Pamiętniki Dodatnie ANA i koncentracja plemników 5.22 miliona/1 ml :)
Dodaj do ulubionych
‹‹ 5 6 7 8 9

30 września 2019, 19:47

Kilka scenek z życia:

W niedzielę późnym wieczorem wracamy do siebie. Na przeciwko mieszka małżeństwo, mniej więcej w naszym wieku, z około 3-letnim synkiem, psem i kotem. Raz na miesiąc, może raz na półtora, jest większa draka (no u kogo nie ma?), ale tym razem to przeginka. Sąsiad leży pod drzwiami. Odór alkoholu. Cofnęłam się, bo nie wiedziałam, czy brzydko mówiąc trup czy jeszcze dycha. Mężuś zaordynował "Właź do mieszkania", a potem do sąsiada:
M: "Dzień dobry Sąsiedzie!"
S: "A, dzień dobry, dzień dobry!"
M: "Co? Nie chce wpuścić do mieszkania?"
S: "A no nie chce, a portfel i telefon tam zostawiłem"
M: "Herbatą może Sąsiada poczęstować?"
S: "Nie dziękuję, ja tylko na tą ku.wę czekam, aż mi co moje odda, a potem spier.alam stąd"

Mężuś wrócił do chaty, a za chwilę za drzwiami draka. Sąsiad zaczął się dobijać do swojego mieszkania, no tak, że chyba go całe osiedle słyszało, a przy tym leciały teksty w stylu "Oddaj, co moje, Ty stara ku.wo, zaje.ię Cię, słyszysz, zapie.dolę Cię, cały ku.wa blok wie, że jesteś starą ku.wą i się puszczasz" - ja wiem, wiem, że to jest tragedia tych ludzi i nie można się śmiać, ale rzuciłam do Mężusia znad kubka parującej herbaty w bamboszkach (a to jednak zmienia postrzeganie rzeczywistości) "Ty, czegoś chyba nie wiemy, co nie? - "Cicho kobieto, daj posłuchać, okien przecież nie będę otwierał" :D

Zaczęliśmy nad tą herbatą debatować, czy wzywamy policję, czy nie, jeśli nie wzywamy, to co robimy. Plan ustaliliśmy - Mężuś ma wyjść do Sąsiada, powiedzieć mu, że on mu przekaże portfel i komórkę, tylko, żeby poczekał na parterze, a do Sąsiadki ma powiedzieć, gdyby nic innego nie zadziałało, że szkoda dziecka, bo przecież dziecko wszystko widzi i słyszy. Gdyby się zaczęło niefajnie dziać, to ja siedzę po swojej stronie drzwi z wybranym numerem policji na telefonie i na umówione hasło dzwonię po odpowiednie służby. Ok, no to postanowione działamy. Mężuś otwiera drzwi, a tam policja. To zamknęliśmy drzwi i tyle. Policja po 15 minutach wyszła, Sąsiad za nimi "Bo to stara ku.wa jest" i został w mieszkaniu. Po 15 minutach wyszedł. I potem całą noc, albo od strony podwórka, albo z drugiej strony bloku, albo też i w klatce wrzeszczał "Ty stara ku.wo, zajeb.ę Cię, jesteś szmatą" i łomotanie do drzwi.

Scenka druga: jesteśmy sobie na rowerkach, obok idzie sobie kobieta mniej więcej w naszym wieku, zapatrzona w telefon komórkowy, kilka metrów za nią, idzie dziewczynka, na oko 3-letnia. Nie nadąża za matką, a matka nie pozwala jej nadążyć. No, może w tym telefonie, w tej chwili było coś super ważnego i nie mogła przestać. Ale wyglądało to na totalne olanie dziecka.

Scenka trzecia: Mężuś jest na szkoleniu, a tam spotyka kolegę z zawodu, wiadomo przez telefon o wszystkim się nie pogada, a na co dzień gada się o sprawach służbowych. Pan lat 33. Wyszło z rozmów, że jest już po rozwodzie, który skwitował tak "A przekichałem sobie, to się rozwiodłem". Dziecko lekko ponad rok. Przeurocza (zgodnie z tym, co mówił Mężuś) dziewczynka. I teraz kolega Mężusia nawet nie widuje swojej córki, bo przeprowadził się 130 km od poprzedniego miejsca zamieszkania.

Oczywiście w międzyczasie widzieliśmy wiele rodzin spacerujących z wózkami, z dziećmi, jeżdżących na rolkach, rowerach, korzystających z uroków jesieni. Tym staram się nie zazdrościć. Ale te powyższe sytuacje pokazują dramaty dzieci. Bo ja dzieci mieć nie mogę. Ale jakbym miała takiemu małego Mężusiowi albo małej Krąseleczce zafundować takie sceny walenia w drzwi i wyzywania się, albo taki brak czasu i uwagi? To chyba gorszy dramat niż nie mieć dzieci?

Punkt kolejny. Rozmawialiśmy o naszej sytuacji.
K: "Mężuś, a myślisz czasem o naszej sytuacji?"
M: "Nie. Nie tylko czasem. Myślę o tym cały czas. Ale to, że myślę nie powoduje, że znajduję rozwiązania."
K: "Bo wiesz, ja się boję, że nigdy się nie uda zostać nam biologicznymi rodzicami."
M: "Nie bój się. Uda nam się. Tylko potrzebujemy więcej czasu."
K: "Chciałabym powiedzieć rodzinie. W grudniu. Bo znowu są Święta i znowu będę słyszeć te durne życzenia >>no i dzieciaczka Wam życzę<<"
M: "Kurde, Krąs, czy możesz się uspokoić? Ja nie chcę niczyjego współczucia, a jeśli kiedykolwiek, tak wiem, Ty teraz tego nie chcesz, ale może zmienisz zdanie, skorzystamy z dawcy nasienia, to ok, ja się pogodziłem z tym, że biologicznie, to nie będzie moje dziecko, ale niech ono społecznie będzie moje!!! Wyobrażasz sobie dzień dziecka, że dzieci Twojego rodzeństwa dostają np. samochody z klocków lego, a nasze dziecko czekoladę, albo dziadkowie nie przychodzą do niego do przedszkola na Dzień Babci i Dziadka, bo nie jest ich prawdziwym wnukiem? Chciałabyś tego? Jakbyś się czuła? Jakby ono się czuło? Kojarzysz zachowanie swojej ciotki jak leżałaś na reumatologii, te durne artykuły i sposoby leczenia?
K: "Yhym."
M: "To będzie tak samo, tylko dziesięć razy gorzej. I nie wiem, w co wierzysz, ale tak będzie. Chcesz tego?"
K: "Nie."
M: "Ja też nie."
K: "A myślisz o naszym dziecku?"
M: "Nieustannie"
K: "Coś konkretnie?"
M: "Że ono jest już tak z góry kochane. Z naddatkiem. A nadmiar nie jest dobry. I że może się okazać, że tym nadmiarem miłości je skrzywdzimy."
K: "Nie przesadzasz?"
M: "Ani trochę. Ale kocham je już teraz."

W chwili obecnej powiedział mi, że potrzebuje przerwy dłuższej niż miesiąc i do następnej procedury to podchodziłby dopiero w grudniu. Gdy powiedziałam o świętach i przerwie noworocznej, to zreflektował się, że to może niezbyt trafiony pomysł. No i jeszcze kwestia trwałości szczepień i magicznego okresu 6 miesięcy po histeroskopii i laparoskopii. Na razie 7 października mamy 3.szczepienie, 9 października badanie nasienia (ostatnie mamy z lipca, a powtórzył kilka dni temu hormony i znowu delikatnie odbiegają od normy), 10 października dzień wizyt warszawskich (4 lekarzy), a potem decyzje. A na teraz wygrzebałam conceive gel z szuflady, nie zaszkodzi.

Dziś byliśmy także w Ośrodku Adopcyjnym dowiedzieć się, co i jak. Ogólne wrażenia: strata czasu. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy za krótko małżeństwem, bo żeby zacząć procedurę trzeba mieć 5 lat stażu małżeńskiego, a my mamy półtora roku. To, że się staramy o dziecko prawie 4 lata nie ma znaczenia, to że łącznie jesteśmy ze sobą prawie 12 lat nie ma znaczenia. Kierownik OA stwierdziła, że to, co przed małżeństwem "to nie związek". Aż mnie zatkało. Każdemu życzę takiego nie-związku w takim razie. Sporo przeszliśmy, pewnie sporo przed nami, sama niepłodność jest solidną lekcją, ale idziemy razem. Cały czas. Kłócimy się (kto się nie kłóci - niech pierwszy rzuci kamieniem), śmiejemy się, gotujemy, oglądamy filmy, spacerujemy, dyskutujemy, rozpalamy ogniska, wędrujemy, zwiedzamy Polskę i świat, czytamy książki, towarzyszymy sobie, dbamy o siebie, po prostu jesteśmy razem, ramię w ramię od pięknych 12 lat. I to, co przed małżeństwem "to nie związek". Pani też powiedziała, że pewne rzeczy zrozumiemy w trakcie procedury adopcyjnej, bo nie da się ich wytłumaczyć.
A dlaczego 5 lat? - Takie są wytyczne. - A gdzie je mogę znaleźć, czyje wytyczne? - Proszę Pani, nie mam czasu ich teraz szukać, proszę je sobie znaleźć w internecie - Proszę Pani, powiedziała Pani, że mamy wygospodarować godzinę czasu na to spotkanie, minęło 10 minut, sądzę jednak, że ma Pani ten czas. - Ale spotkanie nie ma polegać na podawaniu wytycznych, tym bardziej, że telefonicznie mogła Pani zapytać o staż, albo powiedzieć. - Próbowałam o coś zapytać, to powiedziała mi Pani w trakcie tej telefonicznej rozmowy, że adopcja jest na tyle ważkim tematem, że wszelkie rozmowy jej dotyczące muszą odbywać się bezpośrednio.

Ponadto dowiedzieliśmy się, że najpierw jest etap diagnozy, potem szkolenie, szkolenie to 9 tygodni, 1 spotkanie w tygodniu, a poza tym, że jesteśmy bardzo młodzi (mamy po 32 lata, Mężuś już skończone, u mnie za niecały miesiąc pyknie), że średnia wieku w tym OA to 35 - 37 lat. - A na co czekać? - No teraz mają Państwo na przebolenie straty i pogodzenie się z losem. - No, ale pewnie w wieku 35 lat to już nie będziemy mieć szansy na adopcję dziecka małego, takiego do 2 lat - Ależ nie, skądże, jak najbardziej, przyjmujemy, że do 40 r.ż. Poza tym wie Pani, czasem jak przychodzą ludzie w Państwa wieku, ze ślubem w wieku lat 20, to oni wtedy mają już ponad 10-letni staż małżeński - Krąs robi wtedy wielkie zdziwko i po prostu nie ogarnia na cóż jej ta wiadomość i co ona zmieni w jej życiu, że wynajdzie zaraz maszynę do przenoszenia w czasie, odszuka Mężusia wcześniej, zaciągnie go do ołtarza już po pierwszej randce i będzie zajebiście?

Poza tym, wiecie, że statystycznie najwięcej rozwodów jest w 7.roku trwania małżeństwa? Co im daje te 5 lat?

Przy rozmowie obecna była także pani pedagog. Lat 22. Nie to, żeby wiek był przeszkodą do pracy w takim ośrodku. Ale. Przecież to młoda siksa jest, co ona wie o życiu. Ku.wa. Bez jaj. Bez urazy dla młodych Staraczek. I ona ma doradzać ludziom walczącym z niepłodnością, po przejściach... Wolałabym tam widzieć człowieka w wieku 50 lat z mega doświadczeniem i wyczuciem.

Ogólnie stwierdziliśmy, że szybciej będzie, jak weźmiemy rozwód i przystąpimy do adopcji jako single. Mąż rzecz nabyta. Żona też. Zaprosiła nas za, w drodze wyjątku, półtora roku, może 2 lata. Nie, dziękuję. Nawet jak, to nie w tym ośrodku. Nie było między nami chemii. I te pretensje, że przez telefon nie powiedziałam o stażu małżeńskim, no a skąd mogłam to wiedzieć? Specjalnie nic nie czytaliśmy, żeby dowiedzieć się od źródła! Potem, już na spokojnie podzwoniłam do innych ośrodków, spoza województwa, bo babsztyl powiedział, że wytyczne są na całe województwo. Kielce mają 5 lat, Łódź ma 5 lat. Ale Lublin nie ma wymogu odnoście stażu małżeńskiego, tylko tam kobieta powiedziała, że przeszkodą może być odległość między nami a OA.

W zakresie wytycznych - to nie są przepisy prawa, ot ktoś sobie wymyślił, ale to z dupy wynika, są ogólne wytyczne Rzecznika Praw Dziecka, że jak małżeństwo to z 3-letnim stażem.

Będziemy myśleć i decydować.

7 października 2019, 22:09

Wreszcie mam czas, żeby coś skrobnąć, a jest o czym!!! Nie, nie jest to ciąża.
Staraniowo:
Po pierwsze znalazłam OA, który powiedział mi, że ogólnie przyjmują pary z 5-letnim stażem, ale jeśli są wskazania medyczne to już z 2-letnim stażem :) jak to mi poprawiło humor :))) Pani wypytała, co tam u nas się podziało, nie słyszała o immunologii, ani o KIRach, a na to zwaliłam winę za niepowodzenia.

Po drugie: dziś zrobiliśmy 3. (i mam nadzieję ostatnie) szczepienie limfocytami!!!

Po trzecie: dostaliśmy wstępną kwalifikację do programu dofinansowania in vitro z województwa mazowieckiego!!! :) wizyta kwalifikacyjna już 10 października. Ponieważ do wizyty potrzebne jest w miarę świeże AMH, to dziś sobie je zrobiłam. I zdziwko wielkie. 3,22 jednostki. 18 dc. Ze stycznia 2019 roku, a więc przed aromkiem, przed laparoskopią, przed stymulacją do in vitro było 2,94 jednostek. Wtedy to był 15 dc. Wiem, że są różne szkoły robienia tego badania, ja nie musiałam tego robić na początku cyklu. Każdorazowo zrobiłam po owulacji. I kurde, ja wiem, że suple działają, ale żeby aż tak??? No i odrobina goryczy: powyżej 3,00 jednostek może świadczyć o PCOS.

Po czwarte: moja mama jest po udarze, wróciła od lekarza z nowym zaleceniem - przyjmowania 20 kropel wit. D3 po śniadaniu, pokazuje mi opakowanie, a ja w szok. Mówię jej, że chyba to za dużo, a ona podaje mi zalecenia lekarskie, jak wół stoi "20 kropli wit. D3 dziennie po śniadaniu". Moje zdziwienie wynika z tego, że mam taką samą witaminę D3 przyjmować. Tylko mi naprodoktorek miesiące temu powiedział, żebym przyjmowała 2 krople - uwaga - tygodniowo, bo to są skondensowane krople i każda z nich zawiera 20 000 jednostek. Ja pier.olę. Od jesieni zeszłego roku żyłam w przekonaniu, że przyjmuję (ja i Mężuś) 40 000 jednostek witaminy D3 tygodniowo, czyli około 5 700 dziennie. A zaznaczę, że jak poszłam do naprodoktorka to poziom witaminy D3 miałam określony na 46, czyli całkiem ładnie (to było po 4 miesiącach suplementowania, na początku dawka 2 000, potem 4 000, potem 8 000 jednostek). No i napro przepisał mi takie cudo, że wystarczą 2 krople tygodniowo, żeby to super działało. Kur.a mać. Ja pier.olę. Okazało się, jak przeczytałam ulotkę - błagam nie bądźcie tak głupie jak ja!!! czytajcie ulotki zawsze!!! - okazało się, że tam 20 000 jednostek to jest, ale w całym opakowaniu, a w kropli 500 jednostek. Przyjmowałam sobie prawie rok czasu wit. D3 zamiast 40 000 tygodniowo, to 1 000 jednostek tygodniowo. I Mężuś też. Aż odszukałam zalecenia tego gnojka. Ku.wa. Jest napisane "Wit. D3 1 kropla 2 razy na tydzień". W związku z tym dziś zbadałam też poziom wit. D3. Mam 30. Pierd.lona menda, szujek i w ogóle. No, gdyby nie wyjazd do Łodzi i niemożliwość przyjścia pod jego gabinet, to bym kretyna rozszarpała!!!! Dawno już do niego nie chodzę, ale akurat tą witaminę brałam, "no bo jaka to wygoda, zamiast kilku kropel dziennie, łyknąć sobie 2 krople w tygodniu". Ehhh. Przy obiedzie zastanawiałam się czy go udusić, czy wbić na pal. Takie tam rozkminy.

Po piąte: w czwartek rano idę do prof. Jerzak. Poleciła koleżanka, powiedziała, że może wyhaczy coś, czego nikt inny nie wyhaczył. Po ustaleniach z koleżanką zrobiłam też dziś badanie glukozy i insuliny. Robiłam je też do naprodoktorka. Wtedy glukoza wyszła 92, insulina 5,5, powiedział, że jest w porządku. Gówno prawda. Glukoza dla starających się ma być do 90. Insulina faktycznie jest w porządku. Dzisiejsze wyniki: glukoza 94, insulina 4,6. A ja nie jadam białego pieczywa, białych makaronów, ryżu. Muszę pomyśleć o diecie.

Przy okazji zbadałam sobie też poziom kwasu foliowego: 14,3, norma jest chyba od 4 do na pewno 20. Także jestem zadowolona.

Po szóste: chyba złapałam jakąś infekcję, Mężuś tak twierdzi, więc w sobotę rano poszłam na wymazy. Czekam na wyniki. W sobotę wieczorem za to zauważyłam żywą krew na bieliźnie. Hm. 5 dpo. Implantacja chyba za wcześnie. Czyżby mnie rano ranili i dopiero teraz krew wypływa? No nic. Kolejnego dnia plamię na brązowo. Dziś (7dpo) śluz brązowawy. Jakże się cieszę, że w czwartek zobaczę się z 3 ginami :)

Po siódme: w środę Mężuś ma badanie nasienia, zawsze robiliśmy z odstępem 3 dni, ale się jakoś teraz ułożyło, że będzie odstęp 2 dniowy. Zobaczymy, jak to wpłynie na możliwość porównania wyników z poprzednimi:

Po ósme (wciąż staraniowo): w pracy popełniłam bardzo duży błąd. Taki, że mogę wylecieć dyscyplinarnie. Wiem, o czym myślałam popełniając ten błąd. Nie o pracy. O życiu, które ucieka między palcami, o naszych dzieciach mimo ich braku, o braku wakacji, a kolejnych sposobach walki z tym cholerstwem. I jak ten błąd się ujawnił (nie popełniłam go świadomie), to zaczęłam sobie układać w głowie spokój. I zaczęłam się modlić o spokój. Do tej pory modliłam się o dar rodzicielstwa dla nas. A teraz o spokój, dar rodzicielstwa, a w przypadku, gdy nie możemy być rodzicami, to o odebranie pragnienia posiadania potomstwa. Rozmawiałam o tym z Mężusiem. Jak to usłyszał, to zakazał mi tak myśleć (bo nie wiem, czy wiecie, Mężuś myśli, że ma taką supermoc i jak zakaże mi myślenia, to ja nie myślę, sprawa chyba bardziej niż oczywista!) i stwierdził, że się poddałam. I że on wie, że u kogoś innego, to te myśli by tak nie wpływały na organizm, ale on wie, że u mnie każda komórka ciała, każde jajeczko, leukocyt, i co tam jeszcze mam, że one to czują i nie chcą walczyć o zarodeczki i sobie wszystko w moim ciele myśli "będzie, co ma być". A on sobie życzy, żebym ja walczyła, bo to nasze dzieci przecież są, a nie tylko moje. Poprosiłam go, by teraz on przejął stery wiary w sukces i trzymania kciuków, bo ja jestem "wymiętolona" psychicznie i potrzebuję wsparcia i że przepraszam, że sama nie mogę dać wsparcia chwilowo. A mój Mężuś na to:
"Twoją formą akceptacji rzeczywistości jest walka. Walka z całych sił, żeby zmienić rzeczywistość. Masz tak odkąd Cię znam. Prawdopodobnie masz tak od zawsze. I to jest cholernie głupie. Bo Ty wszystkie siły stracisz, zanim się przekonasz, że to nie jest warte Twojego wysiłku, że nie uda Ci się czegoś zmienić. Ale zawsze spróbujesz, żeby się na własnej skórze przekonać, czy warto. W tej sytuacji, właśnie ta Twoja walka, te Twoje >>wszystkie ręce na pokład<<, jest nam potrzebne. Bo ja tego w sobie nie mam, ja widzę bezsens zmiany, bezsens walki, a Ty, nie wiem, jak to robisz, ale zawsze widzisz sens walki. Nawet o rzucony niedopałek na chodniku. Wróć do mnie, bo musimy powalczyć."
No ja trochę jeszcze spokoju potrzebuję. Swoją drogą - jak ja psychicznie odpoczęłam przez te 3 tygodnie od negatywnej bety. Żadnych badań, kłuć co drugi dzień, wylewającego się ze mnie litrami żelu do usg, bo też co drugi dzień, nie musiałam nic odwoływać, przekładać. Oczywiście, że dziecka mi brakuje. Ale to takie zarąbiste uczucie móc pożyć :)

Pozastaraniowo: właściciele mieszkania bardzo nam chcieli od listopada podnieść czynsz. Stwierdziliśmy, że nie damy rady i na szczęście już udało nam się znaleźć coś całkiem fajnego, w tej samej dzielnicy, za akceptowalne przez nas pieniądze. Poza tym zostałam asystentem na jodze :) coś nowego, może kiedyś będę nauczycielem jogi? A dwa - na wiosnę 2020, albo lato 2020 chcę zrobić kurs na instruktora wspinania. Na razie podstawowy, ale od czegoś trzeba zacząć. A jak mnie wywalą dyscyplinarnie, to coś w życiu trzeba robić :)

Zrobiło się pełno stymulacji, transferów itp. - trzymam kciuki, nawet jak niekoniecznie mnie widać :)

9 października 2019, 23:07

Mam wyniki posiewu bakteriologicznego. Oczywiście, przypałętała się infekcja. Na coś innego, niż mieliśmy w grudniu 2018. Mężuś myślał, że to może niedobitki tamtego wracają w okresie osłabienia organizmu, ale nie, co innego. Na wyniki posiewu mykologicznego czekam. Na szczęście zrobili od razu antybiotykogram. Nie mam żadnych objawów, ale zaczęłam leczenie domowe. No i wracam do prasowania gatek.

Mężuś był też dziś na badaniach nasienia. To jego 6. Przerwa była od maja. W lipcu była jeszcze punkcja, to też mieliśmy obraz jak to wygląda - ale przy punkcji to może 3, 4 parametry podają. Niestety obniżyły się. Liczyliśmy się z tym, bo hormony też się delikatnie rozjechały. Tylko też są robione po 2-dniowej absencji, pozostałe były po 3-dniowej. Poza hormonami może ta bakteria ma też coś wspólnego z dołkiem w wynikach? Aktualnie wyglądają tak:

objętość: 3,2 ml (w maju było 4 ml, przy punkcji 4,2 ml);
upłynnienie: 25 minut (w maju było 60 minut, te 25 minut to nasz najlepszy wynik!);
koncentracja: 4,2 Ml/ml (w maju było 5,22 Ml/ml, przy punkcji 7 Ml/ml, czyli spadek);
ilość całości: 13,44 Ml (w maju było 20,88 Ml, przy punkcji 29,4 Ml, czyli spadek);
ruchliwość: 46% (w maju było 50%, przy punkcji 52%, czyli spadek);
ruch progresywny: 19% (w maju było 26,92%, przy punkcji 37%, czyli spadek);
żywotność: 64% (w maju było 50%, brak danych przy punkcji);
morfologia: 3% (w maju było 10%, czyli drastyczny spadek).

Przy posiadanym zapasie leków, Mężuś stwierdził, że wraca do przyjmowania leków codziennie, a nie co drugi dzień. Odrzuciliśmy pomysł inseminacji. Taki też gdzieś się pojawił, ale zależał mocno od dzisiejszych wyników Mężusia.

Aaaaaa poza tym, to tempka jest stała. Przecież to oczywiste, że ja nic nie oczekuję i na nic się nie nastawiam. Czyż nie? Heloooł więc, ja się nie nastawiam. Aleeee. Nigdy tak nie miałam, a ostatnio u jednej dziewczyny taki wykres zwieńczony był pozytywnym testem :)

11 października 2019, 21:38

Wczorajszy dzień obfitował w masę wydarzeń staraniowych. Zrobiliśmy sobie dzień w Warszawie. Była akupunktura. Korzystałam już wielokrotnie, więc jestem przyzwyczajona. Teraz konkretnie pod kątem starań. Mój Mężuś bał się, że będzie miał igły wbijane bezpośrednio w swoją męskość. Nie szło mu przetłumaczyć, że to tak nie działa. Babce od igieł udało mu się go uspokoić. I teraz nawet sam pyta, jak często ma tam chodzić. Zbierał się do tego jakieś pół roku.

Byliśmy na wizycie kwalifikacyjnej z programu dofinansowania in vitro z województwa mazowieckiego. Hm. Babka na rejestracji od razu od nas chciała 200 zł za wizytę, szybkie sprostowanie, ż my z dofinansowania, więc raczej 18 zł "ah, ok, ok, to zapłata po wizycie". Po dłuższej chwili oczekiwania, przenoszenia się między jedną recepcją a drugą, stwierdzeniu przez Mężusia, że raczej tu nie zostaniemy, bo to hurtownia i "czuję ten beton", zostaliśmy zaproszeni do gabinetu lekarskiego. I wizyta wyglądała jednak inaczej, niż standardowe wizyty pod in vitro. Czyli weryfikacja mojego AMH, ostatnie badanie nasienia. Przeliczyła parametry, wyszło, że może nas zakwalifikować z czynnika męskiego. Dalsze pytanie było o naszą udokumentowaną historię leczenia - mamy datę 2 listopada 2018 r. i tu stwierdzenie, że możemy podejść, ale dopiero w listopadzie - "Ależ my właśnie chcemy w listopadzie, październik odpuszczamy" - a no to ok. Dalej, spytała o to czy miałam 6 cykli stymulowanych. Poza tym, że w tym okresie, gdy padła propozycja stymulacji, mój Mąż miał 4 plemniki i stymulację uznaliśmy za bezzasadną (we własnym gronie), to wtedy prowadzący lekarz w karcie odnotował "Aromek". I miałam ten aromek brać 3 miesiące, przychodzić na monitoringi, a potem była kolejna wizyta "Aromek" i monitoringi w następnych cyklach. Cóż. To nie jest dowód 6 cykli stymulowanych. Ten dowód to w każdym miesiącu wpis "Aromek"/"Clo" czy coś takiego, ale miesiąc w miesiąc. Lekarka stwierdziła, że ona też tak robi, ale tą dokumentację weryfikują urzędnicy, więc oni muszą mieć czarno na białym. Z zaświadczeniem immunologa się zapoznała, o mutacjach z krwią porozmawiała, wypytała o acard i heparynę. Stwierdziła, że muszę zrobić aktualne TSH. Do tego powiedziała, że "zgodnie z prawem Mąż musi posiadać kwalifikację do in vitro, tzn. zaświadczenie, że procedura in vitro może być u niego wykonywana." Seriously? Spotkał się ktoś z czymś takim? Przeszukaliśmy potem w naszej stałej klinice historię leczenia Mężusia i nic takiego nie było. W każdym razie lekarka stwierdziła, że jak nie odszukamy tego dokumentu, to ich androlodzy wydają coś takiego od ręki, oczywiście to nie wchodzi w pakiet programu i jest dodatkowo płatne.

Nie odpowiedziała mi na pytanie, jakim protokołem bym szła, ani jakie leki bym przyjmowała (dla mnie jest to istotne, bo akurat w moim własnym odczuciu dobrze zareagowałam, no i mam też jeszcze zapas tych leków). Powiedziała, że nie możemy zapłodnić więcej niż 6 komórek, bo nie mam odpowiedniego wieku, czynnik męski nie jest taki straszny i mamy TYLKO jedno nieudane in vitro za sobą. Powiedzieliśmy więc, że w takim przypadku chcemy przeprowadzić lekką stymulację, żeby uzyskać około 6-8 komórek, bo nie chcemy ich mrozić, bo komórki gorzej niż zarodki znoszą mrożenie i jest z nich znacznie mniejszy odsetek ciąż. Powiedziała, że nie ma takiej możliwości, bo optimum to 15 komórek, a wtedy zastosujemy Oo-sight, co jest oczywiście dodatkowo płatne, ale pozwoli nam wybrać te najlepsze komórki, a jeśli z tych 15 będzie zdrowych więcej niż 6, to będziemy mrozić tylko te dobre. Oczywiście koszt mrożenia nie jest z dofinansowania. Oo-sight to takie urządzenie, które sprawdza czy komórka jajowa jest w środku prawidłowo zbudowana, bo na oko może wyglądać ok, ale w środku może mieć nieprawidłowości. Poza tym kilka razy pytała, czy czytaliśmy program i czy znamy ustawę o in vitro. No oboje jesteśmy prawnikami z zawodu, ale zajmujemy się całkiem innymi gałęziami prawa i przyznam szczerze - nie znam jej na blachę. No i powiedziała, że w programie jest ICSI, ale u nas ICSI nie pomoże, że tu trzeba zastosować IMSI albo PICSI i do tego Fertile Chip. Co oczywiście jest dodatkowo płatne, ale bez tego nasze ivf się nie uda. Ale póki co nie wiadomo, czy będzie można dopłacać za takie ekstra usługi, czy też będzie to wykluczone. Dała nam listę badań wirusologicznych. Z dofinansowaniem są chyba w cenie 7 zł za sztukę (jeśli dobrze pamiętam).

Nie zaprosiła mnie na fotel. I tu byłam rozczarowana. Zawsze jak idę do gina pierwszy raz, zawsze mnie ogląda i robi usg. A ta nawet się nie odezwała na ten temat.

Zapytałam ją jak możemy poprawić jeszcze jakość naszych komórek przed ivf. Stwierdziła, że jeśli chodzi o mężczyzn, to ich androlodzy zabronili im zajmować się pacjentami męskimi, a jeśli chodzi o mnie, to ja tego nie mam możliwości zrobić, gdyż ja się z nimi urodziłam, ja ich nie produkuję i nie ma takiej opcji. Tu w mojej głowie wył już alarm pt.: "Udaje, że nie chce iść schematem, a idzie schematem", i pojawiła się w mojej głowie myśl "Te, laska, nie znasz chyba kilku historii z ovufriend. No."

A i jeszcze powiedziała, że osoby w moim wieku powinny mieć 2-letnią historię leczenia, także powinniśmy się cieszyć, że jesteśmy zakwalifikowani z czynnika męskiego. Oooo losie, no skaczę po prostu z radości pod sufit, że mogę stać się beneficjentem tak lukratywnego programu, który przecież w ogóle mnie nie obciąża psychicznie i w zasadzie nawet należę do swoistego stowarzyszenia hobbistycznych staraczek. Oczywista oczywistość.

Potem wyszliśmy od niej, poszliśmy do koordynatora ds. dofinansowania. Tam dostaliśmy dokumenty do podpisania i tyle.

Jak już podpisaliśmy dokumenty, to ubieraliśmy się w biegu i jechaliśmy do Fertiny. Fertina to nasza nowa klinika, do której nas umówiłam, żeby zobaczyć, co nam mogą zaproponować, bo są tańsi od naszej stałej, no i gdybyśmy nie zostali zakwalifikowani do programu dofinansowania.

W tej klinice pierwszy raz odkąd leczymy się na niepłodność zostało mi zmierzone ciśnienie i zostałam zważona. Pani doktor bardzo szczegółowo nam opowiadała o różnych rzeczach, m.in. dowiedziałam się (nie pytałam, miała potok słowny), jak możliwa jest ciąża z jajnika, który nie ma jajowodu. Ano, jajowód jest hemotaktyczny (jeśli dobrze zapamiętałam) i on przysuwa się do tego jajnika, z którego ma być owulacja i wychwytuje uwolnione jajeczko :) no sprytne, nie powiem! Stwierdziła, że oczywiście lepiej mieć 2 jajowody niż 1, ale to tak jak z nerkami, z jedną też da radę żyć. Chce mnie puścić protokołem z antykami. Powód tego jest super ważny: "Owszem pięknie Pani zareagowała na podane leczenie, ale ja uważam, że w długim protokole uzyskujemy lepsze wyniki". Zbadała mnie, przepisała mi leki na infekcję, nie podobał jej się obraz na usg. Był to 18 dc, według niej widoczne było na usg "cystyczne ciałko żółte". Nie jest to powód do zmartwień. Ah, i jeszcze powiedziałam jej, że w zakresie infekcji zrobiłam posiew bakteriologiczny i w kierunku grzybów z pochwy. Na co ona mówi: "Ale po co? Bakterie w pochwie są zawsze!" - "No tak, ale mogą być te złe, a wtedy robią antybiotykogram i wiadomo, co zadziała, a co nie.". Hm. Ogólne wrażenie - ok, tylko Mężuś stwierdził, że nie czuje chemii, więc odpadamy.

A na koniec rundka do naszej lekarz prowadzącej. Zapytała o samopoczucie, zaproponowała nam warsztaty psychologiczne dla par, pogadałyśmy o tym, że leki byłyby te same tylko w mniejszych dawkach. Rozmawiała o intralipidzie - ale uważają to za bezsensowne rozwiązanie. Powiedziałam jej, że w moim przypadku oczywiście, bo ja mam spoko komórki NK, a intralipid ma je obniżyć, u mnie nie ma czego obniżać, bo mam je poniżej normy (immunolaski - proszę nie zazdrościć, mam inne problemy immunologiczne). Ale za to, co z atosibanem, który tak bardzo chciałam ostatnio - a to mam się odezwać w poniedziałek - a to ok. I tak stwierdziła, że jak będziemy podawać, to w dniu punkcji. Na relanium wyraziła zgodę. Będę chodzić tak wyczilowana, że chyba będę po prostu całe dnie spać! :) Mężuś pokazał jej ostatnie parametry nasienia, od razu powiedziała, że to prawdopodobnie kwestia tej infekcji, ale że zastosujemy leczenie, które nie obniży parametrów nasienia. Przepisała dostinex, który się skończył, wybrała antybiotyk, lek przecwigrzybiczy i probiotyk. Zabrała mnie na fotel, a na usg stwierdziła, że jest widoczne całkiem ładne ciałko żółte. "Ale ładne pani doktor, czy takie słabawe?" - "Bardzo ładne!" - "Pytam, bo się nie znam" - "Jest ładne i endometrium też całkiem ładne". No i bądź tu mądry i pisz wiersze. Ehhh. Najważniejsze z tej wizyty: zapładniamy wszystkie pobrane i zamrożone odmrażamy i też zapładniamy. Kończąc powiedzieliśmy jej o dofinansowaniu i że jeszcze nie wiemy, czy zostaniemy czy nie, bo z uwagi na nią chcielibyśmy zostać, ale pieniądze też są istotne. Powiedziała, że nasza klinika walczy z urzędnikami i wysyłają jakieś pisma, więc może coś się uda wskórać. No i powiedziała, że jak się zdecydujemy na rozstanie, to ona poprosi o info czy się udało. Kobieto, ja przecież u Ciebie ciążę będę prowadzić, więc nawet jak gdzie indziej zrobię, to i tak dziecina płci żeńskiej ma na drugie imię tak jak Ty. Co by poniekąd kontynuować rodzinną tradycję, gdyż sama otrzymałam imię po położnej, która pomagała Mojej Cudnej Czasem Wkurzającej Mamie wydać mnie na świat :)

Zapytaliśmy też o to, czy można negocjować stawki. Powiedziała, że nie wie, że nie wie nawet, ile kosztuje cała procedura i nie chce wiedzieć, ale jak chcemy coś ponegocjować, to żeby się kontaktować z Panią Prezes albo z główną księgową.

Ufff. A potem krótka pogawędka z Mężusiem po całym dniu w samochodzie. Chwila odsapu, no i co, ja do domu, on do pracy.
Dużo do przemyślenia, dobrze, że odpuszczamy jeszcze jeden cykl. Psychicznie świetnie to robi, no i nie musimy na szybciora podejmować decyzji. Może i zrosty się odnowią, może i szczepionki nie będą długo działać. W chwili obecnej - trudno.

16 października 2019, 00:02

Dziś byłam na wizycie u prof. Jerzak. Na początku zaskoczenie. Przyjechałam sobie 150 km (bo z pracy), a babka w rejestracji mówi, że nie mają mnie zapisanej. Cieplutko mi się zrobiło. Pytam Pani, czy wyobraża sobie, że taszczę termos z herbatą, butelkę z wodą oraz segregator z badaniami tak po prostu, że urwałam się z pracy i jechałam 150 km w jedną stronę dla rozrywki? Nie potrafiła wytłumaczyć błędu. Ale zostałam przyjęta. Opóźnienie wyniosło 40 minut.

Uprzedzono mnie, że nie jest to osoba skora do rozmów i empatii, tylko raczej herszt baba, zaleca leki, badania i tyle. Mam zupełnie inne wrażenie. Odpowiadała na moje pytania, pozwalała mi je zadawać. Natomiast była też nieco chaotyczna.

Chciała obejrzeć wszystko, począwszy od naprotechnologii, protokół pooperacyjny, przez nieudane in vitro. Szybko odrzucała te badania, które uznała za zbędne. Spisała sobie mój poziom AMH, homocysteiny, wit. D3, stosunek FSH do LH, mutacje genetyczne, KIRy, wyniki immunologiczne, te które odbiegały od normy. Wpisała w kartę, że biorę dostinex. Wpisała również informację, gdzie podchodziliśmy do in vitro.

Wskazała, że wit. D3 mam za mało (no odkryłam to nie tak dawno temu, cholera jasna!), homocyteina ok, kwas foliowy ok. Natomiast AMH 3,22 oraz stosunek FSH do LH 1,25 oraz niska interleukina 10 są charakterystyczne dla PCOS. To jeszcze tylko endometriozę przygarnę i chyba będę mieć cały komplet! Wiem, że AMH powyżej 3 może świadczyć o PCOS, ale ja mam normalną owulację. Stosunek FSH do LH wskazuje na PCOS gdy jest powyżej 1,5. U mnie nie ma tego idealnego 1. A Paśnik o interleukinie 10 mówił jedynie, że nie troszczy się o zarodek i powinna być wyższa. A tu nowość - takie coś jest charakterystyczne dla PCOS. Powiedziała, żeby glukozę sprawdzić raz jeszcze, tym bardziej, że krzywa cukrowa i insulinowa wyszły ok. Wskazała, że z pewnością dostanę metforminę, bo ona nie tylko reguluje gospodarkę glukozą, ale też jest przydatna w dbaniu o moje mutacje genetyczne. Są to tego rodzaju mutacje, że sposobem na minimalizowanie ich ryzyka jest dieta o niskim indeksie glikemicznym śródziemnomorska i DASH. Tylko ja nie jadam białego pieczywa, nie piję słodzonych napojów, nie jadam makaronów, ziemniaki może raz w tygodniu, ryż tylko brązowy. Dała namiary na dietetyka. Poza metforminą wspomniała o leku parof, parfor, pafor? Coś takiego dziwnego, że nigdy nie słyszałam. Coś ktoś kojarzy?

Powiedziała też o konieczności uprawiania sportu siłowego minimum 150 minut tygodniowo. Odpowiedziałam, że sport to ja uprawiam 4-5 razy w tygodniu, aktualnie mieszam jogę ze wspinaczką. To ją ucieszyło, szczególnie wspinaczka. I powiedziała, że być może dzięki temu ten cukier i insulina są trzymane w ryzach. Z zaleconych badań mam, poza powtórzeniem glukozy, zrobić usg między 3 a 5 dc u jednego z trzech wskazanych lekarzy. Za to Mężuś ma wykonać badanie nasienia w konkretnej placówce.

Jeśli chodzi o jej chaos: tak szybko przerzucała wyniki badań, że potem wypisuje mi na kartce badania do zrobienia:
- homocysteina - "Ależ była badana, co prawda w grudniu 2018, ale była" - "ok, proszę odszukać";
- wit. D3 - "Była z tydzień temu badana" - "Ah, musiałam przeoczyć";
- krzywa cukrowa i insulinowa 3 punktowe - "te badania także mam, prawie sprzed roku, ale są" - "musiały mi umknąć";
- mutacja PAI 1 - "miałam robioną, proszę mi dać chwilę" - "za szybko przeglądałam".

Mam więc takie mieszane uczucia. Oczywiście, dowiedziałam się czegoś nowego, widać, że kobieta ma "łeb jak sklep", natomiast troszkę ten pośpiech i chaos mnie drażniły.

21 października 2019, 22:25

Byłam na usg w kierunku PCO/PCOS i sprawdzeniu przepływów w tętnicach macicznych. Mam 5 dc. Prawy jajnik 10 małych plus 1 już rosnący, dziś o wymiarach 14 mm; lewy jajnik 9 małych i 1 rosnący, dziś o wymiarach 13 mm. Paśnik mówił, że po szczepieniach cykle mogą się rozjechać. No, ale żeby aż tak!!! Śluz płodny 5 dc, jajka 13 i 14 mm?!?!?!?!

Pytanie lekarza wykonującego usg - czy były u Pani w rodzinie bliźniaki? No tak się składa, że mam młodsze rodzeństwo i są bliźniakami. Endometrium 7,18 mm. Przepływy prawidłowe. Hm. No, po pierwsze od 12 pęcherzyków w jajniku przyjmuje się PCOS. Ja mam na granicy. Po drugie: już rosnące jajeczka? Ostatni cykl trwał 24 dni. Super krótko, nawet jak na mnie. Ten zaczął się dziwnie - nic mnie nie bolało, żywa krew dwa dni, trzeciego dnia plamienie, czwartego dnia kropka brązowego śluzu, dziś nic.

Kobieta stwierdziła, że być może u mnie lepiej byłoby wykonać to badanie 3 dc, przy tak krótkich cyklach to może mieć znaczenie, niemniej to jest po prostu życie i pewnych rzeczy nie dostosujemy do czasu pracy gabinetów lekarskich.

Jak jej troszkę naszej historii opowiedziałam, to zasugerowała, żeby może spróbować transferu zarodków w 3.dobie, że może w macicy miałyby lepiej. No i zasiała ziarno niepewności... Mężuś jest zdecydowany na 5 dób. Ostatnio wspominałam o 3. dobie, to stwierdził, że za duże ryzyko, bo przy naszej procedurze to 2 z 3 po 3.dobie nie przetrwały. I że wtedy zarodek trafia do macicy za wcześnie i macica może być nie gotowa (hasło pinopodia: czyli takie jakby wypustki, które w szczytowej formie są 12 godzin na endometrium i wtedy właśnie mamy "okienko implantacyjne").

O pęcherzykach opowiedziałam koleżance z grupy wsparcia, od której mam namiar na Jerzak. I ona mi powiedziała, że zgodnie z "wytycznymi" Jerzak będę mieć stwierdzone PCOS, bo ona miała stwierdzone przy 8 pęcherzykach w jednym jajniku i 4 w drugim.

Przy okazji będąc w stolicy zrobiliśmy sobie badania wirusologiczne przed ivf z programu dofinansowania. Słuchajcie, to cudowne uczucie móc zapłacić za całą wirusologię (z krwi, posiewów nie robiliśmy) nas obojga 126 zł :) cudowne! Jednocześnie dowiedzieliśmy się, że zakwalifikowanie do programu nie gwarantuje kasy na udział w programie. Dopiero sam udział w programie, czy też poszczególnej części (np. stymulacja) gwarantuje udział w programie na tą właśnie część. My dalej nie zdecydowaliśmy, czy zostajemy w "naszej" klinice, czy korzystamy z dofinansowania.

Rano u nas zrobiłam sobie TSH (dla lekarza z programu dofinansowania), glukozę (dla własnej wiedzy), hemoglobinę glikowaną (dla lekarza prowadzącego z "naszej" kliniki). TSH 1,27 :) no pięknie, glukoza 90. I co ja mam zrobić? Cały weekend dbałam o prawidłowe jedzenie, o indeks glikemiczny i indeks insulinowy. I znowu wyszło 90. A to wartość graniczna. I lepiej byłoby mieć mniej. Za to hemoglobina glikowana 5,8% przy normie od 4 - 6,8%, to chyba trzeba się cieszyć?

W innych kwestiach życiowych: brakuje mi dziecka i czasem sobie popłaczę z tego powodu. Jednocześnie pojawia się tyle życiowych okazji, że zastanawiam się, czy to czasem nie są znaki od Opatrzności - "Heja, to ja, Opatrzność, a Twoje życie to trochę tak w tą stronę skręcimy, a o dzieciach pomyślimy za jakiś czas (o ile w ogóle), więc się nie martw (tak bardzo), tylko chodź, bo mam pewien pomysł". No i te pomysły wyglądają następująco:
- zawody wspinaczkowe - są organizowane - "Krąs, może weźmiesz udział?" - "Ale mi się nie chce" - "Zapomniałem, że z Tobą trzeba inaczej: przychodzisz na ścianę - zawody są obowiązkowe" - "Ah, no dzięki... a jak mi data nie pasuje? - "Zmień plany" (zawody wypadałyby około 4-5 dnia stymulacji);
- wyjazd w lutym do Hiszpanii - wspinaczkowy, z kilkoma osobami na 10 dni - "Kurde, fajnie, ale może bym Mężusia zabrała?" - "A on się wspina?" - "Wiesz dobrze, że nie, ale jednocześnie żaden wyjazd bez niego by się nie udał. Jest naszą siłą sprawczą, naszym szerpą, kierowcą, kucharzem, umilaczem czasu, rozśmieszaczem i kibicem" - "To przemyślcie to, macie tydzień czasu"
- warsztaty z jogi, co by poszerzać swoje horyzonty, rozwijać się i być może być kiedyś nauczycielem jogi - "Krąs, są warsztaty w listopadzie, może masz ochotę, weekendowe" - "Weekendowe??? Nooo, ale wiesz, że ja Mężusia widzę tylko w weekendy!" - "To go zabierz ze sobą!" - "No nie żartuj, on naprawdę ma cierpliwość do mnie i moich pomysłów, ale dwa dni pod rząd po 8-10 godzin jogi, nieeeeee, znam go, nie wytrzyma, obrazi się, będzie marudził, nie będę miała z nim życia i potem będzie, że on >>wszędzie jeździ, gdzie tylko coś dziwnego jest i robi wszystko<<".

W przyszły wtorek wizyta numer dwa u Jerzakowej. Póki co doszkalam się z PCOS i insulinooporności oraz z tego, jakim cudem metformina poprawia jakość owulacji u pacjentów z PCOS. Bo nie ogarniam. W międzyczasie akupunktura, chlamydia PCR oraz czystość pochwy.

24 października 2019, 14:26

Laski, chyba zdiagnozowaliśmy Mężusia!!!

Ma insulinooporność, która w przypadku mężczyzn skutkuje niskim testosteronem, a co za tym idzie obniżonymi parametrami nasienia. Matko kochana!!! Prawie rok czasu na hormonach, antybiotykach, suplach i w ogóle. Rok czasu intensywnego łażenia po lekarzach. Zioła, akupunktura, refleksologia, nieudane in vitro. Diety, sporty, bambusowa bielizna, zero sauny, alkohol praktycznie wyzerowany (no z raz świętowaliśmy poprawione wyniki nasienia), żelik chłodzący pod dupsko na czas prowadzenia auta. I nikt nie kazał zbadać u Mężusia insuliny, glukozy, współczynniku HOMA-IR oraz hemoglobiny glikowanej. Nikt nie powiedział Mężusiowi "Proszę Pana, Pana problemy wynikają z tego, że ma Pan ...". Nikt!!! Kurka, ile na świecie jest facetów, którzy mogą na to cierpień i być faszerowanymi clo, a tak naprawdę konieczna jest metformina!!!

Zaczęło się od tego, że Jerzak na pierwszej wizycie stawia wszystkim pacjentkom taką samą diagnozę (lub bardzo zbliżoną): PCOS i insulinooporność. No i ciężko to wychwycić z moich wyników, zaczęliśmy czytanie, przeszukiwanie internetu. I kija w oko, no pasuję bardzo mocno średnio, jak już mam się ubrać w ramkę insulinooporności, to będzie to taka dziwna ramka. Ale niech ma. Jak metformina działa - proszę bardzo, będę łykać jak dropsy. Natomiast jak czytaliśmy o objawach: nadwaga, nierównowaga hormonalna, senność, napady głodu, zmęczenie, trudności w schudnięciu - wypisz, wymaluj Mężuś. Obudzić go po 12 godzinach snu w weekend - mordęga. Nierealne. Naprawdę, graniczyło z cudem.

W zeszłym roku, jak był na ścisłej diecie, to wyniki się poprawiły - od lipca sobie troszkę poluzował i wyniki są gorsze. A pierwszym leczeniem IO jest właśnie dieta i ruch fizyczny (ale nie każdy sport jest wskazany). I też jak był na diecie i uprawiał sport, to naprawdę waga ledwo się zmieniała. Po sylwetce widać było delikatne zmiany, ale postępowały bardzo powoli, co go zniechęcało do dbania o siebie.

A dziś był zrobić glukozę, insulinę, hemoglobinę glikowaną i współczynnik HOMA-IR, nie robił krzywych, bo nie miał czasu, ale:
- glukoza 112 (norma do 99);
- insulina 6,3 (norma do 23);
- hemoglobina glikowana 5,7 (norma do 6,3);
- współczynnik HOMA-IR 1,74 (norma do 1,4; ten wskazuje na wczesną insulinooporność).

Ja pier.olę, rzucam wszystko i jadę (w Bieszczady) do Warszawy, do naszych lekarzy - co Wyście zrobili?!?!?! Tyle się mówi o IO w kwestii kobiet i w ogóle, ale na 10 artykułów o IO, tylko w jednym było zdanie (sztuk jeden), co może powodować u mężczyzn. Zaczęliśmy kopać, po stronach angielsko i niemieckojęzycznych - drodzy Rodzice dziękuję serdecznie za usadzanie mnie do nauki, niekoniecznie mam użytek w pracy, ale prywatnie - mój angielski medyczny jest już lepszy niż angielski medyczny mojej lektorki!!!

Idę przekazywać wiedzę dalej, niech się badają i nie szprycują clo, jeśli pomocne może być, co innego.

28 października 2019, 13:41

Odezwała się dietetyk kliniczna.

U mnie wskazała, że błędem jest jedzenie po treningu 3 dni w tygodniu o bardzo późnej porze - czyli między 21:00 a 22:00. Akurat tak wracałam z zajęć, musiałam coś zjeść. Zaplanowała mi kolacje potreningowe w formie zup kremów. Że będzie to łatwiejsze do strawienia o tej porze dla organizmu. W zakresie supli dodała olej z ogórecznika - nie stosowałam go nigdy do tej pory. I powiedziała, żeby wrócić do oleju z wiesiołka (od 1 dc do dnia owulacji), nawet jak nie poprawi mi parametrów śluzu (u mnie nie działał), to zawiera kwasy GLA, które są istotne dla naszego organizmu. Teraz nie pamiętam dlaczego są one tak istotne. Do tego zmieniła mi markę cynku, na taką która poza cynkiem ma też miedź. Cynk przyjmowany przez dłuższe okresy czasu, wypłukuje miedź i dlatego trzeba ją suplementować. Wiedziałam, że dla Mężusia miedź jest wskazana, ale nie mogliśmy jej nigdzie kupić. Do tego powiedziała, żeby wrócić do mioinozytolu i to w dawce 4000 mg. Na początku naszych "medycznych" starań przyjmowałam inozytol po 2000 mg dziennie, od chyba marca 2019 roku, zmniejszyłam dawkę na 1000 mg dziennie. Od sierpnia 2019 roku już nie brałam, bo się szykowałam do transferu. A po transferze i tak wszystko rypło i nic się nie chciało, więc brałam tylko podstawy. Aaaa, za namową w komentarzu do jakiegoś wcześniejszego wpisu zmieniłam koenzym q10 na ubichinol. Sobie i Mężusiowi.

Babeczka powiedziała, że mioinozytol uwrażliwia tkanki na insulinę i jest szczególnie polecany dla PCOS, bo przywraca owulację - "A jak ja mam regularne okresy i owulacje? Pęcherzyki pękają samoczynnie?" - To i tak mioinozytol podkręca jakość owulacji.

Tu taki artykulik wyszperałam:
https://testosterone.pl/wiedza/inozytol-dzialanie-w-pcos/

Że niby mioinozytol jest bardziej skuteczny niż metformina. A swoją drogą samo leczenie metforminą jest bardziej skuteczne niż leczenie clo!!! (Gdzieś mi się ten artykuł zapodział).

A propos! Ukradłam mamie listek metofrminy 850. Dzielę na pół od ubiegłego wtorku i zażywam sobie z kolacją 425 mg metforminy. Mężowi daję połówkę od czwartku. Zawsze to kilka dni do przodu. Jutro wizyta u Jerzak zobaczymy, co wymyśli. Chcę jej pokazać wyniki glukozy Mężusia, może łaskawie rzuci okiem.

Poza tym zwiększyłam mi dawkę NAC z 500 mg dziennie na 1000 mg dziennie. No i tyle u mnie. Odżywiam się pięknie, w związku z tym, tak jakby nie wiadomo dlaczego tak słaby wynik ivf. Sama przypuszczam, że to może być ta piep.zona wit. D3 i wprowadzenie w błąd przez lekarza.

Jeszcze coś ważnego powiedziała! Żeby nie przyjmować żelaza (raz w roku robię sobie miesięczną kurację, tak 30 mg dziennie przyjmuję). Żelazo wywołuje stres oksydacyjny i nie jest zalecane. A czasem we wskazówkach dnia od ovufriend jest właśnie: "Badania wykazują, że kobiety przyjmujące żelazo szybciej zachodzą w ciążę od tych nieprzyjmujących"

U Mężusia poza płodnością walczymy też o wagę. Na wiosnę, gdy super ściśle dbał o siebie i przestrzegał diety, schudł w talii o 8 cm i w brzuchu 2 cm. Po punkcji dalej brał leki i suple, ale zmniejszył aktywność fizyczną i dietę poluzował. Zrobiłam tabelę podsumowującą wyniki testosteronu i nasienia, wizyty lekarskie oraz zastosowane leczenie. I uwaga: 2 miesiące przed punkcją był już na minimalnych dawkach leków hormonalnych, natomiast aktywność fizyczna i dieta były super wyśrubowane, bo przygotowywał się do ivf. Potem po punkcji leki zostały te same, ale cała reszta uległa pogorszeniu. I co? No gucio przecież. Po tabeli widać (w naszym przypadku) jak istotnym czynnikiem jest sport i ścisła dieta.

Mężuś ma więc ładnie schudnąć. Przy wzroście 183 cm waży 96 kg. Jemu z supli dodała liver refresh, NAC, olejek z wiesiołka, oraz zmieniła cynk na cynk z miedzią. Ma wrócić do zup i koktajli oraz past warzywnych. No nie wiem, może po prostu jak zapłacił, to autorytet dietetyka zapamięta na dłużej (na zawsze?) i będzie się ściśle trzymał. Natomiast - ta dieta jest dużo lepsza niż dieta z akademii płodności - bierze pod uwagę życie. Jego godziny pracy, jego godziny snu, jego godziny aktywności fizycznej. Po prostu konkretnego człowieka. I w porównaniu z dietą z akademii płodności - nie stoi się całe dnie przy garach.

Wiadomość wyedytowana przez autora 28 października 2019, 14:16

29 października 2019, 23:33

13 dc, prawdopodobnie 6 dpo. Strasznie mi się rozjechały cykle :/

Dzień staraniowy: akupunktura + posiewy + wizyta u dr Jerzak.

Ostatnio babka od akupunktury powiedziała, że poprawimy jakość endometrium i jakość komórek jajowych. Zadałam jej dziś pytanie - czy możemy sprawić, żeby zrosty się nie pojawiły? - "Drogie Dziecko! W książkach ze starożytnych Chin nie ma pojęć takich jak endometrioza, torbiel, zrosty, ale są choroby. Choroby to stan zapalny. Ten stan zapalny u każdego inaczej się objawia. U Ciebie zrostami, u kogoś innego endometriozą. A nakłuwanie igłami powoduje, że w miejscu ukłucia odbywa się reakcja Twojego organizmu immunologicznego. I on się orientuje, że musi zacząć działać. I produkuje komórki, które mają zwalczyć stan zapalny. Dlatego ja nakłuwam tak wiele miejsc." Fajnie wytłumaczone. Gdyby nie to, że kilka lat temu po serii zabiegów i masaży rehabilitacyjnych, z bardzo dużych problemów z barkiem wyprowadziła mnie właśnie akupunktura - to bym nie chodziła. Ale po tamtej akcji - biorę w ciemno.

Później podjechałam na wymazy w kierunku chlamydii i czystości. Z dofinansowaniem za oba badania - 14 zł. Miło.

No i wisienka na torcie. Jerzak.

Hm. No zerknęła na glukozę, zerknęła na usg z przepływami i ilością pęcherzyków i stwierdziła "PCOS Pani nie stwierdzam, bo stwierdza się powyżej 12 pęcherzyków w jajniku, aczkolwiek zdrowy jajnik powinien mieć 5-6 pęcherzyków. U Pani jest tak na granicy, ale jednak nie. Insulinooporności Pani nie stwierdzam, bo te wyniki glukozy są ok, natomiast na leczenie PAI 1 zapiszę Pani formetic 500 mg."
- "No, ale ja na tą mutację, która chyba odpowiada za krzepliwość krwi dostawałam heparynę?!"
- "Nieee, jedynym lekiem na PAI 1 jest metformina"
- "A czy może Pani zerknąć na wyniki Męża?"
- "Ta dieta, na której Pani jest - również dla niego."

Już wiem, że metformina działa na wszystko i w ogóle jest super lekiem (żart taki), ale jakim cudem ma mi leczyć mutację genu, która powoduje krzepliwość krwi??? Na którą dostawałam heparynę i biorę acard?

Zalecenia mam takie: nie przyjmować żadnych supli od dietetyka (dietetyk niedużo mi zmieniła, podwoiła dawkę NAC, zmieniła mi cynk na cynk z miedzią, kazała wrócić do olejku z wiesiołka, bo nawet jak nie powoduje - u mnie akurat - poprawy jakości śluzu, to zawiera kwasy GLA, które są istotne, na pozostałą część cyklu dodała mi olej z ogórecznika i kazała wrócić do inozytolu), a przyjmować jedynie jej listę leków i supli:

- acard 75 mg (i tak przyjmuję);
- od transferu heparyna 0,4 (poprzednio miałam 0,2);
- wit. D3 2000 j (przyjmuję 5000 jednostek, bo mam za mało i chcę, jak najszybciej wyrównać - jak ktoś zna jakieś przeciwwskazania - słucham);
- kwas foliowy 5 mg (mimo, że na poprzedniej wizycie powiedziała, że jego poziom mam świetny i 800 jednostek jest wystarczające) - wiem, że ona uwielbia ten kwas foliowy i przepisuje go wszystkim - no ale się zgubiłam gdzieś między pierwszą a drugą wizytą, z jednej strony mam świetny, z drugiej strony mam przyjmować?! I to syntetyczny, jak powinnam metylowane - raczej nie będę tego przyjmować.
- miovelia 1 kapsułka i 1 saszetka (absolutnie nie może być mioinozytol zalecony przez dietetyk, musi być ten i już - muszę poczytać, czym to się różni);
- formetic 500 mg (Mamie podwędziłam ostatnio i od tygodnia sobie przyjmuję 425 mg dziennie, także fajnie sobie dawkę ustaliłam ;P)
- prograf - 2 dni przed transferem 2x1 tabletka i kontynuować przez 15 dni - nie mam jeszcze pojęcia o co chodzi;
- accofil - zastrzyk podskórny w dniu transferu i potem w odstępach tygodniowych, łącznie 5 sztuk - na brakujące KIRy. Paśnik stwierdził, że brakuje mi 2 lub 2,5, ale tych mniej ważnych, a najważniejsze mam i nie ma konieczności podawania accofilu, który kurka wodna nie jest cukierkiem (w porównaniu do metforminy czy kwasu foliowego), a lekiem powodującym poważne skutki uboczne. I ja nie wiem, czy chcę w to brnąć.

W dalszym ciągu nic nie wiem.

8 listopada 2019, 11:52

Niech ten tydzień się skończy. Od poniedziałku mam w pracy dzień (tydzień?) wariata (ów). Naprawdę. Mam dość. A do tego dziś zepsułam sprzęgło. Trzecie sprzęgło w ciągu 11 miesięcy. Oczywiście, że mogę napisać, że sprzęgło się popsuło, ale bez przesady. Kurka wodna. W grudniu sprzęgło w moim aucie rozleciało się ze starości, w sierpniu sprzęgło w moim aucie rozleciało się przy próbie wyciągania innego auta z zakopania się. Dziś do pracy jechałam samochodem Mężusia (Biedak, przyjechał wczoraj wieczorem do domu, żeby mi odstawić MOJE auto na wymianę opon). Chciałam do pracy jechać busem. No chciałam, ale przecież "Krąsi jedź autkiem, będziesz miała wygodniej i szybciej". Ok. No i 5 km przed pracą, sprzęgło się rozleciało. Przy redukcji biegów z 2 na 1, na zjeździe z obwodnicy do miasta. "O mój Bożeeee... Nie! Nie, nie, nie! Tylko nie to!!! Znowu sprzęgło, znowu jaaaaaaaaaaaa, ja tak bardzo chcę mieć nieawaryjne auto, prosto z salonu, czy to tak dużo, żeby dojeżdżać do pracy i potem do domu (w międzyczasie zjeżdżam na pobocze, uruchamiam awaryjne, no i sobie ryczę, gdyż >>kto bogatemu (w łzy), zabroni?<<)". Zadzwoniłam do Mężusia (dziś miał iść na krew, żeby zbadać testosteron i glukozę), no i zawodzę do słuchawki "Słuchaj, ja chyba znowu zepsułam autoooooooooooo, stoję, jak ten pacan" - "Już do Ciebie jadę, który zjazd z obwodnicy, pierwszy czy drugi?" - "Pierwszy". Tłumaczę sobie na spokojnie (moje Krąso-Ego raczej to robi) "To sprzęgło i tak było na wykończeniu, gadał już od 2 miesięcy, że musi wymienić sprzęgło i w ogóle, ja chciałam jechać do pracy busem, noooo...". A potem górę wzięła Krąso-Odpowiedzialność za własne czyny: "Nie masz ręki do techniki, czego się nie dotkniesz, to się psuje, następnym razem mówisz twardo >>jadę busem<< i tyle, musisz ze swojej pensji mu dołożyć ze 2/3 do tego sprzęgła, trudno, przestań płakać, rozstaw trójkąt, bo zaraz jakiś TIR w Ciebie wjedzie. Jeszcze jest taaaaka mgła, a Ty trójkąta nie rozstawiłaś, tylko na awaryjnych stoisz??? Weź się w garść". No. To rozstawiłam ten trójkąt, wysmarkałam gluty, wytarłam oczy (uwielbiam moje kredki z hebe, nie pamiętam nazwy, ale nie popłynęły ani teraz, ani nigdy wcześniej). Zadzwonił Mężuś, powiedział, żebym szukała lokalnych mechaników i terminów. Zrobiłam to. Jak przyjechał, miałam już wybranego. Odholowaliśmy auto do mechanika, odstawił mnie do pracy. W pracy byłam na 9:00 (zamiast na 7:30).

Wczoraj byliśmy na wizytach w klinikach. W międzyczasie zaliczyliśmy akupunkturę. Mężuś był umówiony, a dla mnie nie było łóżek, ale babeczka jak mnie zobaczyła - znalazła łóżko i też mnie ponakłuwała.

W klinice z dofinansowaniem okazało się, że pieniądze z dofinansowania są zamrożone do stycznia. Gdyż każda z wybranych klinik puściła kilka par, napisała raport, urząd czyta te raporty, weryfikuje i wszystkie pieniądze (na całe 3 lata) przeleje w styczniu. I potem nie decyduje kolejność wizyt kwalifikacyjnych, tylko jak to z cyklem zgrać i kto pierwszy ten lepszy. Nasza klinika zakwalifikowała do tej pory 450 par, a wizyty kwalifikacyjne dalej trwają (program jest przeznaczony dla 440 par w ogóle - na 3 kliniki). Na pytanie, czy jeśli parametry nasienia się poprawią, to zostaniemy wykluczeni z programu (w dniu punkcji, w lipcu, mieliśmy przecież najlepsze parametry odkąd je badamy) - lekarz odpowiedziała, że to jest dobre pytanie i wydaje jej się, że nie. Dalej, chce mnie stymulować menopurem, który ma FSH i LH. Ok, pęcherzyki rosną równiej niż na samych preparatach z FSH, ale jednocześnie estradiol rośnie wysoko. A ja poprzednio miałam zagrożenie hiperką, bo estradiol był tak wysoko. Przedstawiłam jej listę zaleceń od dr Jerzak "O, lista leków się wydłuża" i tyle. Zero komentarza, zero pytań, zero reakcji. To była kolejna wizyta, na której nie miałam zrobionego przez nią usg. Ten system Oosight, który służy do zbadania prawidłowości oocytów, niektóre kliniki używają także podczas zapłodnienia (żeby wiedzieć, gdzie wbić plemnik, żeby on nie wbił się w jakieś super ważne ciałko, bo wtedy nie dojdzie do zapłodnienia) - oni tylko do oglądania komórek. To, w jakim celu, mam płacić 800 zł, jak możliwości tego systemu nie zostaną wykorzystane do końca?

W Invimedzie warszawskim cena za icsi, imsi, picsi i hbimsi jest taka sama - 7850 zł. W programie z dofinansowania można zrobić ivf lub icsi. Jak byśmy chcieli dopłacić do imsi, to dopłatę ustalono na poziomie 1450 zł. Całkiem sporo. I ona proonuje do tego imsi dorzucić Fertile Chip.

No i jeszcze - nie dostanę L4 na czas po transferze, gdyż nie ma takiej potrzeby.

Podjechaliśmy do lab, zrobiłam badanie CBA i TREG. Paśnik powiedział, żeby je zrobi minimum 3 tygodni po ostatnim szczepieniu. Wczoraj wypadł równo miesiąc po ostatnim szczepieniu. A chciałabym wiedzieć, czy szczepienia pomogły, czy warto się zainteresować lekami od Jerzak. Wyniki obu badań za 3 tygodnie. Z portfela ubyło 700 zł.

A potem byliśmy w naszej, ale tej "naszej" klinice. I tam pogadałam o wizytach u dr Jerzak, o klinice z dofinansowaniem, co nam proponują, o IO mojego Mężusia. Bo nawet jak nie zrobimy tam ivf, to akurat tam mamy jednego z lekarzy, któremu ufamy bardziej niż innym. Mój Mężuś potem stwierdził, że uwielbia widzieć mnie jak rozmawiam z lekarzem językiem kosmitów i lekarz wie, że nie musi mi tłumaczyć np. tego, czym są limfocyty żerne. Taki komplement. Chyba jednak wolałabym trójkę dzieci i możliwość narzekania na to, jak one brudzą i krzyczą i nie dają spokoju niż wiedzieć, czym są limfocyty żerne.

Na wizycie powiedziałam jej o metforminie i że dostałam na mutację PAI 1. Nie skomentowała, tylko powiedziała, że gdybym miała IO lub PCOS to z pewnością dostałabym metforminę w wyższej dawce. I że nie ma doniesień na temat tego, żeby w ciąży szkodziła, że pojawia się coraz więcej publikacji na jej temat. I też, że łatwiej jest ją przepisać komuś z tytułem "profesora" przed nazwiskiem, niż zwykłemu lekarzowi, który ZAWSZE w przypadku niepowodzenia będzie się zastanawiał, czy to czasem nie z uwagi na metę. Zapytała o dalszy schemat leczenia przez prof. Jerzak, gdyż ma z nią czasem do czynienia i chce widzieć cały schemat, jak go dopasowała do mnie. No i stwierdziła, że jednak prograf i accofil są wyjątkowo silnymi immonostymulantami i że ona sama nie widzi tu takiej potrzeby. I że my jednak mieliśmy problem z jakością zarodka, że u mnie na wszystkich monitoringach endo ładnie rosło i w ogóle, ona nie widzi problemu z receptywnością endo, a raczej z jakością zarodka. Ona jeśli już dałaby mi sterydy po transferze.

Pogadaliśmy o IO Mężusia, powiedziała, że ona nie miała takiego przypadku. Że raczej nie ma badań na ten temat (no, ale są tu laski, których partnerzy mieli w innych klinikach badania glukozy i insuliny). Opowiedziała, że byli kiedyś na konferencji andrologicznej, że może warto byłoby skupić się na mężczyźnie jednak, a kobiecie dać trochę odpocząć w trakcie procedury, na co pan androlog powiedział, że jak są plemniki w nasieniu to dobrze, jak nie ma - nakłuć jądra i też dobrze i zostawić pana w spokoju, gdyż może się przestraszyć i mieć potem zaburzenia wzwodu. Ale powiedziała, że dla niej to logiczne, że skoro IO ma tak duży wpływ na kobiecą płodność i zaburza pracę jajników, to przecież jądra są odpowiednikami jajników i to też może mieć niebagatelny wpływ na męską płodność. Powiedziała, że wobec tego, najlepiej byłoby spróbować podejścia po 3 m-cach przyjmowania mety przez Mężusia. Czyli po 24 stycznia 2020 roku. Na pytanie: czy ta metformina może poprawić skuteczność plemników - Nie wiem, bo przecież u Pana chromatyna jest ok, przy punkcji uzyskaliśmy ich naprawdę niezłą ilość, super morfologię, naprawdę nie wiem, ale niech Pan walczy, im lepsze nasienie, tym lepiej.

W zakresie skróconych cykli powiedziała, żeby póki co traktować to jak naturę, a zacząć się martwić po 3.takim krótkim i wtedy prosi o kontakt. No i powiedziała, że zamiast atosibanu, accofilu i intralipidu, to ona zastosowałaby wlew z lacopilu (jeśli dobrze pamiętam i nie przekręciłam nazwy). Ucieszyła się z nasze akupunktury, powiedziała, że akupunktura ma " ekstra dobre efekty". O propozycji menopuru powiedziała, że u mnie to jest nieodpowiedzialne - ładnie zareagowałam, miałam 12 pęcherzyków przy estradiolu 3000 jednostek, czyli na pęcherzyk przypadało 250 jednostek estradiolu. Akuratnie. No i z tego 10 było dojrzałych. A menopur u mnie z pewnością wywoła hiperkę. I że menopur podaje się pacjentkom starszym lub takim, które mają problem z produkcją estradiolu, ze słabo rosnącym endometrium, a u mnie ona takiej potrzeby nie widzi.
Powiedziała jeszcze, że rodzaj leku do stymulacji nie wpływa na jakość komórek, że styl życia, to i owszem, ale rodzaj leku niekoniecznie. Że to jednak jest strzelanie w ciemno - "Poprzednio przy dawce 150 jednostek bemfoli uzyskaliśmy 2 komórki, to teraz musimy zmienić, to może damy menopur 450 jednostek".

Pamiętnik powinien mieć motto "Wiem, że nic nie wiem".

Nie wiem, czy poczekamy do stycznia. Wiem, że styczeń tuż tuż. A ja już nie chcę czekać. Chcę już i teraz! W tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla Esperanzy i Mojejnadziei, które czekają i są wzorem cierpliwości dla mnie :)

9 listopada 2019, 10:50

Pisałam o takiej grupie, którą tworzymy z dziewczynami z kliniki. Jest nas 7, jedna już zdążyła zmienić klinikę. Nie zmienia to faktu, że to, poza ovufriendem - solidne wsparcie. Teraz 6 jest już w ciąży. W ubiegłym tygodniu wyszły dwie pozytywne bety. Ta z najbardziej zaawansowaną ciążą będzie rodzić w marcu. No i zostałam sama na placu boju. W tej konkretnej grupie. Zrobiło mi się przykro. Tak po prostu. Cieszę się ciążami dziewczyn, wywalczone, wystarane, ale chyba nikt nie lubi zostać sam na placu boju?

Wrzucam niżej linki do artykułów o metforminie i nasieniu. Przy okazji, ten lek, co mam mieć z niego wlew to lacipil. Słyszał coś ktoś? No i między mną a Mężusiem trwa debata, kiedy startować z ivf.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4200661/

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26166607

http://scielo.br/scielo.php?script=sci_arttext&pid=S1984-82502016000400591

https://www.frontiersin.org/articles/10.3389/fendo.2018.00675/full

https://www.jrmds.in/articles/metformin-effects-on-abnormal-semen-parameters-in-patients-with-metabolic-syndrome.pdf

Mutacja PAI 1 i metformina: https://szaregeny.pl/gen-pai-1/

11 listopada 2019, 23:25

2 dc, poprzedni trwał 24 dni. Nic nie wyszło z owulacji okołourodzinowej.

Miałam, w sumie mieliśmy, fatalny weekend. W sobotę Mężuś powtórzył badanie.

Testosteron 2,41 (norma 1,42 - 9,42);
glukoza 113.

Testosteron powtarzał po 1,5 miesiąca, po miesiącu intensywnej kuracji hormonalnej, glukoza 2 tygodnie brania metforminy. Testosteron spadł (z 3,50), glukoza bez zmian. Nie mamy pomysłu. Oczywiście od jutra znowu zaczyna dzwonić po lekarzach. Ale naprawdę nie mamy pomysłu. Mety prawdopodobnie będzie musiał przyjmować około 3000 mg dziennie, bo tyle przypada na jego masę (przyjmuje się dawkę leczniczą 30 mg na 1 kg masy ciała). Do tego znowu ma rozjechane hormony. I po roku czasu walki z niepłodnością, nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie - "Dlaczego hormony nie są stabilne?". Ogólnie idzie do lekarza z pomysłem na ten żel z testosteronem podrzucony wcześniej. Do tej pory go nie brał, bo przyjmowany zewnętrznie testosteron zaburza jego samodzielne wydzielanie, jakby rozleniwia organizm.

Pokłóciliśmy się masę razy. O groszek zielony, kiełki rzodkiewki i dziurawe bokserki. Bo MY się przecież nie kłócimy o tematy ważne, jak NIEPŁODNOŚĆ!!! MY mamy tematy zastępcze. I w związku z tym kłócimy się o to, że Mężuś "już rzygam groszkiem" i "nie będę jadł kiełek, bo czuję jakbym jadł włosy łonowe", "no i oczywiście, że zrobię, jak chcesz i wyrzucę moje ukochane bokserki (mają tylko 15 dziur, nadają się do chodzenia jeszcze), będzie jak chcesz!!!"

Próbowaliśmy wszystkiego. I chyba przyszedł czas wywiesić białą flagę i stwierdzić, że to koniec. Ja wiem, że przecież to "tylko" 1 ivf. Ale poprzedzone takimi badaniami, że szok. I każdy kolejny dołek skutkuje coraz większą rozpaczą (o ile rozpacz jest mierzalna). Został nam accofil, prograf i jakieś inne pierdolety. Może więc nie próbowaliśmy wszystkiego, ale tak psychicznie próbowaliśmy wszystkiego. Wiecie o co mi chodzi? Jesteśmy tak wypruci psychicznie, że przynajmniej ja nie mam siły i się poddaję w tej walce. Dziś to ta szmata pier.olona, bura suka - niepłodność - wygrywa. Niech ma. Niech włoży koronę zwycięzcy. Może jak będzie się szczycić tym złotkiem na głowie, może wtedy, gdzieś po cichu uda mi się zostać rodzicem? Hm? Dziś jestem w takim stanie, że powiedziałam Mężusiowi, że mam dosyć czekania na poprawę jego wyników. Ja znam teorię, wiem, że źle zrobiłam. Tylko ja naprawdę mam dość. 3,5 roku starań (wiem, że są bardziej wytrwali wśród nas), wcześniej 2 lata przekonywania go do tej decyzji. I dziś całą sobą czuję, że nie mam energii na dalszą walkę, że potrzebuję tej energii z zewnątrz, że to Mężuś musi mi ją dać, tak jak ja przez ostatni rok pakowałam energię w niego. Powiedziałam mu, że jestem zdecydowana na dawcę. Skoro on już rok temu to zasugerował i nie wierzył w leczenie, to być może ja potrzebowałam przejść to wszystko, żeby się zdecydować na ten krok. Odpierd.liło mi i myślę super egoistycznie - chcę być w ciąży, tak po prostu, chcę być w ciąży. Przestało mnie obchodzić z kim. Skoro nasze rodziny i tak nie wiedzą, on od dawna jest zdecydowany, to dlaczego mam czekać? Jego nasienie albo się poprawi albo nie, a i tak jak się poprawi to w dłuższej perspektywie czasu, a mój organizm nie młodnieje, jajeczka się starzeją, nie mam na co czekać.

6 miesięcy złotego okresu po laparoskopii minie 24 grudnia.
6 miesięcy złotego okresu po ostatnim szczepieniu minie 7 kwietnia.

Jest jedna dobra rzecz. Na diecie od dietetyka klinicznego Mężuś schudł 1,5 kg, w talii 5 cm, w brzuchu 3 cm, w biodrach 9 cm. Dla mnie jest to niezauważalne, natomiast spotkaliśmy dziś na spacerze koleżankę i ona powiedziała do niego "Ooo, znikasz!". Tydzień diety, na której czuje się syty i nawet powiedział, że niektóre posiłki są zbyt obfite.

15 listopada 2019, 09:33

Trochę się ogarnęłam. Ale każda kolejna porażka, każde kolejne utopione nadzieje oznaczają większe trudności w podniesieniu się. Nie wiem, skąd Starający się biorą siłę na kolejne dni.

Mężuś w środę powtórzył wszystkie badania z krwi, a w czwartek był na wizycie u innego niż dotychczas lekarza. Do tego dotychczasowego jest zarąbiście trudno się dostać. Zrobienie badań nie obyło się bez przygód. Robi je w tym samym laboratorium i zawsze ma wyniki na drugi dzień. Tym razem, już po zapłaceniu za badania i pobraniu krwi - Pani mówi, że wyniki będą za 3 dni. No ale jak, jak mają być na jutro, bo jutro wizyta? - No, coś im się popsuło i wiozą próbki do Warszawy. Wisieliśmy obydwoje na telefonach w laboratorium podstawowym i w Wawie, żeby wyniki na pewno były na czas wizyty u endokrynologa. Udało się, były. Nie od dziś wiadomo - klient upierdliwy = klient załatwiony.

cholesterol całkowity 172 jednostki (w normie i spadł, poprzednio był ponad normę)
reszta z badań cholesterolowych w normie
glukoza 100 jednostek (już tylko 1 punkt ponad normę, spadł, bo była powyżej normy: meta czy dieta?)
TSH 3,14 (0,27 - 4,2)
ft3 3,42 (2,00 - 4,40)
ft4 1,45 (0,93 - 1,71)

DHEA-S 868,1 (34,5 - 568,9, powyżej normy, wcześniej wychodziło w normie)

FSH 12,1 (0,9 - 11,9, znowu podwyższona, ona wahała się bardziej niż testosteron)
LH 6,9 (0,6 - 12,1)
prolaktyna 13,53 (3,46 - 19,40)
estradiol 14 (poniżej 44)
progesteron 0,30 (poniżej 0,20)
testosteron 689,97 (240,20 - 870,70) - on jest znowu w normie, w górnych granicach normy i taki powinien być.

Zaledwie 5 dni wcześniej, bo w sobotę testosteron leżał i kwiczał, bo był na poziomie 26% normy, teraz 79% normy. Ześwirować można. Mężuś w tym czasie, tj. we wtorek (czyli kilka godzin w zasadzie przed badaniem, bo wieczorem) przyjął wyższą dawkę mety. Zamiast 425 mg - 850 mg. Przecież to nie mogło tak wpłynąć na wynik testosteronu. Nic innego nie zmieniał. Wchodził do gabinetu endokrynologa z poczuciem "już nic nie kumam".

Endokrynolog: stwierdził, że Mężuś ma hipogonadyzm hipogonadotropowy. Zapytał, czy w dzieciństwie przechodził świnkę i różyczkę - Tak, przechodził, ale szybkie leczenie i brak powikłań było. - No ok, ale nawet jeśli ma ten hipogonadyzm, to prawdopodobnie jakieś lekkie uszkodzenie jąder nastąpił w wyniku tych chorób, bo sam hipogonadyzm powinien zmniejszyć ilość plemników do 2-3 milionów na mililitr (czyli około 8-12 milionów w całości), a u nas na samym początku było 1,5 miliona w całości. Mężowski hipogonadyzm wynika z nadwagi, zdaniem lekarza. Do tej pory było tak, że ok, powinien iść na dietę i zrzucić 2-3 kg. Teraz lekarz kazał mu zejść 12-14 kg. No i schodzić z głową 3 kg miesięcznie. Ruch fizyczny również ma być odpowiedni - joga tak, ćwiczenia siłowe tak, ale niekoniecznie bieganie, rowerek czy wioślarz (co robił w zeszłym roku). Endokrynolog wytłumaczył, że w przysadce mózgowej produkowane są LH i FSH. LH w jądrach wpływa na produkcję plemników, natomiast FSH w jądrach wpływa na produkcję testosteronu. Znaczenie ma tylko wolny testosteron, bo jest on blokowany przez składniki tłuszczu. Powiedział, żeby Mężuś się nie przejmować podwyższonym progesteronem, że czasem tak się ma i tyle. No i stwierdził, że Mężuś nie ma insulinooporności. Że owszem, jak jeszcze 5 lat będzie żył tak jak teraz (czyli nieodpowiedni ruch fizyczny, brak śniadań) to owszem będzie miał IO. Ale teraz jeszcze nie ma. Natomiast poziom glukozy ma podwyższony, bo przy jego poziomie wagi taki poziom glukozy musi być. Wahanie testosteronu między sobotą a środą wytłumaczył w ten sposób, że on cały czas się tak u Mężusia waha (odkąd był na zmniejszonej dawce kuracji hormonalnej), i że jakby codziennie przez tydzień robił, to byłyby takie skoki. Zmienił tylko dawkowanie leków w kuracji hormonalnej, choć dawki tych leków nie zależą od wagi, to powiedział, że te pół tabletki to jak dla kota. Ma przyjmować 1 tabletkę codziennie, ale w taki sposób: 5 tabletek na 7 dni, w ciągu 7 dni mają być 2 dni przerwy, ale nigdy pod rząd. Suple ma brać, tak jak bierze. Nawet pochwalił, że brał przy spadku hormonów suple, bo stwierdził, że wtedy, to co się buduje jest super jakości. Liczyliśmy na zmienione leczenie, w sensie leków. No, ale zobaczymy. Lekarz powiedział, że leki w nowej dawce na pewno przygotują go do ivf. Na pytanie dlaczego nie wyszło ivf stwierdził, że in vitro to nie jest sklep, że się płaci i wychodzi z dzieckiem, i że ma 30% skuteczność. Poza tym, pan doktor wypytał o moją sytuację - moją wagę, wzrost, problemy hormonalne, reakcję na stymulację i inne. Mężuś odpowiedział 177 cm, 56 kg wagi, owulacje były potwierdzona na monitoringach, cykle co do zasady regularne, usunięcie zrostów, w trakcie ivf 12 pęcherzyków, 10 dojrzałych. Słowa lekarza: "Zaraz 172 cm i 56 kg wagi? I ona normalnie miesiączkuje???? I są normalne owulacje???" - "Panie Doktorze, 177 cm wzrostu, tak, chodziła na monitoringi, owulacje potwierdzone, raz na bardzo rzadko się zdarzyło, żeby pęcherzyk nie pękł" - "To ona powinna ważyć 62 kg, czy ona nie jest anorektyczką, skąd taka waga?" - "Żona je wszystko, niczego sobie nie odmawia, w zasadzie nasze porcje są porównywalne, bo ja mam schudnąć, a ona utrzymuje wagę i je bardzo dużo, no i z rodziny takich szczupłych ludzi pochodzi, tylko ona dużo się rusza" - "O, a co uprawia?" - "WSZYSTKO. Aktualnie na tapecie jest joga i wspinaczka" - "Jogę to sobie może, chyba, że uprawia tą jogę z krzesełkami, wtedy jest wysiłkowa i może niekoniecznie (przypuszczenie redaktora: joga z krzesełkami to chyba joga Iyengara, z pomocami - czyli akurat ta praktykowana przeze mnie), ale ta wspinaczka, nie, nie, nie. Wie Pan, co ja pochodzę spod Zakopanego, coś wiem o tym sporcie, to nie jest wskazane dla Pana Żony, w młodości robiłem kurs skałkowy i taternicki. Może Pan podchodzić do ivf już teraz, ale Żona dopiero jak przytyje, czyli za około 3 miesiące, waga minimalna dla niej 60 kg, w przeciwnym wypadku będzie ronić".

Ciekawy artykuł o schorzeniu Mężusia:
http://www.przeglad-urologiczny.pl/artykul.php?2773

Od wtorku zwiększył dawkę metforminy do 850 mg na dobę (to jednak taki lek, że stopniowo trzeba zwiększać), w najbliższą sobotę idzie do diabetologa. Zobaczymy, co tam usłyszy.

15 listopada 2019, 11:35

Mężuś właśnie wyszedł od diabetologa. Miał iść jutro, ale zadzwonili do niego z rana, że bardzo przepraszają, ale jutro pani doktor nie przyjmuje, natomiast dziś przyjdzie wcześniej i czy mu pasuje godzina. No ba. Oczywiście, że tak. Lekarz wypytała go szczegółowo o aktualną dietę, poprzednią dietę, ilość i jakość ruchu fizycznego. Stwierdziła, że to świetnie, że zmienił styl życia, każdy z nas powinien to robić (czyli jeść śniadania!). Powiedziała, ze przy jego wadze to on ma prawidłowy poziom glukozy, nie ma stanu przedcukrzycowego, nie ma cukrzycy, nie ma insulinooporności. Jeśli na diecie nie będzie chudł 2-3 kg miesięcznie, to ma zrobić badanie krzywej cukrowej i insulinowej. W innym przypadku nie ma sensu robić tych badań. Przepisała mu jednak (przecież nic mu nie zdiagnozowała) metformax 500 mg. Powiedziała, żeby nie brał więcej, bo to taki lek, na który człowiek łatwo zyskuje odporność. Powiedziała, że jego praca (pracuje również po godzinach) powoduje u niego stres oksydacyjny i dlatego musi sobie poszukać jakiegoś wciągającego hobby, który zajmie mu myśli po pracy. Ponieważ wg lekarza śpi odpowiednio długo, to musi zadbać o odpoczynek psychiczny, żeby faktycznie odpocząć. Mężuś powiedział o wiosennej przygodzie z dietą Dąbrowskiej. Powiedziała, że ta dieta, jeśli jest zbyt długo stosowana lub zbyt często powtarzana powoduje u ludzi właśnie cukrzycę. I żeby raczej nie powtarzać tego eksperymentu.

Zapomniałabym: endokrynolog z wczoraj powiedział, że jedyną sensowną selekcją plemników podczas ivf jest dobry embriolog, najlepsi (jego zdaniem) są w Gamecie. Jeśli nie ma dobrych embriologów, to ich pracę zastępuje wiązanie hialurioranem, czyli pICSI. Nie ma sensu robić IMSI lub Fertile Chip lub MACS.

21 listopada 2019, 08:55

12 dc, około 3 dpo.

Ból owulacyjny obecny od 6 dc, dziś również. Nigdy nie utrzymywał się tak długo. Objawów śluzowych, mimo zwiększenia ilości siemienia lnianego i powrotu do oleju z wiesiołka - brak. Tempka wskazuje, że owulka była w poniedziałek. Zrobiliśmy, co w naszej mocy :) wspomagając się nieco żelem conceive. No, bo przecież wierzyć trzeba do ostatniej chwili. A i wykorzystywanie kolejnych szans przed ewentualnym ivf, to nie tylko obowiązek, ale też mała odskocznia od codzienności :) taka z tych przyjemnych :)

Śniła mi się dziś Nasza Córeczka, taki słodki niemowlak, z olbrzymimi oczami, w których można było utonąć z miłości. Nosiliśmy ją w małym koszyczku, bo była taka drobniutka, w pewnym momencie scena się zmieniła, i wychodziliśmy z nią z restauracji, nie mogła się uspokoić, a ja patrzę na nią - ma włosy do swoich małych ramion w kolorze intensywnie niebieskim, takie gładkie, lśniące i z grzywką :) ładnie ją ułożyliśmy i sobie gaworzyła.

Ostatnio nie miałam czasu na myślenie o niepłodności. Gdzieś tam przy obiedzie pojawiają się myśli, wiadomo. Ale ogólnie miałam intensywny czas, zawody, treningi (czemu nie poszłam na AWF? - miałabym święty spokój) i naprawdę nie miałam czasu myśleć na ten temat. Dlatego ten dzisiejszy sen mnie zaskoczył. Jednocześnie nie spowodował on, że obudziłam się zalana łzami, raczej czułam się objęta wszechogarniającą miłością. Taką dodającą mocy do działania.

W listopadzie na pewno nie startujemy. Chcemy sprawdzić czy parametry nasienia poszły w górę. A wtedy, może spróbujemy inseminacji. Podobno nasienie jest do nich dodatkowo preparowane, dostaje dodatkowej siły i szybkości, więc chcielibyśmy tą opcję obgadać z naszym lekarzem. Może dodać letrozol w niskiej dawce na lepszą owulkę? Aktualnie jestem już miesiąc na minimalnej dawce metforminy, Mężuś prawie miesiąc. Poza tym Mężuś jest już 1,5 miesiąca na większych dawkach hormonów. Do grudniowej owulki (trzymam kciuki, żeby jednak teraz się udało i grudzień stał pod innym hasłem) ja byłabym ponad 1,5 miesiąca na mecie, Mężuś 1,5 miesiąca na mecie i prawie 2,5 miesiąca na większych dawkach hormonów. Przy naturalnych staraniach Jerzakowa zaleca minimum miesiąc na lekach od niej, a najlepiej 2 miesiące. U nas kazała się stymulować od razu. Natomiast kwestia braku stymulacji to kwestia mojego Mężusia, który chciałby jak najbardziej poprawić nasienia. Skoro raz się udało (i niestety nie utrzymało się na odpowiednim poziomie), to mamy nadzieję, że uda się drugi raz.

29 listopada 2019, 13:26

Łudzę się, że się nie łudzę. Eh. Oczywiście, że łudzę się naturalnym cudem. Oczywiście, że czuję @ za rogiem. Oczywiście, że sobie wmawiam, że nie liczę na cud. Mężuś za 30 minut ma badanie nasienia. Od wyników zależy jego humor na najbliższe dni. No i nasze decyzje, co dalej.

Przyjaciółka była w Ziemi Świętej. I przywiozła mi stamtąd proszek z Groty Mlecznej w Betlejem. Do spożywania przez pary, które borykają się z problemami z poczęciem dziecka. Poczytałam o nim. Nawet miejscowe muzułmanki przychodzą po ten proszek i modlą się swoimi słowami o dar rodzicielstwa. W Grocie czy jakoś obok jest galeria zdjęć dzieci poczętych właśnie dzięki temu. I świadectwa. Najważniejsze jednak z tego wszystkiego jest to, że nawet jak pytała o dzieci, to akurat (wydawało mi się) tak ładnie potrafiłam rozładować napięcie i ukryć emocje itd. I z uśmiechem na twarzy. No, ale... Co kumpela, która zna Cię od 13 r.ż. to kumpela, co Cię zna od 13 r.ż. Aż mnie zatkało. Tak z radości. I z tego, że nie ma się, co obawiać mówić ludziom, że jednak będą chętni nam pomóc na swoje sposoby i myśleć o naszej niepłodności i podpowiadać jakieś rozwiązania.

2 grudnia 2019, 09:12

Odebraliśmy wyniki Mężusia. Są gorsze niż te z 9 października. Nowy lekarz twierdzi, że dobrze jest skrócić okres między badaniami i robić częściej niż co 3 miesiące, bo daje to możliwość wczesnej reakcji. Podchodząc do tych badań był na zwiększonej (i potem jeszcze raz zwiększonej) kuracji hormonalnej, 1 m/c na mecie, 2 miesiące na ścisłej, płodnościowej diecie i ponownie zwiększonym wysiłku fizycznym.

Wyniki są takie:

objętość: 2,5 ml (zawsze było więcej, nie wiemy skąd i dlaczego, skoro odstęp był taki sam)
upłynnienie: 35 minut (nieźle)
pH 8,0
barwa: mleczno-szara nieprzezroczysta
aglutynacja: brak
koncentracja: 4,41 M/ml (ostatnio było 4,2 M/ml, najlepsze to 7 M/ml, nigdy nie osiągnęliśmy normy) wzrost
całkowita liczba: 11,03 M (ostatnio było 13,44 M, najlepsze to 29,4 M, nigdy nie osiągnęliśmy normy) spadek
ruch postępowy: 20,3% (ostatnio było 19%, najlepszy to 40%, mieściliśmy się w normie) wzrost
ruch całkowity: 30,9% (ostatnio było 46%, najlepszy to 59%, mieściliśmy się w normie) spadek
żywotność: 52,7% (ostatnio było 64%, najlepszy to 64%, mieściliśmy się w normie) spadek
morfologia: 2% (ostatnio było 3%, najlepszy to 10%, mieściliśmy się w normie) spadek.

Dopisek lab: w obrazie mikroskopowym w pojedynczych polach widzenia obecna niespecyficzna agregacja (+) - łącznie się ruchliwych plemników z różnymi komórkami, niekoniecznie tylko z plemnikami.

Przyznam szczerze, że myślałam, że wyjdą nieco lepsze niż te z 9 października. A wyszły gorsze. Dziś Mężuś ma dzwonić do lekarza prowadzącego i pytać, co dalej. Jak odebraliśmy wyniki, cóż Mężuś znowu był przybity. Ale trwało to chwilkę (pewnie zewnętrznie trwało to chwilkę), potem zaczął mnie rozśmieszać. I potem miałam taki przebłysk - kurczę, to najukochańszy człowiek na ziemi, jak mogłabym nie mieć z nim dzieci? Opcja dawcy znowu poszła w niepamięć (oby dalej niż do najbliższej @) - Psychiko, proszę, bądź bardziej stabilna, nie kręć mną i po prostu bądź tą rozsądną Krąsi, i pamiętaj o tym swoim, własnym, nieprzymuszonym Mężusiu.

Mój Bratanek - pierwszy i jedyny póki co - skończył pół roku. Mniej więcej rok temu, może ponad, dowiedziałam się, że zostanę Cioteczką. No i ryczałam z tydzień czasu. A teraz sobie myślę, że moje życie bez niego nie byłoby "fajniejsze" lub "mniej stresujące". Jest najukochańszym Bratankiem na ziemi, ma moje uszy (no nasze, bo całe rodzeństwo ma takie same uszy), a ja mogę go rozpieszczać, bawić się, nie muszę wstawać w nocy (poza faktem, że Bratanek przesypia 12 godzin), nie zmieniam pieluch, nie muszę chodzić z nim do lekarza. W głowie już ten fakt poustawiałam. Zeszło mi trochę, no ale nie każdy musi być dojrzały natychmiast. Mężuś jeszcze tak nie działa, jemu dalej jest przykro, że nam nie wychodzi i to uczucie góruje nad radością z obecności Wojtka w naszym życiu.

3 grudnia 2019, 09:33

Przyszły wyniki CBA i TREG. Nie jest dobrze.

Jeszcze nic nie czytałam na ten temat. Napisałam maila do Paśnika i smsa do Jerzak. Zobaczymy, co oni powiedzą. Mam nadzieję, że chociaż odpowiedzą na wiadomości.

Jak ktoś się na tym zna, to poproszę o rady, wskazówki, wnioski. Bardzo mocno.

TREG:
ocena limfocytów CD4/CD25 bright 4% (norma dla nieciężarnych 1,0 - 5,8%; dla ciężarnych 2,7 - 6,8%)
ocena limfocytów CD4/CD25 dim 9,1% (norma dla nieciężarnych 4,6 - 12,4%, dla ciężarnych 3,8 - 17,0%)
ocena subpopulacji limfocytów T CD4+ 52,8 % (norma dla nieciężarnych 46,0 - 48,0%, dla ciężarnych 35 - 49%).

CBA:
Cytokina: Przed szczepieniami: Po szczepieniach: Norma:
interferon gamma: 234,0; 167,0; 2046,6 - 4738,0
TNF alfa: 3465,0; 3525,0; 1208,3 - 4156,1
IL 10: 590,0; 675,0; 695,6 - 3048,4
IL 4: 21,0; 36,0; 20,0 - 80,6
IL 5: 4,0; 17,0; 20,0 - 59,8
IL 2: 30,0; 121,0; 20,0 - 62,5
wskaźnik INF/IL4: 11,1; 4,6; 36,7 - 175,0
wskaźnik TNF/IL4: 165,0; 97,6; 19,7 - 149,5
wskaźnik INF/IL10: 0,4; 0,2; 1,2 - 3,0
wskaźnik TNF/IL10: 5,9; 5,2; 0,7 - 2,8

Nie martwię się interferonem gamma, on ma być jak najniższy, fajnie, że jeszcze bardziej spadł. IL 10 wzrosła, nadal nie dobiła do dolnego progu normy, a ona dba o zarodek i nadal jest jej za mało. IL 4 dobrze, że troszkę wzrosła, ona pomaga w ciąży, wtedy była w normie, ale teraz jest "bardziej" w normie. IL 5 powinna być jak najniższa, przeszkadza w zajściu w ciążę - była poniżej normy, teraz też jest poniżej normy, ale jednak wzrosła. IL 2 - to mnie dobiło. Ona powinna być jak najniższa, bo zabija zarodek. Moja poprzednia była poniżej normy, a teraz ma dwukrotność górnej granicy normy :( INF/IL 10 wynik marzenie. Tyle, co pamiętam z poprzedniej, wiosennej wizyty. Czekam na odpowiedzi od moich lekarzy.

Mężuś gadał z lekarzem - na razie są umówieni na powtórny kontakt w czwartek.

Wiadomość wyedytowana przez autora 3 grudnia 2019, 09:35

5 grudnia 2019, 08:29

26 dc, 17 dpo. Siknęłam sobie. Koniec ułudy (tiaaa, jasne!). Negatyw. Tempka wyższa niż w 1. fazie cyklu, od 3 dni taka sama (36,3). Wczoraj ciągnęły mnie pachwiny. Myślę sobie - to znak! Przecież ostatnim razem ciągnęły mnie tak po transferze! I wtedy zarazem to był pierwszy raz, bo wcześniej, nie wiązałam tego z objawami ciążowymi. Cykle zwariowały, ostatnie dwa miałam po 24 dni, wcześniej to było 26 dni przy owulce między 10 a 12 dc. Cieszę się, że się wydłużył, tylko jeszcze, żeby owulka wróciła na swoje miejsce. Wczoraj jak pokojarzyłam to ciągnięcie pachwin, że to może być znak - to byłam taaaakaaaaa szczęśliwa. Zaraz potem niby sobie tłumaczyłam - słuchaj, wyluzuj (aha), bądź poważna (aha), przestań się uśmiechać (no i usta w podkówkę, ale zgaście iskrę w oku - nie da się!), że to nic nie znaczy, że w ogóle dlaczego miałoby się udać teraz, skoro się nie udaje od około 50 cykli? Dlaczego miałoby się udać teraz, skoro mamy gorsze wyniki nasienia niż podczas ivf?

Paśnik odpisał: wynik CBA jest lepszy - spadł wskaźnik INF/IL 10, wzrosła IL 10, dobry jest wynik komórek TREG, trzymam kciuki!

Nie spowodowało to mojego mniejszego martwienia się IL 2. A w mailu z pytaniami napisałam o swoich wątpliwościach dotyczących szczególnie mocno IL 2.

Jerzak odpisała, że poprosi o zdjęcia wyników, potem zapytała, gdzie się u niej leczę, a potem cisza. Cisza trwa już prawie 2 dni, więc nie wiem, czy zapomniała, czy co?

No i jeszcze wypłynęła kwestia z metforminą. Pamiętam, jak miałam wątpliwości, czy to taki cudowny lek i naprawdę ma leczyć wszystko? Pamiętam potem odkrycie, że faktycznie pomaga w mutacji PAI 1 (ah, ten brak zaufania lekarzom), pamiętam również artykuły naukowe wskazujące na poprawienie jakości nasienia przy 30 mg na 1 kg masy mężczyzny. A wczoraj się sypnęło. I jeszcze pomyślałam sobie o Mamuśce swojej, od kilkunastu lat na mecie, bo cukrzyca, Babci - prawie 20 lat na mecie, bo cukrzyca. Dziś koleżanka idzie do Jerzakowej, to się (mam nadzieję) dowie czegoś więcej. Póki co, firma Merck sp. z o.o. odpowiedzialna za produkcję Glucophagu odpisała Oldze Smile (szeroko pojęte kulinaria), że jej meta jest produkowana we Francji i Hiszpanii. Olga Smile umieściła tą odpowiedź na swojej twarzoksiążce.

P.S. Ovufriend przy wykresie zaznaczyło mi prawdopodobieństwo pozytywnego testu w dniu dzisiejszym = 100% :D także teges, także ten :)

Wiadomość wyedytowana przez autora 5 grudnia 2019, 08:30

9 grudnia 2019, 13:03

4 dc, 28 cs z obserwacją i świadomie, a ze zdaniem się na los 44 - 46 cs. Wydatki poniesione na niepłodność: 60.919,35 zł.

Chcemy startować z następnym cyklem (jeśli oczywiście nie uda się teraz zajść w ciążę), nie podjęliśmy jeszcze decyzji na temat kliniki. Mężuś chce tu, gdzie dofinansowanie, bo tam proponują dodatkowe bajery, a ja wolę zostać w "naszej" klinice. Tu lepiej się czuję, tu ufam lekarzowi, tu wiem, że mnie nie wyrzucą po punkcji, jak będę gorzej funkcjonować.

Weekend nam zleciał rodzinnie, byliśmy u Brata. Jego syn skończył już pół roku, jakie to dziecko zrobiło się, hm, interaktywne. Ogólnie bawię się z nim, na chwileczkę przestałam i odwróciłam głowę do pozostałych członków rodziny, żeby coś powiedzieć. Słyszę takie "Ee" - w sensie "Ależ moja najdroższa ciociu, baw się ze mną i nie odchodź, gdyż bardzo Cię potrzebuję" :) W dalszym ciągu jest to dziecko wiecznego zadowolenia i radości i oby tak zostało.

W ramach rozwoju siebie samej byłam również na pierwszym spotkaniu dla asystentów jogi. Niby sprawdzian z partii wiedzy, niby spotkanie towarzyskie. I tu muszę się wypisać. Ogólnie poszło mi wg nauczycielki dobrze - dobry pokaz, dobre komendy, zadbałam o uczestników lekcji (uczyliśmy siebie nawzajem). Tylko powiedziała jeszcze, że widać wrodzony perfekcjonizm, a raczej dążenie do niego i że mogę się tym zajechać prowadząc zajęcia dla początkujących. I że będzie to powodowało frustrację. Natomiast jej asystent powiedział uwagę dla wszystkich "Brak wczucia się w grupę". No i co mnie podkusiło do zadania pytania? Do drążenia tematu? Ano, Krąselkowatość wrodzona. Zapytałam, co konkretnie ma na myśli. Usłyszałam - nooo, brak wczucia się w grupę. - Dobrze zatem, jak to Twoim zdaniem zrobić lepiej? Skoro podeszłam do każdego uczestnika i go poprawiłam? - Na normalnych zajęciach, w grupie 15 osób nie będziesz miała czasu dla wszystkich. - No dobrze, ale w drugiej pozycji poprawiałam innych imiennie, wskazywałam np. "Ania, popraw to i to, Klaudia popraw to i to..." - To też nie było wczucie się w grupę - No, to co nim będzie? Konkretnie poproszę. Tu odezwała się główna instruktorka, że życzy mi więcej pokory i może przespania się z otrzymanym feedbackiem, bo przecież mogę porozmawiać z młodszym instruktorem w tygodniu i wtedy zapytać go co myśli. Ponieważ dyskusja wydał mi się jałowa, zapytałam tylko czy mogę wyjść. Otrzymałam potwierdzenie, opuściłam teren. A potem mnie olśniło. Ludzie potrzebują przytakiwania, kiwania głową do ich rytmu. Wystarczyło przytaknąć, siedzieć cicho, nic nie mówić i byłoby elegancko. Ale nie, trzeba było włączyć tryb Krąsi na maksa i jedziemy. Nikt nie zrobi ze mnie innej osoby niż jestem, nie stanę się bezpłciowa, neutralna, nad wyraz spokojna. Lub stała. Bo od nauczycielki usłyszałam (jakiś czas temu), że mam w sobie za dużo "tamasu". Tamas to taki, jakby spokój, flegmatyzm, ociężałość. Zna jakiś wycinek mojej osoby i strzela mi analizę psychologiczną. Swoją energię ładuję w to, co ma dla mnie znaczenie wobec wieczności - czyli osoby mnie otaczające. A nie w jogę, no bez przesady, ona akurat teraz jest, ale kto wie, czy będzie za miesiąc? Wczoraj za to usłyszałam, że mam za dużo "rajasu". Rajas to z kolei dynamizm, energia, zapał. I powiedziała mi, że jest zdezorientowana, bo nie można być aż tak zmiennym. Nie chciałam jej już nic tłumaczyć, bo widać było, że nie chce słuchać, ale tak, tak właśnie jest, można być zmiennym, można być introwertykiem, można być ekstrawertykiem, można być uporządkowanym i spontanicznym jednocześnie, można być pracowitym i można być leniem. Można być zmiennym, każdy z nas jest człowiekiem i każdy z nas się zmienia pod wpływem wydarzeń, okoliczności, sytuacji, ludzi, upływu czasu. I przede wszystkim joga, która uczy życzliwości i otwartości na innych chyba nie powinna mnie oceniać, czy ja mam za dużo tamasu czy rajasu czy czegokolwiek innego. Mam tyle, ile w danej chwili potrzebuję. I dalej nie wiem, co oznacza "brak wczucia się w grupę", a może po prostu wystarczyło użyć innych słów, żebym zrozumiała, co miał na myśli.

Ogólnie uważam, że jeśli nastąpił jakiś błąd komunikacyjny, to trzeba go wyjaśnić od razu. Bo ludzie zapominają - zapominają, co powiedzieli, w jaki sposób powiedzieli i co mieli na myśli, a po kilku dniach dorabiają do tego fabułę. On użył słów, pod którymi coś rozumiał, ja zrozumiałam je w inny sposób, wystarczyło znaleźć wspólny kod językowy i nie byłoby problemu.

Lekarz napisał Mężusiowi, że z takimi wynikami szanse powodzenia inseminacji są bardzo niskie. Z jednej strony dobrze, że to napisał, bo nie chce nas naciągać na niepotrzebne koszty. Z drugiej strony - a może by się udało, to wtedy klinika nie zarobi na in vitro, tylko zarobi na inseminacji dosłownie ułamek procenta tego, co zarobiłaby na inv, więc może specjalnie odradzają inseminację? Eh, w dalszym ciągu, jak widać, mam wysoki poziom zaufania do lekarzy.
‹‹ 5 6 7 8 9
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)