Ciąża zakończona 17 czerwca 2017
12 DC
szyjka się obniżyła, śluz za szyjce lepki, dziś ból prawego jajnika od rana. nic nie rozumiem.
Moje dzieciątko rośnie i intensywnie się rusza zwłaszca jak mama chce odpocząć.
Najbliższe spotkanie dopiero 13 lipca więc jeszcze sporo czasu.
Za 10 dni zacznamy drugą połóweczkę. Nie mogę się już doczekać.
Jak na razie wszystko ok i mam nadzieje ze tak zostanie i że w końcu płeć ustali się na dobre 
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 czerwca 2017, 17:09
24t2d
Malenstwo harcowalo z rana w swoim mieszkanku:P
A matka,lezy,spac ostatnio nie moze,a i z lozka wstac sie nie chce.
W poniedzialek mamy usg zeby sprawdzic te zastoje u maluszka,mam nadzieje ze zniknely . Ale zaczynam sie martwic..
7 dni...
Dzisiaj rodzinna impreza. Może to dobrze? Chociaż na chwilę moje myśli zmienią swój tor...
A o swojej owulacji, nie wiem już co myśleć? była? nie było?
Ovu zmienił dzień na wykresie, testy ovulacyjne i ból owulacyjny pokazały jeszcze co innego.
Qrde, o co chodzi?
Myślałam, że już dużo wiem o swoim organizmie, a jednak jestem jeszcze w tym temacie zielona... 
1 dc
@ przyszła dziś rano. Cykl trwał 26 dni...powoli wracamy do "normalności".
Odebrałam wczoraj wyniki przeciwciał przeciwjądrowych ANA1...
Wynik dodatni,stwierdzono obecność przeciwciał przeciwjądrowych o typie świecenia ziarnistym w mianie 1:640... zajebiście, po prostu zajebiście...
Poczytałam o tym trochę, muszę zrobić jeszcze ANA3, chyba powtórzę jeszcze przeciwciała antykardiolipinowe... O immunologa u mnie bardzo ciężko, nikogo nie znalazłam.
Mam dość, po prostu dość...
Jeju ale tu kurzu dużo. Tak długo nic nie pisałam że sama nie wiem od czego zacząć
Może zacznę od tego że pozostały 32 dni do terminu a naszej Nellusi się spieszy. Leży nisko w kanale główka. Czop kawal3k odleciał 15.06 ..
skorcze BH są co raz częstsze i bolą. Leżymy grzecznie czekając na swoją kolej. Nadal z wiarą że uda się VBAC
tak bardzo chce by się udało 
Im bliżej do terminu tym bardziej nie mogę się jej docz3kac
czekalam ponad 3 lata aby usłyszeć serduszko na usg a teraz te kilka ostatnie dni strasznie się dluza..
Dziennik pokładowy:
253dc, po mału kończymy proces "donaszania" - początek 37 tygodnia
Jest trochę lepiej. Ale to tylko dlatego, że ja jestem dla siebie nieco bardziej łaskawa, bo dołujących okoliczności wcale nie ubywa. Choć z tymi pozytywnymi też nie jest najgorzej.
I może od tych ostatnich zacznę. 16 czerwca - urodziny mojej mamy. Udało się ją zaciągnąć do laboratorium bez większych problemów. Rano powiedziałam jej, że bardzo cieszę się, że w końcu się na to zdecydowała, usłyszałam, że... ona też się cieszy! Akcja przebiegła sprawnie, wyniki miałyśmy jeszcze tego samego dnia i, skubana, miała lepszą morfologię ode mnie! Jedynie cukier i cholesterol wymagają poprawy. To chyba pierwsze optymistyczne wspomnienie z moją mamą, które tu zapisałam, ale naprawdę, szczerze i nie ściemniam - raduję się, że mogłam podnieść jej świadomość w kwestii badań kontrolnych i sprawić, by poczuła, że zrobiła coś dobrego dla siebie. Jakkolwiek nie żarłybyśmy się ze sobą.
Druga rzecz - zrobiłam małą listę spraw do ogarnięcia w mieszkaniu, do których niewymagana jest ekipa. I tak to się kula - ja zarządzam, wystawiam pomysły, a mąż realizuje. Wczoraj udało się wyburzyć parę ścianek, przyjechał teściu pomagać przy wylewce przy dziurze, która powstała po podkuciu miejsca na witrynę, udało się trochę poprawić kostkę brukową przed wejściem do domku. Tempo prac jest ślimacze, ale jest. Za dwa tygodnie elektryk. Widać światełko w tunelu. Smutne jest, że za chwilę totalnie stracę rachubę, bo Miśka będzie na świecie, ale póki co - idziemy zgodnie z planem. Mąż nie ukrywa, że faktycznie miał moje pomysły zmieniania układu mieszkania za fanaberie i robienie pod górę, ale ewidentnie widzi teraz, że miało to sens. Więc dobrze. Będzie się nam tam cudownie żyło.
No i koniec tego dobrego.
W poprzednim wpisie również Wam pisałam o mężu. Mieliśmy dziwną sytuację. Pech tak chce, że wokół terminu porodu nagle pojawiają się dobrze płatne jednorazowe zlecenia i szkolenia dla mojego męża. Zważywszy na to, że do najbliższego szpitala mamy 25km, pół rodziny pracuje również w tej odległości i nie byłoby nikogo, kto mógłby w razie odejścia wód migusiem podjechać, to oczywistym jest, że chciałabym mieć Michała przy sobie. Żeby mi nie wyjeżdżał na drugi koniec Polski ani nie łapał dżobów, które kończą się o trzeciej w nocy. I tak sobie kombinuję i myślę, i wydaje mi się, że gdyby od razu poczuwał się do odpowiedzialności i wiedział, że poród to nie tylko moja sprawa, to podejmowałby decyzje zawodowe sam, bez moich podpowiedzi. A tymczasem... Słyszę bez przerwy: "Mogę jechać?". Doprowadza mnie to do szaleństwa. Cały ciężar zepchnięty na mnie. Mam milion innych zmartwień - cycki, krocze, rozstęp mięśni brzucha, czy zniosę ból, czy zniosę cięcie, czy dziecko będzie zdrowe. A mam jeszcze orzekać, czy jak pojedzie sobie do pracy, to akurat zacznę rodzić czy może jeszcze nie. I czy to się opłaca. "No bo kurde wiesz... jeden dzień i siedem stów". No i co ja mam takiemu powiedzieć? Raz nie wytrzymałam i go opierdoliłam. Że nie podoba mi się, że zrzuca na mnie odpowiedzialność, chodzi o poród jego córki i niech sam zadecyduje, co jest dla niego ważne. Potem słyszałam, jak dzwoni do kumpli i mówi: "Nie, nie mogę... termin porodu... nie będę ryzykował...". A co na to ja? "Matko święta, zmanipulowałam go, może powinien był jechać, potrzebujemy pieniędzy, sama dodatkowo nie zarabiam, a co, jak nie urodzę wtedy...". I samobiczujący kołowrotek zaczął się kręcić. Poczułam palące się poczucie winy.
Mieliśmy też epizod z łóżeczkiem. Wytachaliśmy obiecane nam wyrko po siostrzeńcu, a tam okazało się, że... totalnie się nie nadaje! Bo nie ma regulowanej wysokości. I żeby odkładać moją Nowonarodzoną musiałabym się schylać niemalże do poziomu podłogi. O mało nie wyszłam z siebie i nie stanęłam obok - tyle tygodni czytania o chustach, laktatorach, wózkach, fotelikach, a o podstawowym meblu na pierwsze tygodnie nie wiedziałam absolutnie nic, i jak tu iść teraz na zakupy? A tak zupełnie szczerze to najbardziej zmartwiło mnie to, że zegar tyka, ja już chciałam mieć wszystko przygotowane, a tu kolejne spóźnienie. Nasz pokój przypomina melinę - wszystko rozbebeszone na wierzchu, brak miejsca do przechowywania. Mąż mnie ostudził. Powiedział, że nawierci otwory na stelaż, łóżko przygotuje, a ja mogłabym zluzować gacie, bo jestem control freakiem i jak tylko coś jest lekko poza planem, to dostaję furii i muszę dać sobie na wstrzymanie. Nie mogę zaprzeczyć - celna uwaga. Coś czuję, że okres poporodowy to będzie ciężka przeprawa...
No i wisienka na torcie... moje wczorajsze spotkanie z ginekolog.
Na 15:00 miałam umówione KTG. Już pomijam, jak bardzo ciśnienie podniósł mi PKS, który postanowił zrobić sobie długi weekend po Bożym Ciele, chociaż wszystkie urzędy, sklepy i większe zakłady pracy postanowiły pracować. Przyszłam na autobus, który nie przyjechał. Inni potencjalni pasażerowie pozabierali się ze znajomymi i nikt nie chciał mi pomóc, naprawdę - nikt. Panika. Mąż urwał się z pracy. Rzutem na taśmę wparowałam do kliniki o 15:05, z pachami tam spoconymi, że musiałam wyglądać jak typowy wuja Wiesiu w poliestrowej koszuli na weselu. Ech, napisałam "już pomijam", a i tak to opisałam. Trudno - cała ja. W każdym razie zgłosiłam się do badania. Kiedy położna szykowała aparaturę, to ja zasugerowałam, że mam ze sobą mój plan porodu i czy nie rzuciłaby na niego okiem, kiedy ja będę leżała podpięta do maszyny. Pierwsza lampka ostrzegawcza - "Ok, przejrzę, ale szczerze Pani powiem, że plan porodu nic Pani nie da.". Ooook. Wzięła mój plan do gabinetu ginekolog, a ja leżałam i słuchałam bicia serca Małej.
Jaki mam stosunek do planu porodu? Nie traktuję tego jak papierka, który dałby mi przepustkę do zrobienia z porodu starodawnego rytuału z tańcami godowymi, kadzidłami, muzyką aborygenów i z wykluczeniem wszelkich ingerencji medycznych. Raczej, po wielu warsztatach, artykułach branżowych i fachowej literaturze, doszłam do wniosku, że to świetna platforma komunikacji dla mnie i dla personelu. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby podważać kompetencje lekarza. Chciałam tylko dać jasny sygnał: jeżeli nie ma przeciwskazań, to chcę rodzić naturalnie, intuicyjnie, możliwe bez środków znieczulających, o ile sama o nie nie poproszę, z zachowaniem kontaktu "skóra do skóry" (i jeżeli ja byłabym po cięciu, to żeby tą możliwość miał mój mąż) i z możliwością konsultacji z doradcą laktacyjnym. Czy to jakaś fanaberia? W planie zawarłam też informację na temat przyjmowanych przeze mnie leków na tarczycę, bo w karcie ciąży mam nieaktualne info jeszcze z pierwszego trymestru. Generalnie raczej nic, co godziłoby w godność lekarza.
Wracam z KTG. Ginekolog bierze do ręki zapis. Rzuca chłodno: "Prawidłowy". Ponieważ pierwszy raz miałam tego typu badanie to zapytałam wprost, czy mogłaby mi wytłumaczyć ten zapis i co oznacza która linijka, bo mnie to bardzo ciekawi. I tutaj nagle z mojej ginekolog, człowieka-anioła, który zawsze witał mnie z uśmiechem w gabinecie, wyszedł szatan. "A co, mam teraz Pani zrobić wykład z położnictwa i ginekologii? Jakie to ma znaczenie?". Wryło mnie. Z łachą pokazała mi jednak: "Tu jest bicie serca, tu są wykryte ruchy małej, a tu jest czynność skurczowa, ale żadnej nie zarejestrowano". Nie kumam, dlaczego nie mogła tego powiedzieć od razu. No a potem... "Pani zabierze mi ten plan porodu, nie chcę na to w ogóle patrzeć!". Zonk. Szok. Schowałam więc go do teczki. "Czy ma Pani jakieś pytania?". Po jej warknięciu stać mnie było tylko na: "Szczerze to teraz... raczej nie.". Spojrzała na mnie wnikliwie, nozdrza zaczęły jej nerwowo pracować, jakbym ją nieźle wkurzyła. "Proszę Pani. Plan porodu to jest jakiś wymysł kobiet, które chcą sobie urodzić naturalnie bez niczego. Nikt Pani nie będzie przypinał na siłę do łóżka, nikt Pani nie może zagwarantować oddzielnej sali, o wszystko będzie Pani pytana na sali, więc ja w ogóle nie rozumiem, o co chodzi z tym papierem. Szczerze - DLA WŁASNEGO DOBRA, niech Pani tego nie pokazuje na porodówce, bo może sobie Pani ZASZKODZIĆ. Położne nie chcą takich rzeczy oglądać, ja też nie.".
No i cóż. Moja ginekolog pracuje w szpitalu, w którym chciałam rodzić, w którym powiedziano mi, że oddzielne pokoje są standardem - teraz okazuje się, że nie. Było tak miło, fiołkowo i cudownie i nagle runął jakiś mur. Chociaż powinnam była wyjść cała w skowronkach, bo Mała zdrowa, to o mało się nie poryczałam jak wychodziłam z gabinetu. Potraktowano mnie jak eko-matkę-wariatkę i świruskę, która idzie na wojnę z personelem medycznym. Zrobiło mi się mega przykro.
Staram się trzymać, choć nie jest łatwo.
Z ciążowych spraw - chyba mam skurcze przepowiadające. Brzuch co jakiś czas się napina, czuję bóle miesiączkowe. Zaczęłam suplementować wiesiołka i liczę na to, że wspomoże mój bardzo nieudany masaż krocza, którego nie cierpię. Jest mi coraz ciężej. Mój mąż rozpoznaje to po tym, że musi pomagać mi wstać i potrzebuję dwóch odpoczynków na ławeczce podczas spaceru zamiast jednego. Ciężko mi się obrócić z boku na bok na łóżku czy schylić, a rano wręcz budzę się z bólem pęcherza - tak mi się chce siku (oczywiście siadam, a tu trzy kropelki...). Te dolegliwości to i tak dla mnie najmniejszy problem. Pod pachą zrobił mi się guzek. Ginekolog twierdzi, że to od produkcji mleka. Wyżebrałam u niej skierowanie na usg, w razie co. Chcę mieć pewność, że to żaden nowotwór.
No cóż... Tyle. Kolejny tasiemiec. Zaczynamy tydzień, po którym zmieni się wszystko.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 czerwca 2017, 14:06
7 dzień cyklu
Na szczęście telefonu do męża nie było i też ma wolne do poniedziałku
Super, przyda mu się trochę odpoczynku. Pracę ma ciężką i bardzo stresującą. Liczę na to, że w lipcu uda mi się wyskoczyć z Nim w jakąś krótką trasę
Może akurat w dni płodne żeby w pełni je wykorzystać

Jeśli chodzi o sprawy cielesne to zupełny pookresowy spokój. Nic się nie dzieje, żadnych skoków temperatury, zero śluzu. No ni ma człowieka 
"Czerwona na niej sukienka, czerwona w sercu udręka. Odkaczałka wariatka, ech przed losem nie klęka." - Wariatka tańczy / Katarzyna Groniec 
Ciąża rozpoczęta 9 maja 2017
11 dpt 2x 3dniowe zarodki, beta 20,65
Prawdopodobnie cb.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 czerwca 2017, 19:44
11 dpt
Nie wytrzymałam, polazłam zrobić betę, ale nie powiem nic mojemu facetowi...
Tak czy inaczej beta wyszła 20,65.
Wydaje mi się, że to jednak zdecydowanie za mało, jak na transfer dwóch zarodków 3-dniowych.
Czytałam na forum, to dziewczyny miały trochę poniżej 100 w 11dpt, przy jednym zarodku oczywiście.
A no i za radą Isli zwiększyłam progesteron, dodałam jeszcze dwie luteiny pod język w ciągu dnia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 czerwca 2017, 14:34
11 dc.
Wróciłam wczoraj po 23 ze spotkania. Było super, przy jedzeniu gawędziliśmy na luzie o wszystkim... przez ponad 5 godzin.
Btw po powrocie z pracy czekał na mnie bukiet kwiatów (!?).
Męża chyba coś tknęło... prawdopodobnie... zazdrość o przystojnego Brytyjczyka :p
Zazwyczaj dostaję badylarze trzy razy w roku: sierpień - urodziny; 14 lutego oraz 8 marca... a tu proszę!
Tak, to na 100% zazdrość. Mój samiec alfa chyba pierwszy raz odkąd jesteśmy ze sobą poczuł się zagrożony. Ale na serio... nie mam wyrzutów sumienia... jak i również nic na sumieniu
może chociaż będzie spędzał ze mną więcej czasu i odstawi komputer na bok? Tak bardzo bym tego chciała...
Yyyyy... Przeginam?
No i sobota prawie minela 
Jak zwykle od rana sprzatanie pelna parą 




Wiadomość wyedytowana przez autora 18 czerwca 2017, 22:20
30dc...i to by było na tyle w tym cyklu,aż cisną mi się bluzgi na język,ale się tutaj powstrzymam,choć ciężko się powstrzymać!!!
Tak wspaniale było poczuć choć trochę te ciążowe objawy,które były spowodowane Pregnylem,niby się nie nastawiałam,niby już się nie łudziłam,jak co miesiąc,ale jednak odrobinka nadziei(tej cholernej nadziei,która co miesiąc zawodzi)była...i już jej nie ma,właśnie czuję jak nadchodzi @...do jasnej cholery DLACZEGO???co do cholery jest nie tak??? w dodatku przez to,że przesunęła się @,to nie wiem,czy dam radę pojechać w tym cyklu na HSG,mogłabym jechać tylko w środę,czwartek lub sobotę,a dopiero jak się dodzwonię to się okaże kiedy mogliby mi to zrobić...echch dlaczego to jest takie niesprawiedliwe,takie posrane!!!
ahca i wiecie co...przez tydzień aż do dzisiaj rano,wychodziły mi pozytywne testy owulacyjne,a na ciążowym ledwie cień cienia...więc odrobina Pregnylu była jeszcze do dziś no i się skończyła...
edit...zadzwoniłam wczoraj do szpitala umówić się na HSG,termin miałabym na 23 czerwca więc odpada,bo na zakończeniu roku muszę być,następny i ostatni termin w tym cyklu to 26 czerwca,więc jak dyrektor zwolni mnie z tego dnia i dostanę zwolnienie od lekarza ze szpitala,to miałabym to HSG 26 czerwca.Nie chciałabym właściwie tego przekładać/odkładać bo chcę wiedzieć czy ze strony całego mojego dołu jest ok czy coś tam stoi na przeszkodzie?Chcę mieć wynik i jeszcze z nim pojechać do mojej gin na koniec czerwca/początek lipca...i na czas wakacji to by było na tyle,planuję lato bez monitoringu i wizyt,tylko to co ewentualnie zleci mi gin,czyli może nadal Pregnyl bo dopiero co zaczęłam go brać,więc może warto jeszcze spróbować z nim...
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 czerwca 2017, 12:02
20 DC
Właśnie skończyłam sprzątać. Upiekłam pyszne ciasto nie jadłam ale tak mi się wydaje że jest smaczne.
Jest truskawkowe z bitą śmietaną. I jak tu nie jeść. Dobra potem będę rzadziej jesc słodkie. Teraz od 2 tygodni jem więcej warzyw i pije soki owocowe robione w blenderze. O dziwo mojemu smakują. Dorzucam do tego jarmuż i natkę z pietruszki.
Dziś coś się we mnie zmieniło. Poczułam pozytywną energię której już tak dawno nie czułam. Poczułam coś co trudno mi opisać słowami ale jest to coś bardzo niesamowitego. A to uczucie jest mi bardzo znajome i jest zwiastunem dobrym wiadomości.
Po raz pierwszy czułam je kiedy zdawałam na prawo jazdy. Intuicja podpowiadała mi że zdam za 3 razem i co tak się stało mimo trudności, kiedy wydawało się że nie zdam okazało się że stał się cud i zdałam.
2 raz poczułam ta energię kiedy podchodziłam 2 raz do najtrudniejszego egzaminu na studiach. Byłam pewna ze za 1 razem go obleje a za 2 zdam. Mimo trudności stał się cud i zdałam. Mimo ze kolega obok od którego ściągałem miał to samo i oblał. Jak to możliwe nie wiem.
3 raz kiedy mój obecny kotek konał mi na rękach czułam że wyzdrowieje że doktorka go wyleczy i co maluch już 1,5 roku żyje walczy z chorym serduszkiem. Nawet nie wygląda na chorego.
I teraz poczułam to samo uczucie. Uczucie które mówi że latem coś sie zmieni coś się stanie na przełomie lipca\sierpnia że zajde w ciążę. Czuję że 17 CS będzie tym ostatnim tym długo oczekiwanym i upragnionym. Obstawiam 3 letnie cykle. 16.17 i 18 CS.
Czuję tę siłę ten przypływ energii, pozytywnego myślenia. A tak mi tego brakowało. Mój czas nadchodzi.
Jeszcze tydzień i pożegnam kolejny cykl. Kolejny i ostatni wiosenny cykl starań.
I niedługo rozpocznie letni w pozytywnym nastawieniu.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 czerwca 2017, 20:21
2 dc
@ wreszcie nadeszła i już w środę 21 czerwca mam HSG. Nareszcie 
38 tydzień ciąży
18 dni do terminu porodu
3 dni do wizyty
Kurwa ta godzina, a ja od 4:30 nie śpię.. No pała siada. Poszłam siku i kaplica. Nie uśniesz za cholerę, milion myśli na minutę i chuj.
Wczoraj w ogóle miałam tak okropną biegunkę, że szok. Dostałam takiej bolechy, że byłam pewna, że się zaczęło oczyszczać i zaraz na porodówkę. Szybko dopakowałam to czego jeszcze nie miałam w torbie do szpitala i czekam. No, do kibla latam, bo latam, ale skurcze mizerne. Później okazało się, że mama kilka dni temu też to miała, a nawet i wczoraj też ją coś przycisnęło. Kurwa mam nadzieję, że był to tylko jednorazowy epizod. Sorry za szczerość, ale siedząc wczoraj na kiblu z cholernymi bólami pomyślałam: 'Boże jak ja urodzę, jak ja przy bólu za przeproszeniem dupy nie daję rady, oblewam się potami i chcę żeby mnie zabili? A poród będzie milion razy bardziej bolesny..' No wymiękłam, ale trza se jakoś radzić przecież. Przez to wczoraj prawie nic nie jadłam, a jak byłam już taaaka głodna i coś zjadłam, to zaraz na kibel..narazie noc, a w zasadzie pół nocy, bo jak wspomniałam nie śpię od 4:30 przespałam i oby akurat się to utrzymało. Najbardziej oczywiście szkoda mi było dziecka
żebym się nie odwodniła i bałam się, że na tym wc mi zaraz wyskoczy, a ona taka ruchliwa była i pewnie też przez to parcie matki zmęczona maleńka
Ale Żabko moja najcudowniejsza miejmy nadzieję, że już to nie wróci 
Nie mogłam już dzisiaj oczywiście wyleżeć na łóżku z racji tego, że zaczęły strasznie nawalać mnie biodra i musiałam połazić. Poszłam więc do łazienki i niech ktoś zgadnie co robiłam.. Umyłam se zęby, wycisnęłam se pryszcza, który nagle pojawił się z dupy i uwaga..siadłam przy lusterku i wyregulowałam se brwi..o 4:45.. Gdyby nie to, że w czwartek robiłam sobie peeling i maseczkę na twarzy to na 100% zrobiłabym to właśnie teraz.. Później stwierdziłam, że po wczorajszym poście coś mi się należy i zeszłam do kuchni, zrobiłam se herbatę w litrowym kuflu (oczywiście zrobiłam to tak, że słodząc herbatę wysypałam połowę cukru na podłogę.. - bez komentarza) i zjadłam 2 biszkopciki (po których mam nadzieję mnie nie przegoni).
Z racji tego, że przecież nie każdy w domu musi ze mną wstawać o 4:30, wymknęłam się z sypialni do pokoju obok żeby nie obudzić męża i tak se leżę na kanapce i czekam aż mi herbata wystygnie.
Aa mieliśmy dzisiaj w planach jechać na mecz, o czym wczoraj pisałam, ale gówno z tego, bo ktoś mądry stwierdził, że mecz zrobią w sobotę i już po meczu. A my z racji mojej sraki, męża układania drzewa i w ogóle braku chęci nie pojechaliśmy. I tak przerrznęli. No cóż bajo bongo. Mam nadzieję, że jutro dotoczę się do mojej Agusi fryzjerki, nie urodzę po drodze i nie dostanę sraki i odbiorę wynik na gbsa. Trzymajcie kciuki! 
Ludzie jaka epopeja..
8 dzień cyklu
Przeziębiłam się na dobre. Potworny katar połączony z bólem gardła. Oj niedobrze droga pani, niedobrze... Ale temperatury nie mam, bo mierzę codziennie c'nie?
Chociaż w tym cyklu będę miała strasznie niedbały wykres. Przez miesiączkę nie mierzyłam wcale, bo czekałam za termometrem. Teraz jak mam termometr to nie chce mi się wstawać codziennie o tej samej godzinie, bo przecież mam wolne od pracy
No, ale jutro już powrót do rzeczywistości. Ja do pracy, mąż w trasę, a dni płodne za pasem...!
"Tak, człowiek jest śmiertelny, ale to jeszcze pół biedy. Najgorsze, że to, iż jest śmiertelny, okazuje się niespodziewanie, w tym właśnie sęk!" - Mistrz i Małgorzata 
6 dni...
Jeszcze troszkę i wszystko będzie jasne. Dzisiaj ovu znów zmienił termin owulacji, ale tym razem pokazał grubą czerwoną krechę przecinającą wykres i to w dniu kiedy moim zdaniem była.
A tak ogólnie- rozpoczęła się bardzo leniwa niedziela...
32+3
Pokłóciłam się z Przemkiem.
Zadzwoniła jego siostra i zaprosiła nas na obiad. Kiedyś miałam z nią dobry kontakt, ale coś się popsuło.. Śmiała się z naszych problemów z zajściem , jakieś głupie teksty i żarty sypała na ten temat. Potem,gdy nam się zaczęło wszystko układać bo zaszłam w ciążę, kupiliśmy mieszkanie i działamy z budową domu, ona tak jakby poczuła się gorsza i z każdej pierdoły się chwali, bo myśli że będę jej zazdrościć.
Przemek się ucieszył z zaproszenia. Ja mniej. Powiedziałam że nie jedziemy. Serio nie miałam ochoty z nią gadać... Zawsze jak się widzimy mówi do mnie "grubasie" albo głaszcze i całuje mnie po brzuchu, czego nienawidzę . Komentuje moje cycki, które ledwo co urosły ,ale ona wie lepiej i gada że są wielkie.Potrafi mi w dekolt zajrzeć i podnieść bluzkę przy ludziach. To pusta dziewczyna, działa mi na nerwy i serio wolałabym z nią nie przebywać do czasu aż urodzę.
Przemek się wkurzył. Najpierw grzecznie prosił a potem się wkurwił, trzasnął drzwiami i pojechał sam.
Nie żałuję 
Nie wiem czy pisałam że mamy już poskładane łóżeczko. Śmierdzi farbą w całym mieszkaniu, więc to był dobry pomysł aby zamówić i poskładać ciut wcześniej
. Czekam jeszcze na rożek do karmienia i muszę kupić parę drobiazgów.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.