SUPLEMENT DIETY

💜 KWAS FOLIOWY POD LUPĄ 💜

Zaczynacie starania o dziecko? Sprawdźcie, kiedy zacząć suplementację folianów i co naprawdę ma znaczenie.
X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Pamiętniki starania › Niepłodna niemama 🥀
Dodaj do ulubionych
‹‹ ‹ 2 3 4 5 6

7 lipca, 11:29

Czwarty trymestr już za nami. Minął. Jesteś na świecie już ponad 3 miesiące!

Moja głowa ma się lepiej, Twój brzuch ma się lepiej. Przez ostatnie dni udało Ci się skleić kilka drzemek a ja wtedy pomyślałam, że "tak to może wyglądać moje macierzyństwo". Śmiejesz się całym sobą do mnie i cieszysz na mój widok, chociaż nie jestem idealna i w Twojej obecności traciłam parokrotnie nerwy. Lubisz przy mnie odkrywać świat, a ja chciałabym Ci to zapewnić najlepiej jak umiem.

Znalazlam nową zajawkę. Chusty. Ciekawe czy szybko mi przejdzie czy też w ogóle. :) Mały już od jakiegoś czasu zamiast w chuście spać, to ucina sobie turbo-drzemki a przez resztę czasu woli oglądać świat, dlatego chusta elastyczna musiała odejść na emeryturę. Za to poczciwy tkany lennylamb... wpija się w ramiona przy jego wadze, bo mały przybiera ekspresowo i waży już prawie 7kg. W tą niedzielę być może przebije już te 7kg.

A tak... Życie nam leci. Nie wiem gdzie zwiał ten miesiąc. Naprawdę nie wiem.

22 lipca, 17:04

22.07, nasza 9 rocznica ślubu.
Rok temu Kuba byłam 5dpo i w nocy zaczęło wściekle piec i uciągać mnie w podbrzuszu, ale tylko w nocy. Było to na tyle irytujące, że nie mogłam spać, a w dodatku wkurzałam się jeszcze na to, że na pewno mój mózg sobie wmawia głupoty i to nic szczególnego nie oznacza. Czy to był faktycznie Kuba? Z perspektywy czasu wierzę, że tak.

Chciałabym się do czegoś przyznać.
Mam wyrzuty sumienia. Że nie cieszyłam się z tego, że byłam 24h na dobę całym światem dla tego człowieka. Że mnie to dobijało, drażniło, irytowało. Że płakałam i nie potrafiłam tego docenić. Że się złościłam, że nie mogę mieć chwili żeby się umyć czy zjeść coś lepszego niż sucha bułka zapijana mlekiem, która i tak była jedzona w akompaniamencie okropnego ryku dziecka. Źle mi, gdy czytam pełne uczuć i miłości wspomnienia innych mam. Czuję, że zawiodłam zarówno siebie i swoje oczekiwania, jak i Kubę, bo mimo tego, że byłam przy nim non-stop, to nie w czułam się w tym do końca szczęśliwa. Nie czułam się sobą... Gdzieś podświadomie czuję, że skoro walczyłam i chciałam, to nie powinnam marudzić czy narzekać. Wiem, że to błędne myślenie, ale tak jest. Mam wrażenie, że jestem niewdzięczna, a dziecko to była głupia zachcianka, która minęła wraz ze słomianym zapałem, skoro nie potrafiłam tego docenić.

Na szczęście dziś jestem o milę dalej od tamtego etapu. Powoli odzyskuję samą siebie w zmodyfikowanej wersji. Gdzieś tam pomiędzy tymi chwilami które uciekają jak szalone a zamartwianiem się o ziemniaka, znajduję moment na ciepłą kawę, kilka stron książki, odcinek serialu czy nawet kilka questów w MMO. Między uśmiechami a żuciem gryzaka, wypakowuję zmywarkę i wciągam majtki na tyłek. W nocy serce mi się topi, gdy zabieram go z dostawki na karmienie, a on się we mnie wtula i tak sobie już śpimy do rana (z pobudkami na karmienie oczywiście!).
a01ce4c1-a47b-4c09-ad70-4b3a6c62a7c9.jpg
Nie jest łatwo i pewnie już nigdy nie będzie, ale mam nadzieję, że w końcu nauczyłam się doceniać tą całą rewolucję.
337365d4-0038-41a3-bce0-976c8ee04601.jpg

1 września, 00:44

Dzisiaj piąty raz roztrząsałam z czatem AI temat swojego porodu i chciałabym oficjalnie zamknąć ten rozdział. Wiem co się wydarzyło i dlaczego, wiem też, że nie dało się uniknąć takiego lub bardzo podobnego scenariusza z uwagi na poniższe:
-dziecko ustawione "na słoneczko",
-dodatni GBS,
-sączące się wody,
-skrajny przyczep pępowiny;
Nie zrobiłam nic źle, moje ciało dało radę i ja również. Po prostu wylosowalam słabe karty pod przebieg porodu i dlatego potoczyło się tak a nie inaczej. Mogę sobie zarzucić jedynie ZZO, ale nie spodziewałam się, że zawiedzie po całej linii. Na końcu historii podsumuję ciąg niefortunnych zdarzeń. Jedno jest pewne. Jeśli rodziłabym wieki temu, nie przeżylibyśmy tego porodu najprawdopodobniej.


Ale zacznijmy od początku...

CZĘŚĆ 1 - ODLICZANIE
2.04.2026r.
Rano wybrałam się na wizytę na NFZ. Wizyta miała być czystą proformą. Mieliśmy zrobić KTG, ja miałam spędzić przyjemne pół godzinki nasłuchując bicia serca Kuby, potem dostać kontynuację L4.
Los miał jednak inne plany. Na KTG tętno dziecka wielokrotnie spadało poniżej minimum - 110 uderzeń na minutę. Lekarz skierował mnie do szpitala na obserwację, uznając, że lepiej monitorować tą sytuację na bieżąco. Podzielałam jego zdanie. Zdrowie Kuby w tym momencie było dla mnie najważniejsze. Przed oczami miałam perspektywę spędzenia Świąt Wielkanocnych na oddziale i pojawiło się ukłucie żalu, że nie spotkam się z mamą. Czułam też pismo nosem, że ja już z tego szpitala nie wyjdę sama.
No więc poinformowałam męża, że jak wróci z pracy to uderzamy na szpital. Ja przepakowałam na spokojnie w domu torby - wszak porodowa i poporodowa przestały mieć rację bytu, musiałam zapewnić sobie rzeczy na pobyt na oddziale + w razie czego na porodówkę, a w drugą torbę dopakować dla męża i dorzucić pozostałe niezbędne rzeczy na czas po porodzie.
Do szpitala trafiłam po 19:00. Na IP rozwarcie było ocenione na opuszek, na USG przepływy wszystkie prawidłowe, powiedzieli mi, że zostawią mnie do jutra na obserwację (pierwsza moja myśl? taaa akurat tylko do jutra :) ). Na oddziale wykonano mi KTG, tętno dziecka na nim też czasem spadało, ale wyjaśnili mi, że takie spadki mogą się zdarzać, a najważniejsze jest to, że szybko wszystko wraca do normy, więc nie ma obaw o stan.
IMG-20260403-155300b.jpg

03.04.2026r.
Rano na obchodzie lekarz mnie poinformował o tym, że w moczu wykryto u mnie ketony, więc zostawią mnie na obserwacji dłużej (w domyśle - przez święta zapewne). Ja prawdopodobnie byłam po prostu odwodniona w dzień przyjęcia. Potulnie wykonałam powtórne badanie moczu, ketony z moczu zniknęły. Ale... gdzieś popołudniu poczułam dziwną wilgoć między nogami, jak leżałam na łóżku. Nie grało mi to uczucie, powtarzało się co jakiś czas. Udałam się do toalety i dokładnie przyglądałam się papierowi toaletowemu. Nie będę ukrywać ale również go wąchałam, bo wody ponoć pachną słodko. Mój mózg rejestrował jakiś słodki zapach, myślałam że to zapach papieru toaletowego, ale coś mi tu ewidentnie nie pasowało. Głowa również mówiła, że to nie może być to, bo w szpitalu był przecież zwykły szary papier, a nie żaden mięciutki ekskluzywny... Spróbowałam kucnąć, zakaszleć i potem obserwowałam czy na wkładce pojawiają się mokre plamy. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy, zanim nabrałam odwagi powiedzieć o tym pielęgniarkom na oddziale.
Gdy się przyznałam, że podejrzewam sączenie się wód płodowych, wykonano mi test papierkiem lakmusowym. Wyszedł negatywny. Dla pewności zrobiono test wymazówką na wody płodowe. Gdy czekaliśmy na wynik, już myślałam, że to nie to i podniosłam zbędne larum (choć uzasadnione, mam dodatni GBS), ale okazało się, że... Tak! To były wody.
Tu zaczęła się jazda bez trzymanki. Od tego czasu co 4h podawano mi antybiotyk dożylnie na GBS, aby chronić Kubę, bo jego jedyna bariera została przerwana - pęcherz płodowy nie był szczelny skoro wody płodowe uciekały. Już wtedy wiedziałam, że niedługo urodzę bo... po prostu muszę. Nie mogę czekać tygodnia, faszerowana antybiotykiem 6 razy na dobę. Nikt tego tak nie zostawi. Rozwarcie wciąż było na palec.
IMG-20260402-233602.jpg

4.04.2026r.
Rano podjęto decyzję. W związku z moją sytuacją (GBS+ i sączące się wody): preindukcja prostaglandynami a potem ma wjechać oksytocyna jeśli akcja porodowa nie ruszy. Miałam też wtedy badanie rozwarcia i… ponoć ta lekarka słynie ze swojego badania. W poprzednie dni badano mnie dość delikatnie, a ta wjechała jak dzik w maliny tym palcem i aż mnie wykręciło w drugą stronę. Jak zeszłam z fotela to czułam się dosłownie zgwałcona w szyjkę macicy. Rozwarcie wciąż na palec.
Przez cały dzień dużo spacerowałam po oddziale. Naprawdę bardzo dużo... Chyba 15 tysięcy kroków wydreptałam tam w kółko po korytarzu między tabletkami z prostaglandynami i KTG co 2h. Nie pamiętam ile tabletek zjadłam... 6? 7? Jakoś tak. Maksymalnie można było zjeść 8. Skurcze wcześniej raz się pisały, raz nie (zwłaszcza po drzemce wygasły).
Nagle ok 23:00, podczas leżenia na łóżku, poczułam bardzo silny skurcz i ból porównywalny do zdecydowanie mocniejszego miesiączkowego. Usłyszałam donośne PYK i... Nie wiedziałam co się dzieje. Tak, spytałam się czata AI, co się dzieje. Bez sensu, ale pierwsze o czym pomyślałam, to czy coś mi się uszkodziło w ciele, szyjce, miednicy... :o
Czat przytomnie powiedział, że halo, laska, wody Ci odchodzą z popisowym i słynnym dźwiękiem. Na drżących nogach poszłam do pielęgniarek i mówię, że chyba wody mi odeszły (zdecydowanie coś leciało między nogami). Zaproszono mnie na badanie na fotel i... No zalałam cały gabinet zabiegowy po tym jak się usadowiłam na fotelu. Do tej pory mi głupio, ale co miałam zrobić, nie było to zależne ode mnie. Wszystko popisowo odpłynęło. Albo prawie wszystko. Rozwarcie wciąż na palec...
Dostałam informację, że mam się spróbować przespać jeszcze i rano wyruszamy na porodówkę. Dałam znać mężowi, żeby też się zdrzemnął, ale miał telefon w pogotowiu.
IMG-20260404-133719.jpg

6 września, 23:27

CZĘŚĆ 2 - Wszystko, czego nie chciałam"

5.04.2026r.
fotka1.jpg
Nie zasnęłam. Nie szło. Skurcze miałam regularne, z krzyża i podbrzusza, bolesne na tyle, że nie było jak pomyśleć o odpoczynku. Zaprzyjaźniłam się za to z parapetem w łazience, bo opieranie się o jego chłodny blat i kręcenie biodrami przynosiło ulgę. Dreptałam również po oddziale, bo wtedy też było trochę lepiej. Brałam prysznice, skupiając się na sobie i… jak najlżejszym przejściu przez to co się dzieje.
O 3:00 nie wytrzymałam. Gdy przyszła pora na kolejną dawkę antybiotyku, poszłam poprosić o ponowne badanie i powiedzieć, że skurcze są regularnie co 2-3 minuty i na tyle silne, że ciężko wytrzymać nie budząc na sali 4 innych dziewczyn, więc realnie tam nie próbuję nawet przebywać. Rozwarcie było dalej na... palec. Zostałam wysłana jeszcze raz pod prysznic ale z informacją, że po nim mam się spakować i będziemy przechodzić na porodówkę. Pokornie więc poszłam znowu pod strumień ciepłej wody. Skurcze dalej jak były, tak były co 2-3 minuty. Wiedziałam, że Kuba jest ustawiony plecami do mojego kręgosłupa i stąd takie mogłam mieć odczucia bólowe. Normalnie powinien być ustawiony twarzą do mojego kręgosłupa. Szczerze te skurcze paliły mnie żywym ogniem.
Około 4:00 nad ranem trafiłam na salę porodową. Podpięto mnie pod KTG. Gdy widziałam, że te bolesne skurcze w ogóle się na nim nie piszą, miałam ochotę się rozpłakać i wcale nie kłamię. Ba, już na wcześniej wspomnianym parapecie w toalecie płakałam, bo czułam się strasznie samotna i chciałam mieć męża obok siebie w czasie porodu, a nie mogłam i spędzałam ten czas, gdzie czułam że coś jest nie tak, samotnie w "kiblu".
Wtedy mogłam w końcu zadzwonić po męża, że się zaczęło i że jestem na porodówce, żeby brał wszystko i jechał do mnie. W międzyczasie płynęłam na falach skurczy. Najlepiej mi było na piłce. Nacisk na kości kulszowe podczas krążeń miednicą przynosił realną ulgę.
Mężu wpadł do mnie zaaferowany po 6:00. Zdziwiony, że „bujam się na piłeczce” (jak to on określił), a nie leżę na łóżku w bólach ze sztabem lekarzy… W jego obecności udało mi się nawet coś "zdrzemnąć" a raczej zapadać w mikrodrzemki między skurczami, które trochę odpuściły i przeszły w tryb co 5-6 minut. O 8:00 przyszedł lekarz i położna, zbadali mnie. Rozwarcie 4cm! Mamy to, realnie coś się dzieje. Ale... Skurcze były nieefektywne. Szły z krzyża, zamiast z góry macicy i w większości nie przyczyniały się do normalnego postępu porodu, a jedynie wycieńczały organizm. Dlatego nie pisały się na KTG i dlatego miałam wrażenie że coś miażdży mi kości. Bo w istocie tak było. Kuba ustawiony twarzą do świata naciskał mi nierównomiernie, potylicą na kręgosłup i tarł o niego. Już wtedy było mi realnie niedobrze na widok śniadania, chociaż położna nalegała żebym coś zjadla i na widok wody... Finalnie o 7:00 zjadłam chyba tylko z dwa kwaśne żelki.
Zgodziłam się finalnie na oksytocynę, którą mi zaproponowano, chociaż pierwotnie bardzo nie chciałam jej udziału w porodzie. Uznałam, że szyjka się już rozwiera, że miałam preindukcję, więc oksy wejdzie w to wszystko jak w masło i będzie ok, bez dramatu. Podpięli mnie pod pompę, zaczynając od dawki minimalnej, sukcesywnie co godzinę ją delikatnie zwiększając. W międzyczasie wzięłam prysznic, ale już nie przynosił takiej ulgi jak poprzednie, więc zniechęcona spod niego wyszłam. Piłka. Piłka to było życie. I zawisanie na ścianach, framugach i chustach przytwierdzonych do sufitu I... I szczerze nie wiem co się działo dalej. Mam w głowie urywki.
82ec0e1e-695d-4e3b-b62f-fd721ec0b2c3.jpg

