyzwań
Póki co wszystko w pracy układa się bardzo dobrze i bardzo dobrze się zapowiada, jeszcze dostać plan i dograć korki i będzie cud miód i orzeszki
. Ekscytuję się bardzo rolą wychowawcy.Weekend pod znakiem imprez, najpierw u mojej rodzinki a potem u rodzinki męża, co mnie tak nie cieszy już, ale cóż. Czasem czuję się winna, że nie przepadam za rodziną mojego męża. Wiem, że on też nie jest bardzo mocno przywiązany ale to jednak jego rodzice i rodzeństwo, chciałby żebym nie reagowała na każde spotkanie tak jak reaguję, chociaż sam mi powiedział że wie, że oni nie pomagają w tych naszych stosunkach. Temat do wypracowania, ale nie mam też zamiaru robić nic na siłę.
Dieta póki co ok, trochę mnie te weekendy martwią ale mam zamiar wykazać się silną wolą, jeść mało i nie pić alkoholu
Będzie dobrze 
Czytam panią Pawelec. Pomaga.
Nawet nie po to, żeby nie myśleć, tylko po prostu czuję się tam potrzebna i czuję, że się jakoś spełniam. Przynajmniej tak mogę.Dieta idzie dobrze, dobrze tracę na wadze i chyba mój organizm to lubi, bo obecnie zalewa mnie śluz, libido wielkie i wpadł mi do głowy pomysł, żeby kiedyś spróbować nie brać lutki i zobaczyć, czy małpiszcze przyjdzie samo. Może jak jeszcze trochę schudnę to się przejdę do swojego gina i skonsultuję z nim ten pomysł.
Może to szalone ale brakuje mi starań. Z jednej strony bardzo cierpię myśląc, że nigdy nie będziemy mieć dziecka z seksu, wiem z jakimi trudnymi decyzjami wiążą się u nas starania ale brakuje mi tego. Chociaż zaczynam myśleć, że po prostu brakuje mi nadziei. Brakuje mi w jakiś sposób tego oczekiwania czy się udało, bo skoro się czeka i nadzieja jest to może być i szczęśliwe zakończenie. A tymczasem...


<3 miłego dnia Słoneczko ;-)
Czekam razem z Toba:-)