16+1... boję się, tak po prostu po ludzku się boję. Nie jestem twarda. Nie jestem silna. Ja nie mam innego wyjścia jak brnąć do przodu. Każdy dzień przybliża mnie do 20tc, w którym powinno wszystko się wyjaśnić... w 24tc zawsze było bardzo źle i 2x wszystko się skończyło.
Nadchodzą święta..próbuję,ale nie potrafię się cieszyć. Chciałabym przespać najbliższe tygodnie. Chciałabym przespać podabie eksperymentanlych leków. Czuję się jak piepszony królik doświadczalny,ale wiem, że sama się na to zgodziłam. Nie mam innego wyjścia. Nie pomaga fakt, że wiele osób mi mówi, że przy 4 dość wysokiej ciąży powinnam czuć już ruchy, a ja ich nie czuję. Jakoś ok 14tc czułam bąbelki,ale teraz nie czuję nic. Serduszko bije,bo sprawdzam detektorem (Paulina kolejny raz Ci za niego dziękuję!:*) w sumie mam nadwagę, tłuszczu u mnie też co nie miara, więc mam nadzieję,że to przez to tych ruchów jeszcze nie czuję...
Jeszcze 5 dni i szpital...
Jeheria, Niki, dzięki 😘 macie rację że 2 lat to już świetny wynik, a patrząc na nasze początki to zdecydowanie więcej niż oczekiwałam. Ja powoli jestem gotowa (albo tak mi się wydaje), ale wewnętrznie buntuję się że to nie moja decyzja, a głupiej choroby. Na razie każda próba odwrócenia uwagi od piersi kończy się histerią. Tata jest wtedy złem największym, więc długa droga przed nami, a czasu brak. Szczerze mówiąc nie wiem jak to rozwiązać bez jakichś traumatycznych rozstań, histerii i łez.😧
Kiedyś czytałam że bluzka z golfem pomaga....no nie pomaga bo Marysia wyciąga mi bluzkę ze spodni i nurkuje głową pod bluzkę. Już kilka mam naciągniętych🙈🤣
Dziś kończę 35 lat.
Miałam mieć telefon z COI z planem leczenia. Rozmawiałam dziś z lekarką, powiedziała że ma już plan na mnie, że wszystko wie, ale zadzwoni jak skończy przyjmować pacjentów.
Czekałam na telefon prawie 2h. niemal dygocząc ze strachu, nie jadłam, nie szłam do WC bo bałam się że nie odbiorę, mąż z domu nie wychodził by być przy mnie w razie złych wieści....
Nie zadzwoniła, zapomniała?🤔🧐
Może i dobrze, nie zepsuła mi urodzin, ale cholera. Nie wiem na czym stoję, nie wiem jak planować święta, co powiedzieć w pracy, co robić z kp.
Chciałabym do urodzin Marysia tj. do 30 kp, a dalej niech się dzieje wola Nieba.....może się uda 🍀
20 DC
W poniedziałek skończyłam antybiotyki 🥳🥳 samopoczucie się poprawiło. W poniedziałek zrobiłam test owulacyjny i piękna uśmiechnięta buźka, od poniedziałku ból jajników, który trwa do dziś, ♥️ były w niedzielę wieczorem i we wtorek. A jakby tak teraz zaskoczyło??? Byłby prezent pod choinkę 😅 niby sobie myślę, że przecież po tylu nieudanych cyklach to niemożliwe, ale gdzieś tam z tyłu głowy jest nadzieja 😅 zrobie w przyszły wtorek progesteron, przy okazji robienia TSH i Wit D, jestem ciekawa czy wynik potwierdzi owulację.
No ale pomimo nadziei na naturalsa 😅przygotowuje się do transferu, mam wyniki MUCHy, wszystko w porządku, jeszcze czekam na wynik cytologii. Ostatnio znalazłam informację o braniu zastrzyków z papeveryny zamiast kroplówki z atosibanu na skurcze macicy. Będę rozmawiala z gin na ich temat, chce zrobić maksymalnie wszystko żeby się udało, nawet jakbym po tych zastrzykach nie mogła usiedzieć na tyłku 😅 wstępnie już pytałam małża czy podejmie się robienia mi zastrzyków na co on z chęcią się zgodził. Ogarniam podanie intralipidu trochę bliżej domu, znalazłam właśnie klinikę do której mam ok 90 km a nie tak jak wcześniej jechałam 180 km w jedną stronę. Jutro zadzwonię zapytać jak to wygląda i ile kosztuje, z tego co wyczytałam chcą wyniki badań na alergię na soje i orzeszki ziemne oraz dokumentację potwierdzająca niepłodności immunologiczna 🤔 próbuje znaleźć pielęgniarkę która mogłaby mi to podać w domu ale narazie mi się nie udało 🥴
Jestem coraz bardziej nastawiona na to że pojde na L4 od dnia transferu, małż ma urlop od 10 stycznia to będzie się nami zajmował 😂 o ile oczywiście termin transferu pokryje się z jego urlopem.
Jak rzeczywiście była owulacja w 18-19 DC to okres powinien być ok 28-29. 12 😁
Uff coraz bliżej transfer 🍍🍍🍍
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 grudnia 2021, 22:18
Od jakiegoś czasu nie oczekuję już, że zajdę w ciążę. Jakoś.. nie umiem mieć nadziei. Boję się mieć nadzieję. Niby są plany na dalsze badania, na jakieś suplementy... ale to bardziej dla zasady. Żeby nikt nie mógł powiedzieć, że mało zrobiłam.
Czekam na cud.
Chwilę mnie tu nie było, kolejny cykl starań i kolejne schody 😪 okazało się, że mam E.coli w posiewie z szyjki i moczu i jakby to nie jest tragedia ale powoduje stop w staraniach 😪 ale to oczywiście nie koniec... Zrobiłam pakiet na trombiofilie... I są mutacje w genach mthfr i pai-1.. Lekarka powiedziała, że bez obstawienia lekami nie ma co zaczynać starań 😪 mam wrażenie, że to się nigdy nie uda 😪
FAKTY O KTÓRYCH NIE WSPOMNIAŁAM WCZEŚNIEJ.
WYWOŁANIE PORONIENA OD A DO Z (oraz informacje z rozmów, z lekarzami).
Z tego, co się obecnie dzieje w naszym kraju, wywołanie poronienia nie jest łatwą sprawą, nawet wtedy jeśli chodzi o ciążę obumarłą, dlatego tak długo to trwa (u mnie 4 dni, położne mówiły, że dziewczyny leżą nawet do tygodnia). Dopiero na wypisie zobaczyłam lek, który mi podawali (nie chodzi o to, że mi nie tłumaczyli co to za lek tylko po prostu, ciężko mi było zapamiętać tę nazwę i dla wiadomych przyczyn - nie chce jej ujawniać). U mnie sprawa była dosyć skomplikowana, nie dość, że leki średnio się we mnie rozpuszczały, to na dodatek rozpulchnianie i rozwarcie szyjki macicy szło opornie. Lekarze byli zgodni (pytałam co zmianę wszystkich po kolei), że to dlatego, iż to moja pierwsza ciąża i na dodatek zakończona poronieniem. Jeśli byłabym już po porodzie (lub byłoby to moje kolejne poronienie 😳) to z automatu poszłoby to szybciej - po porodzie (lub zabiegu) szyjka macicy zazwyczaj zostaje lekko rozwarta co umożliwia szybsze działanie tabletek - rozpulchnianie, większe rozwarcie, szybciej i bardziej odczuwalne skurcze macicy. Dlatego - każda z nas przechodzi to inaczej, każda z nas ma inną odporność na dane substancje i potrzeba mniej lub więcej czasu.
LEKI
- zastrzyki przeciwzakrzepowe - codziennie, przed antybiotykiem,
- antybiotyk - unikanie zakażenia, wkłucia co 12 h,
- lek osłonowy - po każdym antybiotyku.
DODATKOWO sól fizjologiczna do przepłukania wenflonu.
INTYMNOŚĆ - codzienne rozbieranie się do USG przed innymi lekarzami nie było dla mnie problemem. Jedynie po raz pierwszy raz w życiu miałam wykonywane to badanie krwawiąc. Natomiast to jak położne czy lekarze chcieli zobaczyć jak krwawię i co ze mnie wychodzi, powoli stało się wejściem w moją nietykalną przez nikogo strefę komfortu. Rozumiem, że oni są po to, by ratować życia, leczyć itd., wiem, że DUŻO W SWOJEJ KARIERZE WIDZIELI, jednak, kuźwa, to już dla mnie psychicznie było za wiele. Najgorsze było zbieranie "szczątków" do pojemniczka. Na początku to same skrzepy, położne i lekarze sami nie wiedzieli co to jest - może łożysko, może kosmówka, ot takie tam gdybanie. Stres jaki przy tym przeżywałam jest nie do opisania. Plus taki, że po którymś razie idzie się do tego przyzwyczaić. Po drugim dniu stało się to dla mnie rutyną.
DLACZEGO NAJPIERW TABLETKI?
Łyżeczkowanie wydaje się niezbyt skomplikowanym zabiegiem, jednak każde zewnętrzne działanie (chociażby rozwarcie szyjki za pomocą tych takich metalowych łapek) to ingerencja w nasz organizm. Lekarze wolą rozpulchnić i zmiękczyć szyjkę do najbardziej możliwego poziomu, by nie powodować rozwarcia tymi "łapkami" na siłę. I logicznie rzecz ujmując - im bardziej wszystko jest rozpulchnione, tym lepiej dla nas.
Obecnie, w Polsce zabieg łyżeczkowania przeprowadzany jest w ostateczności lub jeśli poronienie zachodzi na późniejszym etapie. Stosowane tabletki dopochwowe to nie są typowe tabletki na poronienie a zamienniki. Lekarze aktualnie się boją - nie tylko o siebie ale i o swoje pacjentki. Od przyszłego roku będą "rozliczani" z każdego takiego zabiegu...
Od siebie dodam, że takie długie oczekiwanie na koniec nie jest dla ciężarnej psychicznie zdrowe. W niedzielę już miałam dość wszystkiego i chciałam się obudzić "jutro".
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2021, 20:54
Zapomniałam dodać.
Allo wyszło 18,8%
Niby nie 0% ale też nie te min.25%
4.01 telekonsultacja z P i zobaczymy co dalej.
Przyjechał mój Józef z badań płci i przyczyny poronienia. Jak wzięłam przesyłkę od kuriera to mocno ją przytuliłam do serca 😊. Jak mąż wróci z pracy to poproszę go o schowanie Józia do trumny razem z boćkiem Bolkiem. Sama mogłabym to zrobić tylko B. schował gdzieś tą trumienkę przed moimi oczami. Mam nadzieję, że jak go pochowamy to moje samopoczucie będzie zdecydowanie lepsze. Na dziś to mam wyrzuty sumienia, że tak to wszystko długo trwa... Pochówek prawdopodobnie będzie rano, w czwartek.
910608! ❤ Cieszę się, że jesteś, wysłałam Ci z rana zaproszenie. 🤗 Widziałam nawet ostatnio Twoje wyniki z badań prenatalnych, cudownie (od czasu do czasu zaglądam na lipcowe mamy)! Starszy brat na pewno jest na górze szczęśliwy z takiego obrotu sprawy. 😁 Szczerze mówiąc, wyobrażamy sobie Józia jako aniołka 🤔 i nie myśleliśmy o nim nigdy w kategoriach "co by było gdyby" bo zaraz z mężem mamy łzy w oczach no ale! Wizję mam (jak to matka) - patrząc po dzieciach ze strony braci męża to byłaby skóra zdjęta z rodziny W. - wysoki brunet, mocno czekoladowe oczy, łamacz dziewczęcych serc 💔😂. Jak w niebie ma skrzydła, to raczej nie korzysta z nóg (napisałabym lenistwo ale wolę "pójście na łatwiznę" 😂). Na pewno nerwus, na pewno porywczy, mam nadzieję, że nie aż tak uparty jak ja i gaduła 🤫🤭. Raczej indywidualista, z tych, że musi coś robić, nawet jak odpoczywa. A z hobby, to raczej kierunek wspólny z rodzicami, czyli biegacz górski. Szczerze pisząc, mieliśmy z mężem rozmowę, jeszcze jak byłam w ciąży, i braliśmy pod uwagę odkładanie jej/jemu pieniędzy na bardzo elitarny bieg górski (gdyby chciał/a) a teraz to myślę, że ma lepszy żywot i dostęp do gór niż matka z ojcem i może być na każdym elitarnym biegu jaki sobie wymarzy i towarzyszyć swoim ziemskim idolom. Zdecydowanie widzę go przy nas, na górskich wycieczkach, oczywiście najpierw stękający i płaczący co 5 m "ile jeszcze" 😆 ale myślę, że w wieku 15 lat już ciężko by mi było go dogonić (ojciec jeszcze da radę, a ja to raczej z rodzeństwem 🥵 jak Bóg da). W sumie to fajnie sobie tak pogdybać. ☺
Często podczas prostych czynności wyobrażam sobie, że stoi obok nas lub sobie fruwa nad nami szczęśliwy. 👼 Kochamy go bardzo mocno i wiemy z mężem, że Bóg wiedział co robi zabierając nam go, tym bardziej, że już wiemy dlaczego. Na pierwszych prenatalnych wszystko by wyszło a ja za nic w świecie nie zgodziłabym się na terminację ciąży. Nie mam też żadnych pytań, pretensji, żali... Wiadomo, że jest przykro, że nie jest kolorowo... Ostatnio w Kościele uśmiechała się do mnie mała dziewczynka, na oko 3 latka i wyobraziłam sobie Józia. Oczy zaszkliły mi się w moment i zrobiło mi się jakoś tak smutno. ☹️
Poczułam dziś małą zazdrość, bo dziś teść mi mówił, że śnił mu się mały chłopiec, z wyglądu cały B., z którym się bawiłam. Może to proroczy sen - kto wie. 😇 Józiu mój mały, a może przyśniłbyś się mamie? Albo tatusiowi, co? 😇
Edit. 910608 ja tam czuję, że każdy aniołek każdego zna, więc całkiem możliwe, że chłopaki fikają razem 😁 śmiać mi się zachciało i w sumie nawet się troszkę zestresowałam - mam nadzieję, że mój Józio idzie choć trochę na kompromisy. 😂
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 grudnia 2021, 11:51
4tc
Dziś drugi dzień stymulacji lamettą, ostatni cykl przed histerolaparoskopią 🤞
Tak teraz myślę, że czasem człowiek na coś czeka, czeka, liczy czas od początku, wkurza się, że tak długo to trwa, a nigdy nie zdaje sobie sprawy ile zostaje odhaczone od końca. Coś się dzieje i nagle się okazuje, że wszystkie wcześniejsze drogi prowadziły dokładnie do tego miejsca i z perspektywy właśnie tak miało być.
Nie wiem ile zostało do odhaczenia cykli nieszczęśliwych, ale za to wiem ile zostało do konkretnych zabiegów, ile do podjęcia (w zależności od wyników) kroków już na stałe do kliniki. I mam nadzieję i czuję w sobie, że już dawno minęliśmy półmetek tych starań i mało nam zostało do tego szczęśliwego cyklu 🤞
Z przyjemnych rzeczy to we wrześniu tydzień przed laparo chcemy jechać nad morze, a potem może pomalujemy mieszkanie i październik spędzimy w pięknym odnowionym mieszkanku 😊😁
Wyszedł mi III stopień czystości pochwy. Czyli do leczenia
Dziś zrobiłam wymaz z antybiogramem. Czekam na wyniki. Chlamydia PCR ujemna. Jeszcze wleci antybiotyk w takim razie przed transferem. Dziś 21 dc. Na upartego moglibyśmy się wyleczyć i w kolejnym cyklu podejść do transferu. Ale chyba poczekamy. Jak rozmawialiśmy z Mężusiem, to nawet nie ustaliliśmy terminu, tylko po prostu "działamy", co wyjdzie, to wyjdzie. Także chwilowo bez spiny (oby tak zostało, to obędzie się bez relanium).
Poza tym siedzę w domu chora. Plecy mnie bolą, głowa i uszy też, straciłam głos, a w nocy mnie telepało z zimna. Infekcja wirusowa. Ale to całkiem dobrze, bo wykorzystam L4 (oby mała nic nie złapała, żebym mogła ją odstawiać do przedszkola) na refleksologię, akupunkturę. Może do dentysty się wybiorę na kontrolę.
Z ciekawostek - w poniedziałek pierwszy raz oddawałam krew. Z koleżanką. Lekko stresująco, ale też i z zaciekawieniem. Czułam delikatny zjazd na spacerze, ale w ogólnym rozrachunku bardzo dobrze zniosłam. Muszę pamiętać o odliczeniu tego od podatku. A czekolady przepyszne!!!
Chciałam się z Wami podzielić moim odkryciem, niekoniecznie niepłodnościowym, ale okresowym. Może się okazać, że pojawią się jakieś negatywne komentarze - luz, robię ze swoim życiem, to, na co mam ochotę. Nikomu też niczego nie rozkazuję. Od lipca ograniczam ilość podpasek. Malineczka była na wielopielo (początkowo system mieszany z jednorazówkami). Podcierałam ją i podmywałam zawsze myjkami. W pewnym momencie przyszło naturalnie moje przestawienie się na myjki (po 2. i w trakcie okresu dalej papier toaletowy). Pierzemy zgodnie z zasadami wielopielo, bakterie giną. Kolejnym krokiem, było to, że gdzieś wpadłam na info, że świetne majtki menstruacyjne robi firma Tymoszku (ta firma zaczynała od wielopielo). Łatwiej mi więc przyszło zaufanie do Tymoszku, niż do firm bieliźniarskich, bo znałam rynek pieluszek wielorazowych. Kupiłam na spróbowanie parę. Jak mi podpasowały! O losie. Zupełnie inna jakość spania w nocy. Fakt, schną długo, więc użyłam ich może 2 razy w trakcie jednego okresu. Teraz już wiem, jakiej chłonności potrzebuję i jaki rozmiar jest dla mnie optymalny (szeroka rozmiarówka), więc przebieram tylko wzory (mega ilość i różnorodność). W kolejnym miesiącu dokupiłam 2 pary. W kolejnym jeszcze jedną. I wczoraj kolejną. Szczególnie w tracie upałów, mój komfort był o wiele wyższy niż przy podpaskach. Na noc, na treningi - to mój must have. Piorę je tak, jak wielopielo. Aktualnie będę mieć 5 par i myślę, że przy ich czasie schnięcia nie wystarczy mi to na jeden pełny okres. Niemniej, używam ich w domu, w pracy tylko na spodziewany pierwszy dzień (bo jest skąpy) oraz na ostatnie dni (są skąpe), więc w pracy jeszcze używam podpasek. Myślę jednak, że jeśli dane mi będzie jeszcze raz przechodzić połóg - tylko na majtkach wielorazowych.
Wcześniej próbowałam kubeczka i podpasek wielorazowych, ale jakoś nie czułam się zbyt pewnie. A teraz te majtki i jest rewelacja. Nie wyobrażam sobie na trening chodzić w czymś innym. Po wyjęciu z opakowania wydają się duże (mają dość wysoki stan), ale leżą idealnie. W zasadzie jak tylko Tymoszku pisze o nowej dostawie albo przedsprzedaży, to ja już przeglądam dostępne wzory. W ten sposób kupiłam też majtki Bratowej, Siostrze i Przyjaciółce.
21 dc, los z nas kpi.
Czekamy na wyniki RNA na HCV i modlę się tylko, żeby były zadowalające...
Jutro idę do ginekologa, zobaczyć co tam słychać u moich nieprzyjacielskich jajników. Nawet myślałam, że może jednak ta ovu była/będzie i wiecie co, mąż dzisiaj wrócił z pracy - 37,5 gorączki. Także facet + temperatura ... Raczej na miłosne uniesienia nie ma co liczyć. A żeby jeszcze było mało, to jutro wieczorem mamy szczepienie... No i wiadomo jak jest chory to pewnie będziemy musieli przełożyć.
Wszystko idzie nie tak, martwię się tym HCV... już nie mówiąc że HBS po raz kolejny wyszedł mu dodatni (jest zdrowym nosicielem, jako niemowlę przechodził ostre WZW B ), oczywiście usg brzucha/wszystkie próby wątrobowe są idealne (robi je raz w roku). No ale, boję się że to jednak będzie jakieś przeciwskazanie do procedury. Bardzo się boję.
Plus taki że mi wszystkie badania wyszły piękne, czekam jeszcze tylko na chlamydię. ale wszystkie HCV, HBS, HBC - wyszły niereaktywne - co też jest chyba ważne w kontekście wyników męża.
Nie mam już siły.
A i jeszcze w pracy jest coraz gorzej - psychicznie siadam, marzę o ciążowym L4 
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 grudnia 2021, 17:49
Ku pamięci - z dnia 27.11.2021
Pojechałam dziś do ginekologa. Wczoraj, na papierze toaletowym zobaczyłam lekko różowe plamienie. Spanikowałam i na szybko wyhaczyłam wolną godzinę konsultacji. 😌 Występowanie plamień miało związek ze współżyciem i otarciami🤦♀️, szyjka macicy czysta - brak jakichkolwiek śladów plamień z zewnątrz macicy. Na USG widoczne serduszko, 133 ud./min. ❤ Obraz czysty, wg OM 6+5, wg zdjęć USG 6+1 lub 6+3. Pan doktor powiedział, że jest lekkie opóźnienie w rozwoju, w stosunku do zdj. nr 1 (4 dni) ale na razie kazał się niczym nie przejmować, owulacja mogła się spóźnić lub został zapłodniony drugi pęcherzyk, który był "na stanie". Wyniki badań w normie, karta ciąży założona, kontrolna wizyta za 2 tygodnie. Cierpliwie czekamy. ❤
W domu sprawdziłam kalendarz Ovu. Niepotrzebnie. Od tego momentu zaczyna mi towarzyszyć stres. Tak, zapłodnienie prawdopodobnie z drugiego pęcherzyka. Współżycie miało miejsce tylko i wyłącznie w trakcie możliwych dni owulacji pierwszego i możliwe, że dzień lub dwa po owulacji z drugiego... Podświadomość i moja wiedza już wiedzą, że może nie być happy endu. Mimo to, cieszę się z mężem Kropkiem. ❤ Modlimy się o Jej/Jego zdrowie, aby wszystko było dobrze. 🙏
Zarezerwowałam wizytę u lekarza na 9.12. Jeszcze pełna optymizmu - nie mogę się doczekać. 🥰
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2021, 07:11
Ku pamięci - z dnia 6.12.2021
Mikołajki a ja... Czuję, że zaczyna się dziać coś niedobrego. Sygnały mojej podświadomości oraz ciała zazwyczaj są prawidłowe do stanu rzeczywistego. Na dodatek wbrew sobie ciągle myślałam o szwagierce...
Przestały mnie męczyć jakiekolwiek ciążowe dolegliwości. Nagle, z osoby zmęczonej stałam się pełna sił i wigoru. Apetyt powrócił, zjadłabym konia z kopytami 🐴 . Mówię o swoich obawach mężowi a on: "Pamiętasz co mówił lekarz? Jak jest nie dobrze to znaczy, że jest dobrze". I tego się zaczęłam trzymać. 🙏🍀
I czas się na chwilę zatrzymał, choć musi iść dalej.
Jestem tu gdzie bałam się być, ale muszę być silna..
Samotna matka dwójki dzieci, mogło być gorzej.. a jednak jest ciężko.
Muszę być silna, muszę to przetrwać, dla niej i dla niego, pokazać czym jest spokój, miłość, wsparcie i szacunek 🫡
Dam radę, choć początki bywają cholernie trudne.
Ku pamięci - 30.11.2021
Czuję nasilenie objawów ciążowych, choć nie wymiotuję. 🤢 Piersi spuchnięte na maxa, spodnie robią się obcisłe, woda w organiźmie zatrzymana do granic możliwości. Libido spadło poniżej 0, ochota na jedzenie również. Lekarz pozwolił mi biegać ale się boję, ograniczam się do 5 km spacerów z psem. 🚶♀️🐕
Oprócz tego, że wywołałam kontrowersyjną burzę na forum staraczek listopadowych nic nie działo się ciekawego. Moja opinia oczywiście po raz pierwszy ujrzała światło dzienne, bo nigdy nie miałam potrzeby, by wypowiadać ją głośno i tyle. Od dziś już tam nie wracam, nie czytam, nie nadrabiam i znów zaczynam mieć czystą głowę. Niezmiennie kibicuję dziewczynom, które skradły moje serducho ❤ i trzymam za nie najszczersze kciuki. 🤞🍀 Jak jest dobrze to jest dobrze 😉, natomiast jak ma się kontrowersyjnie odmienne zdanie - to już gorzej. Nie jestem wylewną osobą jeśli chodzi o dolegliwości mojego męża, nie chciałam do końca dzielić się moimi obawami, internet to internet. Na koniec - nie zamierzałam się ze wszystkiego tłumaczyć, ważne, że zmieszano mnie z błotem. 🤔 Wtedy nie wiedziałam, że zacznę pisać pamiętnik, by "przelać" swoje emocje i prawdopodobnie pewne informacje ujrzą światło dzienne. 😉
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2021, 07:47
Ku pamięci - 1.12.2021
Po raz pierwszy w tym miesiącu dostałam strzała z liścia. Moja szwagierka poroniła, początek 14 tygodnia. 😭 O ciąży wiedzieliśmy tylko my. Nie mogłam w to uwierzyć, zaczęłam płakać razem z mężem. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać tego bólu i samopoczucia. To jej 3 ciąża z drugim poronieniem, związanym z konfliktem serologicznym. Do końca pokładała nadzieję, że będzie dobrze, nie dopuszczała myśli, że będzie dziewczynka... Teściowa załamana.
A ja, jeszcze wtedy niczego nieświadoma i z pozytywnymi myślami, nie sądziłam, że dostanę (za przeproszeniem) w ryj, tydzień później. Mimo tragedii szwagierki chciałam... Musiałam myśleć pozytywnie. 😞🥺
Co do porodu to wyglądało to od początku tak...
Stawiliśmy się w szpitalu w pon 14/03 o 21. Zostaliśmy przyjęci na oddział - prywatny pokój z własną łazienką , rozkładana sofa do spania dla męża itd no very nice 😉
Polozna Debby, podpięła mnie pod KTG. Na ktg zapisywały się skurcze BH które towarzyszyły mi już od dawna. Były całkiem nocne (toco 50-60) ale jak przez ostatnie tygodnie, niebolesne.
Następnie pojawiła się gin na dyżurze, zbadała mnie ginekologicznie, rozwarcie miałam tylko 1-1,5cm cm i wsadziła mi w szyjkę globulkę na wywołanie skurczy i rozwarcia. Powinofrnowano nas wtedy że po 6h sprawdza jak ma się sytuacja i jeśli będzie potrzeba to mogą podać w sumie do 3 takich globulek.
Od tamtej pory do KTG byłam podłączona przez 70% nocy. Po podaniu globulki skurcze stały się bolesne, a ich moc się troche zwiększyła (50-100)
Po 6h wróciła dyżurna gin - była zadowolona z zapisów ktg ale rozwarcie średnio ruszyło, chyba wtedy było na 2-2,5cm. W związku z tym gin zafundowała mi cholernie bolesny masaż szyjki 😣 no myślałam że ucieknę z łóżka, dosłownie... Ten masaż o ile dobrze pamiętam miał miejsce koło 3-4 w nocy. Byłam już mocno zmęczona bo skurcze już od kilku godzin trwały, dość regularne i w miarę bolesne, do tego ten masaż szyjki... Poprosiłam i pierwszy lęk przeciwbólowy i dostałam zastrzyk w tylek, który mimo że faktycznie ostatecznie zdziałał cuda to zaczął działać dopiero po jakieś 1-1,5h
Co tu duzo pisać, noc była dla mnie długa, bolesna i kompletnie nieprzespana. Całe szczęście Oskar obok na kanapie spał jak zabity. Jeszcze tego brakowało żebym miała na porodówce umordowanego męża.
Jak nastał ranek, a zastrzyk wreszcie zaczął działać to zaczęło się okienko takiej kilku godzinnej nudy. Wjechało śniadanie, nastąpiła zmiana personelu i zamiast Debby przyszła Sara (zmiana zdecydowanie na lepsze 🙏)
Do 11 właściwie nic się nie działo, skurcze mniej dokuczały bo lek nadal dział, ja skakałam przez jakieś 2h na piłce i czekałam aż zjawi się moja gin.
Ok 11:30 przyszła Dr Iram - baaardzo się ucieszyliśmy na jej widok bo wiedzieliśmy że teraz wreszcie zacznie się coś dziać. W końcu do tej pory poza bolesna, nieprzespana nocą, postępu w porodzie większego nie było.
Dr Iram zbadała mi szyjkę - rozwarcie nadal 2-2,5cm. Skurcze nadal takie jak w nocy. No to nie było na co czekać, szybka akcja i dr przebiła mi pęcherz płodowy. Jejku! Jakie to było śmieszne uczucie jak ta cała ciepła "woda" się ze mnie wylewała 😅 oj i jak tego dużo było! Ogólnie bałam się że przebicie tego pęcherza będzie bolało - w sensie wprowadzanie sprzętu do przebicia w szyjkę będzie bolało ale na szczęście nie miało to miejsca.
Po przebiciu pęcherza przeniesiono mnie na porodówkę. Dostałam pieluchę i z pytano mnie czy chce wózek czy przejdę - przeszłam.
Porodówka znajowala się 2 piętra wyżej, duża sala, ogromna łazienka z prysznicem, łóżko i piłka i tyle. Polozna Sara była z nami, na prawdę dobrze z nią trafiliśmy bo widać że trzymała rękę na pulsie i nie pieprzyła farmazonów takich jak koleżanka Debby.
Na porodówce początkowo bez zmian, przebicie pęcherza spowodowało tylko że skurcze stały się bardziej bolesne ale nadal do wytrzymania. Kontynuowałam skakanie na piłce, zmęczenie już mi się bardzo mocno dawało we znaki a konca tego wszystkiego na horyzoncie nie było widać.
Po jakimś niedługim czasie przyszła Sara i powiedziała że dr Iram zadzwoniła żeby podać mi oxytocyne (dr Iram jak zawsze przyjmowała w tym czasie normalnie pacjentki w klinice a innym pietrze).
Po podaniu oxy stety/niestety musiałam się położyć na łóżku. "Stety" bo byłam tak zmęczona już że marzyłam o tym żeby się położyć, "niestety" bo wiedziałam doskonale że pozycją leżącą poród można co najwyżej spowolnić a nie przyspieszyć.
Od przebicia wód i podania oxy wszystko szło trochę jak krew z nosa bo skurcze były już bardzo bolesne, moje zmęczenie sięgało zenitu a rozwarcie wynosiło ciągle tylko 2-3cm.
Po podaniu oxy skurcze były już częste, regularne i bardzo bolesne. Milam do dyspozycji gaz który miał trochę usmierzyc ból, ale chyba w praktyce miał bardziej odwaracac uwagę niż faktycznie znieczulać.
Przez nast kilka godzin (3-4h? Nie wiem) sytuacja wygladala tak : ja leżałam na łóżku, mąż siedział obok mnie. Skurcze co 3-5min, ja z gazem w ręce i w każdej przerwie między skurczami "przysypiałam" ogólnie leżałam z zamkniętymi oczami, mąż tylko po zapisie ktg mówił mi, że zaczyna się kolejny skurcz i po skurczu mówił mi jaką miał siłę (Tak go poprosiłam)
Jeśli wcześniej byłam bardzo zmęczona to na tym etapie już nie wiedziałam jak się nazywam.
Z ciekawostek siła skurczy na ktg wynosiła na tym etapie tylko 20-40, także to ktg jest o kant... Wszystko zależy od tego gdzie sondę założą na brzuchu i czy jest tam gdzie rozpoczyna się skurcz.
Ostatecznie z braku sił i faktu że rozwarcie wynosiło nadal tylko 3 cm (!!) poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Wizja kolejnych godzin w bolu bez snu była już niewykonalna.
No więc ok - teraz akcja wreszcie nabiera tempa. Kiedy przyszedł anestezjolog to musiałam usiąść i wtedy zacząły się najgorsze skurcze. Bolesne, mocne, częste i długie. W końcu po jakiś 30 min anestezjolog skończył przygotowania i wbił mi się w plecy (jest to kompletnie bezbolesne jakby co). Przypominam że przed podaniem znieczulenia miałam nadal rozwarcie tylko na 3cm.
Jak położyłam się z powrotem na łóżku a znieczulenie jeszcze nie zaczęło działać to skurcze nadal tak samo nocno bolały i zaczęłam czuc mega parcie. Polozna mnie zbadała i Okazało się że w w niecałe 30 min przeszłam z 3cm rozwarcia do rozwarcia pełnego z widoczną główka 😬
Śmieszne w tym jest jeszcze to że po podaniu epidural, zanim poinformowałam polozna że czuję uczucie parcia, oskar poszedł po kawę dla siebie - jakby czemu nie, w końcu rozwarcie miałam tylko 3 cm 😅 to się chłopak zdziwil jak wrócił 5 min później i dowiedział się że mam pełne rozwarcie i widać główkę 😂
Ale ok, dalej : Zewnątrzoponowe powoli zaczynało działać i ostatecznie urodziłam kompletnie bezboleśnie (w sensie przy partych już nic nie czułam) i wtedy największą trudnością było parcie bo po prostu tego nie czułam a polozna i moja gin ciągle mówiły mocniej mocniej. Ogólnie zewnątrzoponowe było najlepsza decyzja jaka podjęłam i uważam, że też na idealnym etapie (fartem) mi je podano.
Za długo już to wszystko trwało i bezbolesna końcówka porodu to było to co potrzebowałam
ostatecznie od podania globulki i pierwszych bolesnych skurczy do przyjścia Mai na świat minęło 20h... 20h bez snu i w lub większym bólu 😑
Znieczulenie również mega się przydało do szycia bo niestety dr Iram trochę mnie naciela. (Tak na tym etapie Dr Iram była już z nami do konca)
Do wyciągnięcia Mai ostatecznie oprócz nacięcia dr Iram użyła też Vaccum (Kiwi), dwie skurcze, dwa pociągnięcia i Calineczka była na świecie 💗
Maya ur 15/03 o 18:22 47cm i 2,73kg 💗
Cdn.
CZWARTEK
Ja tylko na chwilę. Między makowcem a sernikiem wpadłam Wam co nieco pożyczyć 😉
Spokojnych, zdrowych Świąt, abyśmy chociaz w ten krótki wyjątkowy czas potrafiły docenić i cieszyć się tym co mamy, a nie skupiać się na tym czego nam brakuje... 🎄🎁⛄ MERRY CHRISTMAS 💖
Rok 2 miesiące 2 tygodnie + 5 dni waga 11,3 kg
Jak ten czas leci. Dopiero co byłam na urlopie a to już końcówka. Święta zleciały i to migiem. Odpocząć nie odpoczęłam choć chciałam. Nocki były ostatnio straszne. Okazało się że młodemu wychodzi 8 zębów na raz. Powtórka z rozrywki. 4 trójki już po mału widać ale to duże żeby więc trochę minie jak wyjdą całe. Jedna czwórka też a 3 spuchnięte. Biedny mały ile on się musi wycierpieć. Ostatnio nie chce wcześniej się kłaść. Wczoraj ledwo na siłę o 23 go uspilam mój już spałzował nie dał rady.
Piotruś przyzwyczail się że byłam z nim 20 dni a w czwartek do pracy ehhh biedulek znów będzie się budził rano. Dobrze że stary na 13 do pracy to troszkę pospi.
Dziś pierwszy raz od dłuższego spał sam do 6 rano. Bo zwykle ląduje w łóżku. I czas pomyśleć o większym luzku bo ciężko się pomieścić tym bardziej że nóżki lądują na twarzy starego a głową na mnie. A przestawić się go nie da bo zaraz pobudka.
Ostatnio przed świętami wybrałam się do gina. Stwierdziłam że może transfer pod koniec stycznia bo potem gin na ferie.
I jak zawsze przeszkody. Gin tym razem poparł metody Pasnika uwierzył w immuno i będziemy postępować jak ostatnio. Co dziwne zgodził się na ten plan co Pasnik. Pierw screatching cykl przerwy i transfer. Ale tym razem screatching bez leków zabezpieczających przed nie będzie. Więc wszystko się przesuwa. Po prostu tak musi być to nie ten czas. Więc kolejny cykl styczniowy screatching cykl przerwy z luteina tak aby okres wypadł podczas jego urlopu i transfer. Bo tak naprawdę nie chciałabym chodzić na monitoringi po różnych lekarzach . Lepiej niech jeden ocenia niż 5.
Więc jak wszystko wypadnie jak trzeba transfer będzie w marcu. Jeśli się nie uda, nie robimy przerwy kolejny od razu będzie. Więc jak dobrze pójdzie do końca kwietnia zakoncze starania. Albo z wynikiem pozytywnym albo negatywnym. I tak wszystko zostawiam w rękach Boga. Jeśli mi dane będzie zostać po raz ostatni matka to będę jeśli nie to wiadomo. Najgorsze z tego wszystkiego że już menopauza blisko FSh już 12. Kurde a tu nawet 40 nie mam. Ehhhh
Ku pamięci - z dnia 7.12.2021
Czuję się okropnie - w pracy, w domu. Jestem osłabiona, pozbawiona jakichkolwiek chęci do życia. O ile w pracy stan nie był na tyle poważny, to po powrocie do domu przy nakładaniu obiadu zgięłam się w pół. Dobrze, że mąż stał obok i ma refleks. Chwycił talerz w momencie, gdy ja opierałam się o kuchenkę. Przeszywajacy ból od żołądka do dołu. Mąż zaprowadził mnie do łóżka i kazał mi leżeć. Kuźwa. Na pewno pomyśleliśmy o tym samym ale nie powiedzieliśmy tego głośno.
"- Jedziemy do lekarza?" - zapytał.
"- Nie kochanie, zaraz mi będzie lepiej... " - odpowiedziałam. 🥺 Po chwili ból minął a ja, bez myślenia położyłam swoją dłoń na brzuchu. Ku*wa.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2021, 08:02
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.