Dziennik pokładowy.
Dzień później.
U mnie dni bez spiny jak na lekarstwo, więc każdy muszę dobrze udokumentować.
Byłam na jodze. Pierwszy raz w życiu. I na takiej ciążowej pewnie ostatni. To było półtora godziny czystego relaksu. Rano oczywiście trzeba było mi podnieść ciśnienie głupim komentarzem, ale po mojej wycieczce pksem, naciąganiu czego się da i głębokim oddychaniu przeszło jak ręką odjął. Pani od jogi połechtała moje ego i powiedziała, że jak na nooba mam bardzo elastyczne ciało i niezłą jego świadomość. Nie wiem, na ile to zasługa mojej aktywności przed ciążą a na ile budowa anatomiczna (potrafię w siadzie tureckim przykleić kolana do ziemi, choć nigdy tego nie ćwiczyłam), ale dodalo mi to otuchy w kwestii porodu. Może moja miednica zlituje się nade mną. Oby.
Pośmiałam się też trochę. O ile jeszcze nie narobiłam sobie wrogów po szczepionkach, karmieniu i żelach położniczych, to mam nadzieję, że do tego grona nie dołączą teraz joginki. Otóż nie mogłam się w pełni zrelaksować na końcówce, bo ledwo tłumiłam śmiech, po tym, jak sugerowano nam wyobrażenie sobie kwiatu lilii w spojeniu łonowym w świetle wschodzącego słońca, który z każdym skurczem rozwija jeden płatek i przybliża mnie to do rozwiązania. Przepraszam. Jestem nieczułą jedzą. 
Co trzeba jednak oddać - właściwości terapeutyczne tych zajęć są niesamowite. Tak strasznie żałuję, że całą ciążę nie mieszkaliśmy w mieście... Te zajęcia, warsztaty... Wszystko pod nosem. Ech.
Potem odwiedziła mnie przyjaciółka. Zaliczyłyśmy maly spacer na słoneczku, lody i kawę. Nachichralysmy się jak głupie. Moja gumka w majtkach poluzowała się jeszcze bardziej.
W ogóle mam na sobie moją groszkową sukienkę i chociaż wstając z łóżka muszę się rozbujać jak struś pędziwiatr, to idę właśnie zrobić mi i mężowi pyszne wege curry na kolację i zjeść je ze smakiem na podwórku.
Totalnie nieproduktywnie.
Ale uwielbiam mieć w sobie ten spokój...
Edit.
Ło matko! O najważniejszym nie napisałam!
Mała tak się naprężyła, że pod ręką czułam jej nóżkę. Dacie wiarę? Taki mały walec. Z piszczelkiem. Chyba.
Rozczuliła mnie ta kończyna do granic możliwości.
Wiadomość wyedytowana przez autora 9 czerwca 2017, 19:18
3 dc.
Dostałam @ po 27 dniach, program przesunął owulację z 18 na 14 dc.
Ten okres autentycznie mnie zniszczył, mimo to nie narzekam 
Wczoraj zakończyliśmy kurację antybiotykami... ufff.
Czas zmienić pościel, ręczniki i szczoteczki do zębów... chyba trzeba prawda? Tak mi się wydaje, że to właśnie miejsca, gdzie te cholerne bakterie mogą jeszcze koczować.
Test owu nadal taki sam jak wczoraj. Może jeszcze poziom lh nie spadł?
Ostatnio myślami ciągle jestem w temacie starań, myślę czy owu będzie, czy już było, myślę o badaniach które zrobię na dniach, czy mi temperatura jutro wzrośnie....jak bym nazwała swoje dziecko...czy byłabym dobrą matką,czy byłoby z nami szczęśliwe? Kueczę tyle jest pytań na które niestety nie znajdę teraz odpowiedzi a tak bardzo bym chciała wiedzieć.
8 tc (7t1d)
Serduszko puka... w rytmie cha cha
Jest Fasolka i jest serduszko

Kamień z serca... Nasza Fasolka ma już 15 mm długości i pięknie pukające serduszko 161 bpm 
Nie wiem co mam więcej napisać, jestem taka szczęśliwa
Zaczynam właśnie urlop, podczas którego czeka mnie jeszcze wizyta u ginekologa, skierowania, badania... A potem powiem w pracy mając już zaświadczenie w ręku. Cudowny dzień, nasza Fasolka rośnie 

Wiadomość wyedytowana przez autora 9 czerwca 2017, 20:32
O matko o matko o matko...zrobilam sikanca...strumieniowy caly obsikany sikalam krzywo...i zalalam troche okienko nawet testowa wyszla do polowy...zas test 25czysty..teraz nie wiem co robic...czy zaczynac sie cieszyc czy to test byl do dupy...
