Nasz Skarb uspokoił się dopiero wtedy, gdy położyłam go sobie na klatce, i tak śpiulka właśnie od dobrej godziny wtulony we mnie 🤍 Teoretycznie mogłabym spróbować go odłożyć i poogarniać trochę dom, ale z drugiej strony jedyne czego teraz chcę, to właśnie tulić go w ramionach bez przerwy. Poza tym to idealny moment, żeby opisać przebieg tych ostatnich wyjątkowych dni 🤍
Pewnie będzie nieskładnie, trochę chaotycznie, ale w sumie tak to właśnie wszystko wyglądało.
Oj, dłużyła mi się końcówka ciąży. Po prostu nie planowałam swojego życia po 14 sierpnia inaczej, niż z bobasem na rękach 🙈 Chyba za mocno się przywiązałam do tego planowanego terminu porodu. Hormony zaczęły szaleć i już chciałam go mieć przy sobie. W 41+0 udałam się na ktg do szpitala - bobas 3800 g, duża ilość wód płodowych, super przepływy - jednak jeśli nic nie zadziałoby się naturalnie, to 3 dni później miałam stawić się na indukcję. Zapytałam z lekkim stresikiem (jakby to było coś nielegalnego 😅) czy doktor mogłaby wykonać mi masaż szyjki. Rozwarcie było na opuszek, więc zgodziła się bez mrugnięcia okiem i zrobiła to tak delikatnie, że prawie nic nie czułam. W drodze powrotnej zadzwoniłam do położnej, która powiedziała: "No to teraz długi spacer, ciepła kąpiel, seks i w nocy jedziecie rodzić". A więc udałam się na spacer z pieskiem, pokręciłam biodrami na piłce, później wzięliśmy z mężem wspólną kąpiel, włączyliśmy sobie muzyczkę. Po kąpieli zmęczeni położyliśmy się spać, bo poprzedniej nocy nie spaliśmy zbyt dobrze. I tak jak zasnęliśmy około północy, tak 30 minut później wybudził mnie pierwszy bolesny skurcz. Włączyłam licznik i kolejne pojawiały się regularnie co 2, maks 3 minuty. Po kilku z nich wstałam do łazienki, bo leżenie już nie było komfortowe, a z drugiej strony chciałam się upewnić, czy to na pewno to. Po pół godziny zdecydowałam się obudzić męża, pewna, że poród się zaczyna. Poszłam pod prysznic, dopakowaliśmy torbę, kolega przyjechał odebrać pieska i jakieś 1,5 godziny później wyruszyliśmy do szpitala (poinformowaliśmy o tym wcześniej telefonicznie i dostaliśmy zielone światło ze względu na częste i regularne skurcze). W momentach przerwy mówiłam do męża, że może jednak przesadzam, ale z każdym kolejnym skurczem byłam coraz bardziej przekonana, że to już nie żarty 🙈 Na porodówce podłączono mi ktg i położna sprawdziła rozwarcie. Było tylko na bodajże 1,5 cm, więc powiedziała, że możemy zostać, ale równie dobrze jeszcze pojechać do domu. Na szczęście zostaliśmy. Przeniesiono nas do pokoju przedporodowego z wielkim, małżeńskim łóżkiem, piłkami do ćwiczeń, telewizorem. Mężowi udało się jeszcze przespać, ale ja musiałam chodzić lub siedzieć, bo leżenie już nie wchodziło w grę. Odpoczywałam między skurczami, lecz gdy tylko przychodziły, bardzo bolały. Nastąpiła zmiana położnych, kolejna miała na imię tak samo jak ja 😊 Nie sprawdzała mi rozwarcia, żeby mnie nie stresować - usłyszałam, że ta pierwsza faza porodu często trwa najdłużej bez żadnego widocznego postępu, a skurcze po prostu trzeba rozdmuchiwać i przeczekać. Gdy przybrały jeszcze mocniej na sile zdecydowałyśmy się wprowadzić pierwszą metodę łagodzenia bólu, dostałam paracetamol 1000 mg w czopku (miałam jeszcze opcję kroplówki, ale wolałam odczekać z założeniem wenflonu). Powiedziała, że zacznie działać po 15-20 minutach - odliczałam każdą nich. Następnie przygotowała mi ciepłą kąpiel z olejkiem lawendowym i w wannie spędziłam dobrą godzinę lub dwie. Wyporność wody sprawiała, że leżenie było możliwe, więc zasypiałam między skurczami i czułam się wtedy naprawdę błogo. Mąż siedział obok na krześle i też przysypiał. Wtedy było już nad ranem, skurcze cały czas pojawiały się w odstępie ok. 2 minut i każdy z nich był mocniejszy. Po kąpieli sprawdzono mi rozwarcie - nadal 1,5 cm. Padła propozycja kroplówki z lekiem przeciwbólowym, na którą od razu się zgodziłam. Musiałam się do niej niestety położyć i mega ciężko było mi wytrzymać w takiej pozycji. Niestety w ogóle nie pomogła, wtedy już krzyczałam z bólu przy prawie każdym skurczu. Położna co jakiś czas do nas zaglądała i powiedziała, że mogę skorzystać z epiduralu - ale albo teraz, albo dopiero za 2 godziny, bo anestezjolog ma zaplanowane dwie cesarki. Powiedziałam, że wytrzymam, że czekamy, może dam radę bez. Mijał czas, nie jadłam od prawie doby, było mi strasznie niedobrze. Mimo, że na sali było ciepło, miałam drgawki, drżały mi nogi i broda, chciało mi się wymiotować z bólu. Byłam już też bardzo zmęczona po nieprzespanej nocy (a tej wcześniejszej też bardzo mało spałam). Po jakimś czasie zawołałam położną i powiedziałam, że nie mam już siły, że mdleję między skurczami i decyduję się na zewnątrzoponowe. Od pierwszego skurczu minęło wtedy jakieś 16 godzin. Niestety cesarki się przedłużyły i zamiast 2 godzin musiałam poczekać jakieś 4. Za każdym razem, gdy ktoś wchodził do pokoju, ja nawet na niego nie patrzyłam, miałam zamknięte oczy i spuszczoną głowę, starałam się przetrwać i błagałam tylko o anestezjologa. Mówiłam do męża, że umrę, że podziwiam wszystkie kobiety, które urodziły dzieci 🙈 Nastąpiła 3 zmiana położnych. Gdy w końcu lekarz dotarł, miałam wrażenie, że przyszedł do nas anioł, myślałam, że się popłaczę ze szczęścia. Zmobilizowałam wszystkie siły, by się nie ruszać i udało mu się wkłuć między skurczami za pierwszym razem. Chciałam go przytulić i wycałować w ramach wdzięczności 😅 Po 15 minutach poczułam błogi spokój, choć nie byłam w stanie prosto leżeć na plecach i znieczulenie nierówno się rozłożyło. Położyłam się na prawej stronie i po jakimś czasie złapało już kompletnie. Skurcze rysowały się na ktg, a ja mogłam po prostu pójść spać.. Spałam godzinę jakby to był najpiękniejszy i najbardziej wartościowy sen mojego życia. Obudziłam się koło 18, zjadłam pierwszy posiłek i miałam czas popisać z przyjaciółkami, stąd wiem, co i o której godzinie się działo ❤️ Szyjka otworzyła się na 6 cm i gdzieś w międzyczasie odszedł mi czop śluzowy. Po dwóch godzinach jednak nie ruszyła już bardziej, skurcze sie wyciszyły. Położna powiedziała, że musimy je trochę wspomóc - zrobiła mi akupunkturę, dała homeopatyczne tabletki i olejek lawendowy do wąchania, a ja mogłam odpocząć. Za jakiś czas przyszła i wymasowała mi brzuch olejkiem, który pachniał świętami - dobre 20 minut masowała mnie ciepłymi rękoma, zagadywała na różne tematy, miała taki kojący głos.. Jak mama. Pokazywała, jak ułożone jest dziecko w brzuchu, dała mi wymacać jego plecki. Stwierdziła, że synek jest duży, ok. 3900 g i dość długi. Po tych wszystkich metodach skurcze stały się częstsze i intensywniejsze. Przy ok. 10 cm przenieśliśmy się na porodówkę, mogłam sama iść trzymając się stojaka do kroplówki, byłam w świetnym nastroju - mąż i położna mówili, że nie wyglądam, jakbym rodziła 😃 Wtedy poród trwał już ponad 24 h. Nastąpiła 4 zmiana położnych, mieliśmy czekać na jeszcze mocniejsze obniżenie się dziecka. Zaczęłam już czuć rozpierające skurcze parte, ale odstępy między nimi były zbyt duże. Mogliśmy decydować, czy przebijamy teraz pęcherz płodowy, czy czekamy, aż pęknie sam. Ja nie potrafiłam wtedy podejmować decyzji, nie wiedziałam co jest dla mnie dobre, a ta nowa położna przybierała właśnie taką postawę "rób co uważasz, co podpowiada ci serce, masz wybór". Przy skurczach stała obok i patrzyła się na mnie zamiast starać się jakoś pomóc. A były one już wtedy naprawdę, naprawdę bolesne. Mąż poprosił o zmianę położnych. To była najlepsza decyzja - kolejna, piąta, była jak anioł, przechodziła ze mną przez każdy skurcz, mówiła, jak je przetrwać. Założyła mi cewnik, bo dziecko zeszło już bardzo nisko i tak uciskało cewkę moczową, że nie byłam w stanie zrobić siku. A potrzebowaliśmy zrobić mu miejsce, by mogło jeszcze bardziej się obniżyć. Przebiliśmy też wody płodowe. To był bardzo dobry krok, bo zaraz skurcze parte rozkręciły się na całego. Już po chwili położna poprosiła, bym podała jej rękę i wtedy dotknęłam główki naszego synka - była twarda, z włoskami. Wow, on naprawdę tam jest. Dostałam niesamowitej siły, bo wreszcie poczułam, że każdy skurcz przybliża mnie do poznania naszego dziecka i od teraz realnie mam wpływ na przebieg porodu. Położna pomogła dobrać mi pozycję, bym w trakcie skurczu mogła się zapierać i dzięki temu efektywniej przeć, a w przerwach spocząć na kolanach i lekko odpocząć. W tym czasie masowała mi plecy i przykładała do krocza gorące kompresy, a mąż trzymał za ramiona. Niestety skurcze znowu zaczęły się wyhamowywać i gdy główka była już w połowie na zewnątrz, pojawiały się może co 5 minut. Podłączyła mi kroplówkę z oksytocyną i wtedy znowu zaczęły przybierać na częstotliwości, a ja mogłam przeć. Czułam ogromne pieczenie i rozpieranie. Krzyczałam z całej siły, choć kiedyś wydawałoby mi się to przypałem - ale w tym momencie naprawdę miałam to głęboko gdzieś 🙈 Gdzieś za ścianą rodziła inna dziewczyna i się tak darłyśmy we dwie 😅 Skurcze parte trwały ok. pół godziny. Do ostatniego miałam użyć połowy siły i.. Nagle poczułam "plum", mokro, ciepło, wszystko przestało boleć, a ułamek sekundy później usłyszałam pierwszy krzyk naszego cudu. Położna powiedziała, żebym spojrzała w dół. Szok, nasz syn był na świecie. Po 29 godzinach. Miałam się obrócić na plecy i położono mi go na brzuch, pępowina nie była za długa. Był taki mokry, gorący, tak pięknie pachniał, a ja całowałam go po główce i tuliłam. Nigdy nie miałam tak małego dziecka na rękach, a w tamtym momencie od razu wiedziałam jak go trzymać i jak uspokoić. Nie płakałam, byłam w szoku. Mąż stał za nami i bał się go dotknąć. 8 minut później przeciął pępowinę. Położna położyła mi synka na klatce i pomogła przystawić do piersi. Dzień wcześniej nie było w nich nic, a po porodzie od razu pojawiła się kropelka mleka. Łożysko urodziłam w pozycji wertykalnej przy okazji jakiegoś skurczu. Ponoć było wyjątkowe, bo pępowina nie była przyczepiona po środku, jak to zwykle bywa, a na jego końcu. Położna oglądała je obok mnie na łóżku - taki kawał surowego mięcha. Następnie musiała obejrzeć obrażenia, a ja powiedziałam, żeby dzidziusia wziął mąż. Przytulił go do klatki, mówił do niego, a ten w sekundę przestał płakać. I wtedy ja zaczęłam wyć.. Zaczęły ze mnie schodzić wszystkie emocje. Strach, zmęczenie jakiego do tej pory nie znałam, adrenalina, szczęście, radość, że się udało.. Płakałam jak dziecko. Dzidziuś ważył prawie 4 kg i miał 56 cm, a ja nie pękłam - lekko się tylko obtarłam, przez co założono mi kilka szewków. Był ranek kolejnego dnia, godzina już 7 lub 8. Na sali porodowej spędziliśmy 4 godziny, 4 godziny kontaktu skóra do skóry, tylko we trójkę. Synka nie zabrali z naszych oczu nawet na chwilę, wszystko odbywało się w jednym pomieszczeniu. Dostałam śniadanie, zjadłam je jakbym głodowała rok, a kawa smakowała mi lepiej niż kiedykolwiek w życiu. Koło 11 trafiliśmy do pokoju rodzinnego, a po 2 dniach wyszliśmy do domku.
Nasze marzenie stało się rzeczywistością. Po prawie 4 latach walki, 3 stratach, 3 procedurach ivf, 4 transferach, tysiącach przejechanych kilometrów i potoku wylanych łez - dziś jesteśmy rodzicami 🤍
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 września 2025, 14:27
Cykl2
13 marca. Kolejny cykl.
Już bardziej planowany.
Okres przyszedł szybciej. Trzy dni intensywności, bólu i rozczarowania.
Byłam wściekła. Nie na kogoś. Na wszystko.
Na własne ciało, które przecież robi, co może.
Na własną psychikę, która nie potrafiła przyjąć kolejnego "nie tym razem".
Czułam, że nie mam kontroli.
Że coś pierwotnego, kobiecego, silniejszego ode mnie, prowadzi mnie w kierunku, który ja mogę tylko obserwować.
A potem... cisza.
Jak po burzy.
Pojawił się spokój i... motywacja.
Kolejny cykl, kolejne podejście. Więcej poczytałam. O hormonach, o staraniach innych ludzi, o badaniach.
Jednak 10 dc dostałam krwawień. I bólu, porównywalnego do miesiączkowego. I tak przez 3 dni aż poszłam zaniepokojona do ginekologa. Może to przez Miłość? Zbyt intensywnie? Na badaniu bez zmian. To efekt owulacji. Krwawienie owulacyjne, które czasem się zdarza. To było moje pierwsze w życiu, więc miałam prawo się zdziwić.
Z badania wynikało, że 13 dc byłam już po owulacji. Czas oczekiwania. Tutaj już oboje nie mogliśmy doczekać się momentu, w którym będę mogła zrobić test. Jednak w 24 dc przyszło plamienie. Partner mówił z nadzieją, że to może się przecież zdarzać nawet w ciąży, może implantacja..
A ja chciałam w to wierzyć.
Zamknęłam oczy, przyłożyłam dłonie do brzucha i szeptałam do środka: "Jeśli jesteś, zostań".
Cykl zakończył się 25 dnia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 maja 2025, 14:17
Tydzień zleciał jak szalony. W pracy intensywny czas, wracam zawsze padnięta. Teraz już też funkcjonuje na oparach. Jednak 3 nocki z rzędu po 12 godzin dają mi w kość na starość. Kiedyś z nocki pobiegła bym do drugiej pracy a dzisiaj siedzę i mam pustkę w głowie, nie mogę zebrać myśli. No i tak na dobicie spada informacja z kliniki taka, że nie mam wyjścia i muszę ją zmienić. Z jednej strony od dawna nie było mi z nią po drodze ale z drugiej czas oczekiwania na wszystko mi się wydłuży. Uratowała mnie ta laparoskopia, bo gdyby nie ona miałabym już zamrożone zarodki i nici z przenosin. Ogólnie jak dostałam telefon z kliniki to myślałam, że sobie o mnie przypomnieli, ale jednak nie, nie dzwonili się dowiedzieć czemu nie rozpoczęłam stymulacji... dzwoniłam wszędzie, i tego się spodziewałam, że trafię na listę rezerwową i jak dobrze pójdzie stymulację zacznę od stycznia, do tego wyciszenie... także u mnie ławka rezerwowych chyba nigdy się nie skończy. Nie wiem czy ze zmęczenia, czy po prostu moja praca nad zmianą nastawienia do życia, czy sesje z psychologiem zaskutkowało tym, że przyjęłam to na chłodno. Stwierdziłam, że trudno, zadzwonię zapiszę się do innej kliniki i będę czekać. Może już tak bardzo nie wierzę w sukces, że mi wszystko jedno, bo i tak wiem, że się nie uda. Dlatego nie czuje złości, żalu, niczego nie czuje. Może trochę szkoda mi uciekającego czasu i to tyle. A może jednak czas poświęcić się znowu pracy na 200%, to umiem, to mi wychodzi, życie w ciągłym wirze pracy. Może jednak wszechświat mi pokazuje, że nie dla mnie jest macierzyństwo i robi wszystko, aby do tego nie dopuścić. Czas się chyba z tym pogodzić i dalej rzucić w wir pracy. Mama ma rację po co na siłę walczyć, jak nie wychodzi. Widocznie nie to w moim życiu jest pisane...
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 września 2025, 14:41
2dc
Jutro zaczynam ostatnią stymulację Lamettą. Łącznie 105 tabletek, 11 stymulacji. Monitoring na przyszły tydzień umówiony. Trochę czuję się jakby pewien etap się kończył. Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy. Pora na ostatnią szansę, a później zostaje zdać się na lekarzy 😶🌫️
20.10.2025 odbyła się kolejna konsultacja. Lekarz nie widział żadnych przeciwwskazań do stymulacji. 🥰 Skierował mnie do punktu pobrań tam panie pielęgniarki poinstruowany mnie jak mam robić zastrzyk i jak go rozrabiać. Z Poznania do domu dotarliśmy koło 18 od 8 rano 😔 byliśmy wykończeni.
Pierwszy zastrzyk (20.10.25)
O 20 zrobiłam sobie zastrzyk tyle stresu było i łez wylałam, bo nie mogłam sobie z nim poradzić mąż mi pomagał o mało nie zemdlałam po tym zastrzyku. Pierwsze ukłucie i kolejne łzy, bo strasznie bolało. Na następny dzień nie było lepiej brzuch w miejscu ukłucia pobolewa, ale kolejny zastrzyk przede mną i kolejne łzy i wiara, że się uda 🤞🏼💚.
Drugi zastrzyk(21.10.25)
Wieczór i odczuwam pobolewanie w jajnikach, jak na razie znośnie. Koło 13 pojawiło się kłucie w lewym jajniku poraz kolejny.
Trzeci zastrzyk (22.10.25)
Poszedł lepiej ale zrobiło mi się słabo bo robiłam na stojąco (prawa strona). Nie wiem czy igły są tępe czy ja nie umiem się wbijać 😉
Czwarty zastrzyk (23.10.25)
Zagapilam się i wyszła mi igła i musiałam jeszcze raz kłuć się (lewa strona) i tabletki primulut nor 2x1 zrobiło mi się nie dobrze i głową mnie boli jutro będzie lepiej 😉
Piąty zastrzyk (24.10.25) (prawa strona)
Szósty zastrzyk (25.10.25)
Wesele szwagierki i bardzo bolące jajniki zwłaszcza prawy (lewa strona)
Siódmy zastrzyk (26.10.25) (3 butelka)
Samotne mieszkanie w Poznaniu 😔 pieczenie przy dawaniu (prawa strona)
Ósmy zastrzyk (27.10.25)
(Lewa strona)
Dziewiąty zastrzyk (28.10.25)
+ poranna wizyta (prawa strona) pulsowanie w jajnikach
Dziesiąty zastrzyk (29.10.25)
(lewa strona) wieczorne boleści jajników i piersi dobrze, że niedługo koniec pierwszego etapu 🥰
Jedenasty zastrzyk (30.10.25)
(Prawa strona) Dziś trochę szczypał, cały dzień piersi mnie bolały myślałam, że wybuchną
Dwunasty zastrzyk (lewa strona)
Ostatni 🤞🏼🥰
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 października 2025, 20:17
Mam dzisiaj zły humor.
Wyniki nasienia niestety nie są takie, jakbyśmy się spodziewali że będą po 3 miesiącach suplementacji. Szansa na ciążę jest bardzo mała. Prawdopodobnie na przyszły cykl tylko ovitrelle w celu pęknięcie pęcherzyka (i niepowstawania torbieli) bez żadnego accofilu.
Mąż ma zlecony posiew nasienia, zrobimy pewnie w przyszłym tygodniu.
Eh, jak ja mam już dość tego.
Mogę przyzwyczaić się do myśli, że ten rok nie zakończy się ciążą... Tak bardzo się cieszę, że nas nie będzie w Polsce na święta i nie będę widzieć noworodka mojej kuzynki. Nie dam rady.
Gdzie jest mój anioł?
Jestem już w takiej fazie, że wpadam w wyczerpanie.
Patrzę na rozpiskę leków i mam ochotę westchnąć, a potem wywrócić oczami. Trochę jakby świat był przeciwko mnie, bo im bardziej stosowałam się do zaleceń (leki wg rozpiski, regularne posiłki, dieta 100% bez wpadek z niskim indeksem, spacery), tym mocniej rozjeżdżał się mój cykl.
Wiem, że inni starają się dłużej, mają gorzej. Niespecjalnie mi z tego powodu lepiej.
Parę dni temu skończyłam magiczne 30 lat 🥳 Mija też 5 lat od kiedy zaczęliśmy się starać o dziecko… Także mam powody do świętowania 😝
Staram się szukać pozytywów, ale jestem dość mocno zmęczona, czuję potrzebę zmian w moim życiu - rozpoczęcia nowego rozdziału.
Na razie leżę sobie w łóżeczku w Krakowie, jutro będę w Karpaczu i mam nadzieję, że będzie fajnie. Chciałabym mieć z tego wyjazdu dobre wspomnienia i naładować baterie, które już prawie się wyczerpały.
Wczoraj byłam u siostry w szpitalu- przeszła operację wycięcia śledziony. Liczę, że jej rekonwalescencja przebiegnie pomyślnie, nie będzie powikłań, ani żadnych złych wiadomości. Powinna niedługo wyjść
Bardzo mnie to cieszy, bo męczyła się 2 lata zanim znalazła szpital, który podjąłby się operacji.
U mnie (poza 30-tymi urodzinami 😜) przyjęłam ostatni - 3 zastrzyk ze sztucznej menopauzy, miałam wizytę kwalifikacyjną do transferu w mojej klinice.
Obecnie biorę equoral 2xdziennie. Potem mam włączyć acard i encorton. Mam też zapisane zastrzyki z accofilu i prograf od dnia transferu. Także będzie pierwszy transfer z obstawą immunologiczną i z accofilem.
Będzie to pierwszy i ostatni transfer z immunosupresją. Początki przyjmowania equoralu były cięższe niż doświadczenia związane z zastrzykami z diphereline i chyba nie chcę powtórki.
W tym momencie na zimowisku zostały 3 zarodki. Prawdopodobnie w październiku odbędzie się transfer nr. 6. Staram się myśleć „pozytywnie” tzn. w ogóle się nie nastawiać. Odpalam podejście zadaniowe - „trzeba zrobić to i to”, a poza tym- co ma być, to będzie.
Poza staraniami dzieje się : początki rewolucji w pracy, rocznica śmierci ojca, czekam na pismo z sądu dotyczące postępowania spadkowego, czekam również na wyniki rekrutacji na studia (to dla mnie ogromny krok - „przestałam czekać na ciążę”), remont łazienki.
Marzy mi się grzybobranie, ale też chciałabym być zdrowa, bo już czuję, że w gardle mnie drapie 🤪 Także marzy mi się bycie zdrową osóbką i pójście na grzyby 😍 rozkoszowanie się urlopem, łagodne przejście przez nadchodzące zmiany, nauczenie się akceptacji, odpuszczenia i zmiana podejścia do siebie i bliskich. Marzy mi się czysta głowa i doświadczenie spokoju serca i duszy.
Nie sądziłam, że do tego kiedykolwiek dojdzie, ale naprawdę chcę już zakończyć te starania. Tzn. przestać walczyć o dziecko za wszelką cenę , za to zawalczyć o siebie, bo siebie przez te lata gdzieś zgubiłam. Chciałabym - odetchnąć pełną piersią i cieszyć się każdą chwilą, która jest dana mi i moim bliskim. Naprawić to, co po drodze popsułam i rozpocząć nowy rozdział. Ale to dopiero przede mną. Na razie orientacja na cel - celem jest transfer nr. 6 i wiara, że tym razem się powiedzie i marzenie się spełni ❤️
A tu i teraz zamierzam cieszyć się urlopem - skupić się na relaksie i pozytywnych wibracjach. 🤪 pozdrawiam cieplutko!
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 września 2025, 08:50
12 + 3
Jestem po wizycie u okulisty. Wszystko jest w porządku, do ponownej kontroli w III trymestrze.
Dzidzia rośnie na ostatniej wizycie było już 3 dni do przodu, jutro prenatalne - może uda się dowiedzieć płeć. Po badaniach będziemy informować rodzinkę i przyjaciół. Objawy zmalały, mdłości są bardzo rzadkie i delikatne. Miałam jeden dzień mocniejszego bólu brzucha. Ogólnie samopoczucie super. Jeszcze 2 tygodnie pracy i odpoczynek na który czekałam 2 lata 🥹
Spisałam sobie już całą wyprawkę i większość ubranek mamy. W styczniu zaczniemy ogarniać pokój. To będą cudowne święta i wymarzone pożegnanie roku 😇
Jestem na diphereline. Wzięłam zastrzyk w dupsko w moje 36 urodziny, ot taki prezent, na 30stke robiłam laparoskopię 🤣
Narazie czułam się dobrze ale zaczęły się nocne poty i bezsenność. W piątek dostałam okres więc mam dzisiaj 4 dc.
Wracam też właśnie z wizyty i w macicy lepiej ale endometrium jeszcze 4,5 mm. Ma się jeszcze to wszystko wysuszyć po zastrzyku. Stany zapalne wyciszyć.
Kolejna wizyta za 3 tygodnie.
A czy to prawda? czy lekarz ma urlop? czy jednak hajs poszedł na kogoś innego to już się nie dowiem... Ale nie przeskocze tego. Jestem chomikiem na kołowrotku, pędzę w tej maszynce po swoje i tylko od czasu do czasu żyje gdzieś poza tym. Czasem coś się uda dogonić, a czasem coś ucieka i znika.
Dziś przede mną ciężki dzień.
Od 5 na nogach, a że nie śpię po nocach to już teraz mi ciężko. Aktualnie w pociągu do mojego miasta, prosto do pracy do 16 i pakowanie, następnie 2,5h jazdy autem na szkolenie.
Wracam w środę... Prosto na pogrzeb mojego Ignasia.
Jak się zapisywałam na szkolenie to jeszcze nie było terminu pogrzebu. Teraz mi to wszystko nie pasuje. Muszę się ze szkolenia zwolnić i gnać. Z jednej strony nie będzie czasu na smutek, z drugiej czuję, że się rozsypie po pogrzebie bo nie mam jak się do tego mentalnie przygotować.
A czemu nie śpię?
Napływ myśli mnie tak zalewa, że nie mogę zasnąć. Śpię po 3h na dobę i jakoś funkcjonuje. Ostatnio wyszło mi też TSH 0,09 więc weszłam znowu w nadczynność ale brałam euthyroks 37,5 trochę w kratkę ale brałam. Teraz zeszłam z dawki i odstawiamy całkiem. Widocznie znowu weszłam w remisję i nie potrzebuję albo po poronieniu mam zawirowania.
Tarczycowy rollercoaster bo jak zacznę brać estrofem to zaraz mi wywinduje na 4 więc ta przerwa nie będzie długa. Zaraz pewnie wrócę chociaż na 25 mg i będę kontrolować.
Boże daj mi siłę i tą jedną iskierkę życia. Tak bardzo pragnę tego dziecka. Nie umiem przestać, nie umiem pozbyć się tego pragnienia, odwrócić myśli w innym kierunku. Próbowałam. Nie umiem. Nie chcę. Chce tylko jednego... Dziecka, zdrowego dziecka. Siły by je wychować, serca by kochać, ramion by przytulać, węchu by chłonąć każdy oddech...
Ostatnio tonę we łzach i filmikach z Izuni pierwszych lat.
Myślę o tym, że Igor miałby już ponad 2 lata, te pierwsze poważniejsze rozmowy, byłby już taki duży.
A zaraz mogłabym rodzic Ignasia i bylibyśmy rodziną o jakiej marzyłam...
Już wiem, że trójki nie będzie ale wizja 2+2 też mi pasuje. Brakuje mi tylko tego jednego puzzla w życiu.
Wiadomość wyedytowana przez autora 13 października 2025, 09:43
Ten pamiętnik nie jest już staraniowy, bo chociaż u jego początków był plan na trójkę, to dziś dziękuję Bogu, że mam dwoje. Za więcej dziękuję. I teoretycznie zdrowotnie nie mogę. I praktycznie nie chcę. Mimo to pewnie zawsze gdzieś ten żal pozostanie... chociaż nie potrafię napisać tego co niektóre z Was, że jestem mamą aniołkową, no zwyczajnie tego nie czuję. Puste jajko i biochem w mojej głowie nie dawały mi prawa do określania się mamą wtedy, 10 i 6 lat temu, do przechodzenia żałoby za kimś. raczej była to żałoba za planami połączona z gorzkim rozczarowaniem. Dziś to "tylko" element mojej historii.
***
Ale też nie znaczy, że nie mam emocji i uczuć. Dziś mi się udało, gdy po miłej niedzieli, po seansie w kinie we dwie, wyprawie w kinie we dwie i wspólnej kąpieli...po przytuladsch i uśmiechach usłyszałam - " wiem że myślisz że jestem gównem". I to tylko dlatego że powiedziałam (po raz ,n-ty) - dziecko, ubierz się po kąpieli😐poryczałam się. Ja wiem, że to 6latka, że tekst na pewno z przedszkola bo u nas w domu tskei słowo nawet nie padło chyba nigdy, s dkeyrym robi swoje, ale czasami m kręcę opadają.
Ja nie czułam i nie czuje się kochana przez moich rodziców. Robię wszystko żeby niej dzieci czułe że je kocham przynajmniej się staram, a tu taki tekst.
Co zrobić żeby to tak wiele lat wyczekane dziecko czuło że ją kocham, że jest ważna? Żeby nigdy w to niewątpiła. Bo jeśli wątpi dziś, to co powie mi nastolatka i młoda kobieta?🥺
Przyrosty:
8 dpt 131
10 dpt 322
Stresuje mnie, gdy brzuch przestaje boleć, stresuje, gdy dzień później kreska na teście jest jaśniejsza. Ale chyba, chyba wierzę, że to się uda, że czeka mnie szczęśliwe zakończenie po tylu latach 🥰
Trzymajcie, proszę, kciuki 🥹
7.11.2025 – wizyta kontrolna
Na tej wizycie dowiedzieliśmy, ile „wykluło się jajeczek” (czyli ile zapłodnionych komórek dalej się tworzy) a więc mamy 10 zarodków i gdzie teraz ważną rolę odegra gen plemnia, czy go uchroni i dalej będzie rósł, czy zatrzyma się (nawet nie wiedziałam, że do 3 doby geny matki tworzą zarodek, a później geny ojca i matki pilnują, aby zarodek dalej rósł). Kolejna wizyta 18.11.2025 .
Modlę się o szczęście i ochronę naszych dzieci (to już są nasze dzieci nie ważne w jakiej formie ale bardzo je kochamy) bo są stworzone niby w laboratorium ale z miłości, siły i odwagi.
27w4d
Ech, od soboty trochę nerwowo
Zrobiłam krzywą, tutaj wszystko pięknie. Wspomnienia z pierwszej ciąży wróciły, ale tym razem poszło sprawnie. Pewnie dlatego, że byłam z Mężem. Jego wsparcie zawsze pomaga 🥰 Morfologia też jak na tą chwilę bez zastrzeżeń. Za to mocz... Słabo. W sobotnim badaniu wyszły mi bakterie, leukocyty i pasma śluzu. Dziś powtórzyłam badanie z zachowaniem jeszcze większej higieny. Niestety nic to nie dało, leukocyty 46 ( norma do 38 ), erytrocyty 46 ( norma do 30 ), bakterie ponad 3000 ( norma do niespełna 400 ). Nie mam żadnych objawów infekcji co bardzo mnie dziwi przy takich wynikach. Jestem po konsultacji z lekarzem. Jutro mam zrobić posiew i po otrzymaniu wyników wdrażamy antybiotyk. Nie zawsze jest kolorowo. Mam nadzieję, że szybko pozbędę się tego dziadostwa 🙏
Edit. Mam wyniki posiewu. Wysłałam je do gina i czekam na odpowiedź.
Edit 2. Zalecenia: urofuraginum 4x1 dziennie przez 5 dni. Mam nadzieję, że pomoże 🙏
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 maja 2025, 06:00
13+0
Wchodzimy w II trymestr - jestem spokojniejsza już ale nadal niedowierzam jak widzę USG i widać małego człowieka 🥹
Wczoraj mieliśmy badanie prenatalne - wszystko wyszło prawidłowo. Ale dzidziuś jest wstydliwy i nie chce pokazać kto tak ładnie rośnie w środku. Termin mamy na 17 marca. Powiedzieliśmy też wczoraj przyjaciołom i rodzinie. U kilka osób były łzy szczęścia i radości, bo wiedzą ile przeszliśmy.
Ten 14 cykl dał mi tak w dupe… trwał 49 dni.
Obecnie 15 cykl starań, 37 dzień, i znów zastanawiam się tylko ile jeszcze będę czekać.
Nie robiłam jeszcze testu, ale czuję, że tym razem też się nie udało. Muszę powoli zacząć wracać do monitoringów i tak dalej, by w styczniu wystartować już z in vitro.
Mąż wciąż na Clostilbegyt, pod koniec miesiąca pewnie sprawdzimy seminogram. Boję się, że leczenie zamiast pomóc, pogorszy wyniki.
Szczerze mówiąc, temat starań wprowadza mnie w taki stan niepokoju, że wolę unikać go jak ognia. Nawet pisząc tutaj serce mi wali jak szalone - tak, jakbym pisaniem/myśleniem o tym/posiadaniem jakiejkolwiek nadziei miała jakoś “zapeszyć”. Tak, jakby świat tylko czekał na szansę by ukarać mnie za wszystko.
Dziwne dzisiaj emocje u mnie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 września 2025, 20:38
W każdym kolorowym,spadającym,jesiennym listku dostrzegam Was ..
Z wiatru powiewem czuję Waszą obecność...
W każdym promieniu słońca wiem, że jesteście ..
Czekam na płatki śniegu, w których będę Was widziała .. widziała i się uśmiechała, bo choć nie mogę Was przytulić, mogę Was czuć.. wiem, że jesteście obok. Wiem, że czuwajcie, wiem że tak bardzo chciałybyscie być obok mnie, tak jak ja bardzo chciałabym móc Was przytulić...przytulić, pocałować i czuć Waszych serca bicie.
Kocham Was i nigdy nie przestanę o Was myśleć, nie przestanę tęsknić, wspominać...każda błyszcząca gwiazda na niebie przypomina mi o Was..uśmiecham się wtedy wiedząc, że jesteście obok mnie.
Jagódka 💔 Polcia 💔 Gajusia 💔
Nie ma to jak zacząć nowy cykl w urodziny 😅.
Jako pierwszą chcę złożyć życzenia i podziękować sobie za przebyte lekcje życiowe, za cierpliwość, dążenie do celu, wytrzymałości, wiarę, odwagę, za popełnione błędy i nauka na nich.
Dziękuję za rodzinę, przyjaciół oraz znajomych, bo bez nich nie wiem, czy dała bym radę, dziękuję mojemu mężowi, że wytrzymuje z takim szaleńcem. 😂 Niech ten nowy cykl w życiu przyniesie mi wiele pomyślności i wytrwałości, bo resztę już mam 🥰
Prezent na urodziny dostałam od kliniki z informacją o ilości zarodków: 2 zarodki 4BA
Wiadomość wyedytowana przez autora 9 listopada 2025, 12:47
Niedawno minęły mi moje urodziny, 29 lat na karku.
W tym dniu rano miałam moment załamania, ale szybko mi przeszedł.
CZEKAM CZEKAM CZEKAM.
Może w następnym tygodniu będą wyniki z posiewu. W sumie nie wiem na co liczyć. Może jak byłaby jakaś bakteria to usprawiedliwiłoby w pewien sposób wyniki nasienia?
W październiku robimy przerwę od Accofilu żeby chociaż trochę wyniki nasienia poprawić = takie zalecenie od naszego lekarza. Trochę mi się zrobiło przykro że musimy odpuścić jeden cykl ale za to wrócimy potężniejsi!!!!!!!!!
Zbliża się miesiączka.
Dziś mija tydzień odkąd urodziła się nasza córeczka.
Nadal jestem w szoku. Nadal trochę niedowierzam, że to się stało. Ona jest już z nami te 7 dni... 7 dni przeplatanych ogromem miłości, a czasem niepokoju i troski.
_______
Jest 4.09 a ja chodzę zniecierpliwiona, bo mój wyznaczony termin minął 22.08 a nadal nic się nie wydarzyło. Minął nawet termin indukcji 1.09 ale mój lekarz prowadzący nie naciska na mnie i pozwala mi czekać do 42 tygodnia ciąży pod warunkiem kontroli ktg dwa razy w tygodniu.
Wszystkie wyniki są prawidłowe, a ja nie umiem podjąć decyzji czy jeszcze czekać na samoistny poród. Długo rozmawiamy z mężem jaka decyzja będzie najlepsza.
_______
5.09 chwilę po godzinie 8 stawiamy się w szpitalu. Niestety, ale nic nie ruszyło samo, chociaż bardzo tego chciałam i robiłam wszystko w ostatnim tygodniu żeby jakoś wywołać ten moment.
No cóż...
W szpitalu wszelkie formalności związane z przyjęciem na oddział trwają do 11. W tym czasie przeprowadzają dokładny wywiad, robią mi dwa ktg (jedno przed i drugie po badaniu lekarskim).
Badająca mnie Pani Doktor jest bardzo uprzejmą osobą, która świetnie zna się na swoim fachu i widać, że jest tam z powołania. Po badaniu, w którym zauważa, że moje rozwarcie od 20.08 (ostatniej wizyty u lekarza prowadzącego) nic się nie ruszyło i nadal jest na opuszek palca decyduje, że nie będzie czekać i od razu założy mi balonik, bo szyjka wydaje się być już na tyle miękka, że niedługo ruszy cała akcja.
Z założonym balonikiem kieruję się na patologię ciąży. Tam mam zostać i czekać na dalsze decyzje zespołu. Jestem troszkę zdenerwowana, bo jak każdy chyba nie za specjalnie przepadam za byciem pacjentem szpitala.
Ostatecznie balonik wypadł mi koło godziny 16, ale nikt już nie męczył mnie ponownym badaniem rozwarcia. Decyzja miała zapaść następnego dnia.
_______
6.09.2025
Wielki dzień, ale ja jeszcze o tym nie wiem.
W nocy kilka razy się budziłam i odczuwałam ściągający ból jak przy okresie, ale nie jakoś super uciążliwy żebym nie mogła dalej spać.
Po porannym obchodzie melduję się w gabinecie innej Pani Doktor, która jest równie sympatyczna.
Moje rozwarcie zwiększyło się do 4cm! Jestem pod wrażeniem, że moje ciało to robi i w końcu rusza z tematem. Pada decyzja, że próbujemy z kroplówką z oksytocyną i zobaczymy jak zareaguję.
Zgadzam się i o 10 jestem na porodówce. Zapoznaje się z Super Położną, która będzie mnie prowadziła. Jest dla mnie łaskawa i zaczynamy powoli, a ja przyzwyczajam się do skurczy.
Intensywność rośnie, szyjka się rozwiera, a o 14:30 dostaję wiadomość, że mogę dzwonić po męża.
Kolejna fala szoku, że to się dzieje i że poznam naszą dziewczynkę już dzisiaj.
Przyjeżdża mąż, skurcze przybierają na sile, a ja pomału zaczynam mniej rozmawiać a więcej skupiać się na oddychaniu i panowaniu nad własnym ciałem.
Około 16 kończy się pierwsza porcja oksytocyny. Mam przerwę, podczas której korzystam ze zbawiennego prysznica. Mąż jest cały czas ze mną i polewa mnie wodą zgodnie z tym co czuję, że jest mi potrzebne. Imersja wodna okazała się w moim przypadku cudowna. Nie chciałam stamtąd wychodzić. Spędziłam tam prawie dwie godziny i jestem za to ogromnie wdzięczna, bo mogłam pracować na swoich, naturalnych skurczach, a nie tych podkręconych oksy.
Jest już coraz bliżej do końca porodu.
Wracam na łóżko i dostaję kolejną dawkę oksytocyny. Wiem, że chcę rodzic na kolanach. Dalej nie patrzę już na zegar. Jestem poza czasem.
Położna mówi mi, że widzi już główkę. Daje mi znać, że na razie okno jest otwarte, ale zamknie je na krótko przed tym jak maluch się pojawi.
Pracuję ze sobą i skurczami. Czuję, że muszę odpuścić i pomoc jej wyjść. Myślę, że nie dam rady.
Położna wstaje zamknąć okno, a ja pamiętam co to oznacza. Mała jest naprawdę blisko.
Kolejną falę przerywa płacz naszego pisklaka. Wyszła główka i mała już płacze. Słyszę męża, który z radości głośno się śmieje i roni kilka łez.
Dostaję kopa i wiem, że teraz albo nigdy.
Położna każe mi teraz mówić tylko "aaa". Więc śpiewam... I kiedy wydaje mi się, że to nie będzie koniec nagle czuję ulgę i... Widzę ten nasz cud w całej okazałości.
Jest 20:05.
Nasz świat się zmienił. Zalała go fala miłości.
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 września 2025, 12:23
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.