Słaba jakość komórek jajowych? To nie wyrok.

Poznaj autorski program poprawy jakości komórek dla pacjentek przed leczeniem in vitro, z niską rezerwą jajnikową i słabą odpowiedzią na stymulację hormonalną.
X

Pobierz aplikację OvuFriend

Zwiększ szanse na ciążę!
pobierz mam już apkę [X]
Forum Poronienie Poród martwego dziecka
Odpowiedz

Poród martwego dziecka

Oceń ten wątek:
  • Sho_opa Znajoma
    Postów: 28 7

    Wysłany: 29 maja, 22:58

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Maddie wrote:
    Wczoraj właśnie mieliśmy pierwsze spotkanie z psychologiem (nie licząc spotkań w szpitalu po porodzie). Nie mogliśmy z mężem przestać mówić o naszej córeczce i o tym co się działo. Jakby rzeka się z nas wylała, a i tak opowiedzieliśmy tylko kawałek tej historii.

    Rodziłam sn i już jestem po pierwszej miesiączce, więc pewnie za 2 miesiące moglibyśmy teoretycznie zacząć się starać. Wizytę u swojego lekarza mam za tydzień. Przeraża mnie wizja położenia się na tej samej kozetce, gdzie ostatni raz widziałam ją żywą. Od tej wizyty będzie zależeć czy zostanę u tego samego lekarza, czy będę szukać dalej.

    Pewnie gdybyśmy zapytały większość kobiet, które urodziły dzieci to nie wiedziałyby jakie miały łożyska. Gdyby Malutka urodziłaby się dzień wcześniej, sama pewnie bym nie myślała, że jakiś przyczep pępowiny mógłby spowodować tragedię.

    Co do miejsc, które kojarzą się z ciążą, naszymi dziećmi, to miałam okazję być już w tej ciąży na IP ginekologicznej z powodu krwawienia i szłam tym samym korytarzem i do tego samego gabinetu, w którym usłyszałam, że Hektor nie żyje. Wszystko wróciło w tym momencie... Ogólnie jak tylko przekroczyłam próg szpitala, to odrazu pojawiło się nieprzyjemne uczucie...
    Myślę, że jak położysz się na kozetce, na której ostatni raz widziałaś swoją córkę żywą, to nie powinno być tak źle, bo to jest jednak miłe wspomnienie 🙂

  • Swit Znajoma
    Postów: 16 2

    Wysłany: 31 maja, 14:29

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Mój synek miał też przyczep brzeżny do tego bardzo silny skręt pępowiny… sekcja wskazała to jako najbardziej prawdopodobny powód śmierci :(

    A teraz jestem w kolejnej ciąży. Jest to bardzo duża niespodzianka dla nas - tym bardziej, że staraliśmy się wiele lat o dziecko a poprzednia ciąża była z in vitro. Jesteśmy po pierwszych prenatalnych - póki co, wszystko jest dobrze. Stres jest niewyobrażalny… staram się nie zwariować ale jest ciężko. Chodzę do innego lekarza, nie byłabym w stanie chodzić do tego samego miejsca w którym prowadziłam poprzednią ciążę i w którym dowiedziałam sie, że moje dziecko nie żyje. Mimo, że lekarkę bardzo polubiłam i miałam tam raczej dobrą opieke. Boję się cieszyć, cokolwiek robić, skanuję swoje ciało 24 h na dobę. Jak pojawi się już jakiś niepokojący sygnał to jadę do lekarza lub do szpitala… chciałabym, żeby tym razem wszystko dobrze się potoczyło.
    Trzymam za Was kciuki dziewczyny ❤️

  • Sho_opa Znajoma
    Postów: 28 7

    Wysłany: 31 maja, 23:33

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    W sekcji zwłok mojego Synka niestety nie było podanej żadnej przyczyny, napisane jest tylko: że nie da się stwierdzić przyczyny obumarcia.
    Swit jesteś już kolejną z tym "nieszczęsnym" przyczepem pępowiny 🙁

    Swit gratuluję ciąży i mam nadzieję, że tym razem i Tobie i mnie uda się urodzić zdrowe i żywe dziecko, że wyczerpalysmy już limit nieszczęść

    Swit lubi tę wiadomość

  • Maddie Debiutantka
    Postów: 14 8

    Wysłany: 1 czerwca, 12:05

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Swit gratuluję i trzymam kciuki.

    Swit lubi tę wiadomość

    Starania od 2019
    4 procedury in vitro
    2xCB
    04.2026 - 36 tydz. 💔 Matylda
  • Tysia0519 Znajoma
    Postów: 17 0

    Wysłany: 2 czerwca, 12:47

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Mi też udało się zajść w kolejną ciążę po stracie synka, jednak poroniłam :( Myślałam, że może tym razem los nam oszczędzi. Jednak myślę sobie, że jeśli jest coś nie tak lepiej jak stanie się to na wczesnym etapie. Jest mi przykro, ponieważ wiadomo kolejny cios od losu jednak strata synka w 9 miesiacu ciąży i martwy poród był czymś nieporównywalnie trudnym i ogromną tragedią w porównanie do poronienia. Walczymy od nowa...

  • Maddie Debiutantka
    Postów: 14 8

    Wysłany: 2 czerwca, 13:58

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Tysia, tak bardzo mi przykro.

    U mnie wszystkie transfery, które się nie udały i ciąże biochemiczne nie były tak straszne jak strata Malutkiej. One były małymi światełkami, które zgasły zbyt wcześnie a ona była słońcem. Gdy zgaśnie słońce zamarzają planety.
    W 9 miesiącu już zdążyliśmy poznać charakter naszych dzieci - przecież jasno dawały nam znać co im smakuje, czyj głos ich ekscytuje. Rozumiem Twoje uczucia i bardzo kibicuję w dalszej walce.

    Starania od 2019
    4 procedury in vitro
    2xCB
    04.2026 - 36 tydz. 💔 Matylda
  • Fasolowa_zupa Autorytet
    Postów: 350 629

    Wysłany: 2 czerwca, 14:32

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Dziewczyny weszlam tu po kilku miesiacach przerwy i wlasjie nadrobilam wpisy i poznalam historie ktorymi sie podzielilyście. Jest mi bardzo przykro, ze kolejne osoby doswiadczyły tego okrutnego dnia straty. Czytajac Wasze historie przezywalam po raz kolejny i kolejny wlasna strate z wrzesnia minionego roku, a przy opisach waszych trudow tylko ze łzami kiwalam glową, bo wiekszosci tych trudnych emocji i mysli w glowie doswiadczylam na wlasnej skorze.
    Od czasu straty chodze na spotkania do.psychologa przez jakis czas bralam tez leki od psychiatry, polecam jesli ktoras z Was sie waha, leki nie odcinaja emocji ale pomagaja je przetrawić, po lekach emocje zaczely mniej mnie przytlaczac i moglam po malu ukladac w glowie to co sie stalo i myslec o tym co dajel.
    Dziewczyny, ktore podzielily się tęcza po stracie, dziękuję Wam za dobre wieści i gratuluje z calego serca.
    Dolaczam bardzo niesmialo do grona osob, ktore postanowily spronowac i ktore raz jeszcze dostaly szanse bycia w ciazy. U mnie to bardzo wczesny etap, ale cos się po malu kluje i probuje wierzyc w szczesliwe zakonczenie tym razem. Dokladnie rok temu byłam o tej porze po pierwszym usg, w tym roku wypadnie ono za tydzień. Decyduje się jednak na innego lekarza i inny szpital, niech to bedzie zupelnie nowa historia, tym razem ze lzami tylko z radosci.

    nick lubi tę wiadomość

    👱🏻‍♀️86👴🏻86+ 🐈
    starania od III 24'
    IV, VIII, XII biochem
    I 25' zaczynamy starania z pomocą medyczną
    3 cykl z Ovitrelle i mamy fasolkę!
    V 25' jest bijące❤️
    IX 25' 💔 PPROM w 21T
    przeleczony stan zapalny endometrium
    wsparcie od imunologa
    styczeń 26' nowy początek starań


    Jeszcze kiedyś zaświeci dla nas słońce.
  • Tysia0519 Znajoma
    Postów: 17 0

    Wysłany: 2 czerwca, 20:56

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Maddie wrote:
    Tysia, tak bardzo mi przykro.

    U mnie wszystkie transfery, które się nie udały i ciąże biochemiczne nie były tak straszne jak strata Malutkiej. One były małymi światełkami, które zgasły zbyt wcześnie a ona była słońcem. Gdy zgaśnie słońce zamarzają planety.
    W 9 miesiącu już zdążyliśmy poznać charakter naszych dzieci - przecież jasno dawały nam znać co im smakuje, czyj głos ich ekscytuje. Rozumiem Twoje uczucia i bardzo kibicuję w dalszej walce.

    Maddie, dziękuję za słowa wsparcia. Ja również trzymam za Ciebie kciuki w walce o Waszą tęczę. Będąc przez chwilę w kolejnej ciąży, patrzyłam do przodu z trochę inna perspektywą i szansą na szczęście, więc warto walczyć. W pierwszą ciążę było w ogóle trudno zajść a teraz udało się szybciej. Może coś w tym jest, że łatwiej zajść w kolejne ciążę po tej pierwszej, którą całą się przeszło. Czytałam, że wiele lat walczyliście o córeczkę ale mam właśnie nadzieję, że uda się teraz szybciej jeśli tylko zdecydujecie się zawalczyć.

    Gratuluję wszystkim, którym udało się zajść w ciążę i czekają na maluszka, trzymam za Was również kciuki.

  • Fuksjowa Ekspertka
    Postów: 137 84

    Wysłany: 13 czerwca, 11:35

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Witajcie. Pisałam na tym wątku już jakiś czas temu. Byłam wtedy po stracie córeczki. Wyszła wada genetyczna, obrzęk płodu, nie doczekała wyników amniopunkcji. Koszmarne doświadczenie. Ten wątek pokazał mi, że nie jestem sama. Znałam doskonale ten ból i strach, które każda z Was miała też w sobie. Bardzo bałam się kolejnej ciąży. Umierałam w środku przed badaniami prenatalnymi. Ciążę prowadziłam w tym samym miejscu, tym samym gabinecie. Bardzo się bałam jak to będzie. Wciąż byłam pod opieką psychologa. Krok po kroku przechodziliśmy przez tę ciążę. Czasem myślałam, że nie wejdę do gabinetu, byłam jak sparaliżowana. Do samego końca nie czułam euforii, przywiązania. Moja głowa i serce złapaly dystans ze strachu. Dziś mój Synek ma trzy tygodnie. Jest naszym cudem i światłem. I wiem, że dla niego warto przejść przez najciemniejsze piekło. Piszę to, by dać Wam nadzieję na dobrą przyszłość. I trzymam kciuki za pokonanie demonów, lęków. Przytulam do serca każdą anielską mamę.

    nick, Księgowa lubią tę wiadomość

    age.png
  • nick Nowa
    Postów: 3 2

    Wysłany: 13 czerwca, 16:02

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Witajcie.
    Przeczytałam dużą część wątku w ciągu ostatnich tygodni. Dziś mija tydzień odkąd widzieliśmy naszego Synka ostatni raz, a kilka dni od pogrzebu. Wiem, że wiecie, co czuję. Wiem, bo przeczytałam tu dużo i widziałam podobieństwo tego, co opisywałyście, do swoich odczuć. Trochę mnie to pociesza, bo widziałam też dużo światełek w tunelu w waszych wypowiedziach…

    Moja bezproblemowa ciąża zamieniła się w koszmar w kwietniu, kiedy w 22+3 trafiłam do szpitala z rutynowej wizyty u lekarza prowadzącego. Nie docierało do mnie, co powiedział. Mówił o 8mm szyjki, a ja zapytałam, czy w takim razie wsiądę jeszcze w ciąży do samolotu… Później wszystko toczyło się jak lawina, a strach i rozpacz tylko narastały. Założono mi szew na szyjkę z już uwypuklonym pęcherzem, milion razy usłyszałam, jak ciężki był to zabieg, ale udany. Wtedy płakałam w szpitalną poduszkę myśląc, że to koniec mojej bezproblemowej ciąży, w której chodziłam na treningi, spacerowałam w słońcu płacząc ze szczęścia, bo od teraz czeka mnie leżenie. Och, jak ja wróciłabym do tego czasu i przejmowania się leżeniem… Tamten smutek wydaje mi się tak błahy. Pod koniec pobytu w szpitalu pogodziłam się z sytuacją i przed dniem wypisu w końcu szłam spać uśmiechnięta i wierząca, że to się uda, że doleżę w domu do bezpiecznego tygodnia. Było bezpiecznie, od zabiegu minęły cztery doby, a kluczowa była pierwsza po zabiegu i dwie kolejne. W nocy obudziły mnie wylewające się ze mnie wody. Kazano czekać do rana, antybiotyki i tak przyjmowałam w związku z zabiegiem.
    Nie wiedziałam, co dzieje się wewnątrz mnie.
    Ulubiona położna, nad ranem, po długim tuleniu mnie rozpaczliwie płaczącej, znalazła serduszko na KTG, mimo, że był to etap ciąży na którym nie podłącza się go. Ulżyło mi, bobas żył.
    Rano USG, lekarz nie pozostawił złudzeń - wód zero, dziecko umrze, proszę się z nim pożegnać, podamy leki. Kilka godzin przeżywaliśmy z mężem żałobę, płakaliśmy i układaliśmy ciąg dalszych wydarzeń. Aż do obchodu, na którym usłyszeliśmy, że to, co powiedział dyżurny, jest bzdurą. Że zostanę w szpitalu do rozwiązania (co było ciosem), ale teraz naszym celem jest kontrolowanie parametrów infekcyjnych i że mogę tak przeleżeć dzień, a mogę 10 tygodni. Rozpoczęła się gehenna, chociaż - ona się po prostu nie kończyła, teraz czekanie, ale bez wiedzy, na co. Strach o dziecko, o to, na jakim etapie się urodzi, o jego przyszłość, zdrowie i życie. Opieka psychologa ratowała moją głowę, choć to, jak wypierałam to, że nadal jestem w ciąży, jest dla mnie smutną myślą nawet dziś. Mózg próbował się bronić, przez brak wód nie czułam mocno ruchów, nie skupiałam się tak mocno na brzuchu jak na martwieniu się, co dalej i jak mam funkcjonować. Mam wyrzuty sumienia, choć każdy specjalista mówi, że to normalny mechanizm obronny. Szpitalny rytm, reżim łóżkowy ze wstawaniem na krótką toaletę.
    W końcu, znowu po tym, jak w końcu się uśmiechnęłam i zaakceptowałam sytuację zaczynając wierzyć, że doleżę do bezpiecznego terminu, w 25+0 rozpoczęła się akcja skurczowa, parametry infekcyjne bardzo i nagle się podwyższyły, zdjęto szwy, rodziłam naturalnie do 9 cm rozwarcia. Przed drugą fazą porodu postawiono mnie przed decyzją - rodzę naturalnie czy CC. Dezorientacja, rozbieżność w rekomendacjach lekarzy (SN - lepszy dla mnie z uwagi na granicę przeżywalności dzieci w tym czasie - szansa na szybszą i bezpieczniejszą kolejną ciążę; CC - zwiększający szanse dziecka, ułożonego miednicowo), w końcu konsylium i nasza decyzja o CC. Dzidziuś przyszedł na świat.

    Zobaczyłam go tego samego wieczora i przepadłam… Najsłodsze 710g, jakie widziałam w życiu. Zapomniałam o swoim strachu z patologii ciąży, kiedy uważałam się za osobę, która „nie będzie w stanie pokochać takiego wcześniaka” bo przecież „chciała zdrowe, pulchne dziecko”. Z perspektywy matki dziecka, które pojawiło się na świecie, te obawy i sposób myślenia były i są już dla mnie abstrakcyjne.
    Zespół oddziału zszokowany jego próbami samodzielnego oddechu, jego walecznością, chociaż nie miałam w sobie przyzwolenia na nazywanie go „wojownikiem”. To mój mały Synek, urodzony, aby go kochać i tulić, nie po to, by był na wojnie i musiał o coś walczyć.
    Kilka dni świetnych, spokojnych wiadomości. Ale w tle nauka życia na OITN, gdzie traumatyczny strach o to, czy twoje dziecko dożyje jutra, nie opuszcza barków. Ciągłe uprzedzanie nas, że ekstremalnie skrajne wcześniactwo to miesiące walki na oddziale, dwa kroki do przodu, trzy do tyłu. Ciężko jednak było nie wierzyć w cud. Nie zakochiwać się w tym najsłodszym nosku na świecie. Po dniach stabilnych przyszły dni tragiczne, czekanie na operację, której przeprowadzenia finalnie odmówiono ze względu na ciężki stan Synka. Zostaliśmy objęci opieką paliatywną. Chcę wierzyć, że ani przez moment nie czuł bólu. Zamieszkaliśmy na oddziale, pozwolono nam spać przy inkubatorze. Tuliliśmy się z nim godzinami. Pozwolono nam brać udział w pielęgnacji. Mogłam pomóc w zmianie pieluszki, posmarować pupkę kremem, masować stópki… Mieliśmy przyzwolenie na większy kontakt fizyczny. Buziak przy kangurkowaniu nie był zakazany, ciągle mam pod ustami tę pachnącą Synkiem główkę, jego stópki.
    W 19. dniu życia odszedł. Zasnął na moich rękach. Jego serduszko, które tak wzruszało, kiedy w ciąży słuchaliśmy go u lekarza, po prostu przestało bić. Mam nadzieję, że przez całe swoje życie czuł choć część miłości, którą na niego przelaliśmy, bo jakakolwiek byłaby to część, była jej ogromem. Mam nadzieję, że zasnął, czując, że jest w najbezpieczniejszym miejscu na świecie, w ramionach swojej mamusi, która nigdy nie przestanie go kochać. Mieliśmy piękne i długie pożegnanie. Jestem za nie wdzięczna oddziałowi i położnej, która nam towarzyszyła. Zobaczyliśmy Synka pierwszy raz bez rurek. Był jeszcze bardziej nasz, uroczy i piękny. Najpiękniejszy chłopczyk na świecie.
    Na zawsze zostanie ze mną ta godzina, którą mieliśmy wspólnie przed kremacją. Coś, co wydawałoby się tak abstrakcyjne, było dla mnie po prostu przebywaniem z moim Dzieckiem, cieszeniem się jego widokiem, dotykiem. Mimo, że wiedziałam, co zaraz nastąpi i że muszę się na niego napatrzeć na całe życie, w moim sercu mieszała się rozpacz z radością, że go widzę, po tygodniu zastanawiania się, co się z nim dzieje i kto jest przy nim, w końcu był przy mnie.
    Pogrzeb miał przepiękny. Po czasie i rozmowie z mamą, która przyzwyczajona do pogrzebów katolickich chyba martwiła się o świecki pogrzeb naszego Synka, a finalnie była zachwycona ceremonią, zrozumiałam, co szczególnego było w tym pożegnaniu. Cała ceremonia była skupiona tylko na nim. Przez godzinę był tylko nasz Syn, wśród mnóstwa kochanych ludzi, którzy przyszli go pożegnać. Nikt nie skupiał się na formułkach, modlitwach, nie odrywał myśli od niego. Padło dużo kochanych słów o Synku, usłyszał swoją ulubioną kołysankę, usłyszał list od rodziców, którzy najchętniej wykrzyczeliby światu swoją miłość i tęsknotę…

    Cieszę się, że mimo tego, jakim strachem, lękami, łzami i stresem było obarczone jego przyjście na świat, on sam był czystym szczęściem. Nauczył nas miłości, której nigdy nie znaliśmy. W rodzinie umościł sobie miejsce na zawsze, został pokochany bezwarunkowo. Uśmiechamy się na myśl o nim, kojarzy nam się z miłością. Cieszymy się, że mimo tego, co wyżej, spędzaliśmy z nim czas w sposób, w jaki spędzaliśmy - tworząc mnóstwo wspomnień i rytuałów, tak jak planowaliśmy robić z naszym dzieckiem. Mamy ulubiony wierszyk, kołysankę, rodzinne historyjki, anegdoty z Misiem, nadaliśmy mu mnóstwo charakterystycznych ksywek i cech. Pobyt na oddziale nie był niekończącym się smutkiem. To oddział paradoksów i kontrastów, jak wtedy kiedy w dniu, w którym dowiadujesz się o tym, że ratująca życie operacja nie odbędzie się, uśmiechasz się, bo pozwalają Ci podać dziecku kropelki swojego mleczka na języczek.

    Mijają dwa tygodnie od śmierci Synka, a ja mam wrażenie, że żyję w tym bólu dużo dłużej. Tydzień temu widziałam go tuż przed kremacją, a jakby to było pół roku temu. Wiem, że nie chcę się zapadać w rozpaczy, a śmiertelny jest dla mnie komunikat, z którym się spotkałam - że ból nie minie nigdy, ale nauczę się z nim żyć. Jeśli ma tak być - zabijcie mnie dziś.
    Wiem, że chcę pamiętać i kochać Synka do końca swoich dni. Liczę się z tym, że nie będzie dnia, w którym o nim nie pomyślę, nie chciałabym zresztą nigdy o nim zapomnieć. Oswoiłam się z myślą, że żałoba po śmierci dziecka jest specyficzna. Liczę jednak, że kiedyś, przy zastosowaniu odpowiednich narzędzi, zintegruję się z tym przeżyciem. Że będzie we mnie, ale nie będzie raniło tak, jak robi to dziś.
    Myślimy też mężem o tym, co możemy zrobić, żeby jeszcze kiedyś (a najlepiej niedługo) zaznać smaku rodzicielstwa i żeby nie zdarzyło się to, co zdarzyło się teraz. Miałam CC i to w 25tc więc zapewne trzeba będzie odczekać, ale marzę o tym, żeby nasz Misio był starszym bratem.
    Na ten moment nie mam odrzutu od ciężarnych, od dzieci. Miałam go leżąc na patologii i tuż po porodzie. Nagle przeszło - w momencie, kiedy zalała mnie fala miłości i postrzeganie Synka jako niepowtarzalnego, niezastąpionego dziecka. Nikt nie miał i nie ma takiego Misia, jest jedyny i niezastąpiony. Dany nam taki, jaki został nam dany. Wiem, że to może ewoluować, ale chcę wystawiać się na bodźce, szczególnie, że przez ciążę szłam równolegle z przyjaciółką i kilkoma znajomymi.

    Przez te 1,5 miesiąca wiele się we mnie zmieniło.
    Poznałam nowy rodzaj swojego płaczu. To dla mnie symboliczne i w pewien sposób niesamowite, ale nigdy nie płakałam w sposób, w jaki płakałam przez ten czas i w jaki nadal płaczę. Rozpaczliwie, głośno i głęboko. Moja siostra nazwała to „płaczem matki”.
    Oprócz bezbrzeżnego smutku, jest we mnie mnóstwo refleksji i przewartościowania swojego życia. Już teraz wiem, że „takie rzeczy” zdarzają się również „nam”. Że z najpiękniejszego stanu w życiu, w którym przenosiłam góry i płakałam ze szczęścia pierwszy raz od lat, w sekundę mogę znaleźć się w czarnej otchłani. Że limit pecha nigdy się nie wyczerpuje i to, że zdarzyło nam się to, co się zdarzyło nie oznacza, że teraz będzie już tylko lepiej. Nachodzi mnie myśl, że naprawdę czas doceniać życie, każdy jego dzień. W szpitalu widziałam różne przypadki. Może dziś, mimo że myślę, że jest to najgorszy okres w moim życiu, wcale taki nie jest? Może będą jeszcze gorsze, a ja powinnam doceniać każdy dzień, w którym wstaję, oddycham, mam w głowie Synka, którego dane było mi w ogóle mieć?
    Poczułam też dopiero, co oznacza utrata dziecka. Wstyd mi za to, co myślałam kiedyś, kiedy słyszałam, jak starsze małżeństwo w rozmowach wspomina swojego synka, zmarłego kilkadziesiąt lat wcześniej, w okresie okołoporodowym. Jak bardzo nie rozumiałam, że to dziecko, najprawdziwsze ich dziecko, które zawsze nim pozostanie i zasługuje na to, żeby świat o nim pamiętał do końca.
    Zrozumiałam to, jak ważne mogą być zatrzymane w myślach momenty, pamiątki, zdjęcia i filmy - nawet z martwym człowiekiem. Nasze galerie przepełnione są Synkiem, od początku jego drogi do końca.
    Do teraz zdjęcia z pogrzebów były dla mnie memem, nie widziałam ich sensu, dziś żałuję, że nie mamy utrwalonej tej części pożegnania z Synkiem.
    Ale co najważniejsze, poczułam, co znaczy miłość rodzica do dziecka. Co to za cudowne uczucie. To, co czułam do dziecka, będącego w brzuchu, było niczym w porównaniu do tego, co poczułam, widząc je i czując, że jest odrębną jednostką, najprawdziwszym człowiekiem, zrodzonym ze mnie, będącym połączeniem mnie i mojego ukochanego człowieka. I za to dziękuję mojemu Synkowi.
    Jest ciężko, ale jednocześnie doceniam to, że się pojawił. Jadąc ze szpitala do domu po pożegnaniu Synusia, stwierdziliśmy z mężem, że miniony miesiąc był najgorszym, co nam się przydarzyło. Ale nasz Misio był najlepszym, co nam się przydarzyło.

    I tak właśnie mam, myśląc o Synku, pisząc o nim, skupiam się głównie na tym, co wspaniałe. Na tym, co pięknego przyniósł przychodząc na świat. Pisząc o nim nie myślę o tym, że za kilka godzin kucnę na cmentarzu i będę płakała aż zabraknie mi powietrza. Że wstawiając pranie, przez płacz będzie mi ciężko wstać z podłogi. Życie jest teraz pełne tak filmowych scen... Chcę jednak wierzyć, że z każdym dniem będzie ich mniej. Że terapia pomoże wstać z kolan i z czasem skupiać się w jak największej mierze na tym, co cudownego przyniosło nam do życia to piękne, maleńkie Istnienie.

    Pęka mi serce na myśl o tym, ile nas tutaj jest, a ile nie jest, a przeżywa takie tragedie. Zresztą dopiero przeżycie tego na własnej skórze sprowadziło na nas dużo takich historii również z otoczenia, bliższego czy dalszego. Jak bardzo jest to powszechny problem, ilu ludzi nosi w sercu ból…

    Dziękuję każdej z Was, która podzieliła się swoją historią, która po latach wraca tu, żeby powiedzieć, że da się wstać z kolan i żyć, że da się powiedzieć „jestem szczęśliwa”. To krzepiące i nawet jeśli uważacie, że bez sensu to powtarzać, powtarzajcie, proszę. Dla osób w momencie takim, w jakim jestem teraz, każda autentyczna krzepiąca wypowiedź osoby, która przeszła to samo, jest na wagę złota.

    Przepraszam za chaos i długość tej wypowiedzi.
    Proszę, nie cytujcie jej, bo nie wiem, czy za jakiś czas nie poczuję, że wylałam z siebie za dużo. Na dziś czułam, że chcę Wam o tym, o Nim, opowiedzieć. I być może poczytać, że wszystko, co czuję, jest normalne, że będzie lepiej…

    Wiadomość wyedytowana przez autora: 13 czerwca, 16:11

  • Fuksjowa Ekspertka
    Postów: 137 84

    Wysłany: 13 czerwca, 19:51

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Nick, przytulam Cię do serca z całej siły. Jesteś najlepszą Mamą, jaką mógł sobie wymarzyć Wasz Synek. Jestem pewna, że odebrał każdą, nawet najmniejszą cząstkę miłości, którą do niego wysłaliście. Pamiętam, że gdy zdecydowaliśmy się powrócić do starań o dziecko i okazało się, że jestem w ciąży, to miałam poczucie, że zdradziłam moją córkę. Że to było jej miejsce, nikogo innego. Dziś wiem, że mam dla moich dzieci całe serce, są tam oboje. Życzę, by w Waszym życiu pojawiła się tęcza. Wtedy, gdy będziecie gotowi.

    nick lubi tę wiadomość

    age.png
  • Maddie Debiutantka
    Postów: 14 8

    Wysłany: 13 czerwca, 20:30

    Cytuj  /     /  Zgłoś
    Nick, bardzo mi przykro, że Was to spotkało.

    U mnie niedługo miną 2 miesiące od śmierci córeczki i moje dni wyglądają trochę inaczej, nie lepiej czy gorzej, ale właśnie inaczej. Prawie nie pamiętam jak przeżyłam maj, wstawałam, jadłam, sprzątałam itd., ale teraz prawie nie pamiętam tych dni. Teraz czuję po prostu smutek, nie potrafię jeszcze się prawdziwie uśmiechać, ale jest inaczej. Są dni kiedy wspominam z uśmiechem jej ruchy, mówienie do niej i plany jakie mieliśmy, ale zdarzają się dni, gdy podczas zwykłych czynności wracają wspomnienia z dnia kiedy dowiedziałam się, że ona nie żyje. Te dni są nadal obezwładniające.

    Pomagają mi rytuały. Mówienie dzień dobry i dobranoc do jej zdjęcia, które stoi na szafce nocnej. Noszenie jej zdjęcia w wisiorku na szyi i dotykanie go gdy najbardziej tęsknię. Wizyty na cmentarzu z bukietami kwiatów, które sama zebrałam. Dzięki temu czuję, że mogę w jakiś sposób o nią dbać.

    Nie do końca potrafiłam wyobrazić sobie jak ma pomóc czas, ale teraz już bardziej rozumiem. Czas oswaja nas z bólem. Mimo, że jestem osobą niewierzącą to mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Bardzo pomaga mi powiedzenie, że dzieli nas tylko czas.

    Przytulam Cię mocno i jestem pewna, że Twój Synek czuł i nadal czuje całą Waszą miłość.

    nick lubi tę wiadomość

    Starania od 2019
    4 procedury in vitro
    2xCB
    04.2026 - 36 tydz. 💔 Matylda
‹‹ 744 745 746 747 748
Zgłoś post
Od:
Wiadomość:
Zgłoś Anuluj

Zapisz się na newsletter:

Zainteresują Cię również:

Niepłodność u mężczyzn - najczęstsze przyczyny. Kiedy warto wykonać badanie nasienia?

Problem z poczęciem dziecka jest problemem obojga partnerów, dlatego jeśli już dłuższy czas czekasz na dziecko, to diagnostykę i ewentualne leczenie rozpocznij razem z partnerem. Niepłodność u mężczyzn występuje tak samo często, jak u kobiet. Przeczytaj jakie są najczęstsze przyczyny problemów z płodnością u mężczyzn, w jaki sposób można je wykryć i jakie są potencjalne rozwiązania na zajście w ciążę.

CZYTAJ WIĘCEJ

Warto walczyć o swoje marzenia, czyli historie starań o dziecko zakończone happy endem

O tym jak trudna i wyboista potrafi być droga do macierzyństwa, wiedzą doskonale pary, które od lat bezskutecznie starają się o dziecko. Niekończące się badania, intensywne szukanie przyczyny niepowodzeń, poddawanie się procedurom, ciągła walka, momentami bezsilność, ale też niegasnąca nadzieja... Dzisiaj swoją historią podzieliły się z nami dwie pary, których droga do wymarzonego macierzyństwa nie była łatwa. Karolina i Łukasz oraz Asia i Paweł opowiadają swoje poruszające historie zakończone happy endem! 

CZYTAJ WIĘCEJ

"Nie mogę zajść w drugą ciążę" - czym jest niepłodność wtórna?

Gdy wspomnienia z porodu zaczną blednąć, a pierworodny synek lub córeczka wyrosną z etapu pieluch i kaszek, pojawienie się myśli o dalszym powiększeniu rodziny najprawdopodobniej będzie tylko kwestią czasu. Niestety, nie każdej kobiecie udaje się zajść w ciążę po raz drugi. Dlaczego tak się dzieje? Czym jest niepłodność wtórna i jak sobie z nią radzić? 

CZYTAJ WIĘCEJ