W kalendarzu belly tak ładnie przybywa dni a ja już wiem, że znowu do dupy. W środę jeszcze czułam pełność w brzuchu a od czwartku już nie, jakby wszystko się zapadło. Wprawdzie temp. jest podwyższona, piersi są powiększone ale bardziej miękkie...ja nie wiem co jest nie tak. Kolejny raz przeżywać to samo. Jeszcze momentami się łudzę, ale przecież nic w brzuchu nie czuję
. Do tego mąz wsciekły, że chodzę zła, a nic mu nie powiedziałam. Chciałam w poniedziałek mu powiedzieć po wizycie u gin, że będzie tatą...życie jest niesprawiedliwe. Wkoło same dzieciaczki zdrowe piękne się rodzą...ehhhh
29 DC / 13 DPO
Moje dwa ostatnie wpisy były bardzo chaotyczne - zdaję sobie z tego sprawę. Jednak udało mi się lekko ogarnąć i wracam do świata żywych - no, powiedzmy. Jakoś to sobie poukładałam, przynajmniej wiem na czym stoimy 
Od 2 dni biorę tabletki, które lekarz przepisał mi na polip. Trochę brudzą mi bieliznę i chyba będę musiała na noc zakładać wkładkę. Druga rzecz - zamówiłam termometr owulacyjny i mam nadzieję, że w nowym cyklu będę już miała wiarygodny wykres. No i co najważniejsze, wczoraj umówiłam męża na badanie nasienia. Dobrze, że nie protestował. Wkurzyła mnie tylko jego reakcja na 7-dniową wstrzemięźliwość od alkoholu - oczywiście weekend bez piwa nie wchodzi w grę! Mam nadzieję, że się ogarnie, bo ten weekend spędzamy osobno i nie mam go jak przypilnować. Jeśli przez telefon wyczuję, że jest po piwie to łeb mu urwę z kablami!
Poza tym chu****, ale stabilnie.
"Bo wszystko zło, którego się wiecznie spodziewała, może się stać lub nie. Ale to jedno czeka na pewno i ją, i tych czworo, siedzących wesoło przy stole. Nieunikniony rozpad i rozkład, choroba, męka i śmierć." - Noce i dnie 
23t2d
Szkrab znowu bombarduje swoje mieszkanie 
Moje dziecko upodobalo sobie prawa strone ostaynio.
I odczowam twardnienie brzucha
w poniedzialek wizyta,mam nadzieje ze z szyjka bedzie wszystko okej
Ciąża rozpoczęta 13 kwietnia 2017
Chora psychicznie...tak się czuję. Mąż śledzi moje dni płodne wdlg kalkulatora t-time. Niech sobie działa co mu będę broniła współżycia z żona
Ja prowadzę walkę wewnętrzna z tymi myślami:może tym razem się jednak uda, nie bądź głupia nie uda się i koniec. Przez to wszystko czuje się jak psychicznie chora wariatka i nie potrafię cieszyć się już ani seksem ani pogodą chyba niczym... Jedyne co mi poprawia humor to szybka jazda samochodem(to lubiłam od zawsze) no i wygłupy z dzieciakami( dla nich zawsze mam w zapasie uśmiech i energię)
Wiadomość wyedytowana przez autora 1 lipca 2017, 12:36
Ciąża nr 10
Om 7 kwietnia ,testy wyszły pozytywne jak dobrze pamiętam 10 maja,USG 1 czerwca pęcherzyk o regularnych kształtach , dziadzia 6 mam z bijącym serduszkiem, teraz wizyta za trzy dni a mnie już rzygać się chce ze strachu, zamówiłam detektor tętna płodu,bo ten stary sprzedałam,mam nadzieję że znajdę serduszko i już nie będę się denerwować. Przed pierwszym USG miałam sen że widzę serduszko na monitorze, wczoraj miałam kolejny sen że serduszko bije i dziadzia urosła,mam nadzieję że to dziadzia daje mi znać że z nią wszystko ok:-)
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 czerwca 2017, 17:30
4 dc.
A czo ten ovufriend dzisiaj tak kiepsko chodzi... ???
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 czerwca 2017, 20:09
No to Pregnylek pięknie mi zadziałał...
badania z 23dc
Estriadiol 685
Progesteron 32,36
Tsh na szczęście jest już w normie 0,766
Teraz zastanawiam się,czy skoro nie czułam bólu owulacyjnego,to czy owulacja w ogóle była,czy to tylko Pregnyl tak wpłynął na wynik Estriadiolu i Progesteronu?Ile z tych hormonów jest po owulacji,a ile po Pregnylu?Ale ile by nie było,to widać,że Pregnyl podniósł hormony.
6DC 6 PO ZABIEGU
strasznie kiepski dzień dzisiaj, łzy mi leciały same po twarzy chyba mi sie wszystko uzbierało z wszystkich poronień , zbliża sie dzień powrotu do pracy
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 czerwca 2017, 00:40
Bo Bóg ma plan dla nas i daje błogosławieństwa....
35+0
No to 9 miesiąc zaczynamy hucznie bo aż ze szpitala 
Wczoraj musialam się zgłosić bo skurcze i te bóle nie dawaly mi spokoju. Dodatkowo mialam jakies dziwne zawroty głowy i slabosci.
No ogólnie po badaniach na KTG nie pisza sie skurcze, z mala wszystko ok. Szyjka niby 2,5cm. Rozwarcie na palec ale jakieś główne wejscie jest zamkniete. Co martwi lekarke to szyjka ktora jest miękka i podatna wiec mam calkowity nakaz lezenia. Dostalam wczoraj sterydy na plucka a dzisian po 24h dostane druga dawke. Rano tez dostalam 2 tbl luteiny pod język a wczoraj na noc lezalam pod kroplowka z magnezem.
Jestem ciekawa jutrzejszego dnia. Co zadecydują. Czy mnie zostawia czy wypuszcza...
5 dc. Nie mogłam się zalogować do serwisu.
Mija wiosna, idzie lato... a w sercu pustka.
Znajomi, którzy mieli wesele pod koniec kwietnia zrobili sobie dzidziusia podczas podróży poślubnej.
Siostra z szwagrem, którzy mają dwójkę dzieci (17 i 11 lat) pod wpływem naszych problemów podjęli decyzję, że starają się o trzecie. Jak nie teraz to kiedy? Czas ucieka.
Bardzo im kibicuję i nie mam ani żalu ani cienia zazdrości, że im się udaje... jest jednak we mnie pewna gorycz... że ja niestety nie mogę. Wiecie co mam na myśli.
Zapewne większość z najbliższych nam osób zdąży urodzić jeszcze ze cztery razy, zanim okaże się, że my jesteśmy w "normalnej", zdrowej ciąży.
Mam wrażenie, że nikt nie rozumie przez co przechodzę i co czuję. Wydaje mi się, że nawet mój mąż zaczyna myśleć, że robię się obłąkana. Tak właśnie mija dzisiejszy dzień.
Dziennik pokładowy:
248dc, 36 tc
Czo ten belly?! Strona zamknięta na pięć spustów, nic nie można dodać ani skomentować. Jestem zniesmaczona jakimiś pracami optymalizacyjnymi przez parę dni ciurem, bez żadnego ostrzeżenia. Ech. No to naprodukowałam tasiemca trybie offline:
10 czerwca
Jestem po ostatnim dniu warsztatów Małegossaka. Tym razem o laktacji. Niewątpliwą zaletą spotkania była projekcja filmu "Breast is best". A zaletą dlatego, że ja już się naczytałam teorii o karmieniu, serio. O prawidłowym przystawianiu. O benefitach. O częstotliwości. O podaży generowanej przez pobyt. O żądaniu. Bla bla bla. Ale poraz pierwszy w życiu widziałam to na żywych kadrach! Co w sumie jest dość przykre, bo uświadomiło mi to, że niby jesteśmy istotami stadnymi, a ja najzwyczajniej nie wiedziałam, jak wygląda karmione dziecko. Takie dobrze i niedobrze przystawione. Tak dokładnie, z bliziutka. I jak wygląda obrzmiały cycek. I taki z cieknącym mlekiem. No bo kto by to wcześniej analizował, co nie? Cholera, może ta promocja karmienia wcale nie jest taka głupia i bez sensu, jak mi się wydawało?
Ktoś jakby mi urwał cząstkę serca z końcem tych warsztatów. Gdy się na nie zapisywałam, to mówiłam: "huhu, obym się wyrobiła przed porodem!". Wyrobiłam się. Pomału kończy się era "edukacji na szybko". Zaczyna się era "czekamy na odejście wód". Robię w gacie, serio.
11 czerwca
Pierwsza rocznica naszego ślubu. Ech… co tu dużo mówić… czuję się… zawiedziona?
A może powinnam powiedzieć, że mam, co chciałam? Tyle razy Wam pisałam, że "marzy mi się", aby mąż w końcu poczuł trochę, że palą się nam tyłki. No to poczuł. W naszą - give me a break - rocznicę [Max Kolonko style]. Zapowiadało się świetnie. Rano, niczym zsynchronizowani, otworzyliśmy oczy, mój oblubieniec przetoczył się do mnie i mocno objął, a potem podziękował pięknie za ostatni rok. Leżeliśmy tak długo objęci, na golasa, z bananami na twarzach, zadowoleni z siebie. Wydawać by się mogło, że to będzie dzień pełen czułości i uśmiechu. Niestety - mąż cały dzień chodził zgaszony. Rano nie wytrzymałam i dałam mu prezent, który kupiłam z wyprzedzeniem, miesiąc temu. Otóż mojemu, tuż przed ślubem, podobały się pewne spinki do mankietów, ale zgodnie stwierdziliśmy, że na ślub są trochę zbyt pojechane. Więc pamiętałam o nich cały rok, aby sprawić mu je już teraz. Cena troszkę powalała, ale stwierdziłam, że to najprawdopodobniej ostatni moment, kiedy przyjdzie mi do głowy kupić mężowi błyskotkę, tak po prostu, dla uciechy i połechtania estetyki, bo potem będzie już tylko dziecko i remont. I do tego z taką piękną klamrą sentymentalną! I przyzwoleniem, na zasadzie, że wiedziałam, że się spodoba. No halo! Ile razy w życiu jest okazja, żeby taki prezent dać facetowi? To jak wygrać bańkę w totka, więc zamówiłam. Ucieszył się, powiedział, że zajebiste. No i "dziękuję". A potem, co mnie zdziwiło, pół dnia przechodził z fają na twarzy, nie odzywał się do mnie prawie w ogóle, grzebał coś przy komputerze i bawił swoimi zabawkami. W międzyczasie wystawił z naszego pokoju regał i biurko, aby zrobić miejsce na Miśkowe przemeblowanie. Wszystko to w jakiejś dziwnej nerwówce, którą tylko ja potrafię odczytać z jego twarzy po prawie 10 latach znajomości. Niespodzianką dla mnie miała być kolacja wieczorem. Wyszykowaliśmy się więc jak na balety i wio do samochodu. Ale całą drogę był jakiś milczący, ze zmarszczonym czołem. Pytam się więc:
- Kochanie, co Ci jest? Jesteś od paru dni przygnębiony.
- No… może jestem trochę…
- Dlaczego? Czy coś się stało?
- W sumie… to nic konkretnego…
- A coś niekonkretnego?
- Rany… co mam Ci powiedzieć… dziecko za chwilę będzie na świecie, gnieciemy tyłki w pokoiku u teściów, na mieszkaniu syf, kiła i mogiła i nie wiadomo, kiedy przeprowadzka. Więc tak jakby wszystko.
… kurwa, seriously, mężu? Cały czas mówiłeś, że marudzę, że czarnowidzę i narzekam, a potem nagle zaczynasz mówić moim głosem? W naszą rocznicę?! Nie mogłeś, kurwa, jutro?! Ja, jak na mnie, zachowałam się w sumie nadzwyczaj dziwnie. Już nawet zaczęłam gadać pierdolety w stylu "nic nie dzieje się bez przyczyny" albo "no już dobra, tata trochę zamula z hydrauliką, ale przynajmniej nie musimy nikomu płacić za robociznę". W zamian dostałam "kurde, nie wiem…" i "już tak go nie usprawiedliwiaj!". Dalej jechaliśmy w miejsce docelowe i chociaż nawet zaczęliśmy żartować, to czułam w powietrzu narastające napięcie.
Restauracja okazała się tą, w której świętowaliśmy moje 25 urodziny, kiedy w sumie teoretycznie mogłam być dwa dni po owulacji, a Miśka, w formie plemnika wbitego w jajko, wędrowała sobie ku stacji "zagnieżdżenie". No i tu muszę przyznać, że jedzonko było wyborne. Objedliśmy się jak prosiaczki. Nie mogę narzekać. Zaczęliśmy nawet myśleć o pochrzcinowym obiedzie w tym miejscu. Właśnie, chrzciny…
Chrzciny to u mnie temat bomba. Chciałabym o tym ze starym umieć rozmawiać, ale ewidentnie temat nie jest mile widziany. Mój mąż ma bowiem wybitnie wywalone na kwestie pod tytułem "wypada, by…". I czasem go za to kocham, a czasem mam wrażenie, że jest totalnym bucem. A jeszcze kiedy indziej mu zazdroszczę, że tak bez ogródek stawia granice tam, gdzie chce. Wiadomym jest, że chrzcić będziemy (ja nie jestem za bardzo kościołowa, ale mąż - owszem, lata na wszystkie nabożeństwa za nas dwoje). Kwestią sporu jest lista gości i oprawa. Dla mnie, takim zdrowym minimum co do zaproszeń, jest najbliższa rodzina, czyli rodzice i rodzeństwo z ewentualnymi partnerami, nasze babcie (dwie) i do tego chrzestni (z ich ewentualnymi rodzinami). Idealna dla nas, wersja "po kosztach", to chrzestni z rodzeństwa. I jest to osiągalne. Mam wrażenie, że mąż tą listę chciałby jeszcze jakoś skompresować, choć nie wiem, kurna, jak. Strasznie mu zależy, żeby ciąć wydatki i jak najwięcej oszczędzać na poczet mieszkania. O ile też nie jestem fanką nasiadów i moja rodzina przyprawia mnie o palpitację serca, tak wiem na 100%, że Miśkę będą kochali wszyscy. Jestem w stanie schować dumę do kieszeni i dać komuś możliwość uczestniczenia z nią w ważnym dniu. Mój mąż ma na to totalnie wywalone. Druga sprawa, jak ich wszystkich ugościć. Dla mnie dość naturalnym jest, że jeżeli kogoś zapraszam i wiem, że będzie miał do przejechania sporo kilometrów (a tak by u nas było), to poczęstowanie ciepłą strawą to już kwestia nie tyle, czy kogoś lubię czy nie, a zwykłej kultury. Doszliśmy już z mężem do konsensusu, że tylko lokal wchodzi w grę. Moja myśl jest taka, żeby gościom zaproponować obiad do wyboru z karty plus dowolnie przez siebie wybrany deser. Uważam, że to takie bezpieczne i niezbyt walące po portfelu minimum. Otóż mąż uważa, że… deser i kawę należy z menu wywalić. Argument - "No bo, kurwa, co? Wypada? Mam to w dupie, że ktoś chce się nażreć!". Patrzę na niego, szukam tego inteligenta, którego pokochałam, i nie dowierzam. Wbijam dosłownie w niego wzrok i szukam tych cyferek, tych zawrotnych kwot, które byśmy przyoszczędzili w ramach remontu na 20 kawałkach ciasta. Ach, no i najlepsze: "Najlepiej to bym tylko zaprosił chrzestnych, szybka msza wieczorem, żeby się do nas nikt nie zwalał i nara - koniec imprezy". Kuźwa no… Najbardziej dołujące jest to, że dno mojej duszy też tak sądzi. Ale jestem dużą dziewczynką i wiem, że świat nie kończy się na mnie. Zresztą kaman… Na tyle znam hojność mojej rodziny, że impreza pewnie zwróci się z nawiązką. Nie mówiąc już o tym, że być może dzięki organizacji chrzcin rodzina będzie chciała się potem w ogóle do mojej córki odzywać. Tak, do niej, nie do mnie. Nie będę niej furtek zamykać na starcie, choć samo rozumowanie jest przykre - wiem.
No i jak już tak gadamy o zacięciu oszczędnościowym męża, to może przejdę do clue. Żadnych kwiatów. Głupiej kartki z życzeniami. Kolczyków. Bonu do Maca na frytki i colę. Kuźwa, nic. Zapłacił za nas oboje w restauracji i wykalkulowałam, że z naszą kolację zapłacił mniej niż ja za jego spinki, tylko że on w gratisie ze swojego prezentu skorzystał, bo też się nażarł. Kiedy wróciliśmy do domu, to usiadł do kompa i owszem, zaczął się uśmiechać, ale do swojego serwera, feeda na youtubie i artykułów z wykopu. Ja - w samotności - próbuję znaleźć wygodny bok na łóżku i drapię się po dupie. Ot, rocznica. I tak myślę, że oto właśnie śmiercią naturalną ginie związek, w którym mieliśmy ostatnią szansę na patrzenie sobie w ślepia, zabieganie o siebie nawzajem i rozmowy nieokraszone mieszkaniem i ciążą. No po prostu kaput. Jest mi, kuźwa, smutno. Bo nie będzie już nigdy lepszej rocznicy niż ta. Kolejna będzie w pieluchach, kaszkach i zmartwienie, czy Miśka nie ryczy u dziadków, kiedy my na szybko poszliśmy na rocznicowego kebsa. To był smutny dzień. Miałam ostatnią szansę, by dostać bukiet róż i go nie dostałam. Bo szkoda piniendzy! I jestem pewna, że lepiej nie będzie.
Mam ochotę ukręcić mu głowę przy samej dupie i pójść na męski striptiz. Tylko kto wpuści ciężarną na początku dziewiątego miesiąca do takiego przybytku?!
12 czerwca
Miśkowo zadziało się dziś sporo. Pozbierałam różne części wyprawki ze wszystkich zakamarków domu. Wyodrębniłam to, co wymaga prania. Jak tylko upał wzbierze na sile, to pralka będzie chodziła cały dzień. Zrobiłam miejsce pod komodę. Potem wycieczka do ikei - okazało się, że pomyliłam KOPPANGa z HEMNESem i zaoszczędziłam na tym fakcie jakieś 150zł, bo komody są do siebie bardzo podobne. Wróciliśmy więc z meblem na Miśkorzeczy i wanienką.
Potem ginekolog. Podglądanie dziecka kolejny raz skończyło się podziwianiem genitaliów - Mała była na tyle łaskawa, że pokazała nam tylko jedno, przesłodkie uszko i przerozkoszne fałdki na karczku. Dalej leży głową w dół, twarzą do moich pleców. Przybrała pół kilo na wadze, więc oficjalnie waga pannicy to 2600 g na ten moment. Zrobiono mi wymaz w ramach badania GBS, zbadano szyjkę (wszystko cacy) i dostałam skierowanie na KTG, które odbędzie się w piątek. Będę testowała nowy skurczomierz w mojej klinice. Zobaczymy, co z tego będzie.
Na koniec dnia odkupiłam jeszcze od Pana z OLX stelaż i materacyk, które będą pełniły funkcję przewijaka na komodzie. Zobaczymy, co z tego będzie.
Uuuff - nawet nie wiecie, jak ten dzień mnie uspokoił. W końcu mamy wszystkie elementy do powitania dziecka na stanie. Jeszcze tylko skręcić, pochować w swoje miejsca i już. Do pełni szczęścia brakuje mi porządnego termometru, planu porodu i spakowanej torby. Idziemy do przodu!
… psychicznie i tak nie jestem gotowa na to, co przyniesie los. Sorry, Miśko!
Wiadomość wyedytowana przez autora 13 czerwca 2017, 12:02
Dziś dalszy ciąg remontu,salon już prawie pomalowany została jeszcze jedna ściana ale tą zostawiam bo będzie tam fototapeta którą dziś zamówiłam.Jutro powinna przyjść paczka z naklejkami do sypialni i pokoju dziewczynek:-)to tak ogólnie a co z moim cyklem,a więc dziś już 5 dzień i @ już się kończy,już wczoraj były plamienia,także jutro jest szansa że będzie czyściutko i suchutko:-)
23t4d
Bylismy dzis u pani doktor. O dziwo sie szybko zeszlo. Glukoza oki,tetno malucha tez oki (140),nadal brac luteine,nospe,magnez no i zelazo. Co do zelaza to teroszke morfologia sie polepszyla czyli moj organizm wchlanoa to zelazo.
Ciaze juz widac ,brzuszek duzy ,ja sie szybciej mecze i ciezko mi oddychac ,moj maluszek codziennie sie rusza i czasami tak uklada ze widac "pagorki" na brzuchu.
Byla tez polozna ,dziwna jakas ona jest nie polubilam jej mimo ze jest mila. Zrobilysmy plan porodu . Stwierdzila ze moja szyjka 3cm6m jest krotka. A ja myslalam.ze te 3cm to takie akurat 
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.