Pamiętniki Ucząc się cierpliwości i pokory.
Dodaj do ulubionych
‹‹ 6 7 8 9 10

25 października, 17:45

Diagnostyka bierze mnie na przetrzymanie.
Mąż, punktualniś, zawitał o 16.30 i sam mnie popędzał do logowania. Odświeżamy, odświeżamy i nic. Przecież to musi być na pewno dzisiaj?

25 października, 19:31

<0,2mIU/ml

26 października, 18:42

Jeszcze się nie rozpłakałam. Jakoś nie umiem. Pewnie jak hormony spadną przy @ to dopiero łzy polecą. Zastanawiam się - co dalej.
Mam jakąś ogólną złość na świat. Czuję niesprawiedliwość.

Co mnie wkurzyło, takie procedury, leków jeszcze mam nie odstawiać, bo najpierw powtórzyć bete. Więc jutro z tą złością idę oddać rano krew dla papierka.

No i kotłuje mi się w głowie- iść za ciosem i brać blastkę czy od nowa sprawdzać immunologię.

2 listopada, 09:45

Trzeci dzień @. Nie było płaczu. Jakby głupio to nie zabrzmiało, to nie miałam czasu. Nie wiem czy mąż nie przeżył tego gorzej niż ja. On wierzył, że liczba pęcherzyków = liczba dzieci. Myślę, że trochę na własnej skórze zweryfikował jak wygląda procedura w praktyce. Czasem męczą mnie wyrzuty sumienia, że za słabo wierzyłam w mojego dwudniowca. Miałam przeczucie, że to nie to, żeby wziąść blastkę, ale nie potrafiłam się odezwać. W końcu ten dwudniowiec na dzień 2. był najlepszy. Wydawało sie najrozsądniejsze. Teraz mam takie poczucie, że bardzo chciałabym zabrać zarodek do Świąt do domu. Nie wiem czemu, skąd to. Ale chciałabym.
Gdy wracaliśmy w transferu dostałam wiadomość, że żona kuzyna męża urodziła. Stwierdziłam jak super - zwolnił się brzuch ;) To dobry znak. No ale jednak nie. Byliśmy również powitać nowego członka rodziny - kuzynka męża urodziła. Byłam naprawdę dzielna, dałam radę. Wczoraj się dowiedziałam, że miał się nazywać inaczej. To było MOJE imię. Nasze. Wybrane chyba z 10 lat temu. I całe szczęście, że zmienili. Tak trochę te spotkania rodzinne zaczynają inaczej wyglądać, bo zachwyty, kupki, pieluchy itd. Ja siedzę, no i cóż mi tez mówić. Staram się, ale na własne doświadczenie się nie powołam. I oczywiście kuzynka męża podkreśliła, że nie miała parcia na macierzyństwo. I wierzę w to, bo dowiedziała się o ciązy dopiero w 3. miesiącu, więc szczególnie chyba nie dociekała.
W sobotę spotkałam się z koleżanką ze szkolnej ławki. Ślub w tym samym roku miałyśmy, nawet w tym samym miejscu. I też ciągle walczy. Moja przyjaciółka zaczęła starania - tez bez efektów. Nosz pierdziele, co z nami nie tak?

Mój chrzestny zmarł. Termin pogrzebu jeszcze nieznany. Cały rok na emeryturze i cały ten rok chorował. Najpierw śmierć kuzynki w wieku 38 lat, teraz On. Myślę i myślę. Mimo wszystko trzeba żyć tu i teraz. Nie ma na co czekać, bo nie wiadomo co może być jutro.

3 listopada, 08:21

Wczorajszy wpis w złą godzinę.
Dziś rano obudziłam się z potwornym bólem w klatce piersiowej. Takiego czegoś jeszcze nie miałam. Promieniowało do pleców i lekko na brzuch. Nie potrafiłam się przekręcić na bok, mogłam leżeć tylko na wznak, o wstaniu nie było w ogóle mowy. I tak trwało to z pół godziny. Mąż chciał mnie wieźć na pogotowie, ale ja wiedziałam, że to na tle nerwowym, bo nie potrafiłam uspokoić myśli. Napisałam do przyjaciółki, bo ona tez tak wczesnie wstaje, popisaliśmy, lekko puściło, dałam radę wstać i zmierzyć ciśnienie. 135/90. Poszłam pod prysznic, mąż zrobil melisę. I 118/75, z każdą czynnością fizyczną, która zajmowała głowę coraz bardziej puszczało.
No i można być twardą. Ale i tak się to odchoruje. Może już lepiej się wypłakać. Zaczynają mi oczy puszczać łzy.
Dziś różaniec za wujka. Nie wiem co ja mam cioci powiedzieć. Co zrobić, żeby się nie rozryczeć. To nie taki chrzestny, którego się widywało tylko w święta czy na urodziny. Trzymaliśmy się blisko.
No i wiem, że wujek najbardziej ucieszył się z komunii. A ja nie mogę iść do spowiedzi, a przynajmniej nie wyobrażam sobie tego. Nie czuje, żebym zrobiła coś złego, a wiem, ze kościół katolicki uważa in vitro za grzech ciężki. Nawet gdybym uważała, że zrobiłam coś źle, to też nie powiem, że żałuję i że więcej nie będę. Bo nie żałuję i będę próbować dalej. Świąt to już w ogóle sobie nie wyobrażam. Mądrego księdza bym potrzebowała. Żeby mi to wyjaśnił.

Ogólnie czuję się do dupy. To będzie mega ciężki tydzień.

Wiadomość wyedytowana przez autora 3 listopada, 08:23

25 listopada, 10:06

Ciężko się pozbierać. Nie myślałam, że tak mnie to wszystko rozwali. Pękłam, pół niedzieli przepłakałam mężowi i wyrzuciłam wszystko co od miesiąca w sobie gromadziłam. Jakby trochę lepiej. Mimo wszystko mam w sobie złość na niesprawiedliwość tego świata.

Dziś pierwsza wizyta w klinice po nieudanym transferze. Boję się co dalej.

Wiadomość wyedytowana przez autora 25 listopada, 10:10

‹‹ 6 7 8 9 10