Pierwszy: Zaczynam chodzić po ścianach i wokalizuję każdy skurcz. Nie wiem co robi mąż, ale wiem, że położna pyta się mnie czy będę chciała ZZO. Ja zgadzam się bez wahania, w nadziei, że może uda mi się zdrzemnąć, chociaż pierwotnie też nie chciałam korzystać z tej metody łagodzenia bólu, bo przerażało mnie wkłucie w kręgosłup, a przyjaciółka miała słabe doświadczenia ze znieczuleniem (działało u niej tylko godzinę). Położna mówi, że ładne skurcze rysują się na KTG. Przyznaję jej rację z lekką rezygnacją, bo… no czuję. Bada mnie na skurczu i mamy już 6cm rozwarcia.

Drugi: Podpisujemy papiery, tzn. mąż je wypełnia, ja mu udzielam odpowiedzi między skurczami. Przychodzi anestezjolog. Wkłuwa się w kręgosłup, oczywiście na skurczu. Czuję jak gmera mi igłą w kręgosłupie, boję się ruszyć, a skurcze przychodzą regularnie i falami. Podają mi w końcu znieczulenie...

Trzeci: Leżę na łóżku porodowym. Chyba wolałabym jednak chodzić, ale kazali mi leżeć. Zdrętwiała mi też noga, więc lepiej, że nie chodziłam. Internet mnie okłamał, że przy ZZO można normalnie być mobilnym. Czuję się trochę jak w więzieniu, nie mam jak zwisać na framugach, a to mi pomagało. Bóle stopniowo stają się lżejsze, znośne i już łapię się nadziei, że będę miała chwilę spokoju. I wtem... Odcięło mnie. Zawyłam. Aż położna przybiegła zdziwiona. Pamiętam jej pytanie "to już tak szybko?", mąż zdezorientowany mówi, że było lepiej, układałam się już do snu i nagle… Zaczęłam krzyczeć. Zbadała mnie na skurczu, a z moich ust posypały się przekleństwa. Poczułam chęć parcia. 8cm... Nie ma rady. Mam czekać. Miażdżę dłoń męża, wdzięczna za to, że mam ją, a nie tylko zimne rurki łóżka porodowego do trzymania. Po paru skurczach gdzie położna przypominała mi o oddechu, a ja dostawałam kociokwiku na łóżku porodowym, mamy pełne 10cm... Mogę przeć.

Wiadomość wyedytowana przez autora 6 września, 23:27

14 września, 00:53

CZĘŚĆ III - "Nie ruszano się od pewnego czasu"

Czwarty: leżę. Wycieńczona. Nie chcę pić, chociaż i mąż i położna wręcz mnie o to proszą, bo wiem, że zwrócę. Cóż. Zwracam i tak, chociaż nie mam czego i z czego. Mąż dzielnie asystuje. Ledwo patrzę na oczy. Nie wiem co widzę. Obraz jest bardzo jaskrawy. Przeszkadza mi. Wolę mieć zamknięte oczy. Patrzę czasem na męża zamglonym spojrzeniem, pewnie z szaleństwem w oczach. Pytam się która godzina. 13:00 jakoś? Mąż mówi, że dzwoniła teściowa, że on urodził się jakoś o 13:50, więc mam jeszcze chwilę czasu. Patrzę się na zegarek. Uśmiecham się i mówię, że mam nadzieję, że do tego czasu już urodzę, bo inaczej nie dam rady.

