Cbag Trudna przeprawa, która trwa i trwa.... 11 października 2025, 20:01

Nigdy się nie poddawaj 🤞🏼

Cbag Trudna przeprawa, która trwa i trwa.... 31 października 2025, 16:14

Monitoring 31.10.25

Mój kurniczek w przybliżeniu wynosi 30 jajeczek, zdecydowałam z lekarzem, że przy takiej liczbie komórek zrobimy pół na pół z tego względu, jak byśmy zapłodnili wszystkie to było by niehumanitarnie i też przepisy nie pozwalają na większą ilość (chyba że po 35 r.ż to tak) więc połowę zapładniamy, a resztę mrozimy. W poniedziałek punkcja, bo już są bardzo duże, trochę się stresuje 😔. Ale wszystkie znaki na niebie i wszechświecie sa po mojej stronie bo jestem numerologiczną 3 😊 i wszędzie widze 3 i jeszcze potwierdzenie 3 listopada to musi być szczęśliwy dzień 🥰

Plan działania:
31.10.25 - piątek
Menopur + primulut
1.11.25 - sobota
Primolut 2*1 + gonapeptyl daily o 22:00!!!!(2 ampułki na raz)
2.11.25 - niedziela
Sumamed 1*1 + primolut 2*1
3.11.25 PONIEDZIAŁEK PUNKCJA
Sumamed wieczorem
4.11.25 Wtorek
Sumamed 1*1
Niech niebiosa mają mnie w opiece 😇

Niestety mój kochany mąż nie będzie mógł być przy mnie 😔


Wiadomość wyedytowana przez autora 1 listopada 2025, 20:30

Czuję się rozczarowana, wściekła, brzydka, wybrakowana. 43 dzień 15 cyklu starań:
BetaHCG <2,3 mIU/ml
Progesteron 1,75 ng/ml

Czuję, że prędzej dostanę menopauzę, niż zajdę w ciążę kiedykolwiek.

Mam zamiar przez cały weekend czytać swoje durne książki i nie odzywać się do nikogo.

A przy tym wszystkim, M. powtarzał badania nasienia. Clostilbegyt trochę pomógł, ilość i koncentrację mamy na reszcie w normie, ale wiadomo, to wciąż te dolne liczby. Ruch postępowy poprawił się bardzo, bo aż do 11,4% (norma to 30%, ale startowaliśmy z 1% także sukces). Morfologia wciąż 1%, podejrzenie pinheads, a więc podejrzewam, że gdybyśmy powtórzyli fragmentację DNA wciąż byłaby beznadziejna (nasz ostatni wynik 34%). Wydaje mi się, że to musi być coś genetycznego. Tryb życia M. jest naprawdę dobry, jestem na sto procent pewna, ze nie tutaj leży wina, co zresztą potwierdził androlog.

Zaczynam już mocno naciskać na invitro, mieliśmy dać sobie czas jeszcze do końca roku, ale czuję, że tylko go marnujemy. Przestaje wierzyć, że macierzyństwo jest nam pisane i pęka mi przy tym serce, bo wiem, jak wspaniałym ojcem byłby M. i jak cudowny dom stworzylibyśmy dla tego maluszka.
Zabawne, zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Teraz nie wiem nawet czy będzie mi dane tulić chociaż jednego brzdąca.


Dziś mija 3 dzień po punkcji jajników 😉.

Ale po kolei 😉
3.11.2025 odbyła się planowana punkcja jajników, tego dnia bardzo się stresowałam. Najpierw była awaria systemu wszystkie windy oraz drzwi nie działały dopiero pracownik kliniki otwierał nam drzwi. Gdy weszłam do kliniki najpierw zgłosiłam się do rejestracji tam pani dla mi identyfikator i skierowała do gabinetu zabiegowego tam położne zaprowadziły mnie do właściwej sali zabiegowej objaśniła jak trzeba było się przygotować do zabiegu (czyli tylko wygodna bluzka i skarpety, dostałam jednorazowy kubraczek zabiegowy i kapcie) dostałam łóżko, na które musiałam usiąść i poczekać na położna, aż zmierzy mi ciśnienie (a że bardzo się stresowałam to miałam wysokie) założyła mi wenflon – to było najgorsze, bo nie mogła się wbić w rękę, bo inne pielęgniarka pobierała krew i został siniak na prawej ręce (na lewej było mierzone ciśnienie) a że u mnie żył nie widać to wbiła się w dłoń co, czego nienawidzę, bo to jest bardzo bolesne i trudno się goi (jeszcze była trochę nie miła) gdy już mnie podłączyli to czekałam na swoją kolej. Gdy naszła moja kolej zobaczyłam, że jest tam mój lekarz prowadzący trochę mi ulżyło, kazano mi poczekać na panią embriolog żeby jej dać mój identyfikator i potwierdzić dane, gdy to zrobiłam położyłam się na fotel ginekologiczny dostałam znieczulenie i odpłynęłam… już jak zabieg się zakończył to kazali usiąść na wózek inwalidzki i przewieziono mnie do mojego łóżka w celu odpoczynku. Powoli się budziłam i stopniowo podnosili mi poduszkę i przygotowywali mnie do wstania. Gdy miałam już siadać to zaczęło mnie szczypać w pochwie słabo mi się zrobiło, miałam ochotę wymiotować, poty zalały i ciśnienie spadło – szybko podały mi leki przeciwwymiotne kazały się położyć jeszcze doszła do tego kroplówka z glukoza. Jedna z nich pytała się czego nie mówiłam, że mam chorobę lokomocyjna – ja odpowiadam, że nie wiedziałam i też nie było nic w karcie do anestezjologa – to na przyszłość mam mówić. Już było lepiej po tym wszystkim to wstałam na własnych nogach oczywiście wyszłam ostatnia z dziewczyn co miały punkcję i byłam z tymi co miały transfery.
P.S na sali była jeszcze taka upierdliwa dziewczyna co pieprzyła głupoty, a była już 3 raz i nie wiedziała, jak się ubrać do zabiegu. O tym nie chce mi się pamiętać.

Po zabiegu pielęgniarka powiedziała, abym udała się pod gabinet na konsultacje po zabiegowe i tam dowiedziałam się że udało się pobrać 13 komórek i wszystkie będą zapłodnione( nie ma co dzielić bo taki był plan)

Jak wyszłam z kliniki odwiózł mnie do domu Mateusz chmiel(bo mati mój miał 2 zm) każdy krok to był ból jajników i każda dziura. Poprosiłam go aby zawiózł mnie do teściowej na chwilę ( w razie czego, jakby się coś działo to żeby ktoś był przy mnie), zjadłam rosół posiedziałam jeszcze 2 godziny i zadzwoniłam do Adama kukiełki aby mnie odwiózł do domu, bo już nie mogłam siedzieć. Ledwo się położyłam nie dość, że bolały jajniki to jeszcze okropne wzdęcie. Gdy Matej wrócił do domu, to pomógł mi wstawać z łóżka, żebym mogła pójść do toalety, ale nie obyło się bez środków przeciwbólowych i gorączkowych. Przez pierwsze dni nie miałam siły na nic dobrze, że mam Mateja, który o mnie dbał i dba nie wiem, co bez niego bym zrobiła.


Wiadomość wyedytowana przez autora 8 listopada 2025, 17:13

21 + 2
W poniedziałek mieliśmy II badania prenatalne oraz wizytę u ginekologa. Lekarz na prenatalnych bez zawahania potwierdził, że będzie syn 💙 Również dowiedziałam się, że mam łożysko na przedniej ścianie także na widoczne ruchy na brzuchu będę musiała jeszcze poczekać.

We wtorek wszyscy tak czekali, że zrobiliśmy filmik z okazji Gender Reveal - wszyscy już wiedzą, że czekają na Filipa 💕🥹

Ogólnie czuję się bardzo dobrze. Dużo energii, czasami boli głowa i ciężko mi zasnąć bez kręcenia się ale tak bez narzekania. W przyszłym tygodniu wybieram położną. W tym miesiącu również odwiedzimy jeszcze dwa szpitale żeby ostatecznie wybrać.


Wiadomość wyedytowana przez autora 6 listopada 2025, 16:39

26+0
Już za chwilkę zaczynamy III trymestr. Nie chce mi się wierzyć, że dopiero co byliśmy na I prenatalnych. A do naszego spotkania zostało mniej niż 100 dni ❤️

Od tygodnia widać ruchy na brzuchu, jest to niesamowite.
Ale od 2 tygodni też boli mnie cały dół brzucha, wszystko się rozciąga, a brzuch mam dosyć nisko. W nocy też ciężko mi spać, do 2 w nocy sie kręcę, a mały się rusza. Rano też budzą mnie kopniaki.
Jestem po spotkaniu z położną, kupiłam piłkę i zaczęłam też ćwiczyć. W styczniu kompletujemy apteczno-pielęgnacyjne rzeczy i fotelik.

Od 2 lat święta były dla mnie trudne. Ciężko było mi pakować prezenty dla innych dzieci, widzieć rodzinne zdjęcia i życzyć Wesołych Świąt. W tym roku jest cudownie. Nowe mieszkanie, nowa choinka, jarmark zaliczony, prezenty kupione. Cieszę się na święta jak nigdy 🎄🎀

5t+5d według aplikacji

Przyrost bety w tamtym tygodniu wynosił 405, a po 48 h 834, co daje 105%. Ale od momentu implantacji cały czas mam plamienia od czwartku również była żywa krew. Zadzwoniłam po luteinę, mam brać 2 x 1.

W piątek myślałam, że zaczęło się poronienie. Cały dzień bolał mnie brzuch z lewej strony, a jechaliśmy pociągiem 2,5 h na chrzciny, bo nasze auto kilka dni wcześniej miało awarię i jest u mechanika. Wieczorem ból brzucha tak się nasilił, że nie byłam w stanie leżeć, stać, jeść i wzięłam no spę ale żadnej różnicy nie czułam. Również w plamieniach znów pojawiła się żywa krew i malutki skrzep. Bardzo się przestraszyłam i byłam gotowa jechać na SOR ale na teleporadzie w czwartek usłyszałam, że jeśli nie ma krwi w takiej ilości jak na miesiączkę lub więcej to mam się wstrzymać z SOR. O 2 w nocy wzięłam ciepłą kąpiel i polewałam brzuch wodą - dało mi to trochę ulgi i po 2 h ból całkowicie odpuścił.
W sobotę rano obudziłam się jakby nigdy nic, żadnego bólu. Plamienie praktycznie zero, zaś w niedziele po powrocie, znów cała wkładka plamienia i lekki ból brzucha.

Dzisiaj wieczorem idę do swojego lekarza prowadzącego zobaczyć czy na USG cokolwiek widać, bo tydzień temu było tylko ciałko żółte i grube endometrium. Może zwiększy mi dawkę luteiny i da L4. Ciężko mi cieszyć się teraz z ciąży, tyle na to czekałam, a jestem pełna obaw. Na razie wstrzymujemy się i nie mówimy rodzinie i znajomym. Myślę, że poczekamy do prenatalnych.

19 maja 2025 - trzecie i zarazem ostatnie prenatalne 🤭.

Teraz już z górki, parę wizyt u lekarza prowadzącego, skierowanie na CC i będziemy się tulić 🥹. Nie wiem kiedy mi ta ciąża tak zleciała, ale mając coraz większą Tośkę w domu czas leci co najmniej trzy razy szybciej 🥺.

Na badaniach wszystko dobrze, Jasiek jest zdrowy i rośnie pięknie 🩵. Mamy już 1734g Chłopca, wielkościowo z wymiarów wychodzi tydzień większy 🤭. Oczywiście buzi nadal nie chce pokazywać, dopiero jak lekarz posmyrał go po jajkach to z uśmiechem pod nosem pokazał nam się chociaż troszkę 📸.

20250519-125826-2.jpg

Ja chyba też czuję się dobrze, blizna po poprzednim CC trochę ciągnie, no ale przecież w końcu mam co dźwigać 🤷🏻‍♀️. Szyjka macicy długa i zamknięta, według pomiarów 3.84cm, więc póki co nie muszę obawiać się wcześniejszego wyjścia 😬i mogę bez obaw latać za śmigającą wszędzie Tośką 🩷.

Co do wyprawki i przygotowań, to z jednej strony cieszę się, że większość rzeczy mamy po Tośce, więc odpadnie nam zakup wózka/fotelika i innych ważniejszych rzeczy, jedyne co to nie mogłam powstrzymać się i kupiłam Jaśkowi trochę typowo chłopięcych ubranek 🤭. Walizkę do szpitala nie wiem kiedy będę pakować, bo jakoś ciężko mi zrozumieć, że przecież zostało już tylko parę tygodni, no ale będę musiała się za to zabrać 🥲.

4risu Co przyniesie los.. 27 maja 2025, 13:43

Cykl1
14 lutego. Data symboliczna.
To nie był czas planowany, raczej spontaniczny z nadzieją, że może Niebo i Ziemia obdarzą nas swoim Cudem.
Moje cykle obserwuję od paru lat. Uczyłam się siebie z wiedzą książkową, którą szkoła mnie nauczyła i z własnych pomyłek. Może trochę wstyd przyznać, ale nie wiedziałam, że musi dojść do tak wielu czynników sprzyjających. Jak delikatne jest to wszystko - życie na krawędzi cudu.
Tego cyklu owulację wyczułam na 11-13 dzień i to w tych dniach było najwięcej Miłości.
2 tygodnie wcale nie były pełne wyczekiwania, raczej głowę zaprzątałam sobie innymi rzeczami. Unikałam myślenia o nadziei.. w nadziei, że to nam właśnie pomoże.
Nie pomogło. Okres rozpoczął się plamieniem 24 dc i pełnym krwawieniem 28dc.
Cykl zamknięty.
Partner również to przeżył, może nawet bardziej niż ja.
Ma trudny nawyk żartowania o ciąży..
Jeśli mam jakieś objawy to od razu kwituje to "może jesteś w ciąży?".
Wiem, że tak dzieli się ze mną swoją nadzieją, więc akceptuję to.


Wiadomość wyedytowana przez autora 27 maja 2025, 13:55

maybenow Może właśnie teraz 5 września 2025, 14:15

Miałam szczerą nadzieję, że chociaż to mnie ominie, ale nie. Wisienką na torcie moich diagnoz oficjalnie został zespół antyfosfolipidowy...

Nasz Skarb uspokoił się dopiero wtedy, gdy położyłam go sobie na klatce, i tak śpiulka właśnie od dobrej godziny wtulony we mnie 🤍 Teoretycznie mogłabym spróbować go odłożyć i poogarniać trochę dom, ale z drugiej strony jedyne czego teraz chcę, to właśnie tulić go w ramionach bez przerwy. Poza tym to idealny moment, żeby opisać przebieg tych ostatnich wyjątkowych dni 🤍

Pewnie będzie nieskładnie, trochę chaotycznie, ale w sumie tak to właśnie wszystko wyglądało.

Oj, dłużyła mi się końcówka ciąży. Po prostu nie planowałam swojego życia po 14 sierpnia inaczej, niż z bobasem na rękach 🙈 Chyba za mocno się przywiązałam do tego planowanego terminu porodu. Hormony zaczęły szaleć i już chciałam go mieć przy sobie. W 41+0 udałam się na ktg do szpitala - bobas 3800 g, duża ilość wód płodowych, super przepływy - jednak jeśli nic nie zadziałoby się naturalnie, to 3 dni później miałam stawić się na indukcję. Zapytałam z lekkim stresikiem (jakby to było coś nielegalnego 😅) czy doktor mogłaby wykonać mi masaż szyjki. Rozwarcie było na opuszek, więc zgodziła się bez mrugnięcia okiem i zrobiła to tak delikatnie, że prawie nic nie czułam. W drodze powrotnej zadzwoniłam do położnej, która powiedziała: "No to teraz długi spacer, ciepła kąpiel, seks i w nocy jedziecie rodzić". A więc udałam się na spacer z pieskiem, pokręciłam biodrami na piłce, później wzięliśmy z mężem wspólną kąpiel, włączyliśmy sobie muzyczkę. Po kąpieli zmęczeni położyliśmy się spać, bo poprzedniej nocy nie spaliśmy zbyt dobrze. I tak jak zasnęliśmy około północy, tak 30 minut później wybudził mnie pierwszy bolesny skurcz. Włączyłam licznik i kolejne pojawiały się regularnie co 2, maks 3 minuty. Po kilku z nich wstałam do łazienki, bo leżenie już nie było komfortowe, a z drugiej strony chciałam się upewnić, czy to na pewno to. Po pół godziny zdecydowałam się obudzić męża, pewna, że poród się zaczyna. Poszłam pod prysznic, dopakowaliśmy torbę, kolega przyjechał odebrać pieska i jakieś 1,5 godziny później wyruszyliśmy do szpitala (poinformowaliśmy o tym wcześniej telefonicznie i dostaliśmy zielone światło ze względu na częste i regularne skurcze). W momentach przerwy mówiłam do męża, że może jednak przesadzam, ale z każdym kolejnym skurczem byłam coraz bardziej przekonana, że to już nie żarty 🙈 Na porodówce podłączono mi ktg i położna sprawdziła rozwarcie. Było tylko na bodajże 1,5 cm, więc powiedziała, że możemy zostać, ale równie dobrze jeszcze pojechać do domu. Na szczęście zostaliśmy. Przeniesiono nas do pokoju przedporodowego z wielkim, małżeńskim łóżkiem, piłkami do ćwiczeń, telewizorem. Mężowi udało się jeszcze przespać, ale ja musiałam chodzić lub siedzieć, bo leżenie już nie wchodziło w grę. Odpoczywałam między skurczami, lecz gdy tylko przychodziły, bardzo bolały. Nastąpiła zmiana położnych, kolejna miała na imię tak samo jak ja 😊 Nie sprawdzała mi rozwarcia, żeby mnie nie stresować - usłyszałam, że ta pierwsza faza porodu często trwa najdłużej bez żadnego widocznego postępu, a skurcze po prostu trzeba rozdmuchiwać i przeczekać. Gdy przybrały jeszcze mocniej na sile zdecydowałyśmy się wprowadzić pierwszą metodę łagodzenia bólu, dostałam paracetamol 1000 mg w czopku (miałam jeszcze opcję kroplówki, ale wolałam odczekać z założeniem wenflonu). Powiedziała, że zacznie działać po 15-20 minutach - odliczałam każdą nich. Następnie przygotowała mi ciepłą kąpiel z olejkiem lawendowym i w wannie spędziłam dobrą godzinę lub dwie. Wyporność wody sprawiała, że leżenie było możliwe, więc zasypiałam między skurczami i czułam się wtedy naprawdę błogo. Mąż siedział obok na krześle i też przysypiał. Wtedy było już nad ranem, skurcze cały czas pojawiały się w odstępie ok. 2 minut i każdy z nich był mocniejszy. Po kąpieli sprawdzono mi rozwarcie - nadal 1,5 cm. Padła propozycja kroplówki z lekiem przeciwbólowym, na którą od razu się zgodziłam. Musiałam się do niej niestety położyć i mega ciężko było mi wytrzymać w takiej pozycji. Niestety w ogóle nie pomogła, wtedy już krzyczałam z bólu przy prawie każdym skurczu. Położna co jakiś czas do nas zaglądała i powiedziała, że mogę skorzystać z epiduralu - ale albo teraz, albo dopiero za 2 godziny, bo anestezjolog ma zaplanowane dwie cesarki. Powiedziałam, że wytrzymam, że czekamy, może dam radę bez. Mijał czas, nie jadłam od prawie doby, było mi strasznie niedobrze. Mimo, że na sali było ciepło, miałam drgawki, drżały mi nogi i broda, chciało mi się wymiotować z bólu. Byłam już też bardzo zmęczona po nieprzespanej nocy (a tej wcześniejszej też bardzo mało spałam). Po jakimś czasie zawołałam położną i powiedziałam, że nie mam już siły, że mdleję między skurczami i decyduję się na zewnątrzoponowe. Od pierwszego skurczu minęło wtedy jakieś 16 godzin. Niestety cesarki się przedłużyły i zamiast 2 godzin musiałam poczekać jakieś 4. Za każdym razem, gdy ktoś wchodził do pokoju, ja nawet na niego nie patrzyłam, miałam zamknięte oczy i spuszczoną głowę, starałam się przetrwać i błagałam tylko o anestezjologa. Mówiłam do męża, że umrę, że podziwiam wszystkie kobiety, które urodziły dzieci 🙈 Nastąpiła 3 zmiana położnych. Gdy w końcu lekarz dotarł, miałam wrażenie, że przyszedł do nas anioł, myślałam, że się popłaczę ze szczęścia. Zmobilizowałam wszystkie siły, by się nie ruszać i udało mu się wkłuć między skurczami za pierwszym razem. Chciałam go przytulić i wycałować w ramach wdzięczności 😅 Po 15 minutach poczułam błogi spokój, choć nie byłam w stanie prosto leżeć na plecach i znieczulenie nierówno się rozłożyło. Położyłam się na prawej stronie i po jakimś czasie złapało już kompletnie. Skurcze rysowały się na ktg, a ja mogłam po prostu pójść spać.. Spałam godzinę jakby to był najpiękniejszy i najbardziej wartościowy sen mojego życia. Obudziłam się koło 18, zjadłam pierwszy posiłek i miałam czas popisać z przyjaciółkami, stąd wiem, co i o której godzinie się działo ❤️ Szyjka otworzyła się na 6 cm i gdzieś w międzyczasie odszedł mi czop śluzowy. Po dwóch godzinach jednak nie ruszyła już bardziej, skurcze sie wyciszyły. Położna powiedziała, że musimy je trochę wspomóc - zrobiła mi akupunkturę, dała homeopatyczne tabletki i olejek lawendowy do wąchania, a ja mogłam odpocząć. Za jakiś czas przyszła i wymasowała mi brzuch olejkiem, który pachniał świętami - dobre 20 minut masowała mnie ciepłymi rękoma, zagadywała na różne tematy, miała taki kojący głos.. Jak mama. Pokazywała, jak ułożone jest dziecko w brzuchu, dała mi wymacać jego plecki. Stwierdziła, że synek jest duży, ok. 3900 g i dość długi. Po tych wszystkich metodach skurcze stały się częstsze i intensywniejsze. Przy ok. 10 cm przenieśliśmy się na porodówkę, mogłam sama iść trzymając się stojaka do kroplówki, byłam w świetnym nastroju - mąż i położna mówili, że nie wyglądam, jakbym rodziła 😃 Wtedy poród trwał już ponad 24 h. Nastąpiła 4 zmiana położnych, mieliśmy czekać na jeszcze mocniejsze obniżenie się dziecka. Zaczęłam już czuć rozpierające skurcze parte, ale odstępy między nimi były zbyt duże. Mogliśmy decydować, czy przebijamy teraz pęcherz płodowy, czy czekamy, aż pęknie sam. Ja nie potrafiłam wtedy podejmować decyzji, nie wiedziałam co jest dla mnie dobre, a ta nowa położna przybierała właśnie taką postawę "rób co uważasz, co podpowiada ci serce, masz wybór". Przy skurczach stała obok i patrzyła się na mnie zamiast starać się jakoś pomóc. A były one już wtedy naprawdę, naprawdę bolesne. Mąż poprosił o zmianę położnych. To była najlepsza decyzja - kolejna, piąta, była jak anioł, przechodziła ze mną przez każdy skurcz, mówiła, jak je przetrwać. Założyła mi cewnik, bo dziecko zeszło już bardzo nisko i tak uciskało cewkę moczową, że nie byłam w stanie zrobić siku. A potrzebowaliśmy zrobić mu miejsce, by mogło jeszcze bardziej się obniżyć. Przebiliśmy też wody płodowe. To był bardzo dobry krok, bo zaraz skurcze parte rozkręciły się na całego. Już po chwili położna poprosiła, bym podała jej rękę i wtedy dotknęłam główki naszego synka - była twarda, z włoskami. Wow, on naprawdę tam jest. Dostałam niesamowitej siły, bo wreszcie poczułam, że każdy skurcz przybliża mnie do poznania naszego dziecka i od teraz realnie mam wpływ na przebieg porodu. Położna pomogła dobrać mi pozycję, bym w trakcie skurczu mogła się zapierać i dzięki temu efektywniej przeć, a w przerwach spocząć na kolanach i lekko odpocząć. W tym czasie masowała mi plecy i przykładała do krocza gorące kompresy, a mąż trzymał za ramiona. Niestety skurcze znowu zaczęły się wyhamowywać i gdy główka była już w połowie na zewnątrz, pojawiały się może co 5 minut. Podłączyła mi kroplówkę z oksytocyną i wtedy znowu zaczęły przybierać na częstotliwości, a ja mogłam przeć. Czułam ogromne pieczenie i rozpieranie. Krzyczałam z całej siły, choć kiedyś wydawałoby mi się to przypałem - ale w tym momencie naprawdę miałam to głęboko gdzieś 🙈 Gdzieś za ścianą rodziła inna dziewczyna i się tak darłyśmy we dwie 😅 Skurcze parte trwały ok. pół godziny. Do ostatniego miałam użyć połowy siły i.. Nagle poczułam "plum", mokro, ciepło, wszystko przestało boleć, a ułamek sekundy później usłyszałam pierwszy krzyk naszego cudu. Położna powiedziała, żebym spojrzała w dół. Szok, nasz syn był na świecie. Po 29 godzinach. Miałam się obrócić na plecy i położono mi go na brzuch, pępowina nie była za długa. Był taki mokry, gorący, tak pięknie pachniał, a ja całowałam go po główce i tuliłam. Nigdy nie miałam tak małego dziecka na rękach, a w tamtym momencie od razu wiedziałam jak go trzymać i jak uspokoić. Nie płakałam, byłam w szoku. Mąż stał za nami i bał się go dotknąć. 8 minut później przeciął pępowinę. Położna położyła mi synka na klatce i pomogła przystawić do piersi. Dzień wcześniej nie było w nich nic, a po porodzie od razu pojawiła się kropelka mleka. Łożysko urodziłam w pozycji wertykalnej przy okazji jakiegoś skurczu. Ponoć było wyjątkowe, bo pępowina nie była przyczepiona po środku, jak to zwykle bywa, a na jego końcu. Położna oglądała je obok mnie na łóżku - taki kawał surowego mięcha. Następnie musiała obejrzeć obrażenia, a ja powiedziałam, żeby dzidziusia wziął mąż. Przytulił go do klatki, mówił do niego, a ten w sekundę przestał płakać. I wtedy ja zaczęłam wyć.. Zaczęły ze mnie schodzić wszystkie emocje. Strach, zmęczenie jakiego do tej pory nie znałam, adrenalina, szczęście, radość, że się udało.. Płakałam jak dziecko. Dzidziuś ważył prawie 4 kg i miał 56 cm, a ja nie pękłam - lekko się tylko obtarłam, przez co założono mi kilka szewków. Był ranek kolejnego dnia, godzina już 7 lub 8. Na sali porodowej spędziliśmy 4 godziny, 4 godziny kontaktu skóra do skóry, tylko we trójkę. Synka nie zabrali z naszych oczu nawet na chwilę, wszystko odbywało się w jednym pomieszczeniu. Dostałam śniadanie, zjadłam je jakbym głodowała rok, a kawa smakowała mi lepiej niż kiedykolwiek w życiu. Koło 11 trafiliśmy do pokoju rodzinnego, a po 2 dniach wyszliśmy do domku.
Nasze marzenie stało się rzeczywistością. Po prawie 4 latach walki, 3 stratach, 3 procedurach ivf, 4 transferach, tysiącach przejechanych kilometrów i potoku wylanych łez - dziś jesteśmy rodzicami 🤍


Wiadomość wyedytowana przez autora 16 września 2025, 14:27

4risu Co przyniesie los.. 27 maja 2025, 13:52

Cykl2
13 marca. Kolejny cykl.
Już bardziej planowany.
Okres przyszedł szybciej. Trzy dni intensywności, bólu i rozczarowania.
Byłam wściekła. Nie na kogoś. Na wszystko.
Na własne ciało, które przecież robi, co może.
Na własną psychikę, która nie potrafiła przyjąć kolejnego "nie tym razem".
Czułam, że nie mam kontroli.
Że coś pierwotnego, kobiecego, silniejszego ode mnie, prowadzi mnie w kierunku, który ja mogę tylko obserwować.
A potem... cisza.
Jak po burzy.
Pojawił się spokój i... motywacja.
Kolejny cykl, kolejne podejście. Więcej poczytałam. O hormonach, o staraniach innych ludzi, o badaniach.
Jednak 10 dc dostałam krwawień. I bólu, porównywalnego do miesiączkowego. I tak przez 3 dni aż poszłam zaniepokojona do ginekologa. Może to przez Miłość? Zbyt intensywnie? Na badaniu bez zmian. To efekt owulacji. Krwawienie owulacyjne, które czasem się zdarza. To było moje pierwsze w życiu, więc miałam prawo się zdziwić.
Z badania wynikało, że 13 dc byłam już po owulacji. Czas oczekiwania. Tutaj już oboje nie mogliśmy doczekać się momentu, w którym będę mogła zrobić test. Jednak w 24 dc przyszło plamienie. Partner mówił z nadzieją, że to może się przecież zdarzać nawet w ciąży, może implantacja..
A ja chciałam w to wierzyć.
Zamknęłam oczy, przyłożyłam dłonie do brzucha i szeptałam do środka: "Jeśli jesteś, zostań".
Cykl zakończył się 25 dnia.


Wiadomość wyedytowana przez autora 27 maja 2025, 14:17

Marz91 Chwile 5 września 2025, 14:40

Tydzień zleciał jak szalony. W pracy intensywny czas, wracam zawsze padnięta. Teraz już też funkcjonuje na oparach. Jednak 3 nocki z rzędu po 12 godzin dają mi w kość na starość. Kiedyś z nocki pobiegła bym do drugiej pracy a dzisiaj siedzę i mam pustkę w głowie, nie mogę zebrać myśli. No i tak na dobicie spada informacja z kliniki taka, że nie mam wyjścia i muszę ją zmienić. Z jednej strony od dawna nie było mi z nią po drodze ale z drugiej czas oczekiwania na wszystko mi się wydłuży. Uratowała mnie ta laparoskopia, bo gdyby nie ona miałabym już zamrożone zarodki i nici z przenosin. Ogólnie jak dostałam telefon z kliniki to myślałam, że sobie o mnie przypomnieli, ale jednak nie, nie dzwonili się dowiedzieć czemu nie rozpoczęłam stymulacji... dzwoniłam wszędzie, i tego się spodziewałam, że trafię na listę rezerwową i jak dobrze pójdzie stymulację zacznę od stycznia, do tego wyciszenie... także u mnie ławka rezerwowych chyba nigdy się nie skończy. Nie wiem czy ze zmęczenia, czy po prostu moja praca nad zmianą nastawienia do życia, czy sesje z psychologiem zaskutkowało tym, że przyjęłam to na chłodno. Stwierdziłam, że trudno, zadzwonię zapiszę się do innej kliniki i będę czekać. Może już tak bardzo nie wierzę w sukces, że mi wszystko jedno, bo i tak wiem, że się nie uda. Dlatego nie czuje złości, żalu, niczego nie czuje. Może trochę szkoda mi uciekającego czasu i to tyle. A może jednak czas poświęcić się znowu pracy na 200%, to umiem, to mi wychodzi, życie w ciągłym wirze pracy. Może jednak wszechświat mi pokazuje, że nie dla mnie jest macierzyństwo i robi wszystko, aby do tego nie dopuścić. Czas się chyba z tym pogodzić i dalej rzucić w wir pracy. Mama ma rację po co na siłę walczyć, jak nie wychodzi. Widocznie nie to w moim życiu jest pisane...


Wiadomość wyedytowana przez autora 5 września 2025, 14:41

White1 Już niedługo 3 listopada 2025, 20:29

2dc
Jutro zaczynam ostatnią stymulację Lamettą. Łącznie 105 tabletek, 11 stymulacji. Monitoring na przyszły tydzień umówiony. Trochę czuję się jakby pewien etap się kończył. Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy. Pora na ostatnią szansę, a później zostaje zdać się na lekarzy 😶‍🌫️

Cbag Trudna przeprawa, która trwa i trwa.... 21 października 2025, 16:19

20.10.2025 odbyła się kolejna konsultacja. Lekarz nie widział żadnych przeciwwskazań do stymulacji. 🥰 Skierował mnie do punktu pobrań tam panie pielęgniarki poinstruowany mnie jak mam robić zastrzyk i jak go rozrabiać. Z Poznania do domu dotarliśmy koło 18 od 8 rano 😔 byliśmy wykończeni.

Pierwszy zastrzyk (20.10.25)
O 20 zrobiłam sobie zastrzyk tyle stresu było i łez wylałam, bo nie mogłam sobie z nim poradzić mąż mi pomagał o mało nie zemdlałam po tym zastrzyku. Pierwsze ukłucie i kolejne łzy, bo strasznie bolało. Na następny dzień nie było lepiej brzuch w miejscu ukłucia pobolewa, ale kolejny zastrzyk przede mną i kolejne łzy i wiara, że się uda 🤞🏼💚.

Drugi zastrzyk(21.10.25)
Wieczór i odczuwam pobolewanie w jajnikach, jak na razie znośnie. Koło 13 pojawiło się kłucie w lewym jajniku poraz kolejny.

Trzeci zastrzyk (22.10.25)
Poszedł lepiej ale zrobiło mi się słabo bo robiłam na stojąco (prawa strona). Nie wiem czy igły są tępe czy ja nie umiem się wbijać 😉

Czwarty zastrzyk (23.10.25)
Zagapilam się i wyszła mi igła i musiałam jeszcze raz kłuć się (lewa strona) i tabletki primulut nor 2x1 zrobiło mi się nie dobrze i głową mnie boli jutro będzie lepiej 😉

Piąty zastrzyk (24.10.25) (prawa strona)

Szósty zastrzyk (25.10.25)
Wesele szwagierki i bardzo bolące jajniki zwłaszcza prawy (lewa strona)

Siódmy zastrzyk (26.10.25) (3 butelka)
Samotne mieszkanie w Poznaniu 😔 pieczenie przy dawaniu (prawa strona)

Ósmy zastrzyk (27.10.25)
(Lewa strona)

Dziewiąty zastrzyk (28.10.25)
+ poranna wizyta (prawa strona) pulsowanie w jajnikach

Dziesiąty zastrzyk (29.10.25)
(lewa strona) wieczorne boleści jajników i piersi dobrze, że niedługo koniec pierwszego etapu 🥰

Jedenasty zastrzyk (30.10.25)
(Prawa strona) Dziś trochę szczypał, cały dzień piersi mnie bolały myślałam, że wybuchną

Dwunasty zastrzyk (lewa strona)
Ostatni 🤞🏼🥰


Wiadomość wyedytowana przez autora 31 października 2025, 20:17

monia53213 Marzenie - kiedy się spełni 5 września 2025, 16:20

Mam dzisiaj zły humor.
Wyniki nasienia niestety nie są takie, jakbyśmy się spodziewali że będą po 3 miesiącach suplementacji. Szansa na ciążę jest bardzo mała. Prawdopodobnie na przyszły cykl tylko ovitrelle w celu pęknięcie pęcherzyka (i niepowstawania torbieli) bez żadnego accofilu.
Mąż ma zlecony posiew nasienia, zrobimy pewnie w przyszłym tygodniu.
Eh, jak ja mam już dość tego.
Mogę przyzwyczaić się do myśli, że ten rok nie zakończy się ciążą... Tak bardzo się cieszę, że nas nie będzie w Polsce na święta i nie będę widzieć noworodka mojej kuzynki. Nie dam rady.
Gdzie jest mój anioł? :(

maybenow Może właśnie teraz 6 września 2025, 17:00

Jestem już w takiej fazie, że wpadam w wyczerpanie.

Patrzę na rozpiskę leków i mam ochotę westchnąć, a potem wywrócić oczami. Trochę jakby świat był przeciwko mnie, bo im bardziej stosowałam się do zaleceń (leki wg rozpiski, regularne posiłki, dieta 100% bez wpadek z niskim indeksem, spacery), tym mocniej rozjeżdżał się mój cykl.

Wiem, że inni starają się dłużej, mają gorzej. Niespecjalnie mi z tego powodu lepiej.

Karo_27 Moja walka - wygrana? 7 września 2025, 08:36

Parę dni temu skończyłam magiczne 30 lat 🥳 Mija też 5 lat od kiedy zaczęliśmy się starać o dziecko… Także mam powody do świętowania 😝

Staram się szukać pozytywów, ale jestem dość mocno zmęczona, czuję potrzebę zmian w moim życiu - rozpoczęcia nowego rozdziału.
Na razie leżę sobie w łóżeczku w Krakowie, jutro będę w Karpaczu i mam nadzieję, że będzie fajnie. Chciałabym mieć z tego wyjazdu dobre wspomnienia i naładować baterie, które już prawie się wyczerpały.

Wczoraj byłam u siostry w szpitalu- przeszła operację wycięcia śledziony. Liczę, że jej rekonwalescencja przebiegnie pomyślnie, nie będzie powikłań, ani żadnych złych wiadomości. Powinna niedługo wyjść:) Bardzo mnie to cieszy, bo męczyła się 2 lata zanim znalazła szpital, który podjąłby się operacji.

U mnie (poza 30-tymi urodzinami 😜) przyjęłam ostatni - 3 zastrzyk ze sztucznej menopauzy, miałam wizytę kwalifikacyjną do transferu w mojej klinice.

Obecnie biorę equoral 2xdziennie. Potem mam włączyć acard i encorton. Mam też zapisane zastrzyki z accofilu i prograf od dnia transferu. Także będzie pierwszy transfer z obstawą immunologiczną i z accofilem.
Będzie to pierwszy i ostatni transfer z immunosupresją. Początki przyjmowania equoralu były cięższe niż doświadczenia związane z zastrzykami z diphereline i chyba nie chcę powtórki.

W tym momencie na zimowisku zostały 3 zarodki. Prawdopodobnie w październiku odbędzie się transfer nr. 6. Staram się myśleć „pozytywnie” tzn. w ogóle się nie nastawiać. Odpalam podejście zadaniowe - „trzeba zrobić to i to”, a poza tym- co ma być, to będzie.

Poza staraniami dzieje się : początki rewolucji w pracy, rocznica śmierci ojca, czekam na pismo z sądu dotyczące postępowania spadkowego, czekam również na wyniki rekrutacji na studia (to dla mnie ogromny krok - „przestałam czekać na ciążę”), remont łazienki.

Marzy mi się grzybobranie, ale też chciałabym być zdrowa, bo już czuję, że w gardle mnie drapie 🤪 Także marzy mi się bycie zdrową osóbką i pójście na grzyby 😍 rozkoszowanie się urlopem, łagodne przejście przez nadchodzące zmiany, nauczenie się akceptacji, odpuszczenia i zmiana podejścia do siebie i bliskich. Marzy mi się czysta głowa i doświadczenie spokoju serca i duszy.

Nie sądziłam, że do tego kiedykolwiek dojdzie, ale naprawdę chcę już zakończyć te starania. Tzn. przestać walczyć o dziecko za wszelką cenę , za to zawalczyć o siebie, bo siebie przez te lata gdzieś zgubiłam. Chciałabym - odetchnąć pełną piersią i cieszyć się każdą chwilą, która jest dana mi i moim bliskim. Naprawić to, co po drodze popsułam i rozpocząć nowy rozdział. Ale to dopiero przede mną. Na razie orientacja na cel - celem jest transfer nr. 6 i wiara, że tym razem się powiedzie i marzenie się spełni ❤️

A tu i teraz zamierzam cieszyć się urlopem - skupić się na relaksie i pozytywnych wibracjach. 🤪 pozdrawiam cieplutko!



Wiadomość wyedytowana przez autora 7 września 2025, 08:50

12 + 3
Jestem po wizycie u okulisty. Wszystko jest w porządku, do ponownej kontroli w III trymestrze.
Dzidzia rośnie na ostatniej wizycie było już 3 dni do przodu, jutro prenatalne - może uda się dowiedzieć płeć. Po badaniach będziemy informować rodzinkę i przyjaciół. Objawy zmalały, mdłości są bardzo rzadkie i delikatne. Miałam jeden dzień mocniejszego bólu brzucha. Ogólnie samopoczucie super. Jeszcze 2 tygodnie pracy i odpoczynek na który czekałam 2 lata 🥹
Spisałam sobie już całą wyprawkę i większość ubranek mamy. W styczniu zaczniemy ogarniać pokój. To będą cudowne święta i wymarzone pożegnanie roku 😇

Jestem na diphereline. Wzięłam zastrzyk w dupsko w moje 36 urodziny, ot taki prezent, na 30stke robiłam laparoskopię 🤣
Narazie czułam się dobrze ale zaczęły się nocne poty i bezsenność. W piątek dostałam okres więc mam dzisiaj 4 dc.
Wracam też właśnie z wizyty i w macicy lepiej ale endometrium jeszcze 4,5 mm. Ma się jeszcze to wszystko wysuszyć po zastrzyku. Stany zapalne wyciszyć.
Kolejna wizyta za 3 tygodnie.

A czy to prawda? czy lekarz ma urlop? czy jednak hajs poszedł na kogoś innego to już się nie dowiem... Ale nie przeskocze tego. Jestem chomikiem na kołowrotku, pędzę w tej maszynce po swoje i tylko od czasu do czasu żyje gdzieś poza tym. Czasem coś się uda dogonić, a czasem coś ucieka i znika.
Dziś przede mną ciężki dzień.
Od 5 na nogach, a że nie śpię po nocach to już teraz mi ciężko. Aktualnie w pociągu do mojego miasta, prosto do pracy do 16 i pakowanie, następnie 2,5h jazdy autem na szkolenie.
Wracam w środę... Prosto na pogrzeb mojego Ignasia.
Jak się zapisywałam na szkolenie to jeszcze nie było terminu pogrzebu. Teraz mi to wszystko nie pasuje. Muszę się ze szkolenia zwolnić i gnać. Z jednej strony nie będzie czasu na smutek, z drugiej czuję, że się rozsypie po pogrzebie bo nie mam jak się do tego mentalnie przygotować.
A czemu nie śpię?
Napływ myśli mnie tak zalewa, że nie mogę zasnąć. Śpię po 3h na dobę i jakoś funkcjonuje. Ostatnio wyszło mi też TSH 0,09 więc weszłam znowu w nadczynność ale brałam euthyroks 37,5 trochę w kratkę ale brałam. Teraz zeszłam z dawki i odstawiamy całkiem. Widocznie znowu weszłam w remisję i nie potrzebuję albo po poronieniu mam zawirowania.
Tarczycowy rollercoaster bo jak zacznę brać estrofem to zaraz mi wywinduje na 4 więc ta przerwa nie będzie długa. Zaraz pewnie wrócę chociaż na 25 mg i będę kontrolować.

Boże daj mi siłę i tą jedną iskierkę życia. Tak bardzo pragnę tego dziecka. Nie umiem przestać, nie umiem pozbyć się tego pragnienia, odwrócić myśli w innym kierunku. Próbowałam. Nie umiem. Nie chcę. Chce tylko jednego... Dziecka, zdrowego dziecka. Siły by je wychować, serca by kochać, ramion by przytulać, węchu by chłonąć każdy oddech...
Ostatnio tonę we łzach i filmikach z Izuni pierwszych lat.
Myślę o tym, że Igor miałby już ponad 2 lata, te pierwsze poważniejsze rozmowy, byłby już taki duży.
A zaraz mogłabym rodzic Ignasia i bylibyśmy rodziną o jakiej marzyłam...

Już wiem, że trójki nie będzie ale wizja 2+2 też mi pasuje. Brakuje mi tylko tego jednego puzzla w życiu.


Wiadomość wyedytowana przez autora 13 października 2025, 09:43

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)