14+2
Miałam częściej pisać, a wychodzi jak wychodzi. Na Belly jakoś nie umiem się odnaleźć, a na Ovu ciągle zmienia mi opcję pamiętnika. Może kiedyś się przyzwyczaję... 
Wczoraj aplikacja wyświetliła mi informację o tym, że jestem w setnym (100!) dniu ciąży. Moje szczęście trwa już 100 dni. To niesamowite i wciąż wprost nie do uwierzenia.
W ubiegłym tygodniu mieliśmy badania prenatalne. Grzdylek ma już nieco ponad 7 cm, a ryzyka wyszły niskie (zarówno z USG jak i z PAPPA). 🥳 To był też moment, w którym pozwoliłam sobie zacząć się cieszyć tą ciążą. Teraz już musi wszystko być dobrze. Jesteśmy w drugim trymestrze, najwięcej niebezpieczeństw już za nami.
Przyzwyczaiłam się też już do trybu "jestem na zwolnieniu lekarskim i nie pracuję", bo pierwsze tygodnie były bardzo ciężkie. Śmiem twierdzić, że wpadałam wręcz w jakieś lekkie stany depresyjne. Dzisiaj jest już dużo lepiej. Wiem, że muszę odpuścić i dbać już nie tylko o siebie, bo nie tylko za siebie odpowiadam.
Stary jest ciągle w trybie "nadopiekuńczy". Jakby po grudniowym moim pobycie w szpitalu zresetował się do ustawień fabrycznych i włączył jakiś nieznany mi dotąd tryb swojego jestestwa. Miłe to, nie powiem. Po tych wszystkim naszych staraniowych wzlotach i upadkach chyba teraz dopiero widzę, jak Jemu też bardzo zależało, tylko okazywał to w zupełnie inny sposób, przeżywał to na zupełnie innym poziomie niż ja. Ciążę też przeżywa zupełnie inaczej. Z jednej strony nadopiekuńczość w pełnej krasie, z drugiej duże zaufanie do lekarza prowadzące i takie hmm twarde stąpanie po ziemi. Kocham Go za to jeszcze bardziej.
27+4
Witam się w III trymestrze!
Pokoj dla naszego synka już prawie gotowy, przeważa kolor pastelowej mięty 💙
Chodzimy na szkołę rodzenia w szpitalu w którym będę rodzic.
Na pierwszych zajęciach miałam mały kryzys, ciągle chciało mi się płakać, przerażał mnie temat porodu, masowania krocza i całej tej otoczki.
Oprócz szkoły rodzenia chodzę na edukację przedporodowa z położna środowiskowa w przychodni do której jestem zapisana (jest 10 spotkań z różnymi tematami np. pierwsza pomoc, laktacja, szczepienia, poród, rozszerzenie diety). Mega jestem zadowolona, dużo tematów o których nie miałam pojęcia. Pewnie część na szkole rodzenia będziemy powtarzać, ale to dobrze, przynajmniej sobie utrwalę.
Za kilka dni wizyta u gina i pewnie dostanę skierowanie na III prenatalne. Już się nie doczekamy aż zobaczymy naszego skarba! 💙💙💙
Mam kartę stymulacji, mam receptę, teraz zostało czekać na w sumie dwie miesiączki i zaczynamy pierwszą procedurę ICSI w długim protokole. Rigevidon, gonapeptyl od 19 dc, po @ dochodzi menopur i ovaleap. I w 7 ds podgląd jajec i badanie estradiolu i progu.
Fajnie jest, jestem spokojna, staram się brać wszystko metodą małych kroczków. Nie przyspieszę nic, teraz mało będzie zależało ode mnie i mojego zaangażowania. Z supli biorę Q10, mioinozytol, B12, foliany, D3, piję TrioGLA, chwilowo mam przerwę w akupunkturze, spaceruję po lesie z psem i staram się przetrwać lato z okropnymi upałami, a co za tym idzie u mnie z migrenami i przegrzaniem.
Nie mam dużych oczekiwań co do tej procedury. Biorę suple tak, żeby naładować pozytywnie komórki, ale wiem też że endomenda może namieszać więc traktuję to jak proces wyciszania jej i sprawdzenia reakcji organizmu. Nie angażuję się w to, nie czytam co i jak, rozpamiętywanie wszelkich możliwych wyjść i ewentualności nie działa na mnie dobrze. Muszę być jak woda i płynąć sobie z prądem. I tak nie wiem finalnie gdzie mnie zaprowadzi ten nurt, bo wydarzyć się może wszystko i nie jestem w stanie się na wszystko przygotować, ale będę się cieszyć ze wszystkiego co mi los da. Przygotowuję się na najgorsze, ale nadzieję mam na najlepsze. Już nie mam do losu pretensji, jestem wdzięczna za to co mam, a mam na prawdę dużo. I nawet jeśli teraz się nie uda to nie znaczy, że coś z nami jest nie tak..
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 lipca 2024, 09:09
26dc. 11dpo - biało 😭
Kolejny raz to samo, kojelna biel na teście, kolejne rozczarowanie, kolejne wylane łzy i kolejny ból. Za każdym razem boli tak samo. Za każdym razem te same emocje, te same łzy i ten sam ból. Za każdym razem te same pytania DLACZEGO??....na które nigdy nie dostanę odpowiedzi.. 😭
Dziś wiem, że nigdy, przenigdy się z tym nie pogodzę. Zawsze ten okres starań będzie dla mnie bardzo mocno bolesny. Wiem to, bo już raz to przechodziłam tylko w pierwszą ciąże udało mi się zajsc w 12 cyklu. Ale za każdym razem kiedy była biel na teście, kiedy pojawiała się wredna @... te emocje za każdym razem były takie same. I teraz jest różni weź dokładnie to samo. Pamiętam tamte starania, tamte emocje.. Takich dni się nie zapomina. I teraz przechodzę dokładnie to samo..z tą różnicą, że podczas tamtych starań w tym cyklu który mam obecnie, to byłam już na końcówce ciąży...A tu jak ciąży nie było, tak nie ma...
No nic czekam na wredną małpę...
Albo w zasadzie nie czekam... W tym momencie moja cała nadzieja i wiara, że zostanę drugi raz mama, a moje dziecko będzie starszym bratem zmalała do całkowitego zera.
Na tą chwilę kompletnie nie umiem sobie z tym poradzić. Dlatego zawieszam 🏳️.
Życzę wszystkim powodzenia 🍀 i dużo dużo siły w walce o swoje szczęście 🍀
Buziaki Martaxoxo ❤️
Wizyta u ginekologa nr 1
Wychodząc z gabinetu wiedziałam, że już do niego nie wrócę.
Otrzymałam Ovarin na 3 miesiące i starać się 2 razy w tygodniu. Jeśli nie będzie ciąży za 3 miesiące wrócić i da zlecenie na badania hormonalne.
Kilka dni później sama poszłam na badania hormonalne. Wydałam na nie 300 zł. Wyniki trochę mnie załamały ale nie wiedziałam do końca jak je czytać tylko tyle co znalazłam na necie.
Poniżej normy: LH, FSH, Estradiol
W normie: TSH, DHEA-SO4, SHBG
Powyżej normy: Prolaktyna, Testosteron
Brałam ovarin i pregna start + dieta z niski IG. Po miesiącu poszłam ponownie na badania, były lepsze ale miesiaczki nadal brak.
Zrobiłam jeszcze krzywą insulinową i glukozę ale tutaj wyniki były wzorowe.
Wizyta u ginekologa nr 2
Pod koniec lutego wizyta u drugiego ginekologa z wynikami. Diagnoza:
- wtórny brak miesiączki
- hiperandrogenizm
- hiperprolaktynemia
- podejrzenie PCOS
Dostałam skierowanie do kliniki leczenia niepłodności i tyle. Znów się zawiodłam i wiedziałam, że tam nie wrócę.
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 lipca 2024, 15:47
Wzięliśmy ślub w październiku 2023 roku. Po 8 miesiącach narzeczeństwa oraz roku i 7 miesiącach bycia parą. Słyszeliśmy, że szybko, choć nam wydawało się to normalne i jedyne właściwe tempo. Chcieliśmy być razem, razem zamieszkać i spędzać każdy kolejny dzień. Być rodziną. Skończyliśmy studia. On - magister inżynier, ja magister filologii polskiej. Obroniłam pracę dyplomową dwa tygodnie przed ślubem. Wiecie, jaki był jej temat? Pisałam o językowych sposobach wyrażania trudnych doświadczeń na podstawie "Obsoletek" Justyny Bargielskiej. Znacie, lubicie, niecierpicie? To publikacja budząca skrajne emocje. Jest o śmierci. Głównie o tej śmierci powodowanej przez poronienie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 lipca 2024, 21:07
Pierwsza wizyta za 5 dni, jakoś zleciał ten czas. Czy się stresuje nie wiem.. Od tamtego epizodu silny bol się nie pojawił. Mam codziennie cmienia jak na okres ale biorę wtedy nospe i jest okej. Mam mieszane uczucia, myślę, że będę się stresować w dniu wizyty. Tak bardzo chciałabym usłyszeć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku 😒 Tłumaczę sobie, że musi być skoro objawy nie ustąpiły, ale bywa różnie. Wciąż do mnie nie dociera. Oby dotarło w piątek gdy zobaczę maluszka 🍀
Już po wizycie. Czy jestem zadowolona? Nie wiem. Chyba nie powinna oczekiwać gór.
Z pytań Pani doktor wychodzi, że źle obliczyłam okres. Liczy się od żywej krwi na podpasce czy tamponie. Plamienienie wliczamy. Także dzisiaj 3 dc, a nie 4 dc
Wyniki z wczoraj są prawidłowe patrząc, że to 2 dzień cyklu. Stwierdziła, że przy tych wynikach to naturalna owulacja powinna wystąpić. Przysadka pracuje.
Jeśli chce stymulacje to muszę do kliniki leczenia niepłodności. Chociaż powiedziała, że skoro owulacja była to próbować naturalnie. To był dopiero pierwszy cykl z potwierdzoną owulacja.
Dostałam na dwa cykle clotilbegyt. Działać od 15 dnia cyklu. Jak ma zaskoczyć to zaskoczy. Jak nie to zgłosić się po lamette lub letrozol do lekarza prowadzącego.
Postanowiliśmy, że tak zrobimy. Jeszcze dwa cykle z clo. Jak nie uda sie to poproszę o lamette. Jak to się nie uda to wtedy klinika. Skoro wyniki się poprawiają to może faktycznie uda się naturalnie. Bez leków.
Cierpliwość i spokój - tylko tego mi trzeba ✊️
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 lipca 2024, 18:05
Jednak dostałam wczoraj miesiączki.
W związku z tym pierwszy cykl trwał 37 dni, owulacja 26 dnia. Faza lutealna 12 dni.
Oznacza to, że ten cykl będzie monitorowany. Jutro na badanie LH, FSH i Estradiolu. Na czwartek udało mi sie dostać na pierwszy monitoring. Będzie to 4 dc, mam nadzieję, że ten jeden dzień nie bedzie za późno. Mam nadzieję, że trafie na lekarza, ktory chce mi pomóc. Może to właśnie ten cykl?
Mam przeczucie, że nie. Byłoby to zbyt łatwe, a jednocześnie mam wrażenie że jesteśmy tak blisko..
Cieszę się, że samo clo zareagowało i owulacja była ale to nadal zbyt mało żeby Cię mieć..
Niepłodność to najgorsza choroba, nie życzę tego wrogowi, nie życzę tego nikomu.
Drogie kobiety jesteście silne, walczycie, próbujecie, szukacie pomocy, nie poddajecie się. Cena jaką płacimy, by mieć dziecko jest ogromna.
"Kto nie skropił chleba łzami. Ten nie będzie apetytu miał. Każda kropla morzem dla mej łódki Hip hip hura!" 🍀
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 lipca 2024, 14:58
Chyba zostanę samotna matka..
Mam dość..
Przez te 4 miesiące życia mojego synka dowiedziałam się że;
Jestem gruba
Jestem głupia
Jestem jebanym bezmuzgiem
Nie potrafię się wysłowić
Nikt by na mnie nie spojrzał.
Nie zapewniłaby wszystkiego gdybym została sama z synem .
Rozwalam moje pieniądze .
Robie wszystko na odwal się .
Jestem szczerbata ( bo plomba mi się wykruszla na bocznym zębie)
Te wszystkie zdania usłyszałam od mojego męża.
Powiedziałam mu ze go w połowie już nienawidzę.
Że niszczy moje uczucie do niego .
Nic z tego sobie nie wziął do serca .
Powiedziałam że jest toksyczny i patologiczny .
Tak samo .. twierdzi że to moja wina że on tak najeżdża na mnie .
Trzymajcie kciuki jutro...
Jutro szpital i odpowiedz na pytanie czy to było wszystko, czy damy radę bez łyżeczkowania czy jednak nie 🫣 boję się drugiego łyżeczkowania... zwłaszcza że chce szybko transferować dalej... błagam niech to już się skończy... Nie mam już sily 😭
Okruszku, pomóż jutro mamusi 😭
Nie planowaliśmy dziecka, ale też nie używaliśmy antykoncepcji. Podoba mi się idea stosowania naturalnych metod planowania rodziny, ale nigdy nie byłam na żadnym kursie, a wizyty w poradni rodzinnej przed ślubem jakoś ominęliśmy. Byliśmy otwarci na nowe życie, nie zapobiegając mu w żaden kategoryczny sposób, a jedynie staraliśmy się unikać współżycia w okolicach owulacji, którą dość prosto, choć raczej na oko, wyznaczałam z regularnych, prawie jak w zegarku cykli.
Szukałam pracy. Wysyłałam CV w przeróżne miejsca, ale albo się do mnie nie odzywano, albo zapraszano na rozmowy kwalifikacyjne, z których nic nie wynikało. CV składałam do miejsc poniżej moich kompetencji, wiedząc, że z tych prac "wygodniejszych" i lepiej płatnych nikt się do mnie nie odzywa. Nie uważałam tego za plamę na honorze, przyjmowałam raczej moje wizje kariery zawodowej takimi, jakimi są. Po kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej w kolejnym niezbyt ciekawym miejscu wyznaczono datę: "do tego dnia na pewno damy pani znać, jaka będzie decyzja". Przyjęłam to zapewnienie z wdzięcznością, bo nie jest to standardem - jeżeli decyzja rekruterów jest odmowa, rzadko kiedy informują o tym małe żuczki, które śnią o pracy w ich firmie. W jakiejkolwiek firmie.
Złożyło się tak, że w dzień, w którym miałam otrzymać odpowiedź, miałam wyznaczoną wizytę u ginekologa, aby potwierdzić ciążę. Zadzwoniono do mnie, gdy z niej wracałam i siedziałam w tramwaju. Do pracy oczywiście mnie nie przyjęto, lecz po raz pierwszy z takiej odmowy się ucieszyłam, a na pewno się nią nie przejęłam. Przecież, najprawdopodobniej, byłam w ciąży.
Najprawdopodobniej, bo ginekolog na USG niczego jeszcze nie odkrył. Była to wcześniutka ciąża, a ja byłam w dniu po terminie spodziewanej miesiączki. W dniu terminu zrobiłam test i pokazał równe dwie czerwone krechy, wyraźne jak namalowane markerem. Lekarz, raczej nieskory do rozdawania uśmiechów, ale bardzo konkretny, stwierdził, że na USG widać tylko powiększone endometrium i że wszystkie moje objawy wskazują na ciążę - bolesność piersi, ból w podbrzuszu, jakbym zaraz miała dostać miesiączki, problemy ze snem. I oczywiście test ciążowy. Dostałam skierowanie na wymazy (z powodu objawów infekcji), na USG piersi i polecenie udania się na wizytę kontrolną za tydzień, kiedy najprawdopodobniej na badaniu ultrasonograficznym będzie już COŚ widać, a także gdy odbiorę badania wymazów. Posłusznie zastosowałam się do wszystkiego, Piersi okazały się wolne od wszelkich nieprawidłowości, co uciszyło moją hipochondrię (bo parę razy w ciągu dorosłego życia wydawało mi się, że czuję ciągnięcie w piersiach), a wymazy wykazały jak byk infekcję grzybiczą. Powiedziałam o dwóch kreskach i wizycie mężowi. Szczęście, radość, niedowierzanie. Ja nie chciałam się jeszcze za bardzo cieszyć, nie chciałam głaskania po brzuchu, mówienia do niego, wiedziałam o nieubłagalnych statystykach i o tym, że szczęście bardzo nieoczekiwanie może zamienić się w wielki ból. Przez tydzień oswajaliśmy się z nową sytuacją, a życie toczyło się swoim rytmem. Mąż pracował, popołudnia spędzaliśmy razem, planowaliśmy majówkę. Jedną z niewielu różnic było moje wstawanie wcześnie rano, moje, osoby, która za dodatkową godzinkę snu sprzedałaby zazwyczaj wszystko. Budziłam się skoro świt pełna energii, ona mnie wręcz rozpychała, jakbym chciała zrobić milion rzeczy na raz, przenosić góry, nie marnować czasu, pokazać dziecku w moim brzuchu wszystko i jeszcze więcej moimi oczyma. Bo że jestem w ciąży, byłam już pewna: miesiączka wciąż nie przychodziła, a bolesność piersi nadal się utrzymywała, trochę inna niż miałam zazwyczaj przed comiesięcznym krwawieniem, bolesność tępa, bardziej rozpierająca. Raz na jakiś czas pobolewał mnie brzuch. Myślałam z przyjemnością o tym, że macica się powiększa dla najdoskonalszej istoty na świecie.
Po tygodniu udałam się posłusznie na wizytę, tym razem do innej pani doktor, z zamiarem prowadzenia u niej ciąży. Na datę mojej ostatniej miesiączki zareagowała: "A, czyli jest pani dwie minuty w ciąży", co bardzo mnie wtedy rozbawiło. Nie nastawiała mnie na to, że zobaczymy coś na usg, a jednak zobaczyłyśmy: migającą, wyraźną, szybką kropko-kreseczkę. "Ta kreseczka to pani dziecko", powiedziała, Powtarzałam to zdanie w swoich myślach cały czas po wyjściu z gabinetu. Wracając do domu, uśmiechałam się w komunikacji miejskiej, czytałam o przepisanych mi lekach na infekcję, byłam optymistyczna jak nigdy w życiu. Patrzyłam w aplikacji na zlecona badania krwi i chociaż bałam się igieł jak niewielu rzeczy w życiu, planowałam, jak dobrze będzie zrobić te badania po powrocie z majówkowego wyjazdu i trzymać rękę na pulsie nad zdrowiem moim i mojego dziecka.
Wyjazd majowy zaplanowaliśmy na Mazury Garbate, gdzieś pomiędzy Mazurami a Podlasiem, w gospodarstwie agroturystycznym, które i w nazwie swojej, i w nazwie miejscowości w której się znajduje, ma jabłka. Pobyt tam był najszczęśliwszym okresem mojego życia. Wstawałam wcześnie rano i parzyłam sobie zioła, by wypić je nad jednym bądź drugim stawem w najbliższej okolicy gospodarstwa. Po chwili miałam stopy mokre od rosy, a w moim brzuchu rozlewało się przyjemnie ciepło naparu. Patrzyłam, jak budzi się świat i pisałam dziennik lub czytałam książkę. Słuchałam niesłyszanych wcześniej nigdy ptasich odgłosów, patrzyłam na bociany w gnieździe, myśląc, jak dobrze, że coś nam przyniosły. Modliłam się codziennie co najmniej jednym Zdrowaś Maryjo, trzymając dłoń na brzuchu, wciąż jeszcze płaskim, mówiąc w myślach do naszej Fasolki, jak już ją wtedy nazywaliśmy, "mamusia cię obroni. Przed wszystkim". Byłam gotowa stanąć w walce ze wszystkim i wszystkimi, co może stanąć na drodze mojego dziecka, co może przynieść życie. Ale chyba zapomniałam, upojona szczęściem, że nieodłącznym elementem życia jest śmierć. Właśnie przed tym obronić mojego dziecka nie zdołałam.
Po powrocie do domu, po pobraniu krwi i odebraniu wyników badań, w oczekiwaniu na kolejną wizytę, zobaczyłam krew. Myślałam, że to może jakaś pomyłka, jakiś ślad po oderwanym strupku w okolicach miejsc intymnych, pochodzącym np. z golenia, ale oczywiście tak nie było. Z bijącym sercem zdjęłam zupę z gazu, robiłam wtedy żurek, i udałam się do lekarza, pierwszego z brzegu, który miał wolny termin na ZnanymLekarzu. Powiedział, że nic mi nie jest. Zalecił brać luteinę. Dwa dni później udałam się jeszcze do kolejnego lekarza, który dodatkowo przepisał mi duphaston i kazał powtórzyć wynik beta hcg dwa razu w odstępach 48-godzinnych. Stwierdził w pęcherzyku pulsowanie delikatne, prawie niewidoczne, które mogło lecz nie musiało być biciem serca zarodka. Podczas badania trzęsłam się tak, że nie mogłam utrzymać nieruchomo nóg. Lekarz nieprzyjemnymi słowami kazał mi się nie poruszać, bo nie może sprawdzić, czy to bicie serca, czy moje ruchy wywołują to pulsowanie. Przerwał mi, gdy mówiłam, że przepraszam, ale to przez ogromny stres. Padło wiele okropnych słów, które nadal obijają mi się o czaszkę. "Natura radzi sobie w ten sposób z niektórymi zarodkami", "są państwo jeszcze młodzi, proszę się nie zrażać". Na koniec z u śmiechem powiedział "330 złotych, kartą czy gotówką?", podsuwając terminal. Wyszłam stamtąd ze łzami w oczach, bez kurtki, mimo chłodnej pogody, by w drzwiach minąć kobietę z najogromniejszym ciążowym brzuchem, jaki widziałam, i by rozpłakać się na zewnątrz, ze łzami i smarkami cieknącymi po twarzy.
Plamienie nie ustawało mimo dwóch leków. Na wizycie u doktor prowadzącej ciążę dostałam skierowanie do szpitala z II stopniem referencyjności, ze względu na słabe tętno płodu. W szpitalu w rejestracji spojrzano na mnie niechętnie, kazano mi powtarzać dwa razy okoliczności, które skłoniły panią doktor do wystawienia skierowania, kazano jednak usiąść w poczekalni i poczekać na wezwanie doktora. Siedziałam z torbą z moimi rzeczami, które spakowałam po drodze, w dziwnie ustabilizowanym humorze - w końcu serce mojego dziecka biło, słabo ale jednak, nie było to pulsowanie spowodowane moimi trzęsącymi się kończynami i całym ciałem, jak przekonywał pan od terminala. W poczekalni patrzyłam na kobiety, które zgłaszały się na poród i były wprowadzane na oddział. Na przeciw mnie siedziała jedna z czerwoną walizką, z pękatym brzuchem, w brudnych dreso-legginsach, z obstawą w postaci jej ojca, ojca dziecka i kolegi ojca dziecka. Wszyscy wyglądali jak pijani bądź naćpani, co chwilę wychodzili na papierosa. Zastanawiałam się, dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy.
Lekarz ze szpitala odmówił przyjęcia. Stwierdził, że nie ma do niego podstaw, że poprzedni lekarze nie powinni mnie w ogóle informować o tętnie płodu. Że sytuacja w ciągu dwóch tygodni pójdzie w jedną lub w drugą stronę (czyt. w stronę śmierci lub życia). Że ciąża jest żywa. Że "zapraszamy, gdy dojdzie do poronienia, wtedy panią przyjmiemy". Tak, naprawdę tak powiedział.
Po kolejnych kilku dniach moje plamienie zamieniło się w krwawienie, następnie w krwawienie o takiej intensywności, że wyglądało jak miesiączka. Aż najprawdopodobniej 17 maja poroniłam, w jeden z pięknych, słonecznych, ciepłych majowych dni. Od godziny 13 do nocy odczuwałam ciągły ból. Dało się go przeżyć, był taki jak miesiączkowy, z tą różnicą, że jednostajny. Długo nie brałam żadnych tabletek przeciwbólowych. Zupełnie jakbym chciała zrosnąć się z tym bólem, jakbym już wiedziała, że nie urodzę, więc niech te bóle będą chociaż namiastką tego doświadczenia. Podczas gdy roniłam, oglądaliśmy komedię i leżeliśmy na łóżku. Płakaliśmy z naszej sytuacji i śmialiśmy się z komedii.
Po kilku kolejnych dniach wizyta u pani doktor. Mąż czekał tym razem w korytarzu, bo na tej wizycie, gdy dostałam skierowanie do szpitala, był blady jak ściana i bardzo mnie dekoncentrował. Miałam wyrzuty sumienia, że proszę go o pozostanie, ale chyba chciałam mu też zaoszczędzić usłyszenia tych okropnych słów od obcej osoby, wolałam, by usłyszał to ode mnie. Bo wiedziałam, czego się dowiem i tego też się dowiedziałam - jama macicy jest pusta. Widać w niej tylko wciąż jeszcze utrzymujące się krwawienie. Ulżyło mi, że te słowa już padły i że nikt nie powie mi "trzeba mieć nadzieję" lub "poczekamy, co powie lekarz". Mojego dziecka już nie było, wypłynęło ze mnie w którymś momencie razem z potokiem krwi. Czułam pustkę. Niewiele płakałam, bo chyba większość łez wypłynęła ze mnie w tych najgorszych dniach niepewności. Wróciliśmy do mieszkania i zajęłam się sprzątaniem, żeby o tym nie myśleć. Sprzątałam tak, że z bólu niemal pękły mi plecy, bo wciąż krwawiłam; umyłam podłogi, odkurzałam, czyściłam kazdą możliwą powierzchnię, wyrzucałam niepotrzebne rzeczy. Pojechaliśmy też na zakupy, na których kupiłam małe tekturowe pudełko, do które włożyliśmy wszystkie pamiątki po naszej fasolce. Naszym ziarenku maku. Naszej kreseczce. Zdjęcia usg, test ciążowy, mój kanciasty wiersz na pogniecionej kartce. Mąż przed zamknięciem pudełeczka położył je sobie na piersi i leżał tak przez chwilę. Nie mogłam na to patrzeć, nieodparte było skojarzenie, że tak ojcowie przytulają swoje nowonarodzone dzieci. A on co? On może przytulić jedynie pudełeczko.
Byłam pusta, wydrążona po tych dniach codziennego płaczu i oczekiwania, tego zawieszenia miedzy życiem a śmiercią. Byłam mauzoleum, potwornie pustym i smutnym. Od jakiegoś czasu nie modliłam się, nie rozumiałam, jak Bóg mógł pozwolić na coś takiego, byłam i jestem nadal na niego zła, wściekła, smutna. Przecież jest wszechmogący! Gdyby chciał, mógł zrobić to, o co go prosiłam, to, czego najbardziej w życiu pragnęłam - mógł uratować moje dziecko. Nie zrobił tego jednak, ergo nie chciał. Z jakiegoś powodu zignorował modlitwy moje i to jestem w stanie zrozumieć, bo nie jestem doskonała, lecz co niedoskonałego było w modlitwach mojego męża, najlepszego człowieka, jakiego znam? Który nie opuścił ani jednej wieczornej modlitwy przed snem, gdy ja odwracałam się do niego plecami, ani jednej mszy w niedzielę podczas tych okropnych tygodni?
Od czasu poronienia minęły już prawie dwa miesiące. Czas leczy rany, to prawda. Ale zdolność do modlitwy wciąż do mnie nie powróciła. Nie potrafię też udać się do konfesjonału. Na porannej niedzielnej mszy siedzę milcząca i jeśli jakiekolwiek prywatne, modlitwopodobne myśli pojawiają się w mojej głowie, pytam tylko: dlaczego? Dlaczego nie pozwoliłeś mojemu dziecku żyć?
Wiadomość wyedytowana przez autora 9 lipca 2024, 08:23
Już po wszystkim... Nie ma nawet pęcherzyka... to naprawdę koniec, żegnaj mój okruszku, pamiętaj że mamusia Cię kocha... 😭
Jeszcze rozpracowuję ovufrienda. Nie mam zamiaru prowadzić tutaj szczegółowych obserwacji cyklu. Podczytywałam to forum googlując np. objawy poronienia, wasze historie, rady dotyczące suplementacji, zalecanych badań. Do założenia konta zmotywowała mnie ostatecznie funkcja pamiętnika. Zdałam sobie sprawę, że mimo prowadzenia papierowego dziennika i posiadania najlepszego męża na świecie, potrzebuję miejsca, gdzie mogłabym pisać tylko i wyłącznie o stracie i o dziecku. O dwóch tych sprawach odmienianych przez wszystkie przypadki. Dlaczego? Bo inaczej eksploduję, spalę się, pójdę na dno. Nie będzie mnie. Stanę się tylko kupką smutnych wspomnień.
Zaskoczyły mnie Wasze komentarze (najchętniej odpowiedziałabym na nie, ale... chyba nie wiem jak!). Dziękuję za wspierające słowa. Dziwowałam się przedtem niezmiernie, gdy gdzieś w jakimś wątku widziałam, jak dziewczyny, a raczej dzielne, waleczne kobiety, które niewątpliwie z was są, piszą, że czują na tym forum wsparcie. Uważałam to za przesadę, ale teraz i ja widzę w tym ogromną wartość. Tak po prostu, klikając w ikonkę, można wejść w świat, w którym mówić można o swoich największych bolączkach. A do tego wcale nie okazuje się, że jest się mniejszością.
W moim otoczeniu jest tylko jedna kobieta (o której wiem) z doświadczeniem straty dziecka - moja Teściowa. Straciła dość wysoką ciążę, nie wiem w którym tygodniu, nie mam odwagi zapytać, bo wiem, że to wciąż bolesny temat. Przyjechaliśmy tu teraz na kilka dni i podczas którejś z szczerych rozmów, kiedy to zazwyczaj padają różne "opowieści z życia", dopadła mnie chwilowa ochota na wyrzucenie z siebie wszystkiego. Stłamsiłam ją w sobie i jestem z tej decyzji zadowolona. Nie chcę, żeby rodzina męża wiedziała o naszej stracie i dopatrywała się zaraz oznak kolejnej ciąży lub wypytywała bądź rozprawiała przy naszej nieobecności o naszym stanie zdrowia. Wystarczy, że dowiedzieli się moi rodzice, a to już o dwie osoby za dużo. Gdy zaczęłam plamić, mieliśmy jechać na pogrzeb mojej prababci, lecz oczywiście odrzuciliśmy ten pomysł, wtedy jeszcze licząc, że leżenie pomoże utrzymać ciążę. Jakoś musieliśmy wyjaśnić moim rodzicom naszą nieobecność, a wiedziałam, że nie uwierzą w żaden błahy powód, bo śmierć babci przeżyłam i nie opuściłabym pogrzebu. I takim sposobem zafundowałam sobie codzienne telefonowanie i pytanie o mój stan, które doprowadziło mnie na jeszcze gorszy skraj rozpaczy. Rozumiałam ich martwienie się, ale oni nie rozumieli, jak bardzo wycieńcza mnie odpowiadanie na wciąż te same pytania, podczas gdy miałam ochotę wykopać dziurę w ziemi i się w niej skryć.
***
Co tyczy się starań, nie wiem, kiedy będziemy je podejmować. Na początku ta myśl wydawała mi się nie do zniesienia. Nie chciałam innego dziecka, a tego konkretnego, tego które rosło we mnie z poranka na poranek, które otaczałam największą miłością, jaką mogłam. Oddajcie mi je! Prześwietlcie mnie jeszcze raz, może gdzieś się skryło, przestraszone, w zakamarkach macicy, przetrwało ten wodospad krwi i czeka na odkrycie! Okrzykniecie to cudem, przecież lubicie kwitować różne przypadki tym, że medycyna nie zna wyjaśnień na wszystko, może napisze o tym jakiś portal i gazeta, a potem wszystko wróci do normy i znowu zacznę wyszukiwać w internecie, co można jeść kobiecie w ciąży, a czego nie. Ale przecież to bzdura. To już nie nastąpi. Moje dziecko odeszło i zdaję sobie z tego sprawę doskonale. A kolejne? Chciałabym je mieć, bardzo. Najlepiej kilkoro. A równocześnie chciałabym tak wiele zbadać, zdiagnozować, już sama nawet nie wiem, co dokładnie. Wariuję. Śnią mi się zespoły antyfosfolipidowe, już nie wspominając o snach, w których występują dzieci. Zawsze to dziewczynka. Już po poronieniu pomyślałam, że gdyby okazała się córką, nazwałabym ją Józia, po prababci, i w moich snach i myślach już tak pozostała.
A na razie zbadałam poziom witamin i minerałów oraz żelaza. Żelazo nie za wysokie, ale w normie. Niski cynk, witamina b12, witamina D też mogłaby podskoczyć, ale zasadniczo wszystko mieści się w normach laboratoryjnych, tyle że przy dolnej kresce. A więc suplementuję, razem z kwasem foliowym. Mąż tez go bierze, do pary z kwasami omega-3. I tak sobie powoli żyjemy, pomijając w codziennych rozmowach temat starań. Dzisiaj byliśmy odwiedzić działkę, na której będziemy stawiać dom (choć jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie, zanim do tego dojdzie).
-Kupiłbym ten lasek od sąsiada - powiedział mąż, wskazując na brzózki za granicą działki.
-No fajny, ale po co? - Pytam. - Nie wiadomo ile by sąsiad za niego chciał.
-Żeby dzieci miały się gdzie bawić. Chociaż i tak pewnie będą się tam bawiły, nawet jak nie kupimy.
-Mam nadzieję - odpowiedziałam tylko ze ściśniętym gardłem.
Bo mam okropną, wielką nadzieję, że będziemy mieli kiedyś dzieci, na które będzie można nakrzyczeć, bo bawią się w sąsiadowym lasku.
Wiadomość wyedytowana przez autora 9 lipca 2024, 23:32
2 tygodnie bez mojego Okruszka...
Nadziei już nie było od poniedziałku... minęły 2 tygodnie, a ja czuje jakby minęły wieki...
Nie chce tak żyć... Nie chcę czekać każdego dnia żeby się skończył... wstawać rano i tylko czekać żeby już było po tym dniu...
Jutro wizyta, chciałam spisać listę pytań... a tak naprawdę mam jedno... kiedy? 😢
Okruszku, wierze ze jest Wam tam dobrze razem... 💔💔
Mam wyniki. Jest zdecydowana poprawa 
FSH: 2,92 - norma zaczyna się od 3,03 więc jest blisko normy
LH: 3,22 - norma zaczyna się od 1,8 więc jest w normie
ESTRADIOL: 28,68 - norma zaczyna się od 21, więc jest w normie
Wiem, że wyniki mogłyby być lepsze ale coś ruszyło w końcu.
To moje najwyższe i zarazem najlepsze wyniki jak do tej pory. A zwłaszcza LH, zawsze było poniżej 0,7.
Stosunek LH do FSH zawsze ok. 0,22 dziś 1,1.
Jutro (4dc) pierwszy dzień monitoringu. Zobaczymy czy będzie stymulacja czy uda się naturalnie?
Nadal nie wiem czy to dzięki dostinex i guz zaczyna się poddawać, czy suplementacja z dietą a może cykl stymulowany clostilbegyt i pojawienie się owulacji rozkręcił organizm? Mam nadzieję, że wszystko na raz.
"Staję na głowie, by lecieć do chmur"
piosenka Sanah Hip Hip Hura stała się moim hymnem na walkę z niepłodnością. Słucham jej codziennie. Działa na mnie kojąco 
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lipca 2024, 09:31
Nadeszły wakacje, nadszedł mój urlop. A razem z nim - urlop mojego cyklu, urlop w staraniach.
Prawdopodobnie małe szanse na naturalną ciążę. Nie wiem czy moja psychika udzwignie IVF. Jak pisałam wcześniej, nie mam absolutnie nic przeciwko temu. Ale czuję się jakbym w twarz dostała. Potrzebuję oddechu, potrzebuję czasu.
Widziałam malucha 🥹 Wszystko jest w porządku, idealnie, zgodnie z terminem transferu 7+0. Serduszko bije 145/min. Kolejna wizyta 02.08, bo mój lekarz idzie na urlop i nie chce mnie zostawiać na 5tygodni. Wciąż nie wierzę 🥹🥹🥹
Jest !!
Mój mały cud ma 2 cm , serduszko bije 160/min
Cudzie bądź 😻🥹
To moja trzecia ciąża w dwóch pozostałych na USG widziałam tylko puste pecherzyki a teraz piękne 2 cm maleństwo z nóżkami ,rączkami i pięknie bijącym serduszkiem emocje jakie nam towarzyszyły nie do opisania - płacz wielki płacz SZCZĘŚCIA 😻🥹🙏
Rok starań , dwie stracone ciążę czy da się o tym zapomnieć i uwierzyć w cuda 🥹
Mój brzuch przypomina pole minowe , zastrzyki zostawiają ostatnio coraz więcej śladów (siniaków )
Ale wszystko dla ciebie maluszku 😻
Po odstawieniu AH pojawiło się kilka objawów:
- bóle głowy
- bóle zatok
- codzienne bóle lewego jajnika
Niestety po odstawieniu AH nie pojawiła się miesiączka, a testy były negatywne. Lekarz mówił, że przy odstawieniu AH miesiączka może wrócić nawet po 3 miesiącach. Także czekałam bez stresu aż do listopada. Wtedy zaczęłam czuć niepokój i zapisałam się do ginekologa na styczeń.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lipca 2024, 09:18
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.