Pamiętniki Ucząc się cierpliwości i pokory.
Dodaj do ulubionych
‹‹ 3 4 5 6 7

29 stycznia 2019, 08:14

Wczoraj jakoś zapomniałam się rozpłakać. Pewnie w @ tradycyjnie nadejdzie ten czas, kiedy mam jakiś wyrzut hormonów, że pochlipuje pół dnia.
Jakie to szczęście, że mam swojego męża. Uwielbiam teraz te długie, zimowe wieczory z nim. Jak patrzę na obecnych, można powiedzieć i że "dorastających" teraz mężczyzn, to cieszę się, że mój jeszcze jest w tych dosyć "normalnych". Może to zasługa, że w dzieciństwie dużo czasu spędził przy dziadkach. A najbardziej w nim lubię, że mu się zwyczajnie "chce". O co nie poproszę to wstanie i zrobi. I że tak ciepło do mnie mówi, że potrzebuje bliskości, że lubi pomagać.
Pewnie go przechwaliłam i pewnie mnie dziś wkurzy, ale cóż. Trzeba mu przyznać, że sfiksowałabym bez niego. Jak tylko Go zobaczę wszystkie troski z moich myśli znikają. Działa na mnie zdecydowanie kojąco.

31 stycznia 2019, 11:49

A mówiłam? Mówiłam, że @ przyjdzie dziś? 2. dzień zawsze najgorszy, a wiadomo, jutro mam gości. Dobrze, że mama zgłosiła ochoczo, że upiecze mi torta i ciasta. Niby to przesądy, ale mi w @ biszkopt nawet potrafił wyjść niebieski.

20 marca 2019, 09:24

Rzadko tu ostatnio zaglądam, ale zwyczajnie jakoś mi lepiej psychicznie. Chyba wreszcie dążę do harmonii, wracam do życia realnego. Biorę leki, staramy się, mierzę temp. ale traktuje już to jak coś pobocznego. Myślę wreszcie o przyszłości nie tylko w kontekście dzieci. Rozplanowywuje urlop :)
W lutym byłam u napro, 3miesiące testuje inaczej trochę z lekami. Ten cykl stracony, obstawiłam, że owulacji to już nie będzie, przyszła za późno. Trudno, przegapiliśmy, nic na siłę ;)
I w pracy wreszcie wszystko ogarnięte uff, czekam na ciepełko i biorę wolne :)

15 kwietnia 2019, 12:45

Nie pamietam kiedy ostatni raz byłam chora, ale po 1,5 miesiąca brania sterydu rozkłada mnie: łyz lecą, katar, gardło boli, że przełykać się nie da, stan przedgoraczkowy. Czyżby udało się obniżyć odporność?

24 kwietnia 2019, 08:25

Taaa ostatnio pisałam o harmonii? Naiwna jestem. Chyba mam jakieś załamienie nerwowe. Całkiem niedawno śniło mi się, że jestem w ciąży.. zaawansowanej. Było super ciepło, łapałam słońce i chodziłam chodnikiem przed domem, żeby przyśpieszyć poród, bo był już odpowiedni czas. To było niesamowite uczucie nie do opisania. Za to wczoraj śniło mi się, że poszliśmy do szpitala, bo miałam już lekkie bóle. Czekaliśmy podeksytowani na moment porodu, ja chodziłam po szpitalu. Mieliśmy piękny pokój, z aneksem kuchennym, fotelem, kanapą. Przyszła tez teściowa do nas zajrzeć i powiedziała, żebym się nie męczyła i dała mi nospę. I wtedy się obudziłam z stwierdzeniem, ze brzuch boli mnie jak na okres. I od tamtej pory wiecznie pobolewa. Obudziłam się i podziękowałam Bogu, że chociaż w śnie daje mi poczuć jakie to piękne uczucie mieć małego człowieka w środku. Poszłam do pracy i zorientowałam się, że mamy przecież rocznicę ślubu, że życie sobie ze mnie drwi. Jakbym w pysk dostała, dlaczego tak jest, że jak wszystko się zaczęło w moim mózgu układać runęło przez ten sen? Martwi mnie to, że bóle znowu wracają. Minęło tylko pół roku od laparo. Jak już położyłam się do łóżka to plakałam. Nie swiętowaliśmy rocznicy. Nie mam ochoty i nastroju na jakiekolwiek przyjemności. Jest mi tak cholernie przykro i źle, bo minęło już tyle czasu, a ja nadal nie potrafię się pogodzić z losem, nie potrafię zrezygnować z tego najwazniejszego marzenia. Pisałam już tu nieraz, że zawsze marzyłam, żeby szybko założyć rodzinę. Ja nie chcę podróży, kariery. Zawsze chciałam założyć swoją rodzię, datego wybrałam drogę jaką wybrałam. Przyśpieszoną. A teraz jestem tu gdzie jestem i czuję się w tym źle. Ja nie potrafię zaakceptować tego, że nie potrafię zajść w ciążę, po prostu nie potrafię.

