Pamiętniki Niecierpliwa nadzieja - 6 lat oczekiwania na cud. Warto nie tracić nadziei ❤️
Dodaj do ulubionych
‹‹ 7 8 9 10 11

17 stycznia, 21:27

Dokładnie rok temu odebraliśmy nasze 19dniowe Największe Szczęście ze szpitala i zabraliśmy do domu. Była taka słodka, spokojnai tak ślicznie spała. Był to też pierwszy dzień kiedy przystawiłam Ją do piersi.

Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że równo za rok będziemy się nadal i to z powodzeniem karmić.. postukałabym się po głowie i powiedziała weź nie pierd... nie wkurzaj mnie itp...
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że równo za rok będzie taka słodka i tak rozbrykana o godzinie 21... nie chciała spać, chociaż śpiącą i uciekła mi z sypialni do łazienki, gdzie zaczęła przenosić z kupki swoich brudnych ubranek ubranka do łazienkowego kosza na śmieci w celu sobie wiadomym🙈 i gadała przy tym po swojemu🤣 Chciałam Jej pokazać przez okno że dzieci na osiedlu śpią, a Ona odkryła sznurek od rolet i z wielkim piskiem i szczęściem na twarzy zaczęła rozpracowywać rolety siedząc na parapecie....nie wiedziałam jeszcze że zabranie dziecka od okna i rolet może zniszczyć jego świat i być zbrodnią na miarę niepodzielenia się własnym kurczakiem z własnego talerza (co miało miejsce kilka godzin wcześniej, ale widocznie mięso z prawie całego podudzia dla rocznego 8300g dziecia to za mało) 🙈

Tyle wtedy nie wiedziałam, dziś wiem, że wiem jeszcze mniej i dlatego zamówiłam dei książki i wychowaniu dzieci, bo mam wrażenie że zaraz nie ogarnę systemu rocznego dziecka 😱

Gdyby mi wtedy ktoś powiedział że Marysia ma za krótkie wędzidełko (była badana w szpitalu, przez cdl, przez położną środowiskową, przez pediatrę...🤬😡😠) to dziś nie mielibyśmy totalnej masakry bo na 5 masaży udaje mi się zrobić góra dwa i to na śnie. Jestem przerażona czy w takim razie jest szansa że wędzidełko się dobrze zagoi 😟😰😢 Ale no nasza asertywna Calineczka ani myśli otworzyć buzię, podnieść język, współpracować... Nic, totalnie nic nie skutkuje, a ja mam palce pogryzione tylko😭

Tak więc, pośród radości, która trwa od roku, dziś wędzidełko przysłania nam słońce 😔

21 stycznia, 21:27

Wczoraj miałam mega doła. Jakiś baby blues się odświeżył po roku. Ryczałam pół wieczora, aż uciekłam na balkon w piżamie...tak w ten mróz 🤦

Dzisiaj jest dobrze, dzisiaj pierwszy raz od ok. półtora roku pomalowałam sobie paznokcie, kupiłam nowy tusz do rzęs, bo stary zdążył wyschnąć i jest git😊

Zrobiliśmy też dzisiaj Marysi sesję zdjęciową. Na początku był płacz, bo ona aktualnie nie cierpi obcych, ale pani fotograf była super i ostatecznie niespodziewanie bardzo przyjemnie spędziliśmy dwie godzinki na sesji. Marysia była zachwycona, bo zamiast baloników mąż zdecydował, że będzie biały puch i to się świetnie sprawdziło przy takim maluszku 😊😂

27 stycznia, 21:58

No i polała się krew😭😭😭😭
Ja matka nieodpowiedzialna powinnam sobie sama prawa rodzicielskie odebrać 🤦🤦🤦
Podpatrzyłam na FB u koleżanki że wsadziła synka do wanienki i na ręczniku go ciągnęła w niej dla zabawy. Mały miał frajdę, Marysia lubi "jeździć" no to zrobiłam jej taką zabawę....
Podniosła się w tej wanience, wanienka się przechyliła, a Młoda zakryła nosem o posadzkę. Całe szczęście że akurat nie "jechała" bo byłoby jeszcze gorzej.
Jak zobaczyłam krew na buzi to mi się nogi ugięły. Ostatecznie to chyba jej tylko naczynko w nosie pękło. Nosek nie boli, nie spuchł, szybko krew zniknęła. Zęby całe (kilka razy sprawdzałam no i całkiem chętnie jadła chleb, ogórka i jabłko na kolację), warga raz mi się wydaje spuchnięta innym razem normalna. Płakała bardzo, uspokoiła się na cycu. Aż żałowałam że mąż nie ma piersi, bo jakoś mi było dziwnie ją trzymać, jak jej taką krzywdę wyrządziłam.
Rzecz się działa kilka godzin temu. Marysi dawno przeszło, miała zabawną kąpiel i chętnie zasnęła, a ja jakoś nie mogę wyjść z sypialni bo mnie wyrzuty sumienia paraliżują. Nogi mam nadal jak z waty 🤦🤦 Idiotka🤦🤦
Tyle razy wrzeszczę na męża że jest nieodpowiedzialny, że nie przewiduje że coś się Małej może stać...a największe jej zagrożeniem jestem ja😔 Może Ona to wyczuwa i dlatego na męża mówi mama, woła mama i wyciąga do niego ręce 🙈

Wiadomość wyedytowana przez autora 27 stycznia, 22:00

29 stycznia, 23:08

Marysia jutro kończy 13mc, a my wesz)yśmy w nowy etap bliskości 🤭😉

Staram się wyrwać pod prysznic jak Marysia je z tatą kolację, bo później gdy ona śpi to zawsze mam fobię, że się obudzi jak będę w wannie...

<Wanna....zawsze marzyłam o narożnej, więc mamy narożną. Szybko pomstowałam, bo do narożnej ciężko dorobić zasłonę taką z tworzywa sztucznego, więc nie mamy i podłoga zawsze mokra po kąpieli. Później żałowałam, że nie prysznic, bo pod prysznicem szybciej no i można ciekawie w nim we dwoje spędzić czas 🤭😊❤️ >

Kilka dni temu i dzisiaj ponownie (chyba się robi tradycja 🙈) nie domknęłam drzwi do łazienki, więc Marysia jak tylko ją mąż wyjął z Antilopa to przetransportowała się (nie napiszę że przyraczkowała, bo ona teraz ręce ma ciągle czymś zajęte, więc się przemieszczać tak śmiesznie na pupie w formie siedzącej, trochę jak małpka 🙈🤣) pod drzwi do łazienki i radośnie do mnie weszła. W efekcie "zaprosiłam" ją do siebie i miałyśmy wspólna kąpiel ❤️ Dużo piany, bo Marysia ostatnio ma fazę na ciągle chlapanie i bicie rączkami po tafli wody 🙈. Mąż obserwował nas z bezpieczne odległości żeby go nie zachlapała😉

Nigdy bym się nie spodziewała że będę się kąpać z córką razem. Wydawało mi się to zawsze dziwne, a to takie naturalne i super fajne ❤️ Tym samym dzięki Bogu za naszą wannę, bo pod prysznicem takiej frajdy by nie było😊

30 stycznia, 21:41

Zaproponowałam mężowi rozwód...

Wściekł się i teraz sprząta mieszkanie, a ja siedzę po ciemku w naszej sypialni, gdzie śpi słodko Marysia. Jak jestem rozbita i zła to nie jestem konstruktywna. Co innego mój cudowny mąż... przynajmniej nie będzie kurzu w salonie 😝

Czas na baby blues już dawno minął, ale ja nadal nie ogarniam rzeczywistości. Mam wrażenie, że stoję obok siebie, że nie żyję własnym życiem, które mi ucieka przez palce. Najlepiej bym zasnęła i się nie budziła.

Nie mam siły na życie, na nic. Rano wstaje bo muszę i to dopiero jak już wiem, że MUSZĘ Marysi zrobić kaszkę/owsiankę czy co tam wypada na 1 śniadanie. Kiedyś wstawałam od razu jak nasze Słoneczko się budziło, przebierałam jej pampersa po nocce i robiłam śniadanie. Teraz najczęściej budzę męża i przekazuję mu dziecko, a Młoda dostaje śniadanie czasami nawet godzinę po pobudce 🤭🤨🤦

Sprzątać mi się nie chce. Czasami jak mąż nie ogarnie łazienki to trudno 🤷‍♀️ Gotowanie dla Marysi sprawia mi nawet czasami frajdę jeśli mi wychodzi, ale często my już nie mamy jedzenia bo się z tym kucharzeniem nie wyrabiam. Ogólniee mam stres czy mi wyjdzie nowy przepis z Alaantkowych propozycji, czy Marysia zje... O tak, moje życie kręci się wokół planowania posiłków dla dziecka, jej usypiania (tylko na cycu a ostatnio do tego tylko w łóżku z mamą, bo na rękach cyc to już mało atrakcyjny chyba 🙈).

No więc mąż...
- pracuje zdalnie 5 dni w tygodniu
- robi zakupy prawie codziennie (ja w ogóle nie chodzę do sklepów bo pandemia, bo nie mam czasu, bo😶🤨) Często kupuję nie tylko to co konieczne, ale też jakieś drobnostki świadczące o tym, że myśli o mnie (lody, czekoladę, sery pleśniowe chociaż sam nie przepada za takimi rzeczami)
-codziennie robi mi rano herbatę i kanapki, tak samo wieczorem jak uśpię Marysię to czeka na mnie talerz kanapek i herbatka ❤️
-codziennie tylko on sprząta te 3-4 razy dziennie stanowisko Marysi do jedzenia bo wiadomo że jedzenie zawsze na podłodze, na tacce, i wszędzie wokół🙈
- zmywa na bieżącą naczynia po Marysi i po nas, w tym po moim gotowaniu bo ja ciągle nie mam na to czasu na bieżąco
- codziennie zamiata podłogę i ją myje żeby Marysia miała czysto jak po niej spaceruje
- dba o wózek żeby był czysty i koła zadbane
- przygotowuje Marysi kąpiel i sprząta łazienkę po codziennym armagedonie, bo przecież podczas kąpieli woda musi być wychlapana z wanienki całkiem 🙈
- planuje co mamy na obiad i czy mamy co jeść i o ile ja ogarniam mięso to sałatki robi od roku prawie tylko mąż
- jest na każde moje zawołanie (mąż podaj mi, przynieś mi, mąż szybko, no nie da się tego zrobić szybciej?,co ty tam robisz przecież cię prosiłam, mąż możesz tu podejść? teraz, już to arcyważne, co jest ważniejsze od tego że jesteś nam potrzebny, bo akurat karmię Marysię, przewijam Marysię i nie mogę od niej odejść, a raczej nie chcę móc sobie samej poradzić bo przecież jest mąż to poda, przyniesie, potrzyma, załatwi, zrobi...

Dziś mówię żeby poszli z Marysi na spacer, a ja posprzątam, ale mąż mówi, że taka ładna zima, pójdziemy do lasu i pokażemy Marysi zimę i szkoda żebym siedziała w domu, a po powrocie jakoś razem posprzątamy. Super to idę z nimi....przez godzinę prawie krytykowałam go że wózek skrzypi niemiłosiernie i trzeba go naoliwić, co już dawno powinien zrobić...no także tego, spacer mu zepsułam, humor zepsułam, a że ja go krytykuje codziennie, czasami kilka razy dziennie mówię mu że to źle, tamto źle, to popraw...no to biedny od czasu do czasu nie wytrzymuje tej krytyki i manifestuje że mu przykro....

I ja to wiem, ale już tak mam że jak mi coś nie pasuje, to mówię...za dużo mówię. Niepotrzebnie (chociaż wg mnie potrzebnie i tylko jak to konieczne czyli ciągle).

Mąż: tylko poprosił mnie żebym go tyle nie krytykowała, ograniczyła takie zachowanie i jeżeli niedomył naczyń Marysi niechcący to żebym po nim poprawiła, a nie od razu go krytykowała że nie umie myć naczyń, że o Marysię nyi dba, że zmywa bylejak bo przecież on się stara i każdy może się pomylić. A i że on np. nie mówi mi że po spacerze swoje ubrania rzuciłam zmięte w kołtun do szafy, a że jemu to się nie podoba to po prostu je wziął i poskładał bez krytykowania mnie.

I tak, on ma rację. Ma rację że czasami to na co się wkurzam to są drobiazgi na które nie warto tracić energii i psuć atmosfery, że powinnam ograniczyć tą naturę wiecznej krytyki bo on nigdy nie będzie idealny, że on wie że byłsm całe życie krytykowana przez matkę i on nie chce żebym taka była dla niego i dla Marysi i żebym się chociaż trochę ograniczyła...

Taaaak, kiedy to jest dla mnie cholernie trudne. Inaczej nie potrafię, ale z dwojga złego nie chce żeby Marysi wychowała się w takim domu jak ja, gdzie matka wiecznie gnoiła ojca i deprecjonowała go w naszych oczach, a jak nie jedno to drugie wiecznie groziło że się rozwiedzie. Ba, argumentem mamy było że się nie rozwodzi bo jej nie stać...
Mając w pracy do czynienia z rozwodami doskonale wiem, że to nie takie wielkie pieniądze jeśli chodzi o same opłaty sądowe, więc za te 600 zł, czy przy dobrym układzie 300 zł to czasami mi się wydaje darmową ceną za święty spokój i brak awantur w domu.

W skrócie, mam wrażenie, że mąż jest za dobry, zdecydowanie za dobry dla mnie. Ja nie potrafię się zmienić i zawsze będę go krytykować, krzywdzić, co po prostu się po narodzinach Marysi tylko zaogniło. Po co mu taka żona? Po co mu żona z którą nie można się nawet bzyknąć? Po co Marysi atmosfera wiecznej krytyki i negatywnych emocji?

Nie mam siły walczyć. Moja mam się nie zmieniła. Tata zawsze mówił, że jestem jej doskonalszą (w negatywnym znaczeniu) kopią. Różnimy się tylko tym, że ja jestem chyba bardziej świadoma że nie jest to dobre i że mam jakieś pokłady wyrzutów sumienia post factum. To za mało by tworzyć związek miłości i spokoju. To się nie uda.
Rozwód?🤔🤨 Wtedy przynajmniej jak Marysia dorośnie trochę i uzna że jestem dla niej złą matką to zawsze będzie mogła uciec do tego idealnego ojca. W końcu ona i tak jak chce do taty to woła mama😶

Mąż mówi, że skoro wiem że jest źle to powinnam to zmienić, się zmienić. Kiedy ja nie potrafię i na prawdę nie wydaje mi się że wymyślam te powody do krytyki, tylko że to co dla mnie jest istotne to dla niego nie jest ważne i w zbyt wielu rzeczach się mijamy. Dlatego on nie rozumie dlaczego pewne sprawy są dla mnie istotne. Mąż też jest mało krytyczny wobec siebie i wszystko widzi w różowych okularach, kiedy ja widzę czarno biało, a raczej czarno 🤷‍♀️




31 stycznia, 11:28

Dzięki Dziewczyny, tak macie rację, że powinnam się ogarnąć i popracować nad sobą. Przed ciążą nawet miałam pomysł na psychologa, ale mój mąż twierdzi że nie potrzebuję, bo on jest moim najlepszym psychologiem 🙃

A o rozwodzie to ja mu gadam średnio raz w tygodniu chyba od ślubu... Takie gadanie, że jak Ci źle to se zmień... widocznie wczoraj było o jeden raz za dużo 🤦 i oczywiście, że ja się nie chce rozwodzić, ale ciągle mam z tyłu głowy, że jemu wtedy będzie lepiej...

Jak pisałam wczorajszy wpis, to mój najlepszy na świecie mąż, w tym samym czasie napisał mi maila zza ściany...

"Ja to Cię dopiero skrytykowałem, powiedzieć komuś zmień się, to jest dopiero krytyka, ale ja już taki jestem nie przywiązuje większej wagi do drobiazgów życia codziennego. Dla mnie najważniejsza jest miłość, zrozumienie, dobre serce, a to czy ktoś ma czyste włosy, czy też buty to już kwestia drugorzędna (...) Wiem, że nie jest jednak zmienić się tak łatwo, ale dostrzegam pewne mankamenty u Twoich rodziców i nie chce by spotkało nas to samo (...). Dlatego też jeszcze raz zapewniam Cię, że nie planuje kierować żadnych pism procesowych do SO. (...) Nie po to łaziłem za Tobą rok czasu, by teraz z tego wszystkiego rezygnować i już dawno Ci powiedziałem że sam będę jeszcze bardziej nieszczęśliwy. Tobie też radzę wybij sobie z głowy takie pomysły, bo nikt Ci nie da tyle ile Ci obieca mąż, a poza tym to i Ty jesteś odpowiedzialna za Tą rodzinę, też składałaś przysięgę, więc nie wolno ci się poddawać, czyli mówić nie zmienię się, idź sobie, możesz się nie zmienić, ale przynajmniej powiedz postaram się, pomyśle, rozważę, albo chociaż zastanowię się:). A jeśli nie śpisz to przyjdź (...) w ramach przeprosin przygotowałem Ci małą niespodziankę"

...i ten moment kiedy sobie mam ochotę palnąć w łeb, bo nie wiem skąd ja taki Egzemplarz wytrzasnęłam😶 To tylko mnie utwierdza w przekonaniu że On na prawdę zasługuje na więcej ode mnie, bo mi na pewno daje za dużo. Brzmi jakbym się nad sobą użalała, ale te emocje negatywne moje to chyba z tego, że właśnie czuję dysproporcję w naszym związku i ciągle mam wrażenie że jestem nie dość dobra, nie dość miła, nie dość dla Niego, chociaż On zapewnia że jest szczęśliwy...Zawsze mu mówiłam, że jest dziwny, ale On tylko odpowiada że nie lubi tego określenia 🙈

Marysia właśnie mi zasnęła na drzemkę. Mąż obiera ziemniaki i gotuje makaron do rosołu, a w salonie czekają na mnie kanapki i herbata, bo przecież mam najlepszego męża na świecie i chyba nie powinnam tu tyle o nim pisać bo mi go ktoś w końcu ukradnie🙈

Od dziś będę milsza, postaram się...

9 lutego, 10:41

Marysia dzisiaj miała traumatyczne pobranie krwi. Pielęgniarka się wkuła, ale Młoda tak się spięła, że krew nie leciała. Wierciła jej tą igłą masakrycznie a tu nic 😶 Druga pielęgniarka trzymała Marysi rękę, a ja trzymałam Marysię, która płakała strasznie 😭 Inna rzecz, że nie piła rano prawie nic (no jak zmusić asertywnego rocznika do picia wody🤦) ale większość nocy na cycu była i do tej pory nie było problemu z krwią, a tu masakra jakaś 😫😭. Ostatecznie pielęgniarka łapała krew bezpośrednio z ręki do fiołki (wszystko razem z ubraniami zakrwawione 🙈). Jeszcze za część badań musieliśmy zapłacić bo NFZ nie refunduje ani ferrytyny ani Wit D🤦 a tu nie wiadomo czy w ogóle z tej minimalnej ilości krwi wyjdą badania 😔

Jutro w końcu szczepienie. Bujaliśmy się strasznie długo z tym. Neurolog czekanie ---> skierowanie na EEG czekanie ---> wynik EEG czekanie ---> poradnia poszczepienna czekanie ---> zalecenie rozbicia szczepionki 5w1 ---> czekanie na termin w POZ bo brak personelu bo lekarze "wczasują" się w sanatorium na Stadionie Narodowym 🙈 ---> odmowa szczepienia w ten sposób w POZ bo brak szczepionki - skierowanie do szczepienia w poradni poszczepiennej czekanie --->. odmowa w poradni poszczepiennej i znowu czekanie na konsultacje z tamtejszym epidemiologiem. Na szczęście pani dr. ogarnięta i mówi co mamy robić ---- primo kontakt z sanepidem (olaboga, pewnie na formalną odpowiedź na maila będziemy czekać do wiosny...2022🙈) więc dzwonię, dzwonię, dzwonię..... ODEBRANE😝 Nie maja szczepionek rozdzielnych, radzą jednak wrócić do 5w1 no i Prevenar na NFZ nam przysługuje jeśli lekarz rodzinny tak uzna ---> dzwonię umówić Marysię na szczepienie - terminy na marzec🤦🤦🤦 na szczęście zwolniło się miejsce i idziemy jutro ☺️

Nie mogła się uspokoić po tym pobraniu. Aż się zanosiła 😔😭 o zmianie pampersa nawet nie było mowy. Zasnęła mi na rękach i tak śpi. Kręgosłup mi zaraz wysiądzie bo widzę na brzegu łóżka, ale najważniejsze, że śpi i jest spokojna. Nie wiem jak bym ją bez tego cyca uspokajała 🤭😮😉

10 lutego, 20:32

I po szczepieniu 💁
Wizyta w POZ była dla Marysi bardzo stresująca, strasznie płakała już od wejścia. Długo rozmawiałam z lekarzami (tiaaaa obsługiwało nas aż dwoje) i to ci których lubię najbardziej, chociaż nie było przyjemnie tym razem. Miałam wrażenie że byli przygotowani na roszczeniową matkę i tak mnie trochę traktowali, a ja chciałam tylko córkę zaszczepić w końcu! Nie potrzebne mi były ich tłumaczenia o systemie szczepień itp 🤦

Po powrocie Marysia spała 2h, czyli prawie norma i to był jej najwyższy czas na drzemkę, więc nic dziwnego że padła. Ale bałam się ją zostawić, bo jednak uraz po NOPie został. Na szczęście 5w1 przeszło bez echa☺️

Siedziałam obok niej na łóżku i w międzyczasie zamówiłam napraski i naklejki z jej imieniem, bo przecież za półtora tygodnia mamy adaptację do Klubu malucha ☺️
OMG, moje dziecko idzie już do żłobka 🙈😱🙃

21 lutego, 12:46

😱😱😱😱😱😱😱😱 jutro pierwszy dzień adaptacji w klubiku.

Jestem przerażona, podekscytowana, zdenerwowana, ciekawa, smutna że to już...

Kiedy cholera minął ten rok? Nie chcę oddawać dziecka obcym ludziom nawet na chwilkę 😭 mam wyrzuty sumienia, że to robimy już teraz gdy ona jest taka malutka, bezbronna, niesamodzielna😭

Niestety nie mogę sobie pozwolić na długi urlop wychowawczy (wracam do pracy w połowie kwietnia) ze względów finansowych, a nie mamy tu żadnych babć, które zaopiekowałyby się Marysią, więc musimy ją oddać...jak to strasznie brzmi 😭

Jedyne co mnie pociesza, to na początek poślemy Marynię tylko na 5h (może mniej?). No i ja jeszcze będę w domu (3 piętra wyżej) asekuracyjnie przez te półtora miesiąca gdyby jej adaptacja szła opornie. No i nasza droga do klubiku to windą w dół. Nawet kurteczki i bucików nie trzeba 😉☺️

Z drugiej strony wiem że to dobra decyzja, bo Marysia potrzebuje ludzi wokoło, potrzebuje innych dzieci by się dobrze rozwijać. Widzieliśmy to podczas długiego pobytu u moich rodziców. Również psycholog, neurologopeda i fizjo poparły nas że to dobra decyzja dla Marysi.

Martwi mnie tylko to że Ona jeszcze nie chodzi 😫 Chodzi przy meblach, staje gdzie tylko może się czegoś trzymać, ale do chodzenia jeszcze trochę jej brakuje. Mam nadzieję że to nie utrudni jej egzystencji w klubiku.

A no i będzie mi brakować jej południowych drzemek. Jako że ostatnio śpi lepiej z cycem w buzi (tj. w tym momencie) a do tego nie chce już na rękach tylko w naszym łóżku obok mnie🙈 to coraz częściej korzystałam i drzemkowałam razem z nią. Dzięki Bogu za weekendy 😊

22 lutego, 22:43

Adaptacji dzień pierwszy - godzinka z rodzicem.

Mam mieszane uczucia co do klubu - miało być 5 dzieci w grupie, a może być i 8. Marysia początkowo trafiła do starszej grupy, więc prawie całą godzinę spędziła nie z tą ciocią co docelowo. Sama kierowniczka klubu stwierdziła że chyba Marysię damy do najmłodszej grupy, bo jednak dzieci 2-3 miesiące starsze to dla niej duża różnica. Ostatecznie się cieszę bo druga ciocią bardziej mi przypadła do gustu i sala jest większa.

Nie wiem czego się spodziewać, ale jakoś wwsystko mnie irytuje. Ciocie średnio mnie zachęciły, bo jakoś mało się osobiście Marysią zajmowały. W zasadzie to tylko na nią patrzyły, nawet nie podeszły - to jak one ją mają brać na ręce? Inna rzecz że Marysia średnio z moich rąk schodziła. Menu żłobkowe ma za dużo cukru a Bóg jeden wie ile soli, Czuję że włączył mi się tryb roszczeniowy, ale to nie leży w moje naturze, a pewnie jest syndromem stresu. Bo taaak to ja się najbardziej stresuję, a adaptacja to najgorszy okres nie dla dziecka a dla rodzica i teraz to rozumiem. Jestem chwilami nawet bliska rezygnacji 🙈 Chociaż Marysia ani chwili nie płakała, z ciekawością i wieeeeelką rezerwą wszystko oglądała, a nawet się bawiła zabawkami i książeczkę oglądała. Chwilami nawet siedziała sama na podłodze. Ale jest takim małym Kropkiem na tle dzieci. Drobniutka mała moja Dziewczynka❤️

23 lutego, 22:31

Adaptacja dzień 2 - 😭 Czujemy się z mężem zagubieni trochę czy aby dobrze robimy.

Dziś pół godzinki było u mamy na kolanach i było ok. Drugie pół było samodzielnie, ale musiałam szybko reagować i wejść do sali bo panie nie mogły Marysi uspokoić - jakiś chłopczyk zbudował obok niej wieżę z klocków i ta wieża się na Marysię przewróciła i się przestraszyła. No kto by się na jej miejscu nie przestraszył? Biedactwo😔 Po chwili ją uspokoiłam i znowu zostawiłam, ale w sali się zrobiła taki hałas i zamieszanie, chyba ż
troje dzieci płakało, aż Marysi nie słyszałam pod drzwiami. Weszłam po nią przed czasem i ją zabrałam. Tak się płaczem zanosiła, że jeszcze w mieszkaniu jej nie mogłam uspokoić 😭😭 Od razu po przyjściu rzuciła się na cyca i zasnęła z wyczerpania. Biedactwo.

W nocy spała przy mnie i dopiero po 4 rano udało mi się ją odłożyć do jej łóżeczka. Idę spać bo nie wiem jaką noc czeka nas dziś.

25 lutego, 22:59

Wczoraj nie dałam rady nic napisać bo Marysia zasnęła o 1 w nocy😱🤷‍♀️🤦

W klubiku miała być odebrana od drzwi na godzinkę, ale nic z tego nie wyszło bo tak się mnie kurczowo trzymała, że gdybym zamiast 157 cm miała 5m wysokości to by się na te 5 metrów wspięła byle uciec od rąk cioć. W konsekwencji pół godziny byłam z nią na sali, a drugie pół została sama. Jak ją odebrałam to płakała, ale szybciej się uspokoiła w mieszkaniu niż dzień wcześniej. Resztę dnia spędziła radośnie jak to Marysia. Była cudnie grzeczna na spacerze. Uwielbia pieski i sklepy. Żadnych oznak, że spotkało ją coś nie teges. Za to wieczorem zaczęła się maniana...

Nigdy się tak nie zachowywała. Widać było, że jest śpiąca i powinna zasnąć do 20, ale wpadała w histerię jak tylko starałam się ją uśpić, a mąż znikał z horyzontu. Jak jej nie próbowaliśmy uśpić, to się w najlepsze bawiła🙈. Oglądała świat zza okna, przemieszczała się po podłodze (w śpiworku co jest dość komiczne). Gadała mniam mniam więc dostała bułkę, wodę i poszliśmy znowu umyć ząbki - wyjątkowo nie było z tym problemu (nie lubi tego i jestem chora że zaraz będzie próchnica🤭). Mąż wpadł na pomysł, że może zaśnie w wózku. Ja się bałam, że zacznie płakać, bo wsadzanie do wózka to nie jest coś co Marysia lubi najbardziej. A tu niespodzianka. Bardzo jej się to jeżdżenie po mieszkaniu podobało. Wyglądała jak Kleopatra w rydwanie 🤣 ale o spaniu nie było mowy.
Coraz bliżej północy i Marysia coraz bardziej śpiąca. Zasypia mi na rękach przy cycu po czym po 30 sekundach budzi się z płaczem i wyciąga ręce do taty (nie daj Bóg żeby ten wyszedł z sypialni). Przytula się do taty z płaczem i prawie zasypia mu na rękach, po czym odrywa się nagle z płaczem i ręce do mnie....i tak jakieś dwie godziny. Cała nasza trójka - wyczerpani, śpiący i zdezorientowani. Co robić? Przeszliśmy z sypialni do mniejszego pokoju gdzie jeszcze stoi nasze stare małżeńskie łóżko i położyliśmy się na nim we troje. Leżeliśmy tak blisko siebie by Marysia czuła nas oboje jednocześnie. Taka rodzinna kanapka. I to był strzał w dziesiątkę. Jeszcze chwilę trwało to szarpanie od rodzica do rodzica, ale jak się zorientowała, że jesteśmy na prawdę blisko oboje to zasnęła. Reszta nocy przebiegła normalnie - że dwie pobudki, a nad ranem wzięłam ją do nas bo już marudziła przez sen i tak dotrwaliśmy do 8 rano. No niech mi ktoś powie że rodzicielstwo bliskości jest złą metodą❤️

Rano mąż prawie zaspał do pracy (no, do zalogowania się na komp na 8😉) a my ledwie wyrobiłyśmy się do klubiku. Dobrze że jest na parterze i nie muszę ani siebie ani Marysi ubierać💁

Bałam się że jak dzisiaj wejdziemy to wpadnie w histerię, ale zobaczyła zabawkę chłopczyka który też właśnie przyszedł i jakoś tak to się szybko potoczyło że ledwie jej buziaka posłałam, a już była niesiona do sali. Płakała ale ja szybko wyszłam bo się bałam, że ją zaraz odbiorę 😔
Panie nie zadzwoniły przed czasem i ostatecznie Marysia była dłużej niż planowałam, bo jak zeszłam na dół to się okazało że jest nie najgorzej i została jeszcze na pół godziny.
Panie mówiły że absolutnie nie daje się przytulić i wziąć na ręce, ale według nich jest lepiej niż się same spodziewały, bo Marysia dzisiaj płakała najmniej. Zaczyna płakać, ale sama się uspokaja, bawi się balonikiem czy innymi zabawkami.

Jest nadzieja, że z czasem się oswoi. Czasami mam wrażenie, że jestem matką suka, bo jakoś nie płaczę z tego powodu że ją zostawiam. A słyszałam i czytałam że mamy często płaczą jak dzieci zostawiają. Raczej popadam w jakiś stupor, bo wróciłam do mieszkania, zrobiłam kanapki mężowi bo mnie poprosił, sobie tosty i oglądałam na TVN Szpital 🤭🙈🤦 nic sensownego przez to półtorej godziny nie byłam w stanie zrobić. A tyle miałam planów 😶 Jak po nią wróciłam to siedziska sama na środku sali. Taka smutna samotna sierotka😭😭😭. Od razu wyciągnęła do mnie ręce. Już nie płakała, ale taaakie zapłakane oczka miała i tak poważnie, smutno na mnie patrzyła jakby jej się żyć nie chciało 😫 Czuję się fatalnie jak ją widzę w takim stanie 😭😭😭 A to jest takie radosne i uśmiechnięte dziecko. Szalone....nauczyła się ostatnio staeać na głowie i chce robić przewrotki w przód. Już z mężem mamy wizję złamanego karku brrr🙈😱🤣

Wchodzę wczoraj na fejsa i czytam post na grupie naszego osiedla - czy ludzie polecają nasz klubik - super komentarze, że ciocie fajne, że miła atmosfera i ogólnie git. Jakoś mnie to podniosło na duchu, że nie wybraliśmy złego miejsca.

Nie wszystkie dzieci tak trudno się adaptują. Razem z Marysią jest trójka innych. Janek też trochę płacze, ale Maja i Julia od razu były chętnie na rękach u cioci i się ładnie bawią. Każde dziecko inne.
Tak sobie myślę, że te problemy Marysi, to że jest taka niedotykalska, to też efekt tego że przez pierwsze tygodnie leżała sobie w tym inkubatorze i wózeczku w szpitalu, że jej nie tuliłam. Że początkowo w domu sporo spała sama a nie u mnie na brzuchu czy piersi. Efekt tej cholernej pandemii, że nie zabieraliśmy jej na planowany basen, gordonki, do rodziny. Że nikt poza nami nigdy jej nie karmił, nie przewijał. Nigdy nie została sama bez któregoś z rodziców. Taka

Dlatego też zdecydowaliśmy się na klubik już teraz (pomijając kwestię że nie mogę być wieczn na wychowawczym 💰💸🤑), bo obawiam się że byłoby to tylko odraczanie nieuniknionego dramatu, który teraz mamy. Z rozmów z koleżankami, które adaptację żłobkową czy przedszkolną mają za sobą, wynika, że im starsze dziecko tym gorzej, a mimo wszytko takie posłanie dziecka do ludzi jest prorozwojowe. Szczególne gdy w przypadku Marysi alternatywą jest egzystencja tylko z rodzicami 🤷‍♀️
Nie chcę by Marysia była takim odludkiem jak my🙈 Nawet tutaj znajomych nie mamy z którymi moglibyśmy się spotykać 😶 Nie chcę by się bała chodzić na place zabaw jak ja w dzieciństwie. Do tej pory pamiętam jak z tęsknotą patrzyłam na dmuchane zamki do skakania jak byłam z rodzicami nad morzem, ale mimo ich propozycji ja nigdy nie odważyłam się skorzystać z tej zabawy i iść do dzieci poskakać. Do dziś mam niedosyt bo już mi raczej to nie będzie dane chyba że sobie prywatny zamek do skakania kupię.

Pocieszam się też że 3 fala pandemii przynajmniej tyle nam sprzyja, że ani mi ani mężowi powrót do pracy stacjonarnej mam nadzieję nie grozi. Będziemy więc Marysię na razie odbierać koło 13 i resztę dnia spędzać ze razem. Co mnie też przeraża, bo ja swojej pracy w domu nie widzę w ogóle. Prędzej okna podwójnie umyję 🙈 a jeszcze z Marynią - akta czy klocki - wiadomo co wybiorę 🙃 Uwielbiałam siedzieć nawet po godzinach zawalona robotą, a tu kurczę będę miała 5 h by ogarnąć pracę zawodową i domową🤭
Ja + praca + dziecko + dom = chaoos i nadchodzącą katastrofa psychiczna. Z tego punktu widzenia wolałabym jechać na 7h do pracy i wracać. Ale jak to wyjdzie od kwietnia w praktyce to zobaczymy.

Upisałam się, ale dzisiaj po powrocie Marysia co prawda oczy miała zapłakane, ale nie płakała. Dopiero w domu zauważyłam że ma chrupka w ręce. Spoko, ale muszę powiedzieć ciociom że my jej chrupek nie dajemy i nie tędy droga do jej uspokojenia, bo później Marysia nie zje obiadku no i kurczę chrupki nie są najzdrowsze dla ząbków, a ja mam na tym punkcie hopla (moje zęby są fatalne 🤭😶). Zjadła deserek plus oczywiście jakiś chlebek i dopiero po 12 zasnęła w naszym łóżku. Nie chciało mi się ruszać, więc sobie z nią poleżałam i popisałam. Wieczorem znowu był armagedon z zasypianiem, ale szybko tym razem zmieniliśmy pokoje i zasnęła tak jak wczoraj w małym pokoiku między nami dość szybko. Hmmm tak sobie teraz myślę że może czas zacząć ten pokoik dla niej urządzać powoli skoro sprzyja jej jw zasypianiu jego aura☺️

26 lutego, 20:03

Dzień piąty adaptacji. Rano mi się serce rozdzierało bo w zasadzie siłą odczepiłam od siebie Córeczkę. Wiem że tak się nie powinno robić, ale no inaczej nie dało rady. Bardzo płakała. Później panie mówiły że tak z 15 minut się uspokajała, ale później już było lepiej. Bawi się klockami, jak jej się przypomni to sobie popłacze ale się uspokaja. Zupki nie chciała, ale dała sobie bez problemu zmienić pampersa. Jak po nią przyszłam to siedziała w Antilopie ale nie płakała. Widać było że płakała po oczkach i pod noskiem, ale to już było inne dziecko. Spokojne i nawet się troszkę uśmiechała.
Dziś zasnęła od razu jak za dawnych (przedklubowych) czasów.
Widzę światełko w tunelu. Moja dzielna mała Dziewczynka ❤️

5 marca, 11:11

Kończymy drugi tydzień klubikowy. Taki niepełny ten tydzień bo w środę Marysia miała pierwsze wagary, a dzisiaj (pt) drugie, ale o tym za chwilę...

Najważniejsze, że mimo iż w zeszłym tygodniu zapowiadała się długofalowa katastrofa, to doświadczenie tego tygodnia nauczyło mnie, że TRZEBA WIERZYĆ W DZIECKO. Nie jest łatwo, bo rano nadal Marysia trzyma mnie kurczowo, pani ją ledwie ode mnie odciąga i płaczącą zabiera do sali, ale...w czwartek ledwie drzwi się za nimi zamknęły to płacz Marysi ustał. Kamień z serca i spokojnie mogłam wrócić na górę. Później pani mówiła, że jest bardzo grzeczna i ładnie się bawi, a co najważniejsze to sama wyciąga rączki by ciocia ja przytuliła i trzymała na kolanach. Moja niedotykalska Dziewczynka taka dzielna i samodzielna ❤️ aha i śpi w żłobku mimo że w domu tylko na cycu zasypia. Taki mądry Mały Ludek mamusi ❤️

Wracając do "wagarów" od Klubiku...
We wtorek po powrocie Marysia była nieswoja. Na spacerze płakała i zasnęła mi na rękach zamiast w wózku. W domu okazało się 38,3C stopni😔 Znowu (🤦🤬) pomyliłam dawki paracetamolu. Tym razem zamiast 5mg podałam jej 0,5. Ale i tak gorączka spadła do ok 37 plus VAT. Niestety koło 23 w nocy znowu 38. Podanie paracetamolu to była droga przez mękę.Dzieć śpiący, usta zasznurowane, co włożę do buzi to pluje. Płacze strasznie, głowę odwraca, wygina się....masakra chociaż było nad dwoje do obsługi 😔😰



Środa juz bez leków (ufff) bo temperatura już max do 37,6.

Zrobiliśmy jej prywatne badanie moczu, a że wyszło białko w moczu to umówiłam na czwartek teleporadę, chociaż Marysia już poszła do klubu.
Wg. lek. białko może być od temperatury, więc luz. Powiedziała że zadzwoni na drugi dzień zapytać co słychać, bo jak nie będzie nawrotu gorączki to nie ma sensu brać dziecka do przychodni.

Temperatury nie ma, ale poprosiłam dzisiaj o wizytę bo od wczoraj wieczorem Marysia ma chrypkę jak podnosi głos. Taki matowy skrzekliwy dźwięk się wydaje i w nocy jak śpi to co jakiś czas jakby jej coś zalegało w gardle.

Tak poza tym to ma mniejszy apetyt, ale zachowuje się zup lnie normalnie. Radosne dziecko .

Sama nie wiem nic. Ona jeszcze nigdy nie chorowała. Nie mam kogo podpytać, nie mam doświadczenia z dziećmi żadnego. Boję się o nią strasznie, że coś zaniedbam, nie zauważę na czas, zlekceważę... Bycie mamą jest piękne i trudne...

Zaraz ją budzę i idziemy do przychodni...

Wiadomość wyedytowana przez autora 5 marca, 11:13

6 marca, 10:50

Jak człowiek jest na etapie starań to widzi tylko różowego uśmiechniętego bobasa. I to jest jak najbardziej prawidłowe❤️

ALE kurczę, mógłby ktoś powiedzieć o kolkach, problemach z kp,o rozszerzeniu diety, zakrztuszeniach, o adaptacji w żłobku/przedszkolu o chorobach, o walce z POZ, wreszcie o permanentnym zmęczeniu, niedoczasie, niedożywieniu i bezradności w milionach spraw.

Żałuję że w czasie starań omijałam pamiętniki z fioletowych stron. Unikałam ciężarnych tematów i dzieciatych koleżanek, ... cóż, działały na mnie depresyjnie 🤷‍♀️ A poza tym za każdym razem jak zetknęłam się z trudami rodzicielstwa to sobie myślałam - ech jakże ja bym chciała mieć taki problem, na skrzydłach będę po domu chodzić ze szczęścia że mam dziecko i że wszystkim sobie poradzę i oczywiście nie zaniedbam siebie. Mam teeeeę moooc💪

No nie, nie mam😰
Po tygodniu adaptacji w klubiku, a później tygodniu niepewności czy Marysia zdrowa, po cogodzinnym wstawianiu by albo usypiać i karmić albo mierzyć temperaturę. Po ciągłym stresie dwóch tygodni zupełnie mnie rozłożyło 😰
Oczywiście mam nadzieję że to nie Covid 😱🤭 Ale raczej nie. Zasadniczo nie przeziębiam się, mam dobrą odporność, ale mój organizm przy silnym stresie i wyczerpaniu właśnie się zachowuje jak chory. Czuję się jakbym miała gorączkę chociaż mam 36,6C robi mi się opryszczka, afty w buzi, mam zatkany nos. Fatalnie 😰😰😰

Co do Marysi okazało się że ma lekką infekcje gardła. Dostała syrop (o Boziu ile gimnastyki by jej go podać), ArgmentinT do psikania (na to jeszcze nie mamy patentu poza doprowadzeniem dziecka do płaczu by dziubek otworzyła 😫) no i inhalację solą fizjologiczną. Nie wiedziałam że do tego trzeba mieć inhalator🤭🙈 No więc mamy nowy sprzęt w domu. Ja przy okazji korzystam🙃 Marysia się go boi😔🙄

Wg p. dr powinno jej do poniedziałku przejść i może iść do klubu. A w środę może mieć szczepienie MMR, bo to lekka infekcja. Nie wiem jeszcze czy się na to szczepienie zdecydujemy🤔 ale do klubiku chętnie bym ją wysłała, bo boję się, że zaprzepaścimy dotychczasowe efekty adaptacji, a poza tym to kurczę mieliśmy z mężem tyyyyle planów jak Marysia będzie przez te 4h w klubie, a tu wszystko się odwleka.

Przez to moje złe samopoczucie i problemy Marysi to nasze życie jest zupełnie zdezorganizowane 😐 a tu mąż jeszcze gada że się słabo czuje i go gardło boli. Pocieszam się że on często ma tak że jak ja cierpiałam to jego też coś bolało i że to tylko takie subiektywne odczucie, bo jak jego też rozłoży to będzie kaplica 🙈
W takich sytuacjach na prawdę żałuję że nie mam dosłownie NIKOGO kto by nam tu na miejscu pomógł. Wszystko musimy ogarniać we dwoje, więc jak jedno się rozkłada, to już jest chaos.

Aha i pani doktor powiedziała, że Marysia musi mieć bardzo dobrą odporność💪❤️, bo ona ją widzi pierwszy raz, a inne dzieci widuje co dwa tygodnie nawet. Rany jak żyć jak dziecko tyle choruje? I weź tu jeszcze kobieto pracuj. Z przerażeniem myślę o powrocie do pracy bo i bez tego nie wiem w co ręce włożyć 🙈

‹‹ 7 8 9 10 11
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego