Od września pisałam sobie w zeszyciku, teraz postanowiłam ujawnić moje uczucia Wam.
Dlaczego ?
Ponieważ mam nadzieję, że znajdę w Was wsparcie, które oczywiście otrzymuje od męża, rodziny i przyjaciółek. Jednak nie ma nikogo takiego, kto by mnie zrozumiał na tyle dobrze, że powie coś innego niż "będzie dobrze" , "tak musiało się stać" albo "przestań płakać, bo to i tak nic ci nie da". Pomyślałam więc, że może Wy dacie mi poczucie, że nie jestem z takimi uczuciami sama. Moje przyjaciółki na całe szczęście nie mają takiego problemu, ba, jedna z nich ma prawie rocznego synka, tak więc nie wiedzą i nie rozumieją do końca np tego, że chodzenie co jakiś czas na cmentarz i zapalenie znicza dla Maleństwa dodaje mi sił na jakiś czas.
Od rana chodzę strasznie zdołowana i nerwowa. Przy obiedzie zorientowałam się dlaczego. Jutro ma nadejść @. Niby dobrze, bo jest znak, że miesiączkuję regularnie i takie tam, ale to też przypomina mi, że nie noszę już dzieciątka pod sercem. Powinnam teraz czuć już ruchy Maleństwa, mówiłabym do Niego już po imieniu, wybierałabym ciuszki, wózek i zastanawiałabym się gdzie postawić łóżeczko...
Natka88,ja już nawet nie chce wiedzieć w którym byłabym tygodniu. Wiem, że 13 lutego będę miała cholernie ciężki dzień. Tego dnia będziemy mieli z mężem pół roku po ślubie...ale na tego dnia miałam termin.
Chciałabym już zacząć starać się znów, ale boję się o moją psychikę - czy dam radę się cieszyć, czy nie będę świrowała i biegała co tydzień na usg. No i te cholernie pieniądze ! Gdyby wszystko dla dziecka nie było takie drogie...chcemy zapewnić dziecku dobry start, dlatego musimy trochę odłożyć.
Wczoraj było wino, dziś też miało być ale się ostro powstrzymuje. W rodzinie mam dużo problemów z alkoholem, więc nie chce dołożyć do statystyk mojej osoby. A jeszcze jak pomyślę, że był czas, że w ogóle nic nie piłam to mam wrażenie, że teraz nadrabiam te lata w których totalnie nic nie piłam. Wierzcie lub nie, dopiero rok czy dwa lata temu odważyłam się napić czy to na urodzinach, czy na jakimś wyjściu.
Zaczynam tracić kontrolę nad sobą. Przez ostatnie trzy dni jak nie pije to jem, jak nie jem to pije.
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2014, 17:53

Te święta będą na prawdę do dupy. Wiedziałam już o tym w lipcu, kiedy dowiedzieliśmy się, że Maleństwo umarło. Na dodatek okazało się, że noc w Wigilię i Sylwester mąż spędzi w pracy. No cóż, służba nie drużba. Dlatego ja zgłosiłam się na ochotnika do pracy w te dni, również na nocki.
Tęsknię...
Mąż obudził mnie słowami:
- Jesteś spełnieniem moich marzeń!
Ach, jaka byłam szczęśliwa. Zawsze jestem szczęśliwa, kiedy kładziemy się razem i razem wstajemy.
Potem jeszcze chwile poleżeliśmy i wstałam nastawić pranie. Przyszła znowu myśl o Maleństwie i zaczęłam płakać. R. mnie przytulił i zapewnił, że już wszystko będzie okej. Popłakałam sobie jeszcze chwile i już było okej. Na chwile. Załączyłam tą pralkę i poszłam sprzątać do kuchni. Oczywiście mój R. miał inną wizję niż ja dotyczącą ułożenia naczyń w zmywarce i się zaczęło. Kto częściej myje, kto częściej sprząta, kto więcej bałagani itd. W pewnym momencie już totalnie nie miałam sił to żeby się totalnie wyładować ze złych emocji to wyładowałam się znów na sobie. Obie strony żeber mają ładne rysy po paznokciach. Tak, mam też wielki problem z autoagresją. Wychodzę z założenia, że to jeśli ja zawiniłam to ja muszę się ukarać.
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 listopada 2014, 10:33
Wczoraj pokłóciliśmy się o głupie wyjście na spacer wieczorem.
Ja wiem, że to moja wina, wszystkie kłótnie są moją winą bo chodzę wiecznie zła. Obwiniam siebie za to co się stało i będzie tak dopóki ktoś nie da mi 100% pewności, że to nie była moja wina i że już będzie wszystko okej.
Nawet obwiniam się za złą dietę.
Za nim dowiedziałam się, że jestem w ciąży, a już byłam w niej to kilogramami jadłam wszelakie śledzie (najczęściej ostre), tatar, piłam kefir bo go uwielbiam...I potem przeczytałam, że tego nie powinno się jeść w ciąży...
A może zatrułam jakoś dziecko? Miałam mdłości, ale nie wymiotowałam bo psychicznie się blokuje przed każdym takim epizodem.
Ja wiem, że muszę zrobić coś ze sobą... czasami mam wrażenie, że mam dwie dusze. Jedna, która chce dobrze, zgadza się na wszystko, chodzi uśmiechnięta, ale ster trzyma ta druga dusza, która każe mi płakać, smucić się, kłócić...To tak jak w tych bajkach, gdzie na ramionach bohatera pojawia się anioł i diabeł.
MUSZĘ ZROBIĆ COŚ ZE SOBĄ!
Dziś jak dam radę pójdę do centrum zarządzania kryzysowego, tam podobno są psycholodzy, który mogą mi pomóc i nie patrzą na to, czy masz ubezpieczenie (które oczywiście mam) albo nie odeślą cię z kwitkiem bo brakuje miejsc.
Ale najpierw muszę jakość dojść do siebie albo przestać myśleć o bólu. Jestem głupsza o jeden ząb mądrości
) Boli jak diabli...;/Na całe szczęście kryzys z mężem zażegnany...mam nadzieję, że na długo. Jak już w końcu poszliśmy na ten spacer to sobie porozmawialiśmy i ustaliliśmy kilka kwestii.
Kocham go najmocniej na świecie i boli mnie to, że tak go krzywdzę moim zachowaniem.
Uwierzcie, nie jest mi łatwo.
Zająć się czymś? Czym? Jak nic mi nie wychodzi.
Mąż zabrał mnie dziś do ośrodka interwencji kryzysowej i psychoterapii.
W pewnym momencie poczułam wstyd, że nie potrafię sobie sama poradzić i chciałam uciec.
Wizytę mam/mamy w przyszłym tygodniu. Boję się.
Trzymajcie kciuki, proszę.
Hipisiątko w swoim pamiętniku opisała pokrótce sytuację ze swoją teściową.
Hah, widzę, że nie tylko ja mam taką 'kochaną' teściową.
Mogłabym się o niej rozpisać na milion słów, a to i tak było by mało.
Opiszę tylko sytuacje, w których do reszty straciłam do niej szacunek.
Wtorek, dzień zabiegu. Dzwonimy do nich z tą złą wiadomością. Najpierw pretensje dlaczego pojechaliśmy do szpitala oddalonego o ok 30 km od naszego miasta, a potem jak gdyby nic się nie stało spytała czy przyjedziemy tego dnia na kawę.
Wyobrażacie to sobie?!
Pojechaliśmy tam w piątek. Właściwie po to żeby porozmawiać o ślubie ponieważ doszły nas wcześniej słuchy, że ma jakieś 'ale' do NASZEGO dnia. Wchodzimy do ogrodu, siedzi teściowa z teściem. Ani me, ani be, ani spierdalaj. Ja jak ja, ale żeby własnego pierworodnego nie spytać jak się czuje to trzeba być bezdusznym człowiekiem !
Oczywiście awantura jak z Warszawy do Nowego Jorku, zupełnie jak by zapomnieli co się u nas wydarzyło kilka dni wcześniej. Bo nagle się obudziła, że do ślubu zostało raptem 2 tygodnie i zaczęła rządzić. A ja sobie nie dam w kaszę dmuchać !
Do dzisiejszego dnia udają, że nic się nie stało.
Ps. Witam Was, moje siostry. Już od jakiegoś czasu domyślałam się, że jesteście tutaj ze mną. W końcu to jedna z Was podsunęła mi tą stronę, za co dziękuję! Wybaczcie, że nie potrafię z Wami o tym rozmawiać osobiście, po prostu tchórzę. Mam prośbę - niech to wszystko zostanie między Wami, rodzice i tak już trochę przeżyli przeze mnie. Uszanujcie moją prośbę. Kocham Was !
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 listopada 2014, 18:49
Dla jasności - siostra męża jest w ciąży, między naszymi dziećmi miało być dwa tygodnie różnicy.
A teraz o co mi chodzi -
Znajoma w tym roku poroniła dwa razy, z ostatnią ciążą miała termin tak samo jak ja i siostra męża, czyli luty.
Ja poroniłam.
Siostra męża szczęśliwie jest w ciąży ale wbrew temu co mówią, że chcieli tego dziecka oboje się zachowują całkiem inaczej. ona na każde pytanie jak się czuje czy inne związane z ciążą odpowiada od niechcenia, mało tego to wiecznie zasłania brzuch ale to zawsze i wszędzie. A teraz gwóźdź programu - niedawno okazało się że jej partner czyli ojciec dziecka zdradzał ją na prawo i lewo z paniami, z panami i z parami! A ona z nim została!!! I już jej zapowiedział, że on się dzieckiem zajmować nie będzie, ani karmił ani przewijał ani wstawał w nocy!
W takich momentach mam ochote wrzeszczeć, gdzie jest ta sprawiedliwość? Dwa małżeństwa kochające się, planujące rodzine mają problem...a tu takie rzeczy...
Myśl o nowym roku mnie przeraża. Siostra męża ma termin niby na 1 lutego, więc jest duże prawdopodobieństwo, że urodzi w styczniu (tym bardziej, że przez jakiś czas jej ciąża była zagrożona bo jakoś już w 4 czy 5 miesiącu miała skróconą szyjkę macicy-dowiedzieliśmy się w sumie o tym też nie dawno) .
Teściowa przebije samą siebie, jeśli z informacją, że M. urodziła zadzwoni do mnie.
Szykują się urodziny teścia. Oczywiście kochająca się parka też tam będzie. Jak ja wytrzymam ?
DLACZEGO?!
KURWA, DLACZEGO?!
Kurwa, no gdzie ?!
I za jakie grzechy muszę teraz cierpieć, a razem ze mną i prze ze mnie cierpią najbliżsi ?!
- To jest jak z autem. Kupiłaś sobie czerwone bmw i jak zaczęłaś nim jeździć to się zorientowałaś ile nagle po mieście jeździ czerwonych bmw. - takie pocieszenie ostatnio usłyszałam, kiedy wyjawiłam, że ilekroć zobaczę kobietę w ciąży tyle razy myślę o Maleństwie. Świetnie, nie ? Porównać stratę dziecka do auta.
Już mi się brzydzą pocieszenia w stylu "będzie dobrze" , "tak musiało być", "musisz się z tym pogodzić" ... na razie jestem na etapie przyswajania sobie faktu, że zostaje z tym sama.
Przepraszam bardzo za to, że myśląc o Mikołaju czy Wigilii widzę siebie na cmentarzu zapalającą znicz dla Maleństwa.
KURWA !!!
Od półtora tygodnia, jeśli nie mam nocki to kładę się o godz 22-23, nie umiem zasnąć do 3, potem do 7 budzę się co 45 min, a potem śpie do 15...wstaję i nie mam na nic siły. Wczoraj miałam zacząć porządki zimowe...wczoraj ich nie zrobiłam to chciałam je zrobić dziś. Budzik był na 8,9,10 i wstałam dopiero o 14.30. Wczoraj już nawet wzięłam tabletkę na spanie i nic. Grubo po północy (mniej więcej w porze mojego jedzenia w pracy kiedy mam nocke) zachciało mi się jeść, potem walczyłam ze zgagą.
Nie mam już sił...
A jutro mam na 6 rano...
Wychodzi na to, że jak nie chodzę do pracy to śpie. Do tych cholernych świąt co raz bliżej a w domu sajgon!
Dziękuję dziewczyny za wsparcie! Dziękuję, że jesteście!
Dziś w nocy przebiłam wszystko. Zasnęłam (hura!) ok 23, obudziłam się o 1.30 i do 4 zasnąć nie mogłam, a budzik na 4.40

Sanna, też myślałam, że nie dam rady robić 12godzinnych nocek, ale nie jest tak źle, uwierz
zdecydowanie gorsze są 12godzinne dniówki
)Natka, ja zawsze miałam problemy ze spaniem. Moja Mama nie przespała ani jednej nocy, aż do dnia w którym skończyłam 3 lata. Potem było troszkę lepiej (podstawówka- gimnazjum) i wszystko wróciło w technikum. Na rok przed zajściem w ciążę chodziłam do psychologa (zaburzenia obsesyjno- kompulsywne), a na pół roku przed do psychiatry. Dostałam tam leki po których generalnie funkcjonowałam i spałam lepiej (odstawiłam je, jak tylko zdecydowaliśmy się na dziecko, a i tak mam wyrzuty sumienia, że to może to zaszkodziło? Ginekolog twierdzi, że kobiety biorą gorsze tabletki i rodzą zdrowe dzieci. )
Na dodatek od kilku dni mam stan podgorączkowy i dziś wyskoczyło mi jakieś bolesne badziewie na ustach ;/
Po raz kolejny mój Mąż udowodnił mi, że jest najwspanialszy pod Słońcem ! Zamiast zdrzemnąć się przed nadchodzącą nocką i wykorzystać okazje, że nie ma mnie w domu to ugotował mi kolacje i zrobił deser !