25 kwietnia 2019, 14:50

Nie potrafię z telefonu odpowiadać na wiadomości prywatne.

Jako, że mam osłabiona odporność przez ten steryd złapałam infekcje gardła i nosa, nic nie pomagało, pohawiła się gorączka, więc zmuszona byłam wziąść antybiotyk. W 4 dobie antybiotyku zaraziłam się grypa jelitową od bratanka. Nie daje rady jeść, pić a co dopiero wziąść leki. Teściowa mnie pocieszyła, że z racji, że kolejny bratanek z kolei ma ospe, ja z obecną odpornością mam szanse na półpaśca. Jest 15ta ja mam 38,5 - ciekawe co będzie wieczorem, rano było tylko 37,4. Wszystko mnie boli. Pomyślcie o mnie ciepło. Nie pamietam, żebym tak się męczyła.

26 kwietnia 2019, 08:37

Nic mi nie przechodzi :( ciągle biegam do toalety, a dziś z rana 4x rzyganko. Tak to jeszcze nie miałam... trzyma mnie tak już ponad 30 godzin...

Wiadomość wyedytowana przez autora 26 kwietnia 2019, 08:37

11 maja 2019, 12:08

W tym tygodniu mam takie super szczęście, że spotykam/widzę takie znajome osoby, że mam wrażenie, że wszyscy mają dzieci tylko nie ja. Nawet mąż dziś ledwo po otwarciu oczu mówi mi szczęśliwy, że śniło mu się, że byłam w ciąży i miałam taki fajny brzuszek. Zresztą często mu się coś śni tego typu. Utwierdza mnie to w przekonaniu jak bardzo chce mieć dzieci. Pamietam, że już za czasów szkoły średniej jak śniło mi się, że byłam w ciąży to mówił, że chciałby i wcale by się tym nie zasmucił. On ma jakoś więcej siły w sobie, coraz częściej przebąkuje o budowie własnego domu, żeby w razie potrzeby adopcji mieć już jeden podpunkt odhaczony. A ja się trochę obawiam, że moi rodzice nastawili się, że ja tutaj zostanę. Nawet jak tata drzewa sadzi to mówi, że to już dla nas, bo sam nie doczeka.
Dziś byłam na zakupach, jedna koleżanka z dwójką już dość dużych dzieci, druga w drugiej ciąży... mam 26 lat, więc te które pochodziły zaraz po szkole to ich dzieci zaraz pójdą do szkoły. A ja mówiąca od zawsze, że chcę mieć szybko rodzinę robię się coraz bardziej samotna, czuję się "wykluczona", bo nie jestem w tematach dziecinnych. Nie mówiąc, że moja koleżanka dziś przy kasie jawnie mnie się zapytała czy mam tam już coś w brzuchu i czemu nie, czy biorę leki. Jawnie powiedziałam, ze nie, "a to czemu?". Już zirytowana powiedziałam, że nie idzie i tyle. Oczywiście dwie kasjerki wywaliły na mnie oczy, a świadkami rozmowy jeszcze była moja mama i mąż kolezanki. Niektórzy są mistrzyniami taktu.

16 maja 2019, 14:34

Pisałam tu w sobotę ostatnio, w niedzielę poszłam do kościoła, a tutaj w ławce przed dalsza sąsiadka z dużym brzuchem w drugiej ciąży, a dwie ławki do przodu moja niegdyś przyjaciółka też z pokaźnym brzuchem. Jednak przyszła wiosna i trzeba się oswoić z myślą, że ciężarne i dzieci będą z domów wychodzić ;)
Wczoraj, gdy byłam w ogródki po rzodkiewkę odwiedził mnie bocian, chyba tak blisko nigdy obok nie byłam, a potem będąc już na podwórku usiadł na kącie dachu. Ma tupet. Nawet pomyślałam, że to dobry znak, ale jednak gniazdo mam prawie na przeciwko domu i sytuacji podobnych bywało masę, choć cześciej ma je mąż. On to jednak w przeciwieństwie do mnie 3/4 czasu spędza na powietrzu.
A dziś fryzjer na poprawę humoru. W przyszłym miesiącu ustaliliśmy wooolne od starań, odpoczynek dla żołądków. Przyda się taki oddech. W sumie jestem zdania, że gdyby miało się udać to by się udało. Może u mnie już zwyczajnie jest za późno z tak rozległą endometriozą? Za to coraz mniej myślenia o staraniach to i w związku lepiej. No ile w końcu można fiskować, co nie?

29 maja 2019, 12:15

No to mamy 26 cykl starań. 2,5 roku. Wczoraj dostałam w pracy, w nocy bolał mnie brzuch ze zdrowej, prawej strony, nie potrafiłam spać. Ogromnie się boję, że endometrioza tam się przeniosła... Liczę, że to od tych stymulacji mój prawy jajnik już ma dość. Miałam w tym cyklu już nic nie brać... Jednak 12.06 mam wizytę i chyba ostatni raz się skuszę, żeby sprawdzić jak tam owulacja. Boję się o zdrowy jajnik, ile można znieść stymulacji? Kiedyś trzeba powiedzieć sobie stop. Zostałam dziś w domu. Dospałam co nie spałam w nocy, potem trochę popłakałam... I znowu się czuję naprawdę źle psychicznie. Jakby nic dobrego w życiu mnie już nie czekało. Złapałam się ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, z mnóstwem stresów i miałam nadzieję, że zajdę szybko w ciąże i ktoś przyjdzie mądrzejszy. Trzymają mnie tu pieniądze i wyrozumiały szef. Nie wiem czy znalazłabym tutaj coś lepszego. Tylko wizja, że nic się nie zmieni mnie przeraża. Boję się, że endometrioza mi zeżrę resztę co zostało i nigdy nie zajdę w ciąże. Czuję się w zawieszeniu, nic nie rusza do przodu. Kiedyś mi koleżanka powiedziała, że powinnam docenić, że mam męża, bo mam naprawdę dużo. I wiem, że powinnam to docenić, chcę, ale widzę też jak jemu zależy, jak bardzo chciałby być ojcem i boli mnie cholernie, że ze mną tych dzieci mieć nie może.
Myślałam, że z moją psychiką jest coraz lepiej, że czas robi swoje i się oswajam. Tymczasem ostatnio znowu zderzyłam się z tym, że wszyscy mają dzieci tylko nie ja. Widzę znajomych, gdzie w szkole wydawało się, że nic nie osiągną, mają szczęśliwe rodziny, kilkoro dzieci. Wolałabym nie mieć tych studiów, nie mieć takiej dobrej pracy, ale mieć dzieci. Czasem bym chciała cofnąć czas i zacząć starać się wcześniej. Wiem, że to nie oznacza, że akurat by się udało, ale może wtedy człowiek byłby głupszy i tak tym nie przejmował, może akurat by się udało. Może się tyle naczekałam, że jak zaczęliśmy się starać to wszystko było zbyt zaplanowane, za bardzo nam zależało. Tylko mniej już zależeć nie będzie. Czuję presję czasu i choroby. Niby świat bez dzieci się nie kończy, tylko ja sobie tego życia nie potrafię wyobrazić.

30 maja 2019, 10:34

Wczoraj przepłakałam cały dzień. Zdecydowanie stan depresyjny. Mąż jakby wyczuł, wrócił wcześniej, tulił i całował. Dzisiaj się obudziłam i myślałam, że będę wymiotować gdy pomyślałam o pracy. Stwierdziłam, że dziś też nie idę i muszę się pozbierać do kupy. I tak poleżałam dłużej i doszłam do wniosku, że po co się tak rozdrabniać nad czymś na co nie mam wpływu, trzeba się wziąć za to co mogę zmienić.
No i układam to sobie w głowie. I tym razem nie może być to słomiany zapał. Pora się za siebie wziąć! Choćby dla męża. Działam! Koniec z rozczulaniem się nad sobą.

1 sierpnia 2019, 08:18

Kilka dni temu miałam sen. Byłam u ginekologa tutaj takiego najbliższego, mąż trzymał mnie za rękę, a lekarz wykonywał zabieg łyżeczkowania, bo nasze dziecko zmarło. Wydrukował nam taka malutką karteczkę - akt zgonu i kazał z tym się zgłosić do urzędu. Najbardziej ze snu pamiętam jednak słowa mojego lekarza: "musi Pani zapomnieć. kochać z mężem się tak, jakby dopiero co się Pani z Nim poznała, tak jak na samym początku". Odpowiedziałam "ale jak to? jak już nie pamiętam jak to było, to było 9 lat temu".

Nie wiem skąd mi się to wzięło. Może jednak coś w tym jest. Jakie to były beztroskie chwile.

6 lutego 2020, 16:52

Potrzebuję się wygadać. Temat starań u nas to temat tabu. Jakoś w lecie odstawiliśmy wszystkie leki i od tamtej pory nie podejmowaliśmy tematu. Tzn. ja w grudniu robiłam kilka podejść, wymysliłam sobie, że jesienią namówie męża, żebyśmy zapisali się w przyszłym roku do kliniki. Zeszło mi do grudnia, mimo dwóch prób temat rozjezdża się w powietrzu. Znowu próbuje podjąć temat, ale widzę, że mąż unika. On rozumie pójście do kliniki = in vitro. I nie chce. Jeśli chodzi o mnie, mi już jest wszystko jedno. Jestem gotowa na wiele. W grudniu zaczęliśmy 3 rok starań. W styczniu skończyłam 27 lat. Młodsza już nie będę, czym później tym z endometriozą będzie gorzej. Chciałabym zamknąć ten temat do 30stki. I do tego czasu zrobić wszystko, żeby zajść, a potem zamknąć temat. Wydaje mi się, że mężowi dobrze jak jest, że jeśli ja presji nie wytworzę nic z tego nie będzie. Trochę się nastawiłam bojowo, przyszłam tutaj poczytać o klinikach, lekarzach i... podłamałam się. Jak widzę ile przechodzicie ja nie wiem skąd bierzecie siłę. I nie jest mi dobrze widząc, że Wam się nie udaje. Nie rozumiem dlaczego tak jest. Gdzieś tu wyczytałam jak ktoś napisał, że nie udaje się zazwyczaj tym co odpuszczają. Więc nie dawajcie się, walczcie. My niby odpuścilismy - to nie działa. Plus taki, że zdecydowałam się w razie czego na lekarza i klinikę. Z rozeznania widzę, że terminy odległe... ale żeby tam się zapisać chcę usłyszeć, że mąż też chce.
Chyba tutaj wrócę, nie mam z kim porozmawiać na te tematy, a ile można dusić to w sobie.

1 marca, 11:40

Hop, hop, jest tu kto?
Wracam do walki. Tym razem bez pitu pitu, od razu do kliniki.

3 czerwca, 07:55

Oby dwa jajowody odcięte, bo z wodniakami.
Prawy jajnik, jedynie pracujący tak pozarasrany, że nawet nie udało się go obejrzeć.
Co tu jeszcze dodawać?

Wiadomość wyedytowana przez autora 3 czerwca, 08:11

4 czerwca, 07:10

Jak to ciężko przetrawić. Kiedy się kończą złe wiadomości?

9 czerwca, 09:56

Ciężko wrócić do pisania. Trzeba zmierzyć się z myślami, uporządkować to i ubrać w słowa.
Pozbierałam się, ciekawe na jak długo. Jutro wizyta kontrolna w klinice, będzie możliwość zapytać co dalej. Gdy po laparo pani dr przyszła mi powiedzieć, że odcięła mi jajowody tak mnie to ścięło, że o nic już nie pytałam. Swoją drogą odważna kobieta. Dwóch wcześniejszych lekarzy na pewno by się tego nie podjęło.
Byłam w marcu na hsg w szpitalu powiatowym znalezionym w moim województwie. Znalazłam go, bo wydzwaniałam po wszystkich po kolei, żeby znaleść tylko najszybszy termin i pasujący mi do cyklu. Na początku byłam pewna, że by tego hsg nie zrobią, bo co rusz ktoś się pytał od jakiego lekarza jestem i za każdym razem "nie znam". Ordynatorka jednak po konsultacji jednak przejęła się moim stanem, zbadała mnie wszerz i wzdłuż i co dziwne znalazła dwa polipy, o których nigdy mi nikt nie wspomniał. Jak się jednak okazało podczas następnej wizyty w klinice na usg nic nie było, hisero też czyściutkie.
Samo badanie hsg było okropne, myślałam, że mi brzuch rozerwie. Lewa strona, która zawsze była zajęta przez endometriozę od razu przepuściła kontrast, natomiast po prawej nic się nie pojawiło... Dolewali mi kontrast druga raz, bez skutku. Udało mi się porozmawiać potem z lekarzem który wykonywał badanie i powiedział, że nie chciał mi pod większym ciśnieniem już wlewać, bo widać, że mnie bolało i bał się, że zrobi mi zwyczajnie krzywdę.

Dodam może jeszcze od początku. Na pierwszej wizycie w klinice pani dr bardzo skrupulatnie oglądała wszystkie papiery, które ze sobą przyniosłam, a było ich tyle, że wzięłam segregator. Od razu na samym początku zauważyła na pierwszym protokole z operacji z 2017 roku "rozdęty jajowód". Powiedziała, że już to może świadczyć o wodniaku, który powoduje stan zapalny i w dodatku płyn wylewający się z jajowodu do macicy może wypłukiwać zarodek. No szok. Naprawdę? Czy te wszystkie lata mogły być stracone przez to? Od samego początku. Długo nie wiedziałam co myśleć, wkurzenie mieszało mi się z nadzieją. Oby dwoje zobaczyliśmy światło w tunelu. Może to to?
Teraz wracając do szpitala, pytając czy w tym hsg wyszedł ten wodniak lekarz nie potrafił stwierdzić, powiedział, że jajowód jest zamieszany z jelitem i to może jelito a nie wodniak. Jeszcze dodaje "Dziewczyno, zamęczysz się jak będziesz czekać z miesiąca na miesiąc, rób in vitro i niczym się nie przejmuj, bez różnicy czy jest ten wodniak czy nie". Ponadto "kto usunie jajowód, jajowodów się nie usuwa, za to grozi więzienie".
Pani ordynator była u mnie z 5 razy tego dnia. Wypytywała o lekarzy, leczenia. Bardzo ubolewała, że nie miałam ze sobą wszystkich badań, interesowały ją te immunologiczne od profesora. Widać, że chciała poszerzyć swoją wiedzę. Z 2 razy była tylko po to, żeby mnie namówić na in vitro. "Chociaż jedno dziecko, a potem może dalej pani czekać, ale proszę spróbować".

Wracam z płytką do kliniki. Pani dr mówi ewidentnie wodniak - jakie jelito? Do jelita nie wlewali mi kontrastu przecież. No przecież... I czuję się zażenowana jednak tym co słyszałam w szpitalu. Nie chciała mi robić tego laparo, wysyłała do poprzedniego lekarza, a ja nie umiałam mu już zaufać. Przecież mówił mi, ze mój jajowód jest niesprawny, że do niczego się nie nadaje, ale nie usunął, bo bym mogła do pozwać. Czekałabym 4 miesiące na wizytę, potem 3 miesiące na laparo, a on i tak by mi go nie usunął, albo usunął jednego, bo tylko na to miał pisemną zgodę. Pani dr powiedziała, że ciężko będzie znaleźć lekarza, który się dotknie mojego brzucha, zrobiła usg, stwierdziła - może się uda. Usunąć nie, ale chociaż odciąć.

Do kliniki już szliśmy z nastawieniem na in vitro, jednak pierwsza wizyta odkryła coś nowego, nam nieznanego w ogóle w temacie. Cały czas mieliśmy nadzieję, że po usunięciu tego wodniaka będzie możliwość spróbowania klika cykli naturalnie, a tutaj zonk. W ogóle się nie nastawiłam, że mój prawy jajowód może być też do śmieci. W ogóle nie przepuścił kontrastu, a pod większym ciśnieniem się zwyczajnie wydął. Prawy jajnik w takich zrostach, że w ogóle nie dała rady go obejrzeć. Mój jajnik, przez które wszystkie lata takie pokładałam nadzieję. Który był niby taki super, a tutaj cały pozrastany. Lewy to wiadomo, że go praktycznie nie ma.
Nie wiem co będzie. Naprawdę. Zdaję sobie sprawę z mojej beznadziei sytuacji. Fizycznie zwyczajnie mam duże przeszkody w brzuchu na zajście w ciążę. Ciekawe czy moje komórki jajowe są w ogóle zdolne do zapłodnienia. Wiem, że in vitro da mi na to odpowiedź. Zastanawia mnie jak dostać się do takiego jajnika całego w zrostach. Boję się zwyczajnie jutrzejszej wizyty, żeby znowu nie wracać zaryczaną do domu. Skończyła się nadzieja na ciąże z niespodzianki. Tutaj już nigdy nie będzie mieć takie miejsce.

A co najlepsze - mojego męża wyniki wyszły idealne. I było mi z tym naprawdę ciężko, że cały ciężar tej niepłodności leży we mnie.

11 czerwca, 07:13

Matko, to się dzieje!
Mam 25dc, czekam na @ i zaczynam długi(czy tam ultradługi) protokół. W połowie lipca wracam do kliniki na symulacje, punkcja, a potem 3 miesiace diphereline.
Ile trwa sama stymulacja? Bo pani dr chce się wyrobić do końca lipca, bo potem idzie na urlop.
Jeszcze antybiotykoterapia przez wodniaki.

Co za dziwne emocje. Cieszę się i boję jednocześnie.
‹‹ 3 4 5 6 7
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego