Pamiętniki Maluj kolorami, które zostały Ci dane.
Dodaj do ulubionych
‹‹ 3 4 5 6 7

29 września 2014, 08:46

Gdyby, pisała tę notkę wczoraj... byłaby strasznie dołująca. Bo wczoraj miałam tylko jedno życzenie - położyć się i zdechnąć.
Tak jak myślałam, nadzieja którą dostałam okazała się złudną. A ja pogrążyłam się znowu w łzach i rozpaczy...
W sobotę wieczorem stałam przed lustrem. Wiedziałam, że małpa jest już tuż tuż (plamienia się zaczęły). I tak obserwowałam swoje nagie ciało i najróżniejsze myśli przelatywały przez moją głowę...
Przyglądałam się moim wielkim biodrom, ponoć idealnym do rodzenia dzieci...
Przyglądałam się moim sporym piersią, które mają niby jeszcze bardziej w ciąży urosnąć (a wtedy już nigdzie stanika nie będę mogła kupić).
Przyglądałam się moim długim nogom, włosom, minimalnym wcięciu w tali, lekko wypukłym brzuchu i ogólnie całej swojej sylwetce...
I mimo, iż ciało mam bardzo kobiece, to... nie czuję się w pełni kobietą...
Moje zachowanie i nawyki też zbyt kobiece nie są. No niby w kuchni cuda potrafię zdziałać, a znajomi nie raz mi otwarcie własnej cukierni proponowali, ale... do tej całej reszty co się o kobietach mówi/sądzi w ogóle nie pasuję:
Zakupy - ciuchowych nienawidzę, robię z konieczności. Spożywcze - to samo, coś trzeba jeść.
Buty - mam jedne adidasy na co dzień, jedne sandałki na lato, jedne zimowe na zimę i dwie pary wyjściowych (sandałkowate i pełne).
Szpilek nie mam, nie lubię i nie umiem w nich chodzić. Szpilki to chyba najgorsze obuwie jakie kiedykolwiek wymyślili - całkowicie niepraktyczne.
Makijaż - mam jedną szminkę w domu, taką ochronną na zimę. Innych kosmetyków do makijażu nie mam. Nigdy się nie malowałam i nawet nie wiem jak nazywają się te rzeczy które kobiety na co dzień używają.
Kosmetyczka - nie chodzę, bo po co?
Manikiurzystka - j.w. Paznokcie na krótko ścinam, nie maluje bo po co? Długie paznokcie przeszkadzają w pisaniu na klawiaturze i ogólnie we wszystkich czynnościach.
Fryzjerka - raz do roku się podciąć (lub rzadziej), na co dzień wiąże włosy w kucyk
Ubrania - mam kilka bluzek, a wyszykowanie się do pracy zajmuje mi 2-3 minuty. Ot biorę spodnie, pierwszą lepszą bluzkę i gotowe.
Zainteresowania - bardziej męskie niż kobiece. Komputery, programowanie, gry (zwłaszcza surwiwal horrory). Z obcymi facetami bez problemu gadam o ich sprawach, przy kobietach zwykle siedzę i nie mam pojęcia o czym one do mnie rozmawiają.

Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać... Na takie jak ja mówi się chłopczyca. Tylko chłopczyce zwykle nie mają tak kobiecego ciała... Czasem myślę, że jestem jedną wielką kpiną, czy nieudanym eksperymentem... Wszystko w moim ciele się psuje i nie działa tak jak powinno. W dzieciństwie sporo czasu spędziłam w szpitalach, zamiast na obozy jeździłam do sanatorium.
Jestem po prostu wybrakowanym elementem, więc to, że nie mogę zajść w ciąże teoretycznie nie powinno mnie dziwić. Więc czemu... czemu to aż tak boli? Niby wiem, że dla mnie to pewnie nieosiągalne, ale... za każdym razem popadam w rozpacz. Czemu? Czemu jestem taka beznadziejna...

3 października 2014, 09:00

Dziękuje wam za te słowa, ale... ja nie umiem nic na to poradzić. Jak przychodzi okres to momentalnie mnie takie myśli nachodzą... Potem odchodzą by znowu w czasie okresu powrócić... Już sama nie wiem co z tym zrobić... Muszę jakoś przetrwać jeszcze 2 cykle, a potem... Potem wreszcie czeka mnie laparo.
Muszę po prostu zacisnąć zęby i jakoś to przetrwać - innej rady nie ma.

Dziś znowu zaczynam... I kur**cy dostaje jak ten plan widzę...
Tygodnie parzyste:
W piątek na 16 wykład (obowiązkowy, chyba że chce się mieć warunek), potem godzina przerwy (!) i laboratorium od 19 do... 22 a jak! Sobota na 8:30 i zaczynamy dwa wykłady (też lepiej na nich być), potem prawie 2 godziny przerwy (a jak!), laboratoria z dwóch przedmiotów (13.30-16.45) i... tak kolejne 2 godziny przerwy (a co) no kolejny wykład do... 21:45... Nic tylko się pochlastać.
A żeby nie było druga grupa ma w piątek z nami wykład, a potem od razu laborki i o 20:15 kończą... A w sobotę ma zajęcia od 12 do 21:45...
Za to w tygodnie nieparzyste:
Piątki - 2 wykłady pod rząd, bez nawet 5 minut przerwy (mamy się z sali do sali chyba teleportować), na szczęście o 20 już koniec (druga grupa po drugim wykładzie musi się znowu teleportować, bo ma laborki do 22, tak znowu bez żadnej przerwy).
Soboty - zajęcia z 15 minutowymi przerwami od 9 do 22...dla obu grup...
Nie wiem kto ułożył taki debilny plan, ale... jakbym go dopadła to chyba był łeb przetrąciła za taki debilizm. Po co studenci mają kończyć wcześniej - przecież oni nie mają życia prywatnego, dajmy im 2 dwugodzinne przerwy i niech siedzą od 8 do 22 a co!


Samopoczucie na dziś - zestresowana (dziś wykład z MC, który prowadzi emerytowany profesor - wykłada z miłości do... gnębienia studentów) i obolała (głupie krzyże od kilku dni nawalają :/).
No i tradycyjnie zrezygnowana... Ale to nic nowego.

13 października 2014, 08:32

No i cykl całkowicie do dupy...
Dlaczego? Ano dlatego, że już po owulacji (wyjątkowo wcześnie przyszła, już w 12 dc), a serduszka... ani jednego... Wpierw okres, a potem... potem choroba :( Coś mi na płuca siadło, dostałam antybiotyki + inne leki...
I z tego powodu w histerię wpadłam wyjątkowo wcześnie... O ile zwykle ryczałam i załamywałam się po dostaniu małpy tak tym razem w dniu gdy tempka podskoczyła... Alkohol poszedł w ruch, łzy polały się strumieniami... W życiu jeszcze w aż tak złym stanie nie byłam...

Dziś wracam do pracy... Tak bardzo mi się nie chce... Nie wiem jak przetrwam tych 8 godzin... Chce się położyć, zwinąć w kłębek i zasnąć na tydzień czy dwa, tak aby obudzić się już w nowym cyklu...

14 października 2014, 08:36

Zawsze myślałam, że te niecałe dwa tygodnie czekania po owulce są najgorsze... ta niepewność, czy tym razem się udało, czy znowu będzie rozczarowanie...
Teraz zmieniam zdanie - najgorzej jest gdy nie masz na co czekać... gdy wiesz, że nie masz najmniejszych szans na cud... gdy cykl jest całkowicie na straty przez brak serduszek, przez chorobę...

Tak bardzo beznadziejna się czuje... tak niepotrzebna... taka bezużyteczna...
I tak bardzo chcę się zwinąć w kłębek i płakać... płakać póki nie zasnę... i nie obudzić się, dopóki nie będzie lepiej. Tylko... chyba nigdy nie będzie lepiej...

15 października 2014, 10:27

I kolejny dzień wstrzymywania się od płaczu i wieczór pełen łez za mną... Od kilku dni nie robię nic poza płakaniem lub powstrzymywaniem płaczu...
Staram się jakoś funkcjonować, mechanicznie robić to co powinnam, ale... czuję, że długo tak nie pociągnę...
Mąż stara się jak może. Jest przy mnie, wspiera, przytula, dba, tylko... za każdym razem gdy okazuje mi czułość powoduje u mnie kolejne napady histerii...

Dotarłam chyba do kresu wytrzymałości... Nie mam już siły na nic. Zobojętniałam na większość rzeczy - na resztę reaguje płaczem. Jak choćby na to, że codziennie jadąc do pracy mijam matki odprowadzające swoje dzieci do szkoły (koło mojej pracy jest podstawówka)...
Kilka dni temu wybuch płaczu spowodowała reklama z jakże chwytliwym hasłem - bądź power mama...
Wczoraj napad spowodowały wiadomości - kolejna matka zaniedbała swoje dzieciontko, przez co ono zmarło...

Nie wiem jak długo dam radę jeszcze oszukiwać otoczenie, że wszystko jest w porządku. Część już się domyśla patrząc na moje podkrążone oczy, czy zachowanie. Na razie tylko mąż wie o ogromie mojej rozpaczy...
Ale boję się, że wkrótce to wszystko mnie przerośnie... I nie wiem co się wtedy stanie...

13 listopada 2014, 11:11

Dawno nic nie notowałam...

Kolejny cykl ma się ku końcowi. Wyjątkowo krótki cykl (owulka w 11 dc). I tak jak zawsze - temperatura wygląda obiecująco, ale... ja wiem, że nic z tego nie będzie. Czuję małpę... W sobotę powinna do mnie zawitać.
A potem co? Powinnam iść do lekarza na HSG/laparo, ale... jakoś nie mam siły. Czuję, że to bez sensu. Że niezależnie od tego co zrobię i tak nic z tego nie wyjdzie...

Ludzie pokładają we mnie zbyt wielkie nadzieje. Uważają, że ja dam sobie ze wszystkim radę. Dziś też, przyszła koleżanka i mówi, że wczoraj jak gadała z szefem to wspomniała mu o mnie. Bo niby ja się lepiej znam na Matlabie niż ona. Kierownik techniczny też dał mi najtrudniejsze ze wszystkich zadanie, bo jak to sam stwierdził - ja sobie dam radę...
W sprawach poza pracowych też - koleżanki co chwile wylewają na mnie swoje żale. Obarczają swoimi problemami, tak jak ja nie miałabym własnych... Nie widzą, lub nie chcę widzieć, że ze mną jest źle, że nie daję już rady. Przez tyle lat przywykły, że na mnie można w każdej sprawie polegać.


Jeszcze moja ciotka mnie wkurzyła.
80 urodziny dziadka. Przyjeżdżamy do niego z niespodzianką - taki wjazd na chatę i każdy coś przynosi - tort, ciasta, sałatki itp. Ciotka tradycyjnie się spóźniła (na naszą rocznicę tez się prawie godzinę spóźniła, przez co trza było plany zmienić i zmienić kolejność "atrakcji"). No ale ok, dwójka małych dzieci, można jeszcze zrozumieć (no i 5 kg szpachli na twarz też trzeba założyć, bo przecież nie może być widać, że ja już po 40 jestem).
"Impreza" trwa, siedzimy przy stole, rozmawiamy, śmiejemy się i nagle jej starsza latorośl (mój chrześniak) się pyta - a kiedy pójdziemy po telewizor dla dziadka? Tak dziadek miał dostać w prezencie nowy TV. Dziadek chyba nie dosłyszał. Ciotka tylko śmiechem wybuchnęła. Mały podszedł do babci i mówi - no bo w bagażniku jest telewizor dla dziadka, ale to tajemnica...
Noż kuźwa. Dzieciak ma już 3 lata, sporo rozumie. Czy tak trudno mu wytłumaczyć, aby nie mówił? Albo nie mówić co dziadek dostanie w prezencie? Ale nie to było najgorsze, to jeszcze da się zrozumieć.
Wiecie co jest najlepszą zabawką dla 3-letniego dziecka? Zapalarka, o taka - http://polmarprojekt.pl/15797-19583-large/action-can-42311-zapalarka-max-gh19-skladana-188mm-zaplon-piezoelektryczny.jpg
Oczywiście zepsuta zapalarka, ale o tym wie tylko mamusia. Ja jak zobaczyłam, że chrześniak bierze zapalarkę, to od razu mu zabrałam i mówię - Piotrusiu, nie wolno. To niebezpieczne, tym się nie bawi.
Mały w ryk i do mamy. A mama? Ano mama mówi, żebym mu oddała, bo przecież TA ZAPALARKA jest zepsuta. No jakie to oczywiste. A jak kiedyś weźmie inną działającą? Ale to nie ważne, ważne że teraz jest spokój...
A no i nie zapomnijmy o syfie, który mały narobił. Telewizor w kartonie jest zabezpieczony styropianem. A co się robi ze styropianem? Ano wali nim o ściany, meble i wszystko co jest dookoła, aż się nie rozwali. Cały dywan styropianem usyfiony. Styropian ciocia mu zabrała (jak zobaczyła ten syf). Ale mały w ryk i... 5 minut później dalej rozwala i syfi...
A no i tradycyjnie, ona ani jej mąż się dziećmi nie zajmowali. Siedzieli przy stole i co chwile się tylko pytali kto pilnuje teraz jej chłopców...
Nie chcę wiedzieć co z tego dziecka wyrośnie...

19 stycznia 2015, 10:58

No i po laparoskopii…
Zabieg miała wykonany w czwartek 15 stycznia. Przed zabiegiem była masakra - kilka dni miałam mega rewolucje żołądkowe ze stresu i nerwów. W środę od 12 nic nie mogłam jeść, od 22 pić. W czwartek koło 10:30 zabrali mnie na zabieg. Miał trwać pół godziny do max godziny - trwał półtorej. Znaleziono kilka rzeczy:
-> Lewy jajowód i jego bańka w zroście z dołkiem jajnikowym - zrosty usunięte.
-> Niedrożne oba jajowody - udrożniono
-> Kika ognisk endometriozy (na lewym jajowodzie, w zatoce Douglasa i Retziusa) - waporyzacja tych ognisk

W piątek wypisali mnie do domu. Teraz leżę w domu i dochodzę do siebie (mam 2 tyg. L4).
Powoli odzyskuję sprawność ruchową. Szwy już coraz mniej ciągną i bolą. I mogę już spać na boczku - na lewym, na prawym dalej za mocno boli (prawy szew mocniej popuścił, jak za szybko wstałam po operacji).

Lekarz powiedział, że najbliższe 3-4 miesiące to najlepszy czas na zajście. Ten cykl jest oczywiście stracony (laparoskopia w 12 dc). Najbliższe 2 cykle staramy się naturalnie, a potem myślimy o inseminiacji. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Trzymajcie za mnie kciuki.

16 lutego 2015, 12:41

Już po owulacji. Serduszka były jakieś 2 dni przed nią, więc niby nadzieja jest. Ale... jakoś nie nastawiam się zbyt pozytywnie. Został ten cykl i kolejny, a potem... Potem bulimy jakieś 700 zł za inseminację, jak się nie uda (a raczej kiedy się nie uda, bo wiem, że się nie uda) zostaje nam in-vitro.
W pewnym sensie to zabawna sytuacja. Na początku starań, coś mi podpowiadało (taki cichy głos z tyłu głowy), że nasze starania skończą się na in-vitro. I wszystko do tego zmierza. Muszę tylko przetrzymać te 3 cykle i zapłacić za inseminację (bez niej nie dostanę skierowania na invi).
Ale tym razem wiem, że czekam na dziecko. Zresztą te wszystkie poprzednie cykle nauczyły mnie pokory. Już tak źle tego nie znoszę. Owszem są chwile załamania, ale... jest ich mniej.

Ostatnio też nachodzą mnie "dziwne" myśli. Czy dziecko to na pewno dobry pomysł? Czy damy radę? Czy będziemy dobrymi rodzicami? Tak się ostatnio źle dzieje na świecie, czy na pewno chcemy dziecku fundować takie a nie inne życie?
Niby na dziecko zdecydowaliśmy się już jakiś czas temu, ale teraz, gdy jest praktycznie na wyciągnięcie ręki, pojawia się mnóstwo niepewności. Czy to normalne? Nie wiem... Z jednej strony chcę, z drugiej boję się zmian, a z trzeciej że nie podołamy temu zadaniu. Ale teraz gdy jestem już tak blisko "mety" nie mogę zrezygnować i zawracać.
Już sama nie wiem - na L4 miałam za dużo czasu i za dużo myślałam. Wkręcę się w wir pracy to mi może takie myśli wylecą z głowy.


Samopoczucie na dziś:
Czuję dziwny niepokój, czymś się stresuję, ale... nie mam ku temu powodów. Może to przez sesję i głupiego prowadzącego, co od 3 miesięcy nie sprawdził sprawozdań, a za chwilę zamykają system do wprowadzania ocen?

Wiadomość wyedytowana przez autora 16 lutego 2015, 12:43

25 lutego 2015, 10:14

No i trzeba pożegnać się z tą nikłą nadzieją, że może jednak się uda…
Temperatura spada, objawów małpowych coraz więcej. Tylko patrzeć jak się zacznie. Pewnie dziś lub jutro.
Czy jest mi przykro? Trochę tak. Miałam wielkie nadzieje na ten cykl. W końcu niby na dole mnie "wyczyścili", ale… możliwe że już wszystko z powrotem zarasta/już zarosło. Mimo to nie ma łez, nie ma rozpaczy, nie ma żalu. Chyba już przywykłam do rozczarowań. Jest tylko lekki smutek.

Teraz został nam jeszcze jeden cykl naturalnie. I nie wiem co dalej… Niby mamy mieć inseminację. Niby… Nie wiem czy się na nią zdecydować. Tak samo nie wiem czy się zdecydować na in-vitro. I nie chodzi tu o przekonania religijne, czy coś. Tylko zastanawiam się, czy aż tak bardzo pragnę dziecka, by decydować się na takie kroki. Niby już na laparo się zdecydowałam. Jednak to są dwie różne rzeczy.
Z drugiej strony, jak nie teraz to kiedy? Bo to w pewnym sensie jest decydowanie - tak teraz chce. Niby już była wcześniej decyzja o dziecku, ale… to było trochę zdawanie się na los. Teraz jest większa kontrola. I coraz więcej myśli, czy na pewno teraz chcę to robić?
Dodatkowo dochodzi jeszcze jedna rzecz. Moje inne marzenie zaczyna się spełniać. Marzenie dotyczące kariery zawodowej, czy ogólnie mojej przyszłości. Dostałam propozycje gnębienia studentów, czyli po prostu miałabym zostać doktorantką i prowadzić zajęcia. Zawsze swoją przyszłość na uczelni widziałam, jako wykładowca właśnie. Prowadziłabym zajęcia, uczestniczyła w projektach naukowych, pisała artykuły czy jeździła na konferencje po całym świecie.
Może to, że tak długo nam się nie udaje, oraz to, że co chwile są jakieś nowe coraz to gorsze problemy to znak? Może my nie mamy mieć dzieci? Albo mamy, tylko nie teraz? Nie wiem.
Nie chce też za rok czy dwa żałować, że się na te zabiegi nie zdecydowałam.
No i nie oszukujmy się, finanse też tu odgrywają rolę. Nie chcę wydawać jakiejś 1/3 wypłaty na inseminację, a potem jeszcze większej części na leki do in-vitro, gdy nie mam pewności że to się uda.

Nie wiem co mam zrobić. Niby jeszcze czas jest - został nam jeszcze jeden cykl naturalny przed podjęciem decyzji. Ale wolałabym podjąć ją już teraz. Tylko mam takie wrażenie, że niezależnie co wybiorę i tak będę żałować i zastanawiać się, co by było gdybym wybrała inaczej…


Samopoczucie na dziś:
Trochę smutna, trochę niepewna i zdecydowanie obolała (brzuch coraz mocniej przed @ nawala).



EDIT:
Przed chwilą małpa przyszła. Kilkanaście minut po opublikowaniu tego wpisu.
Ostatni cykl naturalny czas zacząć...

Wiadomość wyedytowana przez autora 25 lutego 2015, 10:38

10 marca 2015, 08:34

No i ostatnie odliczanie się zaczęło.
Owulacja wyznaczona w 11 dc (tak jak przypuszczałam). Za 10 dni małpa się zacznie. Chodź wolałabym aby się zaczęła za 9 wtedy od razu idę do gina - przyjmuje w poniedziałki i czwartki, a ja mam zacząć brać leki stymulujące przed inseminacją od 3 dc.

Oswoiłam się już z myślą, że naturalnie to nic z tego. W inseminacji też dużych nadziei nie pokładam. In-vitro? Boje się mieć nadzieję, aby znowu się brutalnie nie rozczarować... Ale spróbuje, to będzie moja ostateczna walka.
A kiedy ją przegram (bo szykuję się na porażkę, nie chce mieć już nadziei to za bardzo boli), nie wiem co dalej zrobię... Boję się...



Samopoczucie na dziś:
A czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

19 marca 2015, 08:27

Ostatni naturalny cykl starań ma się ku końcowi. Jego finał - taki jak zakładałam...
Małpa czai się już za rogiem. Czuję ją w kościach, w objawach, w spadającej temperaturze i niskiej otwartej szyjce... Najwyższy czas pogodzić się z tym, że naturalnie nie mam najmniejszych szans.

Z mężem podjęliśmy decyzję - walczymy dalej. Prawdopodobnie w poniedziałek pójdę do lekarza po recepty na leki stymulujące przed inseminacją. Raczej nie zakładam, że ona da jakieś efekty, ale... musimy przez to przejść. Więc jeszcze miesiąc czekania, a potem zaczynamy procedury z in-vitro. Najpierw wizyta czy się zakwalifikujemy do programu rządowego (raczej tak, moje schorzenia nas kwalifikują, więc o ile wyniki np. AMH, będą prawidłowe to się zakwalifikujemy).

Czy jest mi smuto, przykro?
Jeśli powiedziałabym, że nie to bym skłamała. Ale to nie jest ten sam smutek co na początku starań. Po prostu czuję, że coś utraciłam. Że utraciłam cząstkę mojej kobiecości. Że nie jestem prawdziwą kobietą. Bo co ze mnie za kobieta, skoro swojego podstawowego celu istnienia nie mogę spełnić? Przecież rolą kobiety, czy samicy każdego gatunku, jest urodzenie (czy też złożenie u ptaków) potomstwa i jego wychowanie. I niech se feministki czy inne oszołomy, które głoszą, że kobieta to nie inkubator itp, mówią co chcą. Natura stworzyła nas po to byśmy mogły przedłużyć gatunek. A skoro ja tego nie mogę to kim jestem?


Samopoczucie na dziś:
Zobojętniała na wszystko.

23 marca 2015, 12:39

Ciąża rozpoczęta 25 lutego 2015
Przejdź do pamiętnika ciążowego i czytaj kontynuację mojej historii

30 marca 2015, 08:35

Nie dane było mi się zbyt długo cieszyć...
Ciąża biochemiczna...
Za mało progesteronu miałam...

Co dalej? Na razie nic. Bo do kompletu nieszczęść mi doszła grypa, czy tam inny wirus. Od czwartku leżę, topię się i chcę płuca wypluć...
Gin stwierdził, że w takim razie z inseminacja czekamy jeszcze jeden cykl (nie ma sensu w cyklu z chorobą).

A ja się zastanawiam po jaką cholerę w ogóle robiłam ten test w niedzielę? Jakbym zaczekała do poniedziałku to by wyszedł od razu negatywny. Wtedy nie było by ani tej radości ani tym bardziej tego żalu...
We wtorek jak usłyszałam, że beta jest 12 (pierwsza nieco ponad 30 w 14 dpo, wydawała mi się dość mała ale 11 dpo był spadek, więc sądziłam że dopiero wtedy było zagnieżdżenie), ryczałam przeszło dwie godziny... Najpierw mężowi na ramieniu (on też płakał ze mną), a potem mamie (mąż zadzwonił po moich rodziców). W środę też miałam chwile, że płakałam w pracy, czy w domu. Teraz już mi chyba przeszło...

Co zrobimy dalej?
Mąż twierdzi, że chce walczyć dalej, że chce spróbować wszystkiego, żeby potem nie żałować. A ja? Ja mam dość, ale... patrząc na mojego męża, na jego determinację, wiem że nie mogę się poddać. Tylko... nie umiem w sobie na razie znaleźć dość siły. Tak bardzo się boję, że znowu będzie to samo... Nie wiem, czy przeżyję coś takiego drugi raz. To wszystko mnie już przerasta... Tyle problemów, tyle chorób czy schorzeń wychodzi po drodze, a gdy pojawia się iskierka nadziei, gdy w tym ostatnim naturalnym cyklu wreszcie się udaje... całe szczęście zostaje nam odebrane... To za dużo...

13 kwietnia 2015, 08:28

Odstawiłam termometr. Dlaczego?
Ano przez antybiotyki. Brałam je przeszło dwa tygodnie. Co prawda brałam też coś osłonowo na żołądek, ale... na dół nic osłonowo sobie nie aplikowałam. No i mamy zakażenie grzybicze.... Więc termometr odchodzi w zapomniane (nie będę sobie nim wyciągała leków ze środka).
Teraz tylko pragnę by zakażenie szybko zniknęło, abyśmy mogli od przyszłego cyklu zacząć stymulację. Nie chcę kolejnego cyklu przerwy. Boje się, że tam wszystko znowu zarośnie...
Ale w sumie nie zdziwiłabym się, jakby nie minęło - w końcu do tej pory zawsze miałam pod górkę, więc czemu ma się to odmienić?


Samopoczucie na dziś:
Do dupy, ale to nic nowego...

28 kwietnia 2015, 20:20

Dawno nic nie pisałam...

Jednak w tym cyklu nie podchodzimy do inseminacji, ale na clo jestem. Lekarz chce sprawdzić jak na niego zareaguję. To ma być nasza ostatnia szansa, ale raczej nic z tego - mąż aktualnie w delegacji... Wraca w czwartek w nocy, a ja już czuje owulację za rogiem. Chociaż, może to po prostu przez clo. Odkąd je biorę jajniki strasznie mnie bolą i tak jakby swędzą. Okropne uczucie.
Tak więc mamy ostatni (po raz trzeci...) cykl naturalny i podchodzimy do inseminacji (1-2 podejścia) i czas na in-vitro.
Nadziei żadnych już nie mam. Tak jest dużo łatwiej. Za dużo rozczarowań przeżyłam, za dużo łez wylałam... Wolę myśleć negatywnie - tak jest najprościej.


Samopoczucie na dziś:
Przemęczona... Pobudka po 5 robi swoje... Niech się już długi weekend zacznie, chcę się wreszcie wyspać.

4 maja 2015, 08:29

Niby obiecałam sobie nie mieć nadziei na ten cykl, ale... chyba nie potrafię.

W czwartek byłam na USG. Lewy jajnik czysty, za to na prawym... na prawym aż 3 18-centymetrowe pęcherzyki! Czyli, aż potrójna szansa. I jak tu nie mieć nadziei?

Rozmawialiśmy dużo w ten weekend z mężem (podczas spacerów z psem), co by to było, jakby udało się potrójnie. Mój ojciec pewnie by zemdlał ze szczęścia, matka podobnie, teściów nie jestem pewna. A gdy szok by minął, wszyscy zaczęliby się zastanawiać jak sobie radę damy - nas dwójka, pies (owczarek niemiecki) i 3 szkrabów w dwupokojowym mieszkaniu.
W pewnym sensie plan mamy - mąż stwierdził, że choćby miał se dać żyły wypruć zapewni nam odpowiednie warunki - czyli robimy coś czego chciałam uniknąć. Bierzemy spory kredyt pod dom (ponoć nic tak nie cementuje małżeństwa jak kredyt hipoteczny na 30 lat :P).


A z gorszych spraw - moje krzyże znowu się wczoraj odezwały. Napierdalają równo - na boku spać nie mogę, tylko na plecach jakoś daję radę. Jak siedzę do ból do nóg promieniuje :/
Zastanawiam się, czy to może mieć związek z wypadkiem - jak byłam mała zleciałam z huśtawki na drzewie. Tak ze 2 metry nad ziemią byłam i deska pękła. Poleciałam w dół i walnęłam kością ogonową w wystający kamień (mam niezłą bliznę nad tyłkiem), aż mi tchu na chwilę zabrakło. Wtedy poza raną (niezłe wgłębienie się zrobiło) nic mi nie było. Ale... może jednak coś się tam uszkodziło i teraz po latach wychodzi (spadłam jak miałam 10 lat)? No cóż, pozostaje jak zawsze poczekać kilka dni aż przejdzie. Muszę poszukać mojej elektrycznej poduszki.



Samopoczucie na dziś:
Obolała, zmarznięta (w pracy wyłączyli ogrzewanie), zestresowana i... pełna nadziei. Błagam, tak bardzo bym chciała aby się tym razem udało. I im dłużej o tym myślę, to całą trójkę bym chciała. Proszę...

11 maja 2015, 08:50

Obiecywałam sobie, ba nawet wmawiałam - nie będziesz się cieszyć przedwcześnie, nie będziesz sobie robić nadziei, nie będziesz robić planów jakbyś już była w tej ciąży, nie będziesz....
Tja... kogo ja chcę oszukać? Was? Siebie?
Nie umiem. Po prostu nie umiem... Odkąd zobaczyłam te 3 pęcherzyki, nadzieja ciągle rośnie. A patrząc na moją temperaturę... niby zawsze mam wysoko, ale... no nie potrafię. Po prostu nie potrafię...

W czwartek idę na pobranie krwi przed endo. I zastanawiam się czy by bety też nie zrobić...
Zobaczymy jak będzie z temp.


Samopoczucie na dziś:
Niepewna, zdenerwowana i pełna nadziei.

12 maja 2015, 09:44

No i dopadł mnie fatalny nastrój i pesymizm :(
Luteina podnosi temperaturę, dupek nie. W tym cyklu jestem na luteinie nie dupku... Więc ta piękna temperatura to pewnie wina leku nie lokatora czy lokatorów.
I to w sumie ma sens. Rok temu tez byłam na luteinie, wtedy nie było szans na ciąże (serduszko jedno 10 dni przed owulką) i wtedy faza lutealna trwała 22 dni - okres po 12 dniach od odstawienia przyszedł, temperatura cały czas 37,2-37,3 no i kolejny cykl mega krótki (19 dni) i oczywiście bezowulacyjny, a samo krwawienie długie i skąpe.
A jak czeka mnie powtórka? Bardzo się boję, że jednak się nie udało :(


Samopoczucie na dziś:
Znowu do dupy :(

1 września 2015, 08:54

I znowu jest do dupy, no przynajmniej częściowo. W sobotę miałam robione dwa zabiegi HSG i Histeroskopię.
Histeroskopia wykazała, że endometrium mam ok.
HSG, że jajowody znowu niedrożne... Na udrożnienie nie ma co liczyć - zbyt duże ryzyko, że podczas zabiegu uszkodzą się jajowody. Więc naszą ostatnią szansą na naturalne macierzyństwo jest in-vitro, do którego się zresztą szykujemy.
W tym temacie na razie jestem totalnie zielona. Wiem tylko tyle, że mamy protokół długi i na razie mam brać tabletki anty. A mąż musi sobie nasienie jeszcze raz zbadać.

Temperatury nie mierzę, bo i tak nie ma sensu przy tabletkach anty.
Boje się podchodzić do in-vitro. Boję się, że to da mi zbyt dużą nadzieję, która zostanie brutalnie zgaszona.
I ciągle zadaję sobie to pytanie - dlaczego takie rzeczy spotykają takie osoby jak ja, osoby które pragną mieć dzieci, a nie tych co ich po prostu nie chcą lub porzucają. Nigdy tego nie zrozumiem...

9 września 2015, 12:33

No i po wizycie.
Zakwalifikowani jesteśmy, leki stymulujące od przyszłego cyklu mam zacząć brać (nie wiem jak to przeżyję - 2 zastrzyki dziennie w brzuch, podczas gdy ja mdleje na widok igieł...).
Z jednej strony jestem szczęśliwa - wreszcie mamy realną szansę na ciążę.
Z drugiej przerażona tą nadzieją co we mnie rośnie... Nie chcę się znowu rozczarować...

Za kilka dni moje 26 urodziny. Kiedyś myślałam, ze w tym wieku będę już miała co najmniej jedno dziecko. Potem marzyłam, by chociaż w ciąży na te urodziny być. A teraz? Teraz marzę o tym by w ogóle kiedyś zajść w ciążę, donosić ją i urodzić zdrowe dziecko. A potem kolejne i kolejne.
Zawsze chciałam mieć trójkę dzieci. I chodź z jednym są takie problemy, to z tego marzenia nie zrezygnuję. Będziemy mieć trójkę dzieci. Jak nie "własnych", to adoptowanych. Chcemy być dużą, szczęśliwą rodziną. Czy ja faktycznie aż tak wiele od życia wymagam?
‹‹ 3 4 5 6 7
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)