25+0
Dziś znów wizyta. Maluch niestety malutki, ale to chyba znów wina pomiarów jak zwykle u tego lekarza. Kość udowa zmierzona na 22+6 sprawiła, że szacowana waga synka wynosi 603 gramy 💙
Niestety szyjka znów się skróciła na 2,9 cm 🥺 Okropnie się boję, jak wróciłam do domu to się popłakałam. Boję się, czy mój głupi organizm wytrzyma do w miarę bezpieczniejszego momentu.
Wizja 30+ tygodnia jawi się jak jakaś super odległa bajka. Tylko 3 tygodnie do 28 tc, tylko albo aż 5 tygodni do 30 tc.
Na najbliższe 3-5 tygodni mam tylko w planach leżenie, leżenie i leżenie. Jedynie będę musiała się przenieść do domu rodziców za miastem na 10 dni. Około godzina drogi ale mam nadzieję, że dam radę 🙏🏼
Ignasiu rośnij kochanie moje. Szyjko, trzymaj dalej.
Czas mijal, próbowałam pracować, a i tak chodziłam od lekarza do lekarza do lekarza... dopiero niedawno ktoś mi zasugerował, ze inny lekarz powiedział przy podobnych wynikach o preeklampsji, gestozie, nadciśnieniu ciążowym... ja nadciśnienie? Niemożliwe, wiedziałabym o tym...
Spojrzałam w kartę ciąży, jak miałam do 120, tak 2tygodnie przed śmiercią małej ponad 140...
Podobno z przepisami na etapie polowkowego małej nie dało się już pomoc -córeczko, wiesz że gdyby mamusia wiedziała ze może Ci w jakikolwiek sposób pomóc, zrobiłaby to...
Co dalej? Lekarze optymistycznie mówią ze heparyna, acard pomoże, jeżeli będę brac przed 12tc to sie sa...
Czy im wierzę? Nie wiem, tak cholernie boję się, ze już nigdy nie będę w ciąży, a co jeśli będę i...?
13 dc.
Choć w sumie nie ma to znaczenia. Mam w głowie tylko jedną myśl. A może nie powinniśmy być rodzicami.
Od miesiąca jesteśmy w Polsce. Wróciliśmy już na stałe. Kilka tygodni na odpoczynek nam się przyda po tych 10 latach. Trochę się boje zaczynać wszystkiego od nowa, ale wizja rodziny blisko mnie sprawia, ze bardziej się cieszę niż boję.
Sprawy urzędowo papierowe prawie pozamykane. Za kilka tygodni jedziemy nad morze. Nie mogę się doczekać.
Już nawet przestałem liczyć jaki to miesiąc starań ale wiem, że około 41 dzień cyklu….
Może tym razem nam się uda….. 😉
Ann xx
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lipca 2021, 08:46
1 cs, 3 dpo
Nie wierzę w to, co się ze mną dzieje a pewność będę mieć dopiero 6.10, kiedy zrobię test ciążowy. Mam w planie zrobić jeszcze progesteron, betę HCG i TSH...
Czuje się jak na okres, ten sam rodzaj bólu w podbrzuszu, dziś głównie po lewej stronie. Wczoraj miałam bóle jajników na zmianę i dodatkowo jeden, nagły bolesny zryw. Aż zgięło mnie w pół. Co dziwne - temperatura poszła wczoraj w dół, dziś troszkę wzrosła. Jestem ciekawa co będzie jutro, tak bym chciała mieć tendencję wzrostową. 🙏🥺
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 września 2021, 13:23
Jak mam odnaleźć sens w tym kurwa bezsensie?!
Dzisiaj się czuję jak wymemłana nic nie warta szmata... pusta w środku, zupełnie nic nie warta. Wiem, że ten dzień minie, złe myśli też...na wszystko tak jak zawsze potrzeba czasu... moj M mówi że na to co najpiękniejsze czeka się najdłużej ale później radość jest tak wielka że wnet nie do opisania. Więc czekam na to kur... juz tyle czasu... tak naprawde mialabym juz 5! 5!!!!! dzieci a tymczasem nie mam ani jednego, ile jeszcze?!?!?!?!
Teraz śmiało mogę powiedzieć że poraz pierwszy brak mi sił...ot tak.. po prostu.. wiem że stanę do kolejnej walki, wiem że będę walczyła kolejny raz zawalając przez to inne sfery swojego życia bo niestety tego pogodzić się nie da... gorzej jak czekając na dziecko życie mi minie a dzieciaka jak nie ma tak nie będzie.
Za kilka dni rozpoczynam procedurę i uświadomiłam sobie jak bardzo jestem nieprzygotowana i jaki jest brak zaangażowania z mojej strony. Tak mnie przeczochrały dotychczasowe kłopoty, tyle stresu mnie to kosztowało, że nie mam siły i nawet ochoty wdrażać się w to jakoś szczególnie. Pomyślałam, że pójdę na żywioł i będę poprostu robić to, co kazała dr. Nawet nie pomyślałam o podkoksowaniu jajeczek, diecie i skarpetkach w ananaski. Jakbym całkowicie olała to wszystko.
Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, bo to co robię, a raczej czego nie robię, może mieć wpływ na jakość i ilość jajeczek i zarodków. Później będzie płacz, że mogłam dać od siebie więcej. Przeraża mnie ta obojętność na zasadzie co ma być to będzie. Ale serio nie mam siły nawet o tym myśleć.
Urlop mojej dr jeszcze dołożył nerwów. Będą mnie przyjmować przypadkowi lekarze i punkcję też wykona ktoś, kto będzie mógł wcisnąć mnie w grafik.
Słabo to wszystko wygląda. Tyle czasu czekałam na rozpoczęcie procedury, a jak jestem o krok od niej, straciłam energię i zaangażowanie.
Edit. Właśnie się dowiedziałam, że APC będzie mieć przerwę wakacyjną więc szczepienia limfocytami przesuną się w czasie. Takim sposobem wrześniowy/październikowy transfer zrobił się listopadowo/grudniowym 🙁
A co do tego czasu jeszcze się wydarzy???
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 czerwca 2021, 18:33
Znaleźć część wspólna pomiędzy moim "po pracy" i godzinami pracy lekarzy to czasami trudne, na szczęście przenieśli mi te badania z piątku na poniedziałek.
Lekarz był wyjątkowo nie miły, kilka razy pytał czy na pewno nie mam covida, ale robił to w taki sposób, jakby chciał mi mówić ze na pewno mam i na pewno to ukrywam... wiem, jest pandemia, ale miałam negatywny test, mimo to kwarantanne...
Badanie było dziwne, najpierw lekarz mi mówił, ze mam dziwny kształt brzucha, ze takiego nigdy nie widział... że mała się dziwnie układa, że nie może zbadac i jak się potem okazało najważniejsze i decydujące, ze mam nieprawidłowe przepływy w tętnicach macicznych i serce małej pracuje nie mostów i, ale tak się czasami zdarza ... - pewnie już wiecie co to oznacza, ja w tamtym momencie jeszcze nie... pytam więc lekarza co z tego wynika, a on mi tylko powiedział, ze mam sie zgłosić do lekarza prowadzącego (to już nie jest ten aborcji) i zaleca echo serca małej.
Kolejne USG u mojej lekarki, ona twierdzi ze nie dzieje się nic złego, ale może mi dac namiary na jakiegoś świetnego specjalistę perinatologa... poszłam kilka dni później, wszystko w normie, przepływy nie są tragiczne, dobre tez nie, ale na tym etapie tak może być, więc nie mam powodów do niepokoju... to juz byl koniec października, najwyższy czas na L4, to juz w końcu 7 miesiąc ciąży, może jak trochę poleze w domu, odpocznę będzie lepiej ...
8 dc.
Ala_d chciałam odpisać Ci komentarzem na komentarz, ale zaczęłam pisać i stwierdziłam, że to za długi komentarz i co ważniejsze strasznie leży mi to na sercu.... i muszę to wyrzucić z siebie.
Zaczynając od początku. W czerwcu 2020 roku postanowiliśmy z mężem, że nie chcemy czekać więcej (mimo że było to 3 miesiące przed naszym ślubem) marzy nam się duża rodzina i pójdę do ginekologa sprawdzić czy wszystko ok. Tak też zrobiłam, okazało się że wszystko jest w porządku, mam małego mięśniaka i tyle. Wiedziałam, że to nie będzie mój lekarz prowadzący bo po prostu nie pasował mi. Do grudnia staraliśmy się na luzie. Pod koniec roku zaczęłam się stresować tą sytuacją. W styczniu udało mi się dostać do wybitnego lekarza, polecanego przez wiele osób. Przeprowadził trzy miesięczny monitoring. Szukał powodów niepowodzeń, co oczywiście kosztowało mnie wiele nerwów. Ostatecznie postanowił sprawdzić poziom progesteronu. Robiłam badanie progesteronu razem z monitoringiem. W momencie kiedy był najwyższy wynosił ok 10 ng/ml (9,2 czasami 9,6, 10,2) i estradiol 95 ng/ml. Po tym mój lekarz stwierdził że musi się skonsultować i będziemy kontaktować się smsowo.... Więc ja pisałam, cała swoją historię wizyt w smsach a lekarz odpisywał "sms po 20" jeżeli w ogóle odpisywał.... i tak w kółko, w końcu poddałam się, zrezygnowałam. Zmieniłam lekarza, nie jest może światowej klasy lekarzem, mimo że jest ordynatorem miejscowego szpitala, ale na wizycie oczywiście badanie wykazały, że nic tylko rodzić i przepisał dupshaston, żeby troszkę poprawić progesteron. Ten cykl będzie 3 z tym lekiem. Trochę martwią mnie wyniki męża, ale za miesiąc je powtórzymy zobaczymy co wyjdzie.
20 cykl starań
25 dzień cyklu
Wczoraj zostałam ciocią, moja najlepsza przyjaciółka urodziła synka. Jestem z niej ogromnie dumna i cieszę się, że ten Maluch rozświetli nasze życie. Ale w takich momentach przychodzi też westchnienie nad własnym losem. Staramy się z mężem na tyle długo, że moja przyjaciółka w tym czasie zdążyła wyjść za mąż, zajść w ciążę i urodzić dziecko chociaż planowała je dużo później niż my. A w naszym życiu przez cały ten czas za wiele się nie wydarzyło, wypróbowaliśmy metody naturalne, planowanie, monitorowanie, pogłębiliśmy diagnostykę, zapisaliśmy się do kliniki leczenia niepłodności, przeszłam zabieg oceny drożności jajowodów, stymulacje, zainwestowaliśmy w dietę, suplementację, byłam na wizytach u urofizjoterapeutki i dietetyczki i każda z tych osób, każdy jeden wynik badań potwierdza brak przeciwwskazań do ciąży. Mimo całej wykonanej pracy pozostało mi cieszenie się szczęściem innych. Mam nadzieję, że będę potrafiła być wsparciem.
Bardzo chcę wierzyć, że to wszystko jest po coś, że do tej pory to nie był właściwy moment, że wspólnie czekamy jeszcze na nasze największe szczęście.
Nasza mała Ł., nasz mały K. czekajcie na nas cierpliwie, idziemy z Waszym tatkiem, droga jest bardzo długa, niebo zachmurzone, po drodze bywało burzliwe, wpadliśmy w kilka dołków, wielokrotnie się potknęliśmy, ale dopóki Was nie poznamy i nie przytulimy do serca - nie poddamy się! Choćby na ostatnim oddechu, zrobimy wszystko byście zawitali w naszym życiu 💚 Będę o Was walczyła do samego końca 🌱
Decyzja o staraniach o dziecko była tylko kwestia czasu...
Trwało to trochę, ale jakoś nie zrazaly początkowe porażki, nie czułam presji mierzenia temperatury, testów owulacyjnych, przecież kiedyś musi sie udać...
W pracy pojawia się szansa na super rozwój zawodowy, coś na co czeka się latami i co? T
To był początek maja 2020, tak właśnie wtedy poczułam, ze to moze byc ten moment... testów nie miałam, do apteki nie po drodze, bo praca, brak czasu itp... W końcu kupiłam, nie wierząc w sukces... druga kreska była tak delikatna, ze nie wiedziałam co myśleć...
Ku pamięci - z dnia 15.12.2021
Nie spałam pół nocy, jak przed 2:00 się obudziłam to tyle... Skutek tego taki, że jestem zmęczona i roztargniona. Leki przeciwbólowe przestały działać - boli mnie całe ciało a najbardziej w okolicach macicy (nadal lekko krawię po zabiegu) i w miejscach wkłuć wenflonów i zastrzyków przeciwzakrzepowych. Pan Doktor mówił, że te bóle mogą trwać nawet do tygodnia, tak więc, czekam cierpliwie... Ewentualnie mogę się do niego przejechać i da mi kolejna dawkę przeciwbólowego, zobaczę jak będę czuć się wieczorem.
Kurier przyjechał po szczątki dziecka do badania. 😊 Prawdopodobnie w poniedziałek dowiem się, jakiej płci jest Aniołek. ❤ Imię dla dziewczynki już mamy, zastanawiamy się nad imieniem dla chłopca... Znów mieliśmy wieczorem rozmowę na ten temat, jest ciężko. 😞🥺
Nie sądziłam, że największym dramatem 2021 roku będzie dla mnie... Za mała trumienka dla dziecka. To takie głupie, ale chcę Aniołka pochować z boćkiem Bolkiem, który miał być pierwszą maskotką. Musimy z mężem wymienić trumnę na większą. I żeby nie było - mam świadomość tego, jak śmiesznie to brzmi ale... No właśnie "ale"... 😞 Nie chcę, by moje szczęście leżało tam samo... W zimnie, mrozie, kiedy świat będzie się budzić do życia i kiedy będzie grzało słońce... 😭
To trzeba przeżyć.
Poddałam się. Przestałam odmawiać Nowennę. Nie mam siły do tego. Do obrazy i fochów na Pana Boga mi daleko, po prostu... Jakkolwiek to brzmi - nie mam siły. Łzy podczas modlitwy mnie nie opuszczają, ledwie odmawiamy z mężem "naszą" modlitwę. Tak mi przykro. 😭
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2021, 11:59
Co poczułam? Najpierw niedowierzanie, po drugim teście wątpliwości już nie było, pojawił się strach, bo przecież zmieni się całe nasze życie, ale wiedziałam jedno, oboje tak bardzo chcieliśmy tego dziecka...
W ciąży czułam się tak dobrze, że czasami mogłabym o niej zapomnieć. Rodzina wiedziała szybko, bo przecież ja czuje się świetnie, niby wiem, poronienia się zdarzają, ale czemu akurat mi? Wszystko musi być dobrze...
Nadszedł czas na prenatalne, lekarz mówi, ze w tym wieku trzeba, robimy, na USG wszystko książkowo, dziecko zdrowe, ale na wyniki z krwi trzeba poczekać... to byl czwartek, Pani mówi, ze jak będzie źle, to zadzwoni w ciągu tygodnia, jak nie zadzwoni znaczy ze jest dobrze...
Pierwsze 2 dni myślę tylko o tym, potem wierzę ze może być tylko dobrze... 8 dni później, jesr piatek, wracam z pracy, do której muszę wrócić na nocną zmianę, dzwoni nie znany numer, odbieram i słyszę tylko, że pani dzwoni z laboratorium i mówi jedno zdanie "pani wyniki sa w dalszej analizie " co to znaczy? Jest zle, skoro dzwoni, prawda? Słyszę jeszcze coś, ze nie może powiedzieć więcej, ze to nie na telefon, ze po weekendzie mogę zadzwonić do lekarza... zaczynają się czarne myśli, co się właściwie stało? Wtedy zadzwoniła już sama lekarka, wyjaśniła co zaszło - mam podwyższone beta hcg, stąd skorygowane ryzyko zespołu u mojego dziecka jest wysokie - 1:26.
Świat mi się zawalił, dzwonię do mojego lekarza prowadzącego i słyszę, o amniopunkcji, ale w zasadzie mówi wprost o aborcji...
Ale jak to? Mam zabić swoje dziecko? Bo jest chore? Stop... to tylko ryzyko, przecież to jeszcze nic nie znaczy...
Pojechałam na noc do pracy, głównie żeby się zająć czymś, co pozwoli nie myśleć...
Wyniki nifty były po tygodniu mailowo... nigdy tak bardzo nie bałam się otworzyć maila... przeglądam całość i jest wniosek którego szukałam "zdrowa dziewczynka" - moja mała córeczka... teraz już musi być tylko dobrze, tyle stresu było, ale dałaś radę, mamusia już będzie spokojna, ze nic Ci nie jest...
Amniopunkcja potwierdziła, ze jesteś zdrowa dziewczynka, teraz tylko równie zdrowo i coraz bliżej żebyś tu była... Twój pokój jeszcze nie gotowy, ale jest dopiero sierpień, z przeprowadzką pewnie nie zdążymy, ale plan jest, to kolejny moment ze w swej naiwności wierzę, ze będzie dobrze...
12.11 - tej daty nie zapomnę do konca życia...
Po południu mam to echo serca, w sumie nie chce jechać, bo przecież jest dobrze...
Pojechałam... podczas badania usłyszałam tylko "Nie widzę żadnych przepływów do dziecka" co to znaczy? "Że pani dziecko zmarło" czy to możliwe? Moze to jakaś straszna pomyłka?
NIEDZIELA
Dochodzę do siebie powoli... Tak naprawdę to każda porażka boli mniej, po kolejnej nieudanej procedurze szybciej się podnoszę i zaczynam działać, mniej spustoszenia sieje ona w mojej glowie... i właściwie mam już wykreowany plan B. Czekamy na transfer na koniec sierpnia... i jedziemy do Czech na ostatnią (tym razem już na serio) procedurę. Naczytałam się różnych wrecz niewiarygodnych historii dziewczyn o tamtejszych sukcesach... i chyba mam nadzieje, że będę tym cudownym przypadkiem, gdzie w PL 3 ivf sie nie udały,a w Czechach magicznym sposobem sie powiedzie (chociaż nie wiem na ile to możliwe). Tak czy siak jedziemy na konsultację. Jeśli Doktor uzna, że są jakieś szanse to robimy 4 ivf, jeśli sam stwierdzi, że no nie widzi tutaj mozliwości sukcesu... To idziemy w dawstwo. Zreszta jesli 4ivf sie nie uda to też idziemy w dawstwo komórki jajowej. Może wtedy będzie mi jakoś łatwiej się z tym wszystkim pogodzić? Tak czy inaczej zbliżamy się już ku końcowi tej całej historii. Zresztą 10 stron na ovu... tez już mówi samo za siebie. W lipcu miną dokładnie 4 lata od 1cyklu starań. 4 lata... sama nie mogę w to uwierzyć, że dałam radę tyle walczyć. Że miałam siłę tyle czasu wytrwać... Że się jeszcze nie poddałam!
jakby ktoś miał spytać o receptę na to, żeby nie zwariowac podczas długich starań... to bym nie wiedziała co odpowiedzieć. Sama nie wiem skąd bierze się ta siła i wytrwałość w dążeniu do celu. Nie znałam takich cech u siebie wcześniej. Zobaczymy czy to zostanie nagrodzone.
37 dc
Widzę że idę na jakiś rekord. Test negatywny, szyjka wysoko, @ brak, wzdęty brzuch. Jutro z rana idę do szpitala pytać co dalej.
Etap pod tytułem druga procedura ivf zakończony.
Wszystkie zarodki padły. Został jeden słabej klasy 4CB.
Jak zobaczyłam na komputerze protokół z hodowli to miałam ochotę wyjść.
Transfer trwał pół godziny, doktor nie mogła dostać się do macicy, miałam tym razem w 100% zarośniętą szyjkę. Po kilku próbach rozerwała zrosty na żywca. Myślałam że się zsikam z bólu. Podała zarodek i próbowała nas pocieszać, ale po chwili się zorientowała, że nie musi nam mydlić oczu.
Kiedyś myślałam, że jak wszystko inne zawiedzie to zostanie jeszcze in vitro. Taki pewnik. Hahaha!
Lepiej jak widać wychodziły nam starania naturalne niż to całe cholerne ivf. W przeciągu 1,5 roku 3 razy zaszłam w ciążę naturalnie. Przy ivf z 52 komórek (czyli tylu ile bym wyprodukowała przez 4,5 roku) mieliśmy 2 słabe blastocysty. Komedia. Nie wierzę w to jeszcze. Po chuj mi to było.
Jedyną rzeczą która wyszła nie tak, jest homocysteina. Bardzo żałuję, że zaczęłam się zagłębiać w ten temat. Z poziomem 15 żyło mi się naprawdę dobrze. Teraz mam 49,3 qmol/l, mimo pięknych wartości witaminy B12 i kwasu foliowego, zdrowej diety, ruchu, picia zielonej herbaty, ograniczenia kofeiny i spożywania dużych ilości roślinnego białka. Konsultowałam to już u 3 lekarzy i każdy rozkłada ręce, mówią nawet, że to nieistotne. Czuję się głupia.
Podsumowując: to wszystko przetyrało mnie tylko psychiczne i finansowo. Mam zarośnięty brzuch i żyły od igieł. W przeciągu trzech miesięcy 4 razy zakładali mi wenflon. Rzygać mi się chce.
Napisałam do Reprofit w Czechach i poprosiłam o konsultację. Jak trzeci raz efekty będą podobne to rzucam to wszystko w pizdu. Szkoda życia, zdrowia, młodości, naszej relacji i mojego organizmu.
Dzwoniłam do mamy. Chciała przyjechać przez całą Polskę żeby mnie pocieszyć. Powiedziała, że gdyby mogła, to by urodziła za mnie. Dała mi namiary do jakiejś znachorki, która ponoć od razu widzi co komu dolega i wielu jej koleżankom pomogła. Kiedyś bym w życiu nie poszła do kogoś takiego. Dziś chwytamy sie wszystkiego.
Na szczęście jutro wyjeżdżamy daleko od domu, może spacery i czas razem pomogą nam przetrwać jakoś te najtrudniejsze chwile.
Kończy się drugi cykl po dodatkowej immunosupresji.
Niestety bez żadnego podglądu, bo byłam na kwarantannie....
Mąż zachorował. Miał gorączkę przez 5 dni non stop, słabo reagował na leki.
Mam obawę, że tyle miesięcy pracowania na wyniki nasienia poszły.....
Ostatnio badał się w marcu, więc teraz powinien powtórzyć w czerwcu ale podjęliśmy decyzję, że przekładamy na sierpień. Nie chcę się załamywać jeżeli wyniki faktycznie poleciały....
W piątek robiłam sobie przeciwciała na covid czy przechorowałam. Przeciwciała ujemne, więc tego samego dnia się zapisałam i zaszczepiłam.
I tu się trochę zaskoczyłam, że się nie zaraziłam. Biorę jedną immunosupresję na stałe, a drugą miałam od Paśnika i ona powinna jeszcze działać. I czy te leki faktycznie działają ? Pierwszy lek biorę na wzjg aby właśnie osłabić układ odpornościowy aby sam siebie nie atakował. Skoro brałam "podwójną" immunosupresję to chyba ta odporność powinna być niska ?
Spaliśmy razem w łóżku (potem się przeniosłam do drugiego pokoju, bo jak gorączkował to się obydwoje nie wysypialiśmy bo się wiercił strasznie). Jak kasłał to zwracałam mu uwagę aby zasłaniał buzię i nie kasłał na mnie (i tak zapominał i potrafił kaszlnąć mi prosto w twarz
)
I jak byłam trochę bardziej podbudowana, bo poprawiły się jego wyniki a ja mogłam w końcu zastosować leczenie od Paśnika to teraz moja motywacja i wiara w to, że się uda znowu jest bliska zeru.
Podczytałam dzisiaj wątek długoterminowych staraczek, które są teraz w ciąży i powiem szczerze, że zrobiło mi się mega smutno. Pisały tam o tym jak czują pierwsze ruchy i jakie to jest wspaniałe. I widzę różnicę między tym wątkiem a wątkiem ciążowym innych staraczek. Tutaj są te ciąże bardzo wyczekiwane (co nie znaczy, że inne mniej), w zdecydowanej większości długoterminowe, nawet po kilka lat. Dziewczyny, które miały zaraz podchodzić do in vitro, z niedrożnymi jajowodami (czekające na laparoskopię, a jednak udało się jakimś cudem naturalnie), dziewczyny z problemami immunologicznymi (z wynikami bardzo podobnymi do moich). Gdzie ciąża przyszła praktycznie z zaskoczenia, po długoletniej walce.
I tym dziewczynom z tego wątku kibicuje szczególnie mocno, bo wiem jak się czuły, bo sama staram się bardzo długo....
I czasem wchodzi taka myśl, że ja tego co one nie doświadczę.....
Słuchałam kiedyś jednego podcastu, gdzie dziewczyna starała się długo i bezskutecznie. I zrezygnowali ze starań pod okiem lekarza a podeszli do procedury adopcyjnej. Powiedziała takie zdanie, że nie ważne czy dziecko jest z brzuszka czy z serduszka. A czy dla mnie to jest nie ważne ?
Czuć pierwsze ruchy dziecka ? Zobaczyć po raz pierwszy osóbkę, która jest stworzona ze mnie i z męża ? Jest tylko i wyłącznie nasza i stworzona z miłości ? Widzieć pierwszy uśmiech, pierwsze kroki, pierwsze słowa "mama", "tata" ?
Czy to samo bym poczuła gdybyśmy adoptowali dziecko ? Nie ważne czy z brzuszka czy z serduszka ?
Najczęściej w procesie adopcyjnym można adoptować starsze dziecko. Tyle to trwa, zresztą teraz podobno jest jeszcze gorzej ze względu na fakt, że dzieci do adopcji trafiają później niż kiedyś, m.in ze względu na profity od państwa ( wiem, że nie w każdym przypadku tak jest ale niestety ma to wpływ). Zatem adoptując takiego 3-4 latka, który już swoje przeszedł czy bylibyśmy w stanie temu podołać ?
I może się komuś to wydać płytkie, bo przecież powinno się kochać każde dziecko i dać mu dom i nie patrzeć na wiek. Jednak zgłębiając temat to nic nie jest proste.... Im później dziecko trafia to OA tym często większe ma "problemy", przeszło więcej złych doświadczeń(? nie wiem jak to ująć). Plus omija nas moment pierwszego uśmiechu, pierwszej zupki, pierwszego kroku.....
Mąż od dawna wspominał o adopcji. Wydaje mi się jednak, że facet trochę inaczej do tego podchodzi. Tak czy siak nie on nosi dziecko pod sercem. On styczności z małymi dziećmi nigdy za bardzo nie miał. Instynkt rodzicielski u faceta też jest chyba inny. Ja byłam zdania, że jak nam się nie uda naturalnie to wtedy podejdziemy do adopcji. Ale kiedy będzie ten moment, że powiem "dobra, to jest czas aby zakończyć starania" ?
Strasznie to wszystko trudne.....
Jak widzę, że są dziewczyny, których starzy mają po kilkadziesiąt lub nawet kilkaset (!) milionów plemników, a też nie mogą zajść w ciążę to gdzie my z naszymi mizerotami ? gdzie przez ponad 5 miesięcy udało się w końcu uzyskać w całości troszkę ponad 20 mln ? I gdzie problem męski to nie jedyny problem ????
Gdyby nie to, że mam wyczerpującą się rezerwę jajnikową to najchętniej zrobiłabym przerwę od tego wszystkiego......
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 czerwca 2021, 09:23
38 dc
Chciałam okres? To już nie chce 😅 jeśli nie dostanę to jutro normalnie o 8 rano mam być w szpitalu i będą mi robic badania. A jak dostanę to następny termin mam na sierpień.
Jako typowy życiowy przegryw czuję że @ przyjdzie. Ciężko myśleć pozytywnie. Z nerwów przewraca mi się w żołądku.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.