Czasami się zastanawiam dlaczego On dalej jest ze mną ?
Z kobietą, która wiecznie ma jakieś problemy, jak nie ze sobą to z czymś innym.
Jest 02:15 a ja dalej nie śpie! Położyliśmy się do łóżka chwile po 22.
Ja już nie wiem co mam zrobić. Próbowałam chyba już wszystkich sposobów, a na tabletki już za późno, biorąc pod uwagę to, że wstaje o 5.20 żeby zawieźć męża do pracy. Normalnie by sobie sam pojechał ale potrzebuje auto.
Korzystając z okazji to powiem Wam, że pani psycholog to równa babka. Okazało się, że te wszystkie moje zachowania są jeszcze w granicach normy po takich przeżyciach. Na koniec wizyty lojalnie powiedziała mi, że ona nie znajdzie za mnie drogi do końca żałoby bo każdy przeżywa żałobę na swój sposób i w różnych długościach, ale postara się mnie ukierunkować na te lepsze zachowanie. Nie wiem czy wystarczająco dobrze Wam nakreśliłam o co chodzi, ale mam nadzieję, że zrozumiecie.
Zmykam. Podejście do snu nr 3685498413759.
Od wczoraj serce daje mi tak popalić, że hej ! Wiedziałam, że to na tle nerwowym, ale przestraszyłam się, kiedy dwa razy zabolało mnie tak mocno, że nie umiałam oddychać. Na dodatek gwałtowna zmiana temperatury - potrafiłam trząść się z zimna a potem w sekundzie zalewać się potem z ciepła i zmiany ciśnienia - raz pulsowało mi w głowie a chwilę później miałam wrażenie, że zasłabnę.
Dostałam pozwolenie od lekarza na wzięcie dwóch tabletek hydroxyzyny co daje dawkę 50mg (a pamiętam początki zażywania hydroxyzyny przepisanej przez panią psychiatrę, gdzie dawka 10mg zwalała mnie z nóg, a kilka dni temu po dawce 25mg nawet nie byłam spokojniejsza) i mam zakaz picia mocnej herbaty

Dzisiejszy epizod dał mi solidnego kopa, żebym w końcu coś ze sobą zrobiła.
Ps. Już dziś był mały sukces. Na widok brzucha ciężarnej siostry mojego R. uroniłam tylko jedną łzę.
Ps2. Wczoraj a właściwie dziś zasnęłam ok 6 nad ranem. Obudziłam się chwilę po 9.
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 grudnia 2014, 22:17
Właściwie czemu znowu twoje pojawienie wywołało u mnie złość, skoro i tak nie było innej możliwości?
Fakt jest faktem, że przez ciebie boli mnie brzuch i psychika...
Nie tak to wszystko miało wyglądać !!!
Przyznam Wam się, że wczoraj przyszedł kryzys odnośnie widoku brzucha siostry mojego R. (Dla przypomnienia - to ta, która została ze swoim gachem mimo tego, że ją zdradzał wielokrotnie i z kim kolwiek) na urodzinach teścia.
A przed chwilą robiłam porządek w notesie i znalazłam wypis ze szpitala...
robie trójwymiarowe choinki z kordonka
zobaczymy na ile mi starczy cierpliwości.Chciałabym wrzucić zdjęcie, żeby się Wam pochwalić ale nie wiem jak. Podpowiecie ?


Jesteśmy silne, damy radę:) Musimy żyć pełnią życia dla Maleństw, które chcemy nosić pod sercem! Dla mnie ciężkie są soboty- to dzień, w którym mijałby kolejny tydzień ciąży. W tą sobotę byłby to ostatni tydzień pierwszego trymestru, po którym miało być juz wszystko dobrze.