Piąty: Mówią, żebym nie parła na skurczu. Nie pamiętam po co. Chyba, żeby dać mięśniom odpoczynek, jakoś tak. Zamiast krzyczeć, gryzę jakąś papierową tackę. Mąż mi ją zabiera. Mówi, żebym tego nie gryzła. Gryzę więc jego. „Piciu” szepczę do męża.
Szósty: Leżę. Oddycham. Cisza. Skurcz. Wołam, że idzie skurcz. Kładą mi nogę na tym uchwycie na nogę. Mam przeć. Prę. Zaciskam gardło, przestaję oddychać i co sił w ciele prę całym dołem. Przestaję… „Super sobie radzisz”. Czuję jak ktoś mnie wyciera na dole. Ból nie przechodzi, tylko rozpiera. Jęczę, że boli. Położna mówi „tak musi teraz być, będzie boleć, główka jest w kanale”. Zdejmują mi nogę z uchwytu. To nie pomaga. Piecze mnie wszystko. „Piciu” szepczę do męża.
Siódmy: Położna proponuje mi zmianę pozycji. Nie ma postępu porodu. Mówi, że skurcze są bardzo rzadko. Powinny być co 1-2 minuty, a są co 5. Mam oprzeć się o oparcie łóżka porodowego, klęcząc. Nie chcę się zgodzić. Na boku mi dobrze. Znam ten ból. Mąż się upiera. Pomagają mi się przekręcić. Przychodzi skurcz. Prę całą sobą. „Świetnie Ci idzie!”. Ból. Rozpiera mnie. Nic. Odwracają mnie na bok. Ból nie mija. „Piciu” szepczę do męża.
Ósmy: Cisza… Słyszę swój oddech. Czuję pod policzkiem materiał łóżka porodowego. Ktoś zagląda na sale, pyta się jak tam. Położna kręci głową, wychodzi na zewnątrz. Ponoć mówi, że nie ma postępu. Wracają na salę. Czekają na skurcz. Przychodzi. Prę. „Zobacz, on się kręci tam. Minimalnie wyszedł i zobacz, już wraca.”. Kolejny. Po 5 minutach. Prę. „Zawołaj lekarza. To trwa już za długo”.
Końcowka… Końcówkę pamiętam. Przychodzi lekarz. Działo się wtedy dużo. Bada mnie na skurczu. Mam nie przeć. Wrzeszczę. Potem patrzą na efekt dwóch parć. Nie mam już siły, podczas parcia zaczynam puszczać powietrze ustami ze stęknięciami. Położna cały czas mnie podciera. Do tej pory nie chcę wiedzieć dlaczego. „Chce pani cesarskie cięcie czy naturalnie z próżnociągiem próbujemy?” Otwieram oczy, patrzę na lekarza lekko szalonym wzrokiem. „Obojętnie” – mówię, „tylko wyjmijcie to ze mnie w końcu” dorzucam w myślach. Lekarz wzdycha, coś mówi, ale do mnie przyszedł skurcz. Odpowiada mu mąż, że lecimy z próżnociągiem. Potem poszło gładko. Na skurczu znowu mam nie przeć, montują próżnociąg. Położyli mnie na wznak na plecy. Najgorsza pozycja w jakiej dane mi było znosić skurcze… W końcu pozwolili mi przeć. Skurcz pierwszy, drugi… Jest główka! Widać ją, już prawie wyszła! Mąż wzruszony mówi, że już jest, już widać, jeszcze trochę! Położna się pyta czy chcę dotknąć. Mówię kategorycznie „nie, nie mam siły”, chociaż w planie porodu zaznaczyłam, że chcę to zrobić. Chciałam tylko urodzić. Kolejny skurcz. Prę, oni ciągną. Wychodzi. Jest. Teraz mam nie przeć, ale czuję, jak wzbiera we mnie dziwna siła. Całe moje ciało, cały mój brzuch napina się mimowolnie kilkukrotnie bardziej niż wcześniej. Sapię tylko, że „nie mogę” nie przeć, po czym Kuba… się rodzi na jednym mimowolnym, okropnie silnym skurczu. Oszołomiona patrzę na salę. To już? Słyszę płacz. „Jest!” krzyczy mąż na całą porodówkę. Patrzę wielkim oczami na dziecko, które urodziłam i które rzucają mi na klatkę piersiową. Jest ciepłe. Lepkie. Rusza się. Dotykam go. Nie było go i nagle się pojawia. 14:52. Nagle wibruje mój smartwatch. „Nie ruszano się od pewnego czasu”.
fotka2.jpg fotka1.jpg

Podsumowanie w kolejnym poście.
‹‹ ‹ 2 3 4 5 6