Pamiętniki Dodatnie ANA i koncentracja plemników 5.22 miliona/1 ml :)
Dodaj do ulubionych
‹‹ 3 4 5 6 7

30 września, 19:47

Kilka scenek z życia:

W niedzielę późnym wieczorem wracamy do siebie. Na przeciwko mieszka małżeństwo, mniej więcej w naszym wieku, z około 3-letnim synkiem, psem i kotem. Raz na miesiąc, może raz na półtora, jest większa draka (no u kogo nie ma?), ale tym razem to przeginka. Sąsiad leży pod drzwiami. Odór alkoholu. Cofnęłam się, bo nie wiedziałam, czy brzydko mówiąc trup czy jeszcze dycha. Mężuś zaordynował "Właź do mieszkania", a potem do sąsiada:
M: "Dzień dobry Sąsiedzie!"
S: "A, dzień dobry, dzień dobry!"
M: "Co? Nie chce wpuścić do mieszkania?"
S: "A no nie chce, a portfel i telefon tam zostawiłem"
M: "Herbatą może Sąsiada poczęstować?"
S: "Nie dziękuję, ja tylko na tą ku.wę czekam, aż mi co moje odda, a potem spier.alam stąd"

Mężuś wrócił do chaty, a za chwilę za drzwiami draka. Sąsiad zaczął się dobijać do swojego mieszkania, no tak, że chyba go całe osiedle słyszało, a przy tym leciały teksty w stylu "Oddaj, co moje, Ty stara ku.wo, zaje.ię Cię, słyszysz, zapie.dolę Cię, cały ku.wa blok wie, że jesteś starą ku.wą i się puszczasz" - ja wiem, wiem, że to jest tragedia tych ludzi i nie można się śmiać, ale rzuciłam do Mężusia znad kubka parującej herbaty w bamboszkach (a to jednak zmienia postrzeganie rzeczywistości) "Ty, czegoś chyba nie wiemy, co nie? - "Cicho kobieto, daj posłuchać, okien przecież nie będę otwierał" :D

Zaczęliśmy nad tą herbatą debatować, czy wzywamy policję, czy nie, jeśli nie wzywamy, to co robimy. Plan ustaliliśmy - Mężuś ma wyjść do Sąsiada, powiedzieć mu, że on mu przekaże portfel i komórkę, tylko, żeby poczekał na parterze, a do Sąsiadki ma powiedzieć, gdyby nic innego nie zadziałało, że szkoda dziecka, bo przecież dziecko wszystko widzi i słyszy. Gdyby się zaczęło niefajnie dziać, to ja siedzę po swojej stronie drzwi z wybranym numerem policji na telefonie i na umówione hasło dzwonię po odpowiednie służby. Ok, no to postanowione działamy. Mężuś otwiera drzwi, a tam policja. To zamknęliśmy drzwi i tyle. Policja po 15 minutach wyszła, Sąsiad za nimi "Bo to stara ku.wa jest" i został w mieszkaniu. Po 15 minutach wyszedł. I potem całą noc, albo od strony podwórka, albo z drugiej strony bloku, albo też i w klatce wrzeszczał "Ty stara ku.wo, zajeb.ę Cię, jesteś szmatą" i łomotanie do drzwi.

Scenka druga: jesteśmy sobie na rowerkach, obok idzie sobie kobieta mniej więcej w naszym wieku, zapatrzona w telefon komórkowy, kilka metrów za nią, idzie dziewczynka, na oko 3-letnia. Nie nadąża za matką, a matka nie pozwala jej nadążyć. No, może w tym telefonie, w tej chwili było coś super ważnego i nie mogła przestać. Ale wyglądało to na totalne olanie dziecka.

Scenka trzecia: Mężuś jest na szkoleniu, a tam spotyka kolegę z zawodu, wiadomo przez telefon o wszystkim się nie pogada, a na co dzień gada się o sprawach służbowych. Pan lat 33. Wyszło z rozmów, że jest już po rozwodzie, który skwitował tak "A przekichałem sobie, to się rozwiodłem". Dziecko lekko ponad rok. Przeurocza (zgodnie z tym, co mówił Mężuś) dziewczynka. I teraz kolega Mężusia nawet nie widuje swojej córki, bo przeprowadził się 130 km od poprzedniego miejsca zamieszkania.

Oczywiście w międzyczasie widzieliśmy wiele rodzin spacerujących z wózkami, z dziećmi, jeżdżących na rolkach, rowerach, korzystających z uroków jesieni. Tym staram się nie zazdrościć. Ale te powyższe sytuacje pokazują dramaty dzieci. Bo ja dzieci mieć nie mogę. Ale jakbym miała takiemu małego Mężusiowi albo małej Krąseleczce zafundować takie sceny walenia w drzwi i wyzywania się, albo taki brak czasu i uwagi? To chyba gorszy dramat niż nie mieć dzieci?

Punkt kolejny. Rozmawialiśmy o naszej sytuacji.
K: "Mężuś, a myślisz czasem o naszej sytuacji?"
M: "Nie. Nie tylko czasem. Myślę o tym cały czas. Ale to, że myślę nie powoduje, że znajduję rozwiązania."
K: "Bo wiesz, ja się boję, że nigdy się nie uda zostać nam biologicznymi rodzicami."
M: "Nie bój się. Uda nam się. Tylko potrzebujemy więcej czasu."
K: "Chciałabym powiedzieć rodzinie. W grudniu. Bo znowu są Święta i znowu będę słyszeć te durne życzenia >>no i dzieciaczka Wam życzę<<"
M: "Kurde, Krąs, czy możesz się uspokoić? Ja nie chcę niczyjego współczucia, a jeśli kiedykolwiek, tak wiem, Ty teraz tego nie chcesz, ale może zmienisz zdanie, skorzystamy z dawcy nasienia, to ok, ja się pogodziłem z tym, że biologicznie, to nie będzie moje dziecko, ale niech ono społecznie będzie moje!!! Wyobrażasz sobie dzień dziecka, że dzieci Twojego rodzeństwa dostają np. samochody z klocków lego, a nasze dziecko czekoladę, albo dziadkowie nie przychodzą do niego do przedszkola na Dzień Babci i Dziadka, bo nie jest ich prawdziwym wnukiem? Chciałabyś tego? Jakbyś się czuła? Jakby ono się czuło? Kojarzysz zachowanie swojej ciotki jak leżałaś na reumatologii, te durne artykuły i sposoby leczenia?
K: "Yhym."
M: "To będzie tak samo, tylko dziesięć razy gorzej. I nie wiem, w co wierzysz, ale tak będzie. Chcesz tego?"
K: "Nie."
M: "Ja też nie."
K: "A myślisz o naszym dziecku?"
M: "Nieustannie"
K: "Coś konkretnie?"
M: "Że ono jest już tak z góry kochane. Z naddatkiem. A nadmiar nie jest dobry. I że może się okazać, że tym nadmiarem miłości je skrzywdzimy."
K: "Nie przesadzasz?"
M: "Ani trochę. Ale kocham je już teraz."

W chwili obecnej powiedział mi, że potrzebuje przerwy dłuższej niż miesiąc i do następnej procedury to podchodziłby dopiero w grudniu. Gdy powiedziałam o świętach i przerwie noworocznej, to zreflektował się, że to może niezbyt trafiony pomysł. No i jeszcze kwestia trwałości szczepień i magicznego okresu 6 miesięcy po histeroskopii i laparoskopii. Na razie 7 października mamy 3.szczepienie, 9 października badanie nasienia (ostatnie mamy z lipca, a powtórzył kilka dni temu hormony i znowu delikatnie odbiegają od normy), 10 października dzień wizyt warszawskich (4 lekarzy), a potem decyzje. A na teraz wygrzebałam conceive gel z szuflady, nie zaszkodzi.

Dziś byliśmy także w Ośrodku Adopcyjnym dowiedzieć się, co i jak. Ogólne wrażenia: strata czasu. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy za krótko małżeństwem, bo żeby zacząć procedurę trzeba mieć 5 lat stażu małżeńskiego, a my mamy półtora roku. To, że się staramy o dziecko prawie 4 lata nie ma znaczenia, to że łącznie jesteśmy ze sobą prawie 12 lat nie ma znaczenia. Kierownik OA stwierdziła, że to, co przed małżeństwem "to nie związek". Aż mnie zatkało. Każdemu życzę takiego nie-związku w takim razie. Sporo przeszliśmy, pewnie sporo przed nami, sama niepłodność jest solidną lekcją, ale idziemy razem. Cały czas. Kłócimy się (kto się nie kłóci - niech pierwszy rzuci kamieniem), śmiejemy się, gotujemy, oglądamy filmy, spacerujemy, dyskutujemy, rozpalamy ogniska, wędrujemy, zwiedzamy Polskę i świat, czytamy książki, towarzyszymy sobie, dbamy o siebie, po prostu jesteśmy razem, ramię w ramię od pięknych 12 lat. I to, co przed małżeństwem "to nie związek". Pani też powiedziała, że pewne rzeczy zrozumiemy w trakcie procedury adopcyjnej, bo nie da się ich wytłumaczyć.
A dlaczego 5 lat? - Takie są wytyczne. - A gdzie je mogę znaleźć, czyje wytyczne? - Proszę Pani, nie mam czasu ich teraz szukać, proszę je sobie znaleźć w internecie - Proszę Pani, powiedziała Pani, że mamy wygospodarować godzinę czasu na to spotkanie, minęło 10 minut, sądzę jednak, że ma Pani ten czas. - Ale spotkanie nie ma polegać na podawaniu wytycznych, tym bardziej, że telefonicznie mogła Pani zapytać o staż, albo powiedzieć. - Próbowałam o coś zapytać, to powiedziała mi Pani w trakcie tej telefonicznej rozmowy, że adopcja jest na tyle ważkim tematem, że wszelkie rozmowy jej dotyczące muszą odbywać się bezpośrednio.

Ponadto dowiedzieliśmy się, że najpierw jest etap diagnozy, potem szkolenie, szkolenie to 9 tygodni, 1 spotkanie w tygodniu, a poza tym, że jesteśmy bardzo młodzi (mamy po 32 lata, Mężuś już skończone, u mnie za niecały miesiąc pyknie), że średnia wieku w tym OA to 35 - 37 lat. - A na co czekać? - No teraz mają Państwo na przebolenie straty i pogodzenie się z losem. - No, ale pewnie w wieku 35 lat to już nie będziemy mieć szansy na adopcję dziecka małego, takiego do 2 lat - Ależ nie, skądże, jak najbardziej, przyjmujemy, że do 40 r.ż. Poza tym wie Pani, czasem jak przychodzą ludzie w Państwa wieku, ze ślubem w wieku lat 20, to oni wtedy mają już ponad 10-letni staż małżeński - Krąs robi wtedy wielkie zdziwko i po prostu nie ogarnia na cóż jej ta wiadomość i co ona zmieni w jej życiu, że wynajdzie zaraz maszynę do przenoszenia w czasie, odszuka Mężusia wcześniej, zaciągnie go do ołtarza już po pierwszej randce i będzie zajebiście?

Poza tym, wiecie, że statystycznie najwięcej rozwodów jest w 7.roku trwania małżeństwa? Co im daje te 5 lat?

Przy rozmowie obecna była także pani pedagog. Lat 22. Nie to, żeby wiek był przeszkodą do pracy w takim ośrodku. Ale. Przecież to młoda siksa jest, co ona wie o życiu. Ku.wa. Bez jaj. Bez urazy dla młodych Staraczek. I ona ma doradzać ludziom walczącym z niepłodnością, po przejściach... Wolałabym tam widzieć człowieka w wieku 50 lat z mega doświadczeniem i wyczuciem.

Ogólnie stwierdziliśmy, że szybciej będzie, jak weźmiemy rozwód i przystąpimy do adopcji jako single. Mąż rzecz nabyta. Żona też. Zaprosiła nas za, w drodze wyjątku, półtora roku, może 2 lata. Nie, dziękuję. Nawet jak, to nie w tym ośrodku. Nie było między nami chemii. I te pretensje, że przez telefon nie powiedziałam o stażu małżeńskim, no a skąd mogłam to wiedzieć? Specjalnie nic nie czytaliśmy, żeby dowiedzieć się od źródła! Potem, już na spokojnie podzwoniłam do innych ośrodków, spoza województwa, bo babsztyl powiedział, że wytyczne są na całe województwo. Kielce mają 5 lat, Łódź ma 5 lat. Ale Lublin nie ma wymogu odnoście stażu małżeńskiego, tylko tam kobieta powiedziała, że przeszkodą może być odległość między nami a OA.

W zakresie wytycznych - to nie są przepisy prawa, ot ktoś sobie wymyślił, ale to z dupy wynika, są ogólne wytyczne Rzecznika Praw Dziecka, że jak małżeństwo to z 3-letnim stażem.

Będziemy myśleć i decydować.

7 października, 22:09

Wreszcie mam czas, żeby coś skrobnąć, a jest o czym!!! Nie, nie jest to ciąża.
Staraniowo:
Po pierwsze znalazłam OA, który powiedział mi, że ogólnie przyjmują pary z 5-letnim stażem, ale jeśli są wskazania medyczne to już z 2-letnim stażem :) jak to mi poprawiło humor :))) Pani wypytała, co tam u nas się podziało, nie słyszała o immunologii, ani o KIRach, a na to zwaliłam winę za niepowodzenia.

Po drugie: dziś zrobiliśmy 3. (i mam nadzieję ostatnie) szczepienie limfocytami!!!

Po trzecie: dostaliśmy wstępną kwalifikację do programu dofinansowania in vitro z województwa mazowieckiego!!! :) wizyta kwalifikacyjna już 10 października. Ponieważ do wizyty potrzebne jest w miarę świeże AMH, to dziś sobie je zrobiłam. I zdziwko wielkie. 3,22 jednostki. 18 dc. Ze stycznia 2019 roku, a więc przed aromkiem, przed laparoskopią, przed stymulacją do in vitro było 2,94 jednostek. Wtedy to był 15 dc. Wiem, że są różne szkoły robienia tego badania, ja nie musiałam tego robić na początku cyklu. Każdorazowo zrobiłam po owulacji. I kurde, ja wiem, że suple działają, ale żeby aż tak??? No i odrobina goryczy: powyżej 3,00 jednostek może świadczyć o PCOS.

Po czwarte: moja mama jest po udarze, wróciła od lekarza z nowym zaleceniem - przyjmowania 20 kropel wit. D3 po śniadaniu, pokazuje mi opakowanie, a ja w szok. Mówię jej, że chyba to za dużo, a ona podaje mi zalecenia lekarskie, jak wół stoi "20 kropli wit. D3 dziennie po śniadaniu". Moje zdziwienie wynika z tego, że mam taką samą witaminę D3 przyjmować. Tylko mi naprodoktorek miesiące temu powiedział, żebym przyjmowała 2 krople - uwaga - tygodniowo, bo to są skondensowane krople i każda z nich zawiera 20 000 jednostek. Ja pier.olę. Od jesieni zeszłego roku żyłam w przekonaniu, że przyjmuję (ja i Mężuś) 40 000 jednostek witaminy D3 tygodniowo, czyli około 5 700 dziennie. A zaznaczę, że jak poszłam do naprodoktorka to poziom witaminy D3 miałam określony na 46, czyli całkiem ładnie (to było po 4 miesiącach suplementowania, na początku dawka 2 000, potem 4 000, potem 8 000 jednostek). No i napro przepisał mi takie cudo, że wystarczą 2 krople tygodniowo, żeby to super działało. Kur.a mać. Ja pier.olę. Okazało się, jak przeczytałam ulotkę - błagam nie bądźcie tak głupie jak ja!!! czytajcie ulotki zawsze!!! - okazało się, że tam 20 000 jednostek to jest, ale w całym opakowaniu, a w kropli 500 jednostek. Przyjmowałam sobie prawie rok czasu wit. D3 zamiast 40 000 tygodniowo, to 1 000 jednostek tygodniowo. I Mężuś też. Aż odszukałam zalecenia tego gnojka. Ku.wa. Jest napisane "Wit. D3 1 kropla 2 razy na tydzień". W związku z tym dziś zbadałam też poziom wit. D3. Mam 30. Pierd.lona menda, szujek i w ogóle. No, gdyby nie wyjazd do Łodzi i niemożliwość przyjścia pod jego gabinet, to bym kretyna rozszarpała!!!! Dawno już do niego nie chodzę, ale akurat tą witaminę brałam, "no bo jaka to wygoda, zamiast kilku kropel dziennie, łyknąć sobie 2 krople w tygodniu". Ehhh. Przy obiedzie zastanawiałam się czy go udusić, czy wbić na pal. Takie tam rozkminy.

Po piąte: w czwartek rano idę do prof. Jerzak. Poleciła koleżanka, powiedziała, że może wyhaczy coś, czego nikt inny nie wyhaczył. Po ustaleniach z koleżanką zrobiłam też dziś badanie glukozy i insuliny. Robiłam je też do naprodoktorka. Wtedy glukoza wyszła 92, insulina 5,5, powiedział, że jest w porządku. Gówno prawda. Glukoza dla starających się ma być do 90. Insulina faktycznie jest w porządku. Dzisiejsze wyniki: glukoza 94, insulina 4,6. A ja nie jadam białego pieczywa, białych makaronów, ryżu. Muszę pomyśleć o diecie.

Przy okazji zbadałam sobie też poziom kwasu foliowego: 14,3, norma jest chyba od 4 do na pewno 20. Także jestem zadowolona.

Po szóste: chyba złapałam jakąś infekcję, Mężuś tak twierdzi, więc w sobotę rano poszłam na wymazy. Czekam na wyniki. W sobotę wieczorem za to zauważyłam żywą krew na bieliźnie. Hm. 5 dpo. Implantacja chyba za wcześnie. Czyżby mnie rano ranili i dopiero teraz krew wypływa? No nic. Kolejnego dnia plamię na brązowo. Dziś (7dpo) śluz brązowawy. Jakże się cieszę, że w czwartek zobaczę się z 3 ginami :)

Po siódme: w środę Mężuś ma badanie nasienia, zawsze robiliśmy z odstępem 3 dni, ale się jakoś teraz ułożyło, że będzie odstęp 2 dniowy. Zobaczymy, jak to wpłynie na możliwość porównania wyników z poprzednimi:

Po ósme (wciąż staraniowo): w pracy popełniłam bardzo duży błąd. Taki, że mogę wylecieć dyscyplinarnie. Wiem, o czym myślałam popełniając ten błąd. Nie o pracy. O życiu, które ucieka między palcami, o naszych dzieciach mimo ich braku, o braku wakacji, a kolejnych sposobach walki z tym cholerstwem. I jak ten błąd się ujawnił (nie popełniłam go świadomie), to zaczęłam sobie układać w głowie spokój. I zaczęłam się modlić o spokój. Do tej pory modliłam się o dar rodzicielstwa dla nas. A teraz o spokój, dar rodzicielstwa, a w przypadku, gdy nie możemy być rodzicami, to o odebranie pragnienia posiadania potomstwa. Rozmawiałam o tym z Mężusiem. Jak to usłyszał, to zakazał mi tak myśleć (bo nie wiem, czy wiecie, Mężuś myśli, że ma taką supermoc i jak zakaże mi myślenia, to ja nie myślę, sprawa chyba bardziej niż oczywista!) i stwierdził, że się poddałam. I że on wie, że u kogoś innego, to te myśli by tak nie wpływały na organizm, ale on wie, że u mnie każda komórka ciała, każde jajeczko, leukocyt, i co tam jeszcze mam, że one to czują i nie chcą walczyć o zarodeczki i sobie wszystko w moim ciele myśli "będzie, co ma być". A on sobie życzy, żebym ja walczyła, bo to nasze dzieci przecież są, a nie tylko moje. Poprosiłam go, by teraz on przejął stery wiary w sukces i trzymania kciuków, bo ja jestem "wymiętolona" psychicznie i potrzebuję wsparcia i że przepraszam, że sama nie mogę dać wsparcia chwilowo. A mój Mężuś na to:
"Twoją formą akceptacji rzeczywistości jest walka. Walka z całych sił, żeby zmienić rzeczywistość. Masz tak odkąd Cię znam. Prawdopodobnie masz tak od zawsze. I to jest cholernie głupie. Bo Ty wszystkie siły stracisz, zanim się przekonasz, że to nie jest warte Twojego wysiłku, że nie uda Ci się czegoś zmienić. Ale zawsze spróbujesz, żeby się na własnej skórze przekonać, czy warto. W tej sytuacji, właśnie ta Twoja walka, te Twoje >>wszystkie ręce na pokład<<, jest nam potrzebne. Bo ja tego w sobie nie mam, ja widzę bezsens zmiany, bezsens walki, a Ty, nie wiem, jak to robisz, ale zawsze widzisz sens walki. Nawet o rzucony niedopałek na chodniku. Wróć do mnie, bo musimy powalczyć."
No ja trochę jeszcze spokoju potrzebuję. Swoją drogą - jak ja psychicznie odpoczęłam przez te 3 tygodnie od negatywnej bety. Żadnych badań, kłuć co drugi dzień, wylewającego się ze mnie litrami żelu do usg, bo też co drugi dzień, nie musiałam nic odwoływać, przekładać. Oczywiście, że dziecka mi brakuje. Ale to takie zarąbiste uczucie móc pożyć :)

Pozastaraniowo: właściciele mieszkania bardzo nam chcieli od listopada podnieść czynsz. Stwierdziliśmy, że nie damy rady i na szczęście już udało nam się znaleźć coś całkiem fajnego, w tej samej dzielnicy, za akceptowalne przez nas pieniądze. Poza tym zostałam asystentem na jodze :) coś nowego, może kiedyś będę nauczycielem jogi? A dwa - na wiosnę 2020, albo lato 2020 chcę zrobić kurs na instruktora wspinania. Na razie podstawowy, ale od czegoś trzeba zacząć. A jak mnie wywalą dyscyplinarnie, to coś w życiu trzeba robić :)

Zrobiło się pełno stymulacji, transferów itp. - trzymam kciuki, nawet jak niekoniecznie mnie widać :)

9 października, 23:07

Mam wyniki posiewu bakteriologicznego. Oczywiście, przypałętała się infekcja. Na coś innego, niż mieliśmy w grudniu 2018. Mężuś myślał, że to może niedobitki tamtego wracają w okresie osłabienia organizmu, ale nie, co innego. Na wyniki posiewu mykologicznego czekam. Na szczęście zrobili od razu antybiotykogram. Nie mam żadnych objawów, ale zaczęłam leczenie domowe. No i wracam do prasowania gatek.

Mężuś był też dziś na badaniach nasienia. To jego 6. Przerwa była od maja. W lipcu była jeszcze punkcja, to też mieliśmy obraz jak to wygląda - ale przy punkcji to może 3, 4 parametry podają. Niestety obniżyły się. Liczyliśmy się z tym, bo hormony też się delikatnie rozjechały. Tylko też są robione po 2-dniowej absencji, pozostałe były po 3-dniowej. Poza hormonami może ta bakteria ma też coś wspólnego z dołkiem w wynikach? Aktualnie wyglądają tak:

objętość: 3,2 ml (w maju było 4 ml, przy punkcji 4,2 ml);
upłynnienie: 25 minut (w maju było 60 minut, te 25 minut to nasz najlepszy wynik!);
koncentracja: 4,2 Ml/ml (w maju było 5,22 Ml/ml, przy punkcji 7 Ml/ml, czyli spadek);
ilość całości: 13,44 Ml (w maju było 20,88 Ml, przy punkcji 29,4 Ml, czyli spadek);
ruchliwość: 46% (w maju było 50%, przy punkcji 52%, czyli spadek);
ruch progresywny: 19% (w maju było 26,92%, przy punkcji 37%, czyli spadek);
żywotność: 64% (w maju było 50%, brak danych przy punkcji);
morfologia: 3% (w maju było 10%, czyli drastyczny spadek).

Przy posiadanym zapasie leków, Mężuś stwierdził, że wraca do przyjmowania leków codziennie, a nie co drugi dzień. Odrzuciliśmy pomysł inseminacji. Taki też gdzieś się pojawił, ale zależał mocno od dzisiejszych wyników Mężusia.

Aaaaaa poza tym, to tempka jest stała. Przecież to oczywiste, że ja nic nie oczekuję i na nic się nie nastawiam. Czyż nie? Heloooł więc, ja się nie nastawiam. Aleeee. Nigdy tak nie miałam, a ostatnio u jednej dziewczyny taki wykres zwieńczony był pozytywnym testem :)

11 października, 21:38

Wczorajszy dzień obfitował w masę wydarzeń staraniowych. Zrobiliśmy sobie dzień w Warszawie. Była akupunktura. Korzystałam już wielokrotnie, więc jestem przyzwyczajona. Teraz konkretnie pod kątem starań. Mój Mężuś bał się, że będzie miał igły wbijane bezpośrednio w swoją męskość. Nie szło mu przetłumaczyć, że to tak nie działa. Babce od igieł udało mu się go uspokoić. I teraz nawet sam pyta, jak często ma tam chodzić. Zbierał się do tego jakieś pół roku.

Byliśmy na wizycie kwalifikacyjnej z programu dofinansowania in vitro z województwa mazowieckiego. Hm. Babka na rejestracji od razu od nas chciała 200 zł za wizytę, szybkie sprostowanie, ż my z dofinansowania, więc raczej 18 zł "ah, ok, ok, to zapłata po wizycie". Po dłuższej chwili oczekiwania, przenoszenia się między jedną recepcją a drugą, stwierdzeniu przez Mężusia, że raczej tu nie zostaniemy, bo to hurtownia i "czuję ten beton", zostaliśmy zaproszeni do gabinetu lekarskiego. I wizyta wyglądała jednak inaczej, niż standardowe wizyty pod in vitro. Czyli weryfikacja mojego AMH, ostatnie badanie nasienia. Przeliczyła parametry, wyszło, że może nas zakwalifikować z czynnika męskiego. Dalsze pytanie było o naszą udokumentowaną historię leczenia - mamy datę 2 listopada 2018 r. i tu stwierdzenie, że możemy podejść, ale dopiero w listopadzie - "Ależ my właśnie chcemy w listopadzie, październik odpuszczamy" - a no to ok. Dalej, spytała o to czy miałam 6 cykli stymulowanych. Poza tym, że w tym okresie, gdy padła propozycja stymulacji, mój Mąż miał 4 plemniki i stymulację uznaliśmy za bezzasadną (we własnym gronie), to wtedy prowadzący lekarz w karcie odnotował "Aromek". I miałam ten aromek brać 3 miesiące, przychodzić na monitoringi, a potem była kolejna wizyta "Aromek" i monitoringi w następnych cyklach. Cóż. To nie jest dowód 6 cykli stymulowanych. Ten dowód to w każdym miesiącu wpis "Aromek"/"Clo" czy coś takiego, ale miesiąc w miesiąc. Lekarka stwierdziła, że ona też tak robi, ale tą dokumentację weryfikują urzędnicy, więc oni muszą mieć czarno na białym. Z zaświadczeniem immunologa się zapoznała, o mutacjach z krwią porozmawiała, wypytała o acard i heparynę. Stwierdziła, że muszę zrobić aktualne TSH. Do tego powiedziała, że "zgodnie z prawem Mąż musi posiadać kwalifikację do in vitro, tzn. zaświadczenie, że procedura in vitro może być u niego wykonywana." Seriously? Spotkał się ktoś z czymś takim? Przeszukaliśmy potem w naszej stałej klinice historię leczenia Mężusia i nic takiego nie było. W każdym razie lekarka stwierdziła, że jak nie odszukamy tego dokumentu, to ich androlodzy wydają coś takiego od ręki, oczywiście to nie wchodzi w pakiet programu i jest dodatkowo płatne.

Nie odpowiedziała mi na pytanie, jakim protokołem bym szła, ani jakie leki bym przyjmowała (dla mnie jest to istotne, bo akurat w moim własnym odczuciu dobrze zareagowałam, no i mam też jeszcze zapas tych leków). Powiedziała, że nie możemy zapłodnić więcej niż 6 komórek, bo nie mam odpowiedniego wieku, czynnik męski nie jest taki straszny i mamy TYLKO jedno nieudane in vitro za sobą. Powiedzieliśmy więc, że w takim przypadku chcemy przeprowadzić lekką stymulację, żeby uzyskać około 6-8 komórek, bo nie chcemy ich mrozić, bo komórki gorzej niż zarodki znoszą mrożenie i jest z nich znacznie mniejszy odsetek ciąż. Powiedziała, że nie ma takiej możliwości, bo optimum to 15 komórek, a wtedy zastosujemy Oo-sight, co jest oczywiście dodatkowo płatne, ale pozwoli nam wybrać te najlepsze komórki, a jeśli z tych 15 będzie zdrowych więcej niż 6, to będziemy mrozić tylko te dobre. Oczywiście koszt mrożenia nie jest z dofinansowania. Oo-sight to takie urządzenie, które sprawdza czy komórka jajowa jest w środku prawidłowo zbudowana, bo na oko może wyglądać ok, ale w środku może mieć nieprawidłowości. Poza tym kilka razy pytała, czy czytaliśmy program i czy znamy ustawę o in vitro. No oboje jesteśmy prawnikami z zawodu, ale zajmujemy się całkiem innymi gałęziami prawa i przyznam szczerze - nie znam jej na blachę. No i powiedziała, że w programie jest ICSI, ale u nas ICSI nie pomoże, że tu trzeba zastosować IMSI albo PICSI i do tego Fertile Chip. Co oczywiście jest dodatkowo płatne, ale bez tego nasze ivf się nie uda. Ale póki co nie wiadomo, czy będzie można dopłacać za takie ekstra usługi, czy też będzie to wykluczone. Dała nam listę badań wirusologicznych. Z dofinansowaniem są chyba w cenie 7 zł za sztukę (jeśli dobrze pamiętam).

Nie zaprosiła mnie na fotel. I tu byłam rozczarowana. Zawsze jak idę do gina pierwszy raz, zawsze mnie ogląda i robi usg. A ta nawet się nie odezwała na ten temat.

Zapytałam ją jak możemy poprawić jeszcze jakość naszych komórek przed ivf. Stwierdziła, że jeśli chodzi o mężczyzn, to ich androlodzy zabronili im zajmować się pacjentami męskimi, a jeśli chodzi o mnie, to ja tego nie mam możliwości zrobić, gdyż ja się z nimi urodziłam, ja ich nie produkuję i nie ma takiej opcji. Tu w mojej głowie wył już alarm pt.: "Udaje, że nie chce iść schematem, a idzie schematem", i pojawiła się w mojej głowie myśl "Te, laska, nie znasz chyba kilku historii z ovufriend. No."

A i jeszcze powiedziała, że osoby w moim wieku powinny mieć 2-letnią historię leczenia, także powinniśmy się cieszyć, że jesteśmy zakwalifikowani z czynnika męskiego. Oooo losie, no skaczę po prostu z radości pod sufit, że mogę stać się beneficjentem tak lukratywnego programu, który przecież w ogóle mnie nie obciąża psychicznie i w zasadzie nawet należę do swoistego stowarzyszenia hobbistycznych staraczek. Oczywista oczywistość.

Potem wyszliśmy od niej, poszliśmy do koordynatora ds. dofinansowania. Tam dostaliśmy dokumenty do podpisania i tyle.

Jak już podpisaliśmy dokumenty, to ubieraliśmy się w biegu i jechaliśmy do Fertiny. Fertina to nasza nowa klinika, do której nas umówiłam, żeby zobaczyć, co nam mogą zaproponować, bo są tańsi od naszej stałej, no i gdybyśmy nie zostali zakwalifikowani do programu dofinansowania.

W tej klinice pierwszy raz odkąd leczymy się na niepłodność zostało mi zmierzone ciśnienie i zostałam zważona. Pani doktor bardzo szczegółowo nam opowiadała o różnych rzeczach, m.in. dowiedziałam się (nie pytałam, miała potok słowny), jak możliwa jest ciąża z jajnika, który nie ma jajowodu. Ano, jajowód jest hemotaktyczny (jeśli dobrze zapamiętałam) i on przysuwa się do tego jajnika, z którego ma być owulacja i wychwytuje uwolnione jajeczko :) no sprytne, nie powiem! Stwierdziła, że oczywiście lepiej mieć 2 jajowody niż 1, ale to tak jak z nerkami, z jedną też da radę żyć. Chce mnie puścić protokołem z antykami. Powód tego jest super ważny: "Owszem pięknie Pani zareagowała na podane leczenie, ale ja uważam, że w długim protokole uzyskujemy lepsze wyniki". Zbadała mnie, przepisała mi leki na infekcję, nie podobał jej się obraz na usg. Był to 18 dc, według niej widoczne było na usg "cystyczne ciałko żółte". Nie jest to powód do zmartwień. Ah, i jeszcze powiedziałam jej, że w zakresie infekcji zrobiłam posiew bakteriologiczny i w kierunku grzybów z pochwy. Na co ona mówi: "Ale po co? Bakterie w pochwie są zawsze!" - "No tak, ale mogą być te złe, a wtedy robią antybiotykogram i wiadomo, co zadziała, a co nie.". Hm. Ogólne wrażenie - ok, tylko Mężuś stwierdził, że nie czuje chemii, więc odpadamy.

A na koniec rundka do naszej lekarz prowadzącej. Zapytała o samopoczucie, zaproponowała nam warsztaty psychologiczne dla par, pogadałyśmy o tym, że leki byłyby te same tylko w mniejszych dawkach. Rozmawiała o intralipidzie - ale uważają to za bezsensowne rozwiązanie. Powiedziałam jej, że w moim przypadku oczywiście, bo ja mam spoko komórki NK, a intralipid ma je obniżyć, u mnie nie ma czego obniżać, bo mam je poniżej normy (immunolaski - proszę nie zazdrościć, mam inne problemy immunologiczne). Ale za to, co z atosibanem, który tak bardzo chciałam ostatnio - a to mam się odezwać w poniedziałek - a to ok. I tak stwierdziła, że jak będziemy podawać, to w dniu punkcji. Na relanium wyraziła zgodę. Będę chodzić tak wyczilowana, że chyba będę po prostu całe dnie spać! :) Mężuś pokazał jej ostatnie parametry nasienia, od razu powiedziała, że to prawdopodobnie kwestia tej infekcji, ale że zastosujemy leczenie, które nie obniży parametrów nasienia. Przepisała dostinex, który się skończył, wybrała antybiotyk, lek przecwigrzybiczy i probiotyk. Zabrała mnie na fotel, a na usg stwierdziła, że jest widoczne całkiem ładne ciałko żółte. "Ale ładne pani doktor, czy takie słabawe?" - "Bardzo ładne!" - "Pytam, bo się nie znam" - "Jest ładne i endometrium też całkiem ładne". No i bądź tu mądry i pisz wiersze. Ehhh. Najważniejsze z tej wizyty: zapładniamy wszystkie pobrane i zamrożone odmrażamy i też zapładniamy. Kończąc powiedzieliśmy jej o dofinansowaniu i że jeszcze nie wiemy, czy zostaniemy czy nie, bo z uwagi na nią chcielibyśmy zostać, ale pieniądze też są istotne. Powiedziała, że nasza klinika walczy z urzędnikami i wysyłają jakieś pisma, więc może coś się uda wskórać. No i powiedziała, że jak się zdecydujemy na rozstanie, to ona poprosi o info czy się udało. Kobieto, ja przecież u Ciebie ciążę będę prowadzić, więc nawet jak gdzie indziej zrobię, to i tak dziecina płci żeńskiej ma na drugie imię tak jak Ty. Co by poniekąd kontynuować rodzinną tradycję, gdyż sama otrzymałam imię po położnej, która pomagała Mojej Cudnej Czasem Wkurzającej Mamie wydać mnie na świat :)

Zapytaliśmy też o to, czy można negocjować stawki. Powiedziała, że nie wie, że nie wie nawet, ile kosztuje cała procedura i nie chce wiedzieć, ale jak chcemy coś ponegocjować, to żeby się kontaktować z Panią Prezes albo z główną księgową.

Ufff. A potem krótka pogawędka z Mężusiem po całym dniu w samochodzie. Chwila odsapu, no i co, ja do domu, on do pracy.
Dużo do przemyślenia, dobrze, że odpuszczamy jeszcze jeden cykl. Psychicznie świetnie to robi, no i nie musimy na szybciora podejmować decyzji. Może i zrosty się odnowią, może i szczepionki nie będą długo działać. W chwili obecnej - trudno.

16 października, 00:02

Dziś byłam na wizycie u prof. Jerzak. Na początku zaskoczenie. Przyjechałam sobie 150 km (bo z pracy), a babka w rejestracji mówi, że nie mają mnie zapisanej. Cieplutko mi się zrobiło. Pytam Pani, czy wyobraża sobie, że taszczę termos z herbatą, butelkę z wodą oraz segregator z badaniami tak po prostu, że urwałam się z pracy i jechałam 150 km w jedną stronę dla rozrywki? Nie potrafiła wytłumaczyć błędu. Ale zostałam przyjęta. Opóźnienie wyniosło 40 minut.

Uprzedzono mnie, że nie jest to osoba skora do rozmów i empatii, tylko raczej herszt baba, zaleca leki, badania i tyle. Mam zupełnie inne wrażenie. Odpowiadała na moje pytania, pozwalała mi je zadawać. Natomiast była też nieco chaotyczna.

Chciała obejrzeć wszystko, począwszy od naprotechnologii, protokół pooperacyjny, przez nieudane in vitro. Szybko odrzucała te badania, które uznała za zbędne. Spisała sobie mój poziom AMH, homocysteiny, wit. D3, stosunek FSH do LH, mutacje genetyczne, KIRy, wyniki immunologiczne, te które odbiegały od normy. Wpisała w kartę, że biorę dostinex. Wpisała również informację, gdzie podchodziliśmy do in vitro.

Wskazała, że wit. D3 mam za mało (no odkryłam to nie tak dawno temu, cholera jasna!), homocyteina ok, kwas foliowy ok. Natomiast AMH 3,22 oraz stosunek FSH do LH 1,25 oraz niska interleukina 10 są charakterystyczne dla PCOS. To jeszcze tylko endometriozę przygarnę i chyba będę mieć cały komplet! Wiem, że AMH powyżej 3 może świadczyć o PCOS, ale ja mam normalną owulację. Stosunek FSH do LH wskazuje na PCOS gdy jest powyżej 1,5. U mnie nie ma tego idealnego 1. A Paśnik o interleukinie 10 mówił jedynie, że nie troszczy się o zarodek i powinna być wyższa. A tu nowość - takie coś jest charakterystyczne dla PCOS. Powiedziała, żeby glukozę sprawdzić raz jeszcze, tym bardziej, że krzywa cukrowa i insulinowa wyszły ok. Wskazała, że z pewnością dostanę metforminę, bo ona nie tylko reguluje gospodarkę glukozą, ale też jest przydatna w dbaniu o moje mutacje genetyczne. Są to tego rodzaju mutacje, że sposobem na minimalizowanie ich ryzyka jest dieta o niskim indeksie glikemicznym śródziemnomorska i DASH. Tylko ja nie jadam białego pieczywa, nie piję słodzonych napojów, nie jadam makaronów, ziemniaki może raz w tygodniu, ryż tylko brązowy. Dała namiary na dietetyka. Poza metforminą wspomniała o leku parof, parfor, pafor? Coś takiego dziwnego, że nigdy nie słyszałam. Coś ktoś kojarzy?

Powiedziała też o konieczności uprawiania sportu siłowego minimum 150 minut tygodniowo. Odpowiedziałam, że sport to ja uprawiam 4-5 razy w tygodniu, aktualnie mieszam jogę ze wspinaczką. To ją ucieszyło, szczególnie wspinaczka. I powiedziała, że być może dzięki temu ten cukier i insulina są trzymane w ryzach. Z zaleconych badań mam, poza powtórzeniem glukozy, zrobić usg między 3 a 5 dc u jednego z trzech wskazanych lekarzy. Za to Mężuś ma wykonać badanie nasienia w konkretnej placówce.

Jeśli chodzi o jej chaos: tak szybko przerzucała wyniki badań, że potem wypisuje mi na kartce badania do zrobienia:
- homocysteina - "Ależ była badana, co prawda w grudniu 2018, ale była" - "ok, proszę odszukać";
- wit. D3 - "Była z tydzień temu badana" - "Ah, musiałam przeoczyć";
- krzywa cukrowa i insulinowa 3 punktowe - "te badania także mam, prawie sprzed roku, ale są" - "musiały mi umknąć";
- mutacja PAI 1 - "miałam robioną, proszę mi dać chwilę" - "za szybko przeglądałam".

Mam więc takie mieszane uczucia. Oczywiście, dowiedziałam się czegoś nowego, widać, że kobieta ma "łeb jak sklep", natomiast troszkę ten pośpiech i chaos mnie drażniły.

21 października, 22:25

Byłam na usg w kierunku PCO/PCOS i sprawdzeniu przepływów w tętnicach macicznych. Mam 5 dc. Prawy jajnik 10 małych plus 1 już rosnący, dziś o wymiarach 14 mm; lewy jajnik 9 małych i 1 rosnący, dziś o wymiarach 13 mm. Paśnik mówił, że po szczepieniach cykle mogą się rozjechać. No, ale żeby aż tak!!! Śluz płodny 5 dc, jajka 13 i 14 mm?!?!?!?!

Pytanie lekarza wykonującego usg - czy były u Pani w rodzinie bliźniaki? No tak się składa, że mam młodsze rodzeństwo i są bliźniakami. Endometrium 7,18 mm. Przepływy prawidłowe. Hm. No, po pierwsze od 12 pęcherzyków w jajniku przyjmuje się PCOS. Ja mam na granicy. Po drugie: już rosnące jajeczka? Ostatni cykl trwał 24 dni. Super krótko, nawet jak na mnie. Ten zaczął się dziwnie - nic mnie nie bolało, żywa krew dwa dni, trzeciego dnia plamienie, czwartego dnia kropka brązowego śluzu, dziś nic.

Kobieta stwierdziła, że być może u mnie lepiej byłoby wykonać to badanie 3 dc, przy tak krótkich cyklach to może mieć znaczenie, niemniej to jest po prostu życie i pewnych rzeczy nie dostosujemy do czasu pracy gabinetów lekarskich.

Jak jej troszkę naszej historii opowiedziałam, to zasugerowała, żeby może spróbować transferu zarodków w 3.dobie, że może w macicy miałyby lepiej. No i zasiała ziarno niepewności... Mężuś jest zdecydowany na 5 dób. Ostatnio wspominałam o 3. dobie, to stwierdził, że za duże ryzyko, bo przy naszej procedurze to 2 z 3 po 3.dobie nie przetrwały. I że wtedy zarodek trafia do macicy za wcześnie i macica może być nie gotowa (hasło pinopodia: czyli takie jakby wypustki, które w szczytowej formie są 12 godzin na endometrium i wtedy właśnie mamy "okienko implantacyjne").

O pęcherzykach opowiedziałam koleżance z grupy wsparcia, od której mam namiar na Jerzak. I ona mi powiedziała, że zgodnie z "wytycznymi" Jerzak będę mieć stwierdzone PCOS, bo ona miała stwierdzone przy 8 pęcherzykach w jednym jajniku i 4 w drugim.

Przy okazji będąc w stolicy zrobiliśmy sobie badania wirusologiczne przed ivf z programu dofinansowania. Słuchajcie, to cudowne uczucie móc zapłacić za całą wirusologię (z krwi, posiewów nie robiliśmy) nas obojga 126 zł :) cudowne! Jednocześnie dowiedzieliśmy się, że zakwalifikowanie do programu nie gwarantuje kasy na udział w programie. Dopiero sam udział w programie, czy też poszczególnej części (np. stymulacja) gwarantuje udział w programie na tą właśnie część. My dalej nie zdecydowaliśmy, czy zostajemy w "naszej" klinice, czy korzystamy z dofinansowania.

Rano u nas zrobiłam sobie TSH (dla lekarza z programu dofinansowania), glukozę (dla własnej wiedzy), hemoglobinę glikowaną (dla lekarza prowadzącego z "naszej" kliniki). TSH 1,27 :) no pięknie, glukoza 90. I co ja mam zrobić? Cały weekend dbałam o prawidłowe jedzenie, o indeks glikemiczny i indeks insulinowy. I znowu wyszło 90. A to wartość graniczna. I lepiej byłoby mieć mniej. Za to hemoglobina glikowana 5,8% przy normie od 4 - 6,8%, to chyba trzeba się cieszyć?

W innych kwestiach życiowych: brakuje mi dziecka i czasem sobie popłaczę z tego powodu. Jednocześnie pojawia się tyle życiowych okazji, że zastanawiam się, czy to czasem nie są znaki od Opatrzności - "Heja, to ja, Opatrzność, a Twoje życie to trochę tak w tą stronę skręcimy, a o dzieciach pomyślimy za jakiś czas (o ile w ogóle), więc się nie martw (tak bardzo), tylko chodź, bo mam pewien pomysł". No i te pomysły wyglądają następująco:
- zawody wspinaczkowe - są organizowane - "Krąs, może weźmiesz udział?" - "Ale mi się nie chce" - "Zapomniałem, że z Tobą trzeba inaczej: przychodzisz na ścianę - zawody są obowiązkowe" - "Ah, no dzięki... a jak mi data nie pasuje? - "Zmień plany" (zawody wypadałyby około 4-5 dnia stymulacji);
- wyjazd w lutym do Hiszpanii - wspinaczkowy, z kilkoma osobami na 10 dni - "Kurde, fajnie, ale może bym Mężusia zabrała?" - "A on się wspina?" - "Wiesz dobrze, że nie, ale jednocześnie żaden wyjazd bez niego by się nie udał. Jest naszą siłą sprawczą, naszym szerpą, kierowcą, kucharzem, umilaczem czasu, rozśmieszaczem i kibicem" - "To przemyślcie to, macie tydzień czasu"
- warsztaty z jogi, co by poszerzać swoje horyzonty, rozwijać się i być może być kiedyś nauczycielem jogi - "Krąs, są warsztaty w listopadzie, może masz ochotę, weekendowe" - "Weekendowe??? Nooo, ale wiesz, że ja Mężusia widzę tylko w weekendy!" - "To go zabierz ze sobą!" - "No nie żartuj, on naprawdę ma cierpliwość do mnie i moich pomysłów, ale dwa dni pod rząd po 8-10 godzin jogi, nieeeeee, znam go, nie wytrzyma, obrazi się, będzie marudził, nie będę miała z nim życia i potem będzie, że on >>wszędzie jeździ, gdzie tylko coś dziwnego jest i robi wszystko<<".

W przyszły wtorek wizyta numer dwa u Jerzakowej. Póki co doszkalam się z PCOS i insulinooporności oraz z tego, jakim cudem metformina poprawia jakość owulacji u pacjentów z PCOS. Bo nie ogarniam. W międzyczasie akupunktura, chlamydia PCR oraz czystość pochwy.
‹‹ 3 4 5 6 7
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)