Pamiętniki Dodatnie ANA i koncentracja plemników 5.22 miliona/1 ml :)
Dodaj do ulubionych
‹‹ 7 8 9 10 11

13 października, 20:07

tc: 38+0, waga 66,8 kg.

14 dni do przewidywanej daty porodu.

Od soboty z nerwów ledwo żyję. Żółta strefa w całym kraju. Zamiast się normalnie przejmować porodem, czy to boli, czy da radę przeżyć, jak przeżyć, jak sobie samemu pomóc, to ku.wa zastanawiam się, gdzie będę rodzić i jak będę rodzić. Czy czasem wybrane przeze mnie szpitale nie znajdą się w czerwonej strefie? Wtedy zostaną moje lokalne. W obu trzeba rodzić w maseczkach. W żadnym nie wpuszczają Męża, nawet na te 2 godziny po porodzie. W jednym robią nawet test na koronawirusa. Nawet jak wynik jest ujemny rodzi się w maseczce. Bo takie są zalecenia. "Zalecenia". Uwielbiam to słowo. Uwielbiam z całego serca. Prawnie jest możliwość lub obowiązek. Powinność nie istnieje. A takie "zalecenia" to właśnie powinność. Szlag jasny by to trafił. Jestem zażenowana postawą rządu, który stracił pół roku. Mieli pół roku na wypracowanie procedur, tymczasem, jak to koleżanka lekarz powiedziała, to było pół roku gadania o wypracowywaniu procedur. U nich na SORze nadal nie ma, gdzie ustawić respiratora.

Jakim cudem są malutkie szpitaliki (oczywiście na drugim krańcu Polski), w których są wyznaczone miejsca dla Tatusiów na kangurowanie noworodka po cc? Oczywiście Tatuś w maseczce (i kij z tym, dla noworodka najważniejszy jest jego zapach i jego bakterie i jego ciepło i jego słowa, a nie wygląd). Jakim cudem są szpitale, w których Tatuś może przyjść na pół godziny dziennie? Oczywiście w maseczce i rękawiczkach, ale jednak. No i wreszcie, jakim cudem są szpitale, w których rodzice są oddzielani od nowonarodzonych dzieci, albo od niemowlaków, które musiały wylądować w szpitalach. Przecież to jest patologia. Patologia. Warunki gorsze, niż nasze matki rodziły. No i oczywista oczywistość, wypisują teraz ze szpitali najdalej po 2 dniach. I nagle okazuje się, że nie trzeba leżeć w szpitalu min. 3 dni, żeby NFZ zwrócił kasę szpitalowi. Takie cuda. Moja torba szpitalna, uzupełniona o jedzenie (pomimo wiedzy, że na 2 dni, ilości jedzenia wcale nie zmniejszyłam) jest dwa razy większa niż planowałam.

Nawet obstalowany lekarz nie jest teraz (w mojej ocenie - nigdy nie był) gwarancją dobrego porodu. Szukam cały czas poczucia bezpieczeństwa. Żeby właśnie dobrze urodzić. I niestety sytuacja wcale nie sprawia, że gdziekolwiek poza domem, mam to poczucie bezpieczeństwa.

Byłyśmy dziś na wizytach. Pierwsze było KTG. Męczyli nas 50 minut. Pierwszą 1/3 Malinka się ruszała jak szalona. Kolejne 2/3 odpuściła i dawała raz na jakiś czas znak, że żyje. Lekarz stwierdził, że on wolałby taki równomierny obraz ruchów dziecka, mam przyjść kontrolnie jutro. Czynności skurczowej macicy brak. Kolejna wizyta to było usg z pomiarami. Malinka waży 3060 g. Tylko pani doktor stwierdziła, że jest błąd pomiaru i waga jest zbyt niska, dlatego, że nie dała rady ładnie zmierzyć obwodu główki dziecka i co za tym idzie - sprzęt nieprawidłowo wyliczył wagę Córeczki. Przepływy ładne, łożysko ładnie, szyjka zamknięta.

Raczej się nie pcha na ten świat, nie dziwię się, w taką pogodę i przy takiej ogólnej atmosferze covidowej, kto by się pchał? Herbatka z liści malin jest już jakiś czas codziennie do śniadania, masaż krocza również (masło shea i wit. E w kropelkach). Od 3 dni na stół wjechały daktyle, na razie po 2 dziennie, dawka dobowa powinna wynieść 6. Od jutra może olejek z wiesiołka?

Na "hamerykańskim" yt znalazłam wskazówkę, żeby wypisać nasze strachy związane z porodem, że wtedy będzie łatwiej. Oto one zatem:
1. że złapiemy koronawirusa;
2. że złapiemy koronawirusa i nawet nie będziemy o tym wiedziały (swoją drogą, jak ma się robiony test, test wychodzi negatywny, to przecież jedynymi osobami w szpitalu, od których możemy się zarazić - no nie są tłumy gości, których się przyjmuje - to inni pacjenci /zakładam również z ujemnym testem/ oraz personel - który wraca po dyżurze do domu, spotyka się ze znajomymi, opiekuje się swoimi dziećmi, rodzicami, spędza czas z rodziną);
3. że Malinka złapie koronawirusa i ją ode mnie oddzielą;
4. że złapię koronawirusa i zostanę oddzielona od Malinki;
5. że Mężusia nie będzie mogło być przy porodzie i 2 godziny po;
6. że się skończy na cc, bo wtedy Mężusia nie będzie mogło być i nie będzie kto miał kangurować Malinki;
7. że będę zmuszona rodzić w masce i nie będę miała siły walczyć o swoje prawa, choć generalnie mam to we krwi;
8 - 20. nic;
21. że coś się stanie w trakcie porodu mi albo Malince, że się owinie pępowiną, że dojdzie do niedotlenienia, że stanie się coś takiego, że ją ode mnie odseparują i nie będę miała wejścia na oddział, na którym leży.

Odebraliśmy też paczki od teściów. Dwie paczki ciuszków. Dostała dwa kocyki, przytulankę, mnóstwo sukienek (grubych i polarowych, ale też i z krótkim rękawem), spodnie, spodenki, kurteczki, czapkę zimową (tej nie mieliśmy, więc jako pierwsza poszła do prania, suszenia i już jest spakowana do ubranek na wyjście - nigdy nie wiadomo, czy jesienna czapka będzie ok).

Byli u nas znajomi, chcieli się zobaczyć przed porodem. Ależ było nam miło, jak dostaliśmy przetwory i herbatki :) coś dla nas, a nie dla naszego potomka :) naprawdę, rozkosznie nam było. Akuratnie się zajadam tymi przetworami :)

14 października, 14:05

tc: 38+1, waga 66,8 kg.

13 dni do przewidywanego terminu porodu.

Byłyśmy na kontrolnym KTG. Dziś Malineczka współpracowała zacnie, lekarz był zadowolony. Zapisały się nawet 3 lekkie skurcze. Aż mnie poprosił na fotel. Szyjka zamknięta, wody płodowe ok, łożysko ok. Czegoś nowego się dowiedziałam - łożysko nie musi się zestarzeć, żeby doszło do porodu. O. A myślałam, że to naturalne, że łożysko przechodzi sobie z 1. fazy w 2., a z 2. w 3. Przy okazji stwierdził, że moje lekko zawyżone wyniki prób wątrobowych nie są cholestazą ciążową. Że na tym etapie jest to spowodowane stopniem zaawansowania ciąży i tym, że wszystko uciska na wszystko. A w związku z tym, że guzek pod pachą wcale się nie zmniejsza, mam się wybrać na usg.

Porozmawiałam też z położną, która pracuje w lokalnym szpitalu i pytam się, co będzie, jeśli nas zrobią czerwoną strefą, czy szpital będzie zamknięty? - Nie będzie zamknięty. - No, ale na wiosnę, koleżanka rodziła, to musiała jechać 30 km dalej, bo miejski był zakaźnym, a tu na porodówce wykryto koronę i przez 2 tygodnie była nieczynna. - Szpital działał cały czas, a że panie sobie przekazywały takie informacje, to myśmy miały mniej pracy.

Bądź tu mądry i pisz wiersze. Czy ona żyje w innej rzeczywistości? Czy o co chodzi? Przecież pamiętam, że wchodziłam nawet na stronę tegoż szpitala i była informacja o zamknięciu porodówki. I faktycznie koleżanka, miała rodzić tam, to akurat było nieczynne i ją odesłali, musiała jechać do innego szpitala.

Poza tym, pod wpływem hormonów (mam nadzieję) wymyśliłam sobie taki plan. Master plan. W weekend przyjeżdża do mnie koleżanka lekarz. Anestezjolog. Bo dawno się nie widziałyśmy i chciałaby przyjechać, korony nie ma, akurat u nich testy są regularnie robione. I tak sobie wymyśliłam - hm, przecież ona jest lekarzem, może by tak się rozpakować w weekend? Hm? I mieć temat załatwiony? I ona by przyjęła poród? Co prawda, nie jest położną, nie jest ginekologiem, no ale jest lekarzem. A wtedy proszę bardzo mam poczucie bezpieczeństwa, na którym tak bardzo mi zależy. Przedstawiłam ów plan Mężusiowi i usłyszałam tylko "Skarbeńku /pierwszy raz odkąd się znamy/, kocham Cię bardzo, bardzo chciałbym mieć żonę jeszcze choć kilka lat, dlatego pojedziemy do szpitala jak się zacznie".

16 października, 19:54

tc: 38+3, waga 67,2 kg.

11 dni do przewidywanego terminu porodu.

Na KTG pisały się mikroskurcze. Lekarz zbadał, stwierdził, że Maluch się obniżył. Cały czas kontroluje też stan mojej skóry, czy czasem nie ma cholestazy. Kolejne KTG we wtorek.

Byłam również na USG guzka pod pachą. Hm. Ani to węzeł chłonny ani gruczoł mlekowy. W zasadzie nie przypomina to nic znanego, możliwe, że jest to kwestia hormonów ciążowych. Mam zalecenie konsultacji onkologicznej 😞 Pilnej konsultacji onkologicznej. Co się spłakałam to moje. W poniedziałek jadę do centrum onkologicznego się pilnie zapisać, lekarz wykonujący USG powiedział, że jak będą chcieli zrobić biopsję, to robić nawet przed porodem, żeby iść spokojnie i rodzić. A tak się cieszyłam ze spokojnej ciąży.

Wiadomość wyedytowana przez autora 16 października, 19:55

20 października, 18:35

tc: 39+0, waga 67,2 kg.

Adrenalina po weekendzie spada, mogę zacząć się relaksować.

Po pierwsze byłam u onkologa. Udało się dziś ogarnąć temat. Nawet nie wiedziałam, że mamy takie centrum onkologiczne, gdzie ściany pachną jeszcze farbą. Normalnie zaplecze ekstra (niekoniecznie choroby ekstra, ale samo zaplecze lux torpeda). W jego ocenie to coś (zapomniałam fachowego określenia) zrobiło mi się od antyperspirantów. Mam kategoryczny zakaz ich stosowania. W chwili obecnej robić okłady z łyżeczki sody rozpuszczonej w szklance przegotowanej wody. Nie chciał mnie kroić, nawet w znieczuleniu miejscowym, bo tak jakby, no nikt mu (ani mi) nie zagwarantuje, że nie zaczniemy się rodzić. To coś może pod wpływem okładów pęknąć (i tak ma być), za tydzień do kontroli (chyba że będziemy się rodzić). Ewentualnie do kontroli po porodzie. Ufff. Kamień, który spadł mi z serca był chyba słyszalny w sąsiednich województwach.

Po drugie byłam na KTG. Przed wizytą u onkologa. Chyba z tego stresu nie zapisał się ani jeden skurcz. Nawet mikroskurcz się nie zapisał. Tu kłania się teoria, że do porodu konieczne jest poczucie bezpieczeństwa. A kwestie onkologiczne poczuciu bezpieczeństwa raczej nie sprzyjają. Lekarz po KTG mi powiedział, że poszłam na usg do dobrego specjalisty, który jednak lubi nastraszyć i że żaden z jej znajomych nie chodzi do niej na usg, bo zawsze coś tam wywlecze. 🤦‍♀️ Poza tym zrobił mi masaż szyjki. Bo szyjka dalej zamknięta. Nie bolało mnie, a podobno powinno boleć mocno, nawet mocniej niż sam poród (tak słyszałam). KTG było przed wizytą u onkologa, to się nie dziwię, że nic się nie działo, przecież w swojej głowie już zaplanowałam biopsję na czwartek lub piątek, zrobiłam listę ginekologów-onkologów (przepraszam moja psychiko, przepraszam również Ciebie Moja Córko za ten stres na samej końcówce ciąży). Po wizycie u onkologa - pojawiły się mikroskurcze 😜

Po trzecie: nie wiem, czy to przez końcówkę ciąży, czy przez kwestie koronawirusowe, czy przez kwestie onkologiczne, czy uwarunkowania charakterologiczne - jestem wściekła na prawie wszystkich. Albo łatwo się denerwuję, wręcz wkurzam. Mężuś jeszcze nie złożył papierów rozwodowych, choć kto wie, może po prostu czekam na przesyłkę z sądu. "A gdzie Ty zamierzasz rodzić?", "A gdzie będziesz rodzić?", "A w jakim szpitalu będziesz rodzić?". Ku.wa mać Człowieku. Człowieku zlituj się. Odpuść, w zasadzie odpier.ol się ode mnie. Nie widzisz, co się dzieje? Nie czytasz gazet, internetu, nie oglądasz telewizji? Pierwszej osobie, drugiej, nawet piątej jestem w stanie spokojnie wytłumaczyć, że jest koronawirus, że w każdej chwili mogą zamknąć każdą porodówkę, że ja nic nie mogę teraz zaplanować. Ale przy szóstej, to mi się ulało. Sms "Jak się czujesz?" - "Fizycznie ok, psychicznie słabo, w każdej chwili mogą zamykać porodówki, jest słabo" - sms zwrotny od tej samej osoby - "A gdzie zamierzasz rodzić?". Przysięgam, dostałam białej gorączki. Pier.olec mi wskoczył do głowy i nie chciał odpuścić. To przepraszam łaskawie przeczytaj sobie raz jeszcze pierwszą wiadomość. Koleżanka mi podpowiedziała, żebym sobie myślała "To mnie nie dotyczy". W sensie sytuacja z koroną "to mnie nie dotyczy". To naprawdę działało. Aż do tej szóstej osoby z pytaniem "A gdzie zamierzasz rodzić?". Co ja sobie mogę zamierzać? Dalej, widziałam się z koleżanką, która stwierdziła, że mam wąskie biodra i czym ja zamierzam urodzić. No generalnie to ku.wa tym samym, co Ty, tym dokładnie samym, co Ty. Dołożyło mi to zmartwień na weekend (bo onkolog, koronawirus to przecież zbyt mało). W poniedziałek podczas pogadanki z położną poprosiłam o zmierzenie mnie miednicomierzem. Wyszło 26, 30, 35 i 21. Optymalnie. Położna stwierdziła, że jej zdaniem przez taką miednicę przejdzie bobas nawet 4,5 kg. Choć biorąc pod uwagę wielkość brzucha raczej siedzi tam standardowy Mały Człowiek. Po wizycie u położnej pogadałam sobie z koleżaneczką i powiedziałam subtelnie, żeby nie wtryniała się w takie sprawy, jak nie zamierza lub nie potrafi być wsparciem, to żeby trzymała język za zębami. Ot co. Mężusiowi też się oberwało. Oglądaliśmy jakiś film, niemowlak zaczął strasznie krzyczeć, a Mężuś na to "Mam nadzieję, że nasze też będzie takie rozkrzyczane!!!". On żartował, ja nie zrozumiałam. Podobno żartował. Powiedziałam mu, żeby się przeszedł po osiedlu, ochłonął i zaczął czytać o high need baby, i żeby może tak zażyczył sobie spokojnego dziecka, bo po miesiącu on wróci sobie do pracy, a ja zostanę sobie z Berbeciem i to ja będę mieć przepitolone, a nie on. Tym bardziej, że jak on jedzie do pracy to wyjeżdża np.na 4 dni i noce. I wraca na weekend. Także teges, także ten. Spociłam się z nerwów strasznie, nie dałam się przytulić przez godzinę, tak bardzo mnie wkurzył.

Z tego wszystkiego zaczęłam kompulsywne jedzenie. Chipsy, kawa z mlekiem i cukrem (białym!!!), czekolada do picia, czekolada z kawą, pizza (cała dla mnie), czekoladowa babeczka, kolejna kawa z mlekiem, cukrem (brązowym tym razem) i czekoladą. Nie potrafiłam nad tym zapanować. Dziś jest lepiej.

Po czwarte: byliśmy na wizycie kwalifikacyjnej w domu narodzin. Pozaszpitalnym domu narodzin. Wiem, wiem, można się teraz stukać w głowę, proszę bardzo. Jak myślę o porodzie, to potrzebuję poczucia bezpieczeństwa. A ja poczucie bezpieczeństwa mam u boku Mężusia. Nie w konkretnym miejscu, ale przy nim. Poczucie bezpieczeństwa to też pewność sytuacji, że np. w ciągu godziny nie wprowadzą nakazu rodzenia w maseczkach w szpitalach w całej Polsce. Wiem, że z nim nie będzie tak łatwo zmanipulować mnie do podjęcia decyzji, których nie chcę podjąć. Nie chcę być bezbronnym trybikiem w maszynie zwanej procedurą. Zasady w domu narodzin: rodzi się w asyście minimum jednej położnej, a jak są dostępne to w asyście dwóch położnych. Neonatolog oczywiście ogląda dziecko. nie podają szczepionek - ale je można załatwić na NFZ w każdej poradni. Podają wit. K - ale muszą mieć informację, czy jako wkłucie czy jako kropelki. Robią pobranie krwi z pięty, ale jeśli nie chcemy może to zrobić położna środowiskowa na wizycie patronażowej. Jedzenie we własnym zakresie. Weryfikacja rozwarcia następuje przy przyjeździe, a potem w zależności od postępu porodu - czasem się zdarza, że tylko ten jeden raz, a czasem co 2-3 godziny w pozycjach dowolnie przyjętych przez rodzącą. KTG nie robi się, chyba że położna wychwyci, że coś jest nie tak. Badają detektorem. W drugiej fazie porodu detektor idzie w ruch po każdym skurczu. Nie podają oksytocyny, nie przebijają pęcherza płodowego (jako jeden ze skutków ubocznych powiedziała mi, że może wypaść pępowina przed dzieckiem i wtedy na cito cc), oczywiście nie ma możliwości znieczulenia farmakologicznego. Nie rodzi się w maseczkach, Mąż może być cały czas. Potem może mnie odwiedzać, kiedy i ile chce. A może po prostu z nami zamieszkać na ten czas. Oczywiście jest to poród prywatny, płatny, ale nie tyle, ile poród w Medicover. W razie czego - położna jedzie z nami do najbliższego szpitala (oczywiście, jak jest czas to do szpitala z wyboru, jak nie ma czasu do najbliższego), osłuchuje dziecko cały czas). Natomiast takie przypadki zdarzają się super rzadko, bo kwalifikacje to dość mocno ograniczają.

A żeby skończyć nieco lżej - foteczki komody i miejsca do przewijania Malineczki.
https://naforum.zapodaj.net/ee2fcf83dba4.jpg.html

https://naforum.zapodaj.net/7cb2454eadf8.jpg.html
‹‹ 7 8 9 10 11
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego