Beta pozytywna drugi IUI udana 😍 cieszę sie jak dziecko
21.08 miałam wizyte po Laparoskopi był to 9 dc gdzie liczyłam na jakiś ładny pecherzyk i starania ale oczywiście nie może być dobrze na wizycie torbiel ponad 3 cm..
https://zapodaj.net/plik-mMhKYaO1lO
Wiec ta informacja bardzo mnie zawiodła. Więc jestem na Luteinie żeby torbiel sie wchłonęła.. jutro pójdę zbadać raczej estradiol czy torbiel sie wchłania i przedłużać luteine czy nie bo już serio chce zacząć nowy cykl..
A co do reszty informacji z wizyty to dostałam encortolon na wyciszenie endometriozy bo to ze wycięli ognisko nie oznacza że jej nie mam. Doktorka zalecała IUI ale jak jej pow o moim niskim amh w czerwcu.. to pow żeby przemyśleć temat Invitro. Więc skłaniamy się do procedury w nowym roku a czemu dopiero wtedy? Ponieważ mamy do ogarnięcia inne prywatne sprawy teraz to już najwyższa pora.
Mam jeszcze trochę podkoksowac amh bo nawet teraz nie łapie się na refundację leków...
Pol roku mimo wszystko dajemy sobie na te starania naturalne dlatego zdecydowaliśmy ze od przyszłego cyklu stymulacja Aromkiem i Ovitrelle 🫣 oczywiście ja nie wierze ze może się udać bo jak można wierzyć jeszcze po 5 latach? 😔 Jak ciagle piach leci w oczy...
W związku ostatnio tez nie najlepiej.. ciągle jakieś trudne rozmowy decyzje... mamy oboje ciężkie dni..
Chce wysiąść z tego pechowego pociągu...
10+0
Na USG byliśmy 26 w poniedziałek - i wszystko było super. Maluch praktycznie co do dnia zgadza się z OM (1 dzień różnicy), miał 2,5 cm. Serduszko biło 189 - co trochę mnie wystraszyło (choć nie jestem pewna czy to był dokładny pomiar czy taki na oko), ale lekarz nie mówił że za szybko, wtedy też był 9+2 - czyli czas gdzie to serce bije najszybciej, no i dodatkowo ja sama miałam ciśnienie jak dla mnie bardzo wysokie). Dostałam też kartę ciąży.
Na kolejny dzień poszłam na NFZ (bez USG), miło się zaskoczyłam - dostałam skierowania na wszystkie badania z krwi, a także skierowanie na prenatalne do poradni genetycznej. W środę udało mi się zapisać do super Pani ginekolog genetyk na prenatalne, na 12+6, także jesteśmy bardzo zadowoleni, że udało nam się zaoszczędzić tyle pieniędzy. Zrobiłam wszystkie badania krwi - wszystko ok. O dziwo moja glukoza na czczo wyniosła 68! To chyba najniższy mój wynik w historii.
Na NFZ mam drugą kartę ciąży.
Niestety moja głowa nadal ma się kiepsko i zaczynam świrować. Np. zmniejszyły mi się mdłości - od razu zastanawiam się czy już po wszystkim... Bardzo się boję, że jednak serducho już nie bije, ten strach jest obezwładniający.
Objawy mam nadal, ale tak jak mówię, mam wrażenie że akurat mdłości się zmniejszyły (nadal są, ale nie tak intensywne jak potrafiły być przez ostatnie tygodnie) - czy to już ten czas, że te objawy mogą powoli odchodzić? Z drugiej strony w ostatnim tygodniu zrobiłam się bardziej zmęczona i turbo płaczliwa - wzruszam się z byle powodu, płaczę ze złości.
Nie bierzcie mnie za wariatkę - ale jak wiele z Was wie, ciąża po stratach to jakiś obłęd.
Kolejna wizyta 7 września - za tydzień - i ze wszystkich sił staram się, żeby nie pójść na tą wizytę wcześniej - to pierwszy nasz taki dłuższy, 2 tygodniowy odstęp...
Mam w domu detektor tętna, ale boję się użyć, boję się, że nie znajdę i z moją głową będzie jeszcze gorzej. Mąż myśli tak samo i mówi, żeby poczekać z tym do wizyty. Z drugiej strony wiem jak bardzo by mnie to bicie serca uspokoiło.
Dziękuję za Wasze wsparcie i kciuki i proszę myślcie o nas ciepło i wysyłajcie nam pozytywne myśli.
Zostań z Nami 🙏🙏🙏
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 sierpnia 2024, 09:40
30.08.2024🍀
18dc
Czwarty transfer już za Nami 🥰 blastocysta 4.1.1 z naciętą osłonką i embrioglue.
Progesteron dzisiaj wynosił 13ng/ml, dwie godziny przed transferem wjechał prolutex i została włączona dodatkowo luteina podjęzykowa 3x2.
Teraz czekamy ⏳️
Trzymaj się Okruszku 🥰🍀🦖
https://zapodaj.net/plik-cH1Hdoox3y
Beta będzie już we wrześniu.
We wrześniu urodził się najwspanialszy człowiek- mąż 🥰 we wrześniu wzięliśmy ślub, we wrześniu będę w ciąży i tak do maja🤞🏻🙏
Cztery stymulacje, cztery transfery 💫🍀 to wystarczająca ilość.
Proszę, zostań z Nami 🙏🫶
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 sierpnia 2024, 22:55
6+0
Jest pęcherzyk żółtkowy, CRL i GS odpowiadają OM, serce też już zaczęło bić, nie było widoczne na USG, ale lekarz porównał częstotliwości pęcherzyka z tętnicą maciczną i było szybsze🥹 wszystko wygląda w porządku i rozwija się prawidłowo 🥳
Edit na dobre myśli w ten najkrótszy dzień w roku, po którym słońce zacznie wygrywać - Nawet jeśli nie jesteś gotowy na przyjście dnia-nie zawsze może być noc 🥹
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 grudnia 2024, 20:08
Ostatnie dni to jakiś straszny stres dla mnie. Początkowo czułam napięcie głównie ze względu na zbliżający się monitoring. Bałam się, że znowu wyjdą torbiele albo znowu okaże się, że pękł tylko jeden pęcherzyk, mimo że wystymulowalismy dwa… No i rzeczywiście - w prawym jajniku jakiś ślad po owulacji, doktorka długo mu się przypatrywała, powiedziała, że specyficznie wygląda, jeszcze takiego u mnie nie widziała. Zmartwiło mnie to. Zastanawiałam się, czy to jakiś eufemizm na: „pęcherzyk implodował, LUF jak nic”. W lewym jajniku największy pęcherzyk miał 14mm, po tym 17,5mm nie było żadnego śladu. Słodko-gorzka wizyta, na którą bardzo się spieszyłam, bardzo się stresowałam i jeszcze była obsuwą ponad 40min. Dobre i to. Uznałam, że mam jajnik, owulacje, odetkany jajowód, męża - to dużo! resztę może przecież wypełnić Boża łaska - do pomyślności nic więcej mi nie trzeba.
Dziś już powoli emocje ze mnie schodziły, gdy w łazience zauważyłam zaskakująco dużo wydzieliny i to takiej grudkowatej. Ostatnia infekcje intymna miałam ponad rok temu i bardzo o siebie dbałam. Nawet wczoraj tak pomyślałam, że w tym wszystkim dobre jest to, że tak dawno nie miałam żadnej infekcji… cóż. Niestety na wczorajszej wizycie doktorka nie badała mnie na fotelu, więc dzisiaj znów musiałam się udać do lekarza 🤦♀️ no po prostu jak jakaś wariatka, codziennie do gina… no ale wolałam złapać jakiś termin przed świętami i się przeleczyc, niż czekać na rozwój dolegliwości - swoją drogą, nawet mnie nic nie boli, ani nie swędzi, dlatego miałam wątpliwości, co się dzieje. Stres wrócił, a ja od razu klapki na oczy, no po prostu koniec świata xD emocje potrafią strasznie przyćmić zdrowy osąd. W każdym razie potwierdziło się moje przypuszczenie i można powiedzieć, że w porę się zorientowałam - tzn. zanim infekcja bardziej się rozwinęła. Teraz wiadomo, globulki, ale przeżyję. Podobno stosowanie ich jest bezpieczne nawet w razie ciąży, na którą tak bardzo liczę. Przy okazji poprosiłam panią doktor, żeby zrobiła USG i mi powiedziała, czy była ta owulacja czy nie. Potwierdziła to, co wczoraj mówiła doktorka i miała dokładnie takie same wątpliwości. Ten ring owulacyjny już był słabo widoczny na USG, po prostu zrobiłam je za późno - okazuje się, że musiałabym to weryfikować szybciej, bo ciałko żółte wcale nie jest tak długo widoczne w obrazie USG. Ciekawe, zawsze wydawało mi się, że monitoruje się tydzień po owulacji, hm. Wezmę to pod uwagę, jeśli przyjdzie mi to jeszcze kiedyś weryfikować. Tymczasem kontynuujemy The Two Week Wait, jesteśmy na półmetku. Staram się rozluźnić jogą, ogrzewam się termoforem, nie przeciążam, piję wodę i herbatę z liści malin, staram się oddychać, jem awokado. Czekam na święta i odpoczynek, bardzo.
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 grudnia 2024, 23:26
6w0d
Kolejna wizyta za Nami. Misio ma 2.3mm 📏 Serduszko ciężko było złapać, ale ostatecznie coś tam się udało. Bije 133/min 🥹 Na ekranie oglądałam ten pulsujący punkcik. Wzrusz total 🥰 Rośnij Kochanie zdrowy i silny 🧡
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 grudnia 2024, 11:25
26cs 37dc
__
Jest środa, 18 dzień grudnia a ja mam umówioną coroczną, kontrolną wizytę u ginekologa, który jako jedyny 13 lat temu wykrył u mnie potworniaka i z miejsca skierował do szpitala na zabieg. Dodatkowo wyszło mi coś na kształt małej przepukliny na wzgórku łonowym, więc przyspieszyłam trochę wizytę.
Dzień zaczął się dobrze, chociaż w nocy dręczyły mnie jakieś koszmary. Śniło mi się, że mój mąż umarł, a ja jechałam odwiedzić jego rodzinę i po drodze szukałam tylko jakiegoś auta jadącego z naprzeciwka żeby wjechać na czołówkę.
Miałam wolne od pracy, a środa ostatnimi czasy jest dla mnie dniem dla siebie. Postanowiłam mocno zadbać o swoje zdrowie fizyczne (chodząc do fizjoterapeutki integracji strukturalnej i ćwicząc 6x w tygodniu cardio i silownia) i psychiczne (spędzając godzinę u psychotraumatolog). To jest moja najlepsza inwestycja w siebie, a ludzie z mojego otoczenia widzą we mnie zmiany. Czułam, że dojrzałam. Czułam, że płynę już z życiem a nie próbuję niczego przyspieszać i układać na siłę po swojemu. Nauczyłam się mówić "nie" i nauczyłam się trzymać prosto.
Dochodzi popołudnie i czas mojej wizyty.
Słyszę... Nie wierzę, że to słyszę...
Słyszę pierwszy raz w życiu tak mocne i wyraźne bicie serduszka...
Ten dźwięk sprawia, że od razu zaczyna drżeć mi broda i pomimo zaciskania zębów, patrzenia w sufit i tupaniem swojej stopy głośno o podłogę, nie mogę powstrzymać łez... Gapi się na mnie para w poczekalni. Rejestratorka podchodzi zapytać czy wszystko dobrze. Nie wiem co mam powiedzieć...
Tak właśnie siedziałam przed drzwiami gabinetu, czekając na swoją kolej, słuchając tego rytmicznego cudnego szumu. Gardło mi się zaciska, czuję niemalże napad histerii i biję się z myślami.
"Ty głupia pindo, myślałaś że się z tym pogodziłaś?"
No tak myślałam i wiem, że tak jest, ale żal zawsze może ścisnąć nasze serca w nieoczekiwanym momencie.
Wizyta zajmuje dobre 20 minut, w której to doktor informuje mnie, że wychodowałam coś podejrzanie dużego, co zajmuje większą część macicy. Oczywiście przypominam mu całą naszą historię starań i że powinnam dostać okres za kilka dni. Pyta czy brałam letrozol samodzielnie, poza stymulacjami (nie). Słyszę, że mój potworniak na prawym jajniku się odnawia, a liczyć na pęcherzyk z niego graniczy z cudem. Słyszę, że mam się pojawić najszybciej po okresie, bo jest to niespotykane i być może czeka mnie zabieg.
"Kończy się Pani czas reprodukcyjny."
"Nie ma innej szansy jak tylko in vitro. Proszę nie bawić się w stymulacje i inseminacje. Proszę jak najszybciej zacząć procedury jeżeli myśli Pani o dziecku na poważnie."
__
Zanurkowałam w pustkę.
Panicznie się boję, że to rak.
Mąż chodzi przygnębiony i ciągle mnie pociesza. Chce spędzać ze mną tyle czasu, jakby chciał go kupić na zapas.
Czwartek i piątek mijają mi w stałym zamyśleniu i oczekiwaniu. Po pierwszym strzale wiem, że przetrzymam to. Nerwowo czekam na okres, ale się nie pojawia...
Chcę jak najszybciej go wywołać, więc stosuję wszystkie sztuczki, które skutecznie przywoływały miesiączkę: namawiam męża na wieczorne igraszki, dziś wciskam się w jasne spodnie i stwierdzam, że zrobię test ciążowy. Poza tym czuję charakterystyczne napięcie w dole miednicy zwiastujące krwawienie.
Mam jeszcze 3 stare testy z czasów, gdy używałam tego monitora płodności, ale kreski pokazuje tak samo jak zwykły. Zresztą tyle razy już ich używałam tak zwyczajnie i nigdy nic się na nich nie pojawiło prócz samotnej kreski kontrolnej.
Rozbieram się, bo muszę wskoczyć pod prysznic, ale najpierw test.
Sikam, moczę ten cholerny patyk i zajmuje się telefonem. Przeglądam wiadomości od znajomych, oglądam chwile jakieś głupoty i tracę poczucie czasu.
Wtem patrzę...
Patrzę...
I kurwa nie wierzę!
Widzę to... Widzę dwie, tłuste krechy, które walą po oczach. CO JEST KUŹWA?!
Wstaję z kibla, nogi mam jak z waty. Nie wiem co robić, czuję że serce mi wali i chyba zaraz zemdleje.
Nie mogę dojść do siebie, więc wychodzę z łazienki, zapominam kapci i niemalże się ubrać.
Łapy mi się trzęsą jak panu Mietkowi spod monopolowego na delirce, gdy pokazuję test mężowi.
"PA-NA-TO!"
"owulacyjny?"
"CIĄŻOWY."
"TAK! TAK! TAK!" (prymitywny taniec radości)
Tyle było z romantyzmu.
__
Wtem...
Kuźwa, co robić z tym?
Piszę do dziewczyn i przeżywam pierwsze chwile radości, ale trzeba myśleć trzeźwo. Lekarz przecież wspominał o potworniaku, a on też może coś mieszać z hormonami.
Jadę na betę.
Wpadam do laboratorium i w kasie mówię tylko do pań: "muszę zbadać bete i proga!"
Oczywiście, że były posikane ze mnie.
"Widzę, że pani slangiem jedzie."
Przyszedł wynik...
Beta 753mlU/ml
Prog 21,10 ng/ml
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 grudnia 2024, 02:38
Po diagnozie doręczyliśmy dokumenty do przedszkola, żeby przedszkole ogarnęło terapie. Za Maliną i innym dziećmi z niepełnosprawnościami idzie na to kasa. Oczywiście przedszkole malowało cudowną wizję, a potem się okazało, że specjaliści odchodzą w ciągu roku szkolnego i zostaliśmy na lodzie. Musieliśmy jeździć z nią poza godzinami przedszkola np.na fizjo i przedszkole nam zwracało za to kasę.
Po miesiącu od doręczenia dokumentów, mieliśmy spotkanie "Zespołu Pedagogicznego", który miał za zadanie napisać IPET - Indywidualny Program Edukacyjno - Terapeutyczny. Na spotkaniu był obecny psycholog-rewalidator, pedagog specjalny oraz dyrektor przedszkola (historyk).
Zaczęło się od wskazania, takiego mocno podszytego wyszydzającym śmiechem, że nasze dziecko narysowało mamę i tatę, u mamy narysowało waginę, u taty penisa i że potrafi je nazwać i powiedzieć, że tym się różni chłopiec od dziewczynki i mama od taty. Uprzedzam wyobrażenia: moje dziecko rysuje mamę jako 2 prawie kółka, waginę jako maziaje, tatę jako 2 prawie kółka i penisa jako maziaje. Dyrektor nas wyszydzała, że Bąbolada mogłaby uchodzić za specjalistę i uczyć 6-latki tematu. Żadne z nas nie zareagowało tak, jak dyrekcja się spodziewała, tzn.nikt się nie oblał rumieńcem, tylko Mąż zaczął od tego, że to przecież normalne i że był taki moment, że ona się kąpała z nami pod prysznicem, czasem ze mną, czasem z nim, więc naturalnie była ciekawa i my mówiliśmy: to wagina, a to penis. Potem był etap odpieluchowania, nocnik - o dziwo!!! - stał w toalecie, jak któreś z nas korzystało z kibelka, a jej się chciało, to nie mówiliśmy jej "poczekaj na swoją kolej", tylko "właź szybko i korzystaj!!! super, że pamiętałaś o nocniczku, brawo!!!". Co więcej, moje dziecko wie, że mama ma okres, że to normalna sprawa u dorosłej kobiety, widziała podpaski i majtki okresowe (stoją w koszyczku obok kredek do oczu). Jeszcze lepsze jest to, że podebrała mi kilka kredek do oczu (polecam te z Action, są super napigmentowane), a majty okresowe tak jej się spodobały, że chciała mieć wzroki z mojej bieliźnie na swojej. Mamy więc gacie w takim samym wzorze (ona jedne i ja jedne). Tego już dyrekcji nie powiedziałam, ale ileż ja się nabluzgałam potem pod przedszkolem. A dyrektorka ma tak ze 43-45 lat, wydawałoby się, że rozsądna kobieta. A tu taki kosmos. Brakowało mi wtedy tylko fajki, choć nigdy nie paliłam, nawet jednego bucha.
Potem były pytania, z czym mamy największy problem u Bąbolady. W tamtym czasie (wrzesień/październik 2024) to było jej kąpanie oraz spanie. Tzn. moje dziecko do dnia dzisiejszego nie przespało ani jednej nocy bez pobudki. Oznacza to, że jestem w deprywacji snu od ponad 4 lat. To zajebiście dużo. Najlepiej śpi z nami, a w zasadzie ze mną, bo męża wykopuje z łóżka. Tak, wykopuje. Nogami. Jeśli śpi sama i się obudzi, pójdzie do niej Mąż, to jest pisk i afera, potrafi dociągnąć do 40 minut krzyku, że to nie mama.
Oraz przez kilka ładnych miesięcy był mega problem z kąpielą - ona się nie będzie kąpać, ona nie będzie się rozbierać, ona nie będzie myć zębów, ona nie będzie wychodzić z wanny, ona zdecydowanie nie będzie się wycierać ręcznikiem, nie założy piżamy i jeszcze ze 163682989 powie, że nie myje zębów. Można się spocić od samego czytania o tym. A dla nas mycie jej to była codzienna walka, żeby była czysta. Były zabawki. Były ulubione postaci, były zabawy w trakcie kąpieli - ale było także jedno podstawowe słowo z jej strony "NIE". I ona coraz cięższa się robiła. Powiedzieliśmy o tym. Powiedzieliśmy także, że już od dawna, nawet przed diagnozą mamy w domu "Domowy Kodeks Złości", że mamy "plan kąpieli" - obrazkowo narysowane, co, w jakiej kolejności się robi oraz "plan wyjścia" (bo Bąbolada stawała przed drzwiami i ona "nie wie, co teraz ma założyć"). Bardzo żałuję, Mąż także, że o tym powiedzieliśmy. Usłyszeliśmy, że powinniśmy zluzować nasze rodzicielstwo, że przede wszystkim samodzielność, że przecież możemy powiedzieć jej "Teraz czas kąpieli, masz plan, idź się ogarnij" a w tym czasie wypić herbatkę. Kurła mać. No po prostu kurła mać. Czy komuś tak obiło się o uszy, że spektrum to problemy z nadmiernym lękiem, z relacjami, z nadmiernym wydzielaniem kortyzolu, że aktualnie odchodzi się od metod behawioralnych (kara, nagroda - bo nawet w kilku książkach, w początkowej fazie naszej diagnostyki znaleźliśmy takie rzeczy, tak dalekie od naszej wizji rodzicielstwa), a stoi się w nurcie bliskościowym? Widocznie nie. To także powiedziała dyrekcja, panie specjalistki były dziwnie cicho na tej rozmowie. Dyrekcja dalej zapytała, czy coś się stanie, jeśli zbierzemy wtedy uspane dziecko z podłogi? Może za trzecim razem pojawi się w niej wewnętrzna motywacja, żeby samej się wykąpać.
Co by się stało??? Nie, absolutnie nic, poza: a paproszek na schodach, o dawno nie widziany miś, zrobię sobie przystanek w pokoju, tu jest tyle zabawek, a zębów nie umyję, bo nie trzeba. Ona po prostu nawet nie dotarłaby do łazienki. Rozproszyłaby się w trymiga. A tak, zaburzenia koncentracji uwagi ma, jeszcze nie wiemy jakie, ale dostrzegamy je.
Po wyjściu z tej rozmowy i dojechaniu do domu, Mąż stwierdził pierwszy, że pierdololo, że nie robimy tak, żeby na początek zamienić kolację z myciem się i żeby mycie się było pierwsze. To był strzał w dziesiątkę. Nie, nie wszystko jest idealnie. Dalej słyszymy nie, ale jednak częściej sama czeka na kąpiel i chętnie idzie do łazienki. Kąpie się w okularach pływackich (tak, zwykłą codzienną kąpiel, jaskraworóżowe z diamencikiem i jednorożcem). Wcześniej do mycia włosów miała ściereczkę, zasłaniała sobie podczas spłukiwania, ale któregoś razu powiedziała mi "Mamusiu, ja się tak tego boję" - Żaróweczka w głowie Krąsi - "Ha!!! Mam genialny pomysł! Czy w pokonaniu Twojego strachu pomogą Ci okulary pływackie?" - "TAAAAAAAAK!!!". Do tego ma stołeczek, po którym wchodzi do wanny "Musicie dać mi chwilę odetchnąć, ja to robię powoli", wchodzi swoim tempem, powoli się zsuwa. Kolorowe tabletki do farbowania wody oraz coś jednak z systemu behawioralnego. Tu jako motywator: za każdą kąpiel bez aferek zdobywa koralik, jak są aferki trudno koralik czeka na inną kąpiel, ale nie odejmujemy już zdobytych. Za 5 koralików zdobywa jedną z figurek z "Kociego Domku Gabi" (uwielbiam tą bajkę).
Po tym wszystkim, spotkałam się z psychologiem - diagnostą Bąbolady. Raz na miesiąc (grudzień odpuszczam) idę z listą pytań, zachowań, działań, żeby wygadać się, ale też i znaleźć nowe rozwiązania. Po tej akcji z Zespołem stwierdziła "Ale Pani dziecko może nie chcieć się kąpać jeszcze 5 lat!!! I co 5 lat będzie nie utrzymywać higieny? To Państwa rolą jest nauczyć ją ważnych elementów codzienności. Jeśli ona dopiero się tego uczy, nie może Pani stawiać na jej samodzielność, ALE na towarzyszenie jej i pokonywanie strachu przed codziennością. Z innej beczki, Bąbolada nie umie prosić, prawda? Bo to jest poważna interakcja społeczna: więc ona jak poprosi nauczyciela w przedszkolu o pomoc i pokona swój Everest to nie może usłyszeć "Poproś kolegę o pomoc", bo wtedy ona będzie czuła, że cały jej trud i wysiłek poszedł na marne.". W naszym przedszkolu właśnie są takie zasady, że dzieci mają sobie pomagać. Bywa z tym różnie, niemniej zaznaczyliśmy nasze twarde stanowisko w tym zakresie. Bo ja wiem, że jak moje dziecko podczas ubierania się w domu czy w przedszkolu mówi "Nie maaaaam siiiiłyyyy" - to znaczy: "Mamo, pomóż proszę". I wtedy na taki komunikat o braku siły mówię ten komunikat, który chciałabym usłyszeć oraz swoją autentyczną odpowiedź. Z zewnątrz wygląda jakbym gadała ze sobą. "Nie mam siiiiły" - "Mamo pomóż proszę. Oczywiście córeczko, już Ci pomagam".
A teraz mam grypę. Totalnie uszło ze mnie życie. Jest mi z każdym wpisem lepiej psychicznie, ale fizycznie czuję się fatalnie. Mam po 38,3 stopnie gorączki, bolą mnie stawy i jestem rozłożona. Nawet nie mam jak się sfrustrować, że moje plany na ten miesiąc się zesrały.
Tu już był wpis, ale go usunęłam. Usunęłam go w związku z przełomem jaki nastąpił w moim myśleniu.
Nie wiem ile mogę tu napisać, ale chciałabym bardzo dużo.
Napiszę tylko tyle, że prawdopodobnie od poronienia nie miałam owulacji, co odkryłam sama "przypadkiem". Ot, moja nadgorliwość. Temperatura nie rosła mimo owulacji którą potwierdzał lekarz na USG? Zbadałam progesteron w drugim takim cyklu i wyszedł 0,24.
Nie jestem przekonana co do podejścia lekarza. Mimo zaistniałej sytuacji, nie zrobił za wiele. W dodatku kolejny cykl mimo stymulacji został dość mocno olany.
Sama podejmę rękawicę i zadbam o siebie, swoją diagnozę. Znowu.
Im dłużej życie mnie stawia w takich sytuacjach, tym bardziej sama siebie zaskakuje, jak bardzo potrafię zawalczyć o swoje. Sama. Znowu. 💪🏻
Estrofemu nie biorę, mimo tego że kazano mi go brać od 1dc. Prawdopodobnie on zaburzył poziom estradiolu w organizmie, który myślał że pęcherzyk jest już dojrzały (bo dorzucalam go z zewnątrz), a nie był. I pęcherzyk się zapadł. A szkoda.
Nadzieja umiera ostatnia. Ostatnie dwa cykle "pod opieką" programu prokreacji. Walczę połowicznie sama póki mogę, bo potrafię. 🍀

Wiadomość wyedytowana przez autora 2 listopada 2024, 00:48
Do kolejnej, ostatniej wizyty w Klinice jeszcze tydzień. Żuczku, nie mogę doczekać się spotkania z Tobą ♥️
Dziś mam trochę nostalgiczny dzień. Myślę o tym co zdarzyło się w ostatnim roku. Było wiele pięknych, cudownych chwil, które na zawsze zostaną w Naszej pamięci. Były też te gorsze, które prawie mnie złamały, ale za każdym razem wstawałam, nie poddałam się i jestem z siebie dumna. Wierzę, że kolejny rok będzie dla Nas jeszcze lepszy. Limit nieszczęść już chyba wyczerpaliśmy 
Staraczkom, obecnym i przyszłym Mamusiom życzę dużo uśmiechu, pięknych chwil i zdrowia oraz radosnych, rodzinnych Świąt. Szczególnie trzymam kciuki za te Dziewczyny, które zmierzają po swoje dzieciątko. Niech Wasz trud zostanie wynagrodzony 🫂💕
Po kolejnej wizycie.
Zaczynamy stymulację od nowego cyklu. Recepty wypisane. Czekamy na okres.
Niestety nie obejdzie się bez konsultacji diabetologicznej. Muszę to ogarnąć jak najszybciej. Bo bez tego nie ruszymy z transferem.
Z dietą postaram się bardziej. Bo z tym czasem lepiej czasem gorzej. Niestety ruch trochę ograniczony ze względu na kostkę, która nie doszła jeszcze do siebie.
Jutro badania kariotypu i pakietu tarczycowego.
Za tydzień endokrynolog. Niestety nie mój bo do niego się dostać to graniczy z cudem. Najbliższe terminy to koniec roku.
Witamina D mimo brania tabletek przez prawie pół roku była na tym samym poziomie co ostatnio. Zmieniamy na inną.
Małymi krokami do celu.
Nie jestem nastawiona ani pozytywnie ani negatywnie. Lepiej podejdę do tego bardziej neutralnie. Przynajmniej spróbuję.
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 maja 2025, 21:30
4+0
Jeszcze nie wiem, co z tego będzie. Jeszcze nie wiem czy wszystko sie uda, ale dzis.. Dzis jestem w ciąży.
27.03 - beta 33.8, prog 33.92
29.03 - beta 91.8 ❤️
31.03 - beta 245.4 💜
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 listopada 2024, 10:27
Wczorajsza wizyta w klinice dała odpowiedź na którą czekam 2 miesiące...
2 miesiące temu dla mojego okruszka nie było już nadziei mimo że kolejny raz tak bardzo chciałam ją mieć...
Dzisiaj wiem, że zostały mi 4 dni do ostatniego transferu... błagam niech on się uda.. błagam niech z tego transferu będzie 4 ciąża i 2 dziecko, które zostanie że mną... wiem ze gdyby się udało łatwo nie będzie... ale zniosę wszystko, tylko błagam niech to się uda...
Wrzesień. Zawitał nas trochę pochmurno, ale lubię ten miesiąc bo są moje urodziny. W tym roku lubię go trochę średnio bo to mój 1 miesiąc bez pracy i 7 miesiąc starań. Nie ukrywam, że bardzo liczę na ten miesiąc. Może mały prezencik od losu na urodziny? I w dodatku wychodziłoby idealnie, bo chciałabym w maju urodzić... Boję się, że może zaboleć 5 razy bardziej niż dotychczas. Niby mam w głowie to, że przecież przez tyle czasu się nie udawało to czemu miałoby się teraz udać? Ehhh. Jak by człowiek wiedział, kiedy to zaskoczy to by się mniej stresował, a tak to by tylko odliczał 😅 Zaraz powinnam mieć owulację. Ciekawe z którego jajnika i czy nie utworzą się potem pęcherzyki 🙄 Pod koniec września mam wizytę u ginekologa, zobaczymy co powie.
Wrzesień mam zawsze gorący ze względu na imprezy. Urodziny mamy, brata, teściowej i szwagra 😅 Dobrze, że ja mam na samym końcu to zawsze sobie odpocznę jakimś wyjazdem😀 No, ale tak jak pisałam wyżej od dziś jestem bezrobotna 😅 Także zobaczę jak stoję z kasą to może się gdzieś wybierzemy. Dobrze by mi to w sumie zrobiło ☺️Aaa no właśnie, 26 mamy rocznicę ślubu 😀 Także tydzień przed testuję i zobaczymy czy będzie niespodzianka czy okres 🙄 Jak się uda to mam mały plan 🙃 Trzymajcie kciuki 😘
Moja klinika wstrzymała procedury bo skończyła się kasa.
No jak już nie ma mnie do dobić to zawsze coś się znajdzie.
Do nowego roku już niedużo czasu, mam nadzieję, że wtedy ruszymy z kopyta.
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 października 2024, 16:07
U mnie już najtrudniejsza praca wykonana.
Pobrano 18 komórek. 10 było w stadium MII i 9 zaczęło się dzielić po zapłodnieniu.
Na resztę informacji poczekam pewnie aż wskoczy protokół na portal. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku 🙂
29+3, według usg 30+1 jesteśmy po trzecich badaniach prenatalnych. Klopsik waży 1519g i jest ułożony poprzecznie. Zobaczymy czy uda mu się obrócić. Szkoda, że każda wizyta tyle nie trwa 😅 Mogłabym tak go obserwować i obserwować. Jeszcze trochę i się spotkamy 🥰
5 lat temu wymyśliłam, by wspólnie ze staraczkami odmawiać modlitwę za nas wszystkie w intencji potomstwa. Bóg nas wysłuchał, te z nas które przygotowywały się do ivf (a mowa tu o Krasi i Esperanzie), włącznie ze mną - zaszlysmy wtedy w ciążę i urodzilysmy zdrowe dzieci. W grudniu moja córeczka skończyła 4 latka. Do dziś nie wierzę, że ja mamy, że jest taka smieszna, bystra, że odkąd zaczęła mówić, a zaczęła bardzo szybko, nie zamilkła na minutę (wyjątkiem jest sen). Sprawdzone przez kilka zajmujących się nią osób😁 Wypełniła mnie całkowicie ta miłość. Wiedziałam, że nie potrzebuje niczego i nikogo więcej. Że chce jej dać wszystko, całą swoją uwagę, rzeczy niematerialne i materialne, żeby miała wszystko, bo jest wszystkim.
Dziś... Dziś okazuje się, że będzie się musiała podzielić, a ja będę musiała podzielić się miłością. Jestem w ciąży. Ja, weteranka, z niepłodnością idiopatyczno-immunologiczna. Pozbawiona kirow implantacyjnych, z zakrzepica żył głębokich, niedomykalnymj zastawkami i źle ukrwiona macica, z wąska szyjka przez którą nawet histeroskop nie przelezie, że zrostem na zroscie, z niedoborem wit. D. Ja, która myślałam, że takie rzeczy zdarzają się innym, wiadomo, ale nie mnie. Dlatego się nie zabezpieczaliśmy. W maju był transfer ostatniego zarodka, nie udał się, ok, spróbujemy naturalnie. Ale to było na zasadzie: a, zobaczymy z ciekawości czy się uda. To nie była świadoma decyzja: tak, chcemy wydać na świat kolejne dziecko bo czujemy, że mamy miejsce i miłość w sercu. Nie, to było na zasadzie a jak będzie to będzie, jak nie to nie. Na pewno i tak nie. To była postawa dwójki dorosłych ludzi, którzy wiedzą, że z kapusty dzieci się nie biorą.
Wiadomo, że staraczki irytują się tekstami pt. odpuść to zajdziesz. Brałam suple jak chciałam. W tym cyklu były może 3 sexy w ciągu całego miesiąca... Nie pomyślałam o jednym, że moja niepłodność idiopatyczna mogła być czymś bardzo łatwym do rozwiązania. Malformacja żylna, którą posiadam od dziecka (wada prenatalna) powodowała zakrzepicę i niedokrwienie żył miednicy, macicy itd. Od 3 miesięcy brałam lek eliquis, potem naczyniowiec zmniejszył dawkę, przygotowywałam się na pobyt w szpitalu w Lublinie (najwyzsza referencyjnosc jeśli chodzi o żyły).
W weekend urządzaliśmy urodziny naszej córeczki, potem dopadło ja podglosniowe zapalenie krtani (które znamy ale które jest straszne zawsze bo dziecko się dusi i trzeba mieć odpowiednie leki). Nie myślałam o niczym innym. W srode zorientowalam się, że jest 28 DC. Zwykle mam krótkie cykle, ok25. Ale 27 i 28 też się kiedyś zdarzały pojedyncze. Wieczorem w środę mocno brzuch mnie zabolał jak na okres, poszłam do toalety pewna że będzie krew a tam czysto. Mówię ok, w nocy lub jutro dostanę. Fajnie, że cykl się wydłużył, dobry znak, że organizm działa normalnie. W czwartek nie czułam już żadnych bóli brzucha, za to zorientowałam się, że od czasu do czasu kłuje mnie jajnik. I że... chce mi się kochać, skoczyło mi libido. Oblały mnie zimne poty,.bo tam miałam właśnie na początku pierwszej, upragnionej ciąży. Po południu zrobiłam testy owulaki. Nie miałam ciążowych a byłam w domu sama z córką. Owulak wyszedł od razu : dwie grube krechy. Serce zaczęło mi walić jak młot. Córka coś do mnie mówiła, była Chasem czy Skye a ja słyszałam ja jak przez ścianę. Owulaki zawsze pokazują ciążę jeśli robi się w dzień spodziewanej miesiączki. Nie mówiłam nic mężowi, nie spałam cala noc. Rano nadal czysto, nie ma okresu. To już 30 DC. Okazało się, że owulaki przeterminowane były o 5 lat. To mi dało nadzieję. Ale to przecież już 30 DC. Nie miałam czasu kupić testu przez cały dzień, praca do 16, potem zebrałam się do szkoły w której uczę. Po drodze zajechałam do Rossmana, chciałam zrobić przed lekcja, ale byla kolizja tramwajów i czekalam na przystanku 40 min. Wpadłam od razu na lekcje. Lekcja do 19. Pożegnałam studenta. W szkole już nie było nikogo, zostałam ja i mój test. Zakroplilam go i odwróciłam się do kosza żeby wyrzucić opakowanie. Wiedziałam, wiedziałam co zastane jak się odwrócę. Grube dwie krechy. Żadne bladziochy. Grube dwie krechy po kilku sekundach. Poczułam tak namacalnie jakby mnie ściany tej łazienki przygniatały. Do tej pory nie pamiętam czy zamknęłam szkole. Jechałam w tramwaju jak w amoku, łykalam łzy. Ogarnęłam się przed wejściem do domu. Nie dałam po sobie poznać. Pobawilam się z cora, był piątek więc mogła dłużej pobrykać, potem spanie. Zwlekałam z pójściem do męża. Chciałam mu podarować jeszcze trochę tego spokojnego życia jakie mamy. Nigdy wcześniej nie uważałam go za spokojne, nagle uderzyło mnie to jak mieliśmy wszystko poukladane, jak nam dobrze że sobą w 3. Mąż się wystraszył bo się rozpłakałam, myślał że coś się stało. Potem ten szok w jego oczach. Ale też i uśmiech niedowierzania. Ucieszył sie. Mówi, że to dobrze. Że to nowe życie. Że tak nam los zesłał i trzeba się z tego cieszyć. Ale to nie on będzie chodził w ciąży z mdłościami, to nie on będzie się klul heparyna w brzuch, to nie on będzie się bał że znów mu przy porodzie złamania zebra. Spuchły mi wtedy oczy od płaczu. Potem zrobiło mi się lepiej. Damy rade, nasza Klebuszka potrzebuje towarzystwa, ma już czasami takie zachowania samolubne że martwimy się, że koleżanki się od niej odwrócą. Może to się zmieni. Minęło już jednak kilka dni a ja nadal nie doszłam do siebie. Oblewają mnie zimne poty i dreszcze że strachu. Jak to będzie. Nie dam rady kogoś kochać tak jak kocham córkę. To będzie nowa, obca dla niej osoba w domu. Znam ją tak dobrze, to dla niej będzie ogromny stres emocjonalny. Zawsze mówi że nie chce mieć brata ani siostry. Chce mieć tylko mamę i tatę. Oblewają mnie zimne poty na myśl o moim wieku (38 lat w przyszłym roku) i o tym, że ledwo wyszliśmy z pieluch a będą kolejne. Kolejne zimne poty na myśl o tym jak się pomieścimy. Nie mamy dużego mieszkania. Kuchnia z niewielkim salonem i dwa pokoje po 10 m. Ok, mogą być w 2 w pokoju, dwa łóżka i meble spokojnie się zmieszczą. Ale potem jedno pewnie weźmie nasza sypialnie. Mamy spory ogrodek, ale w ogródku mieszkać nikt nie będzie...Mieszkanie kupowaliśmy z myślą o naszej 3, najwyzej plan był po kilku latach zmienić. Nikt nie przypuszczał że stopy kredytowe tak wzrosną, że będziemy płacić podwójna ratę, że mieszkania 70 m w Krakowie będą kosztować minimum milion zł.
Czy ja wybiegam myślami w przód? Pewnie tak, pewnie za bardzo. Beta po teście 1440. Duża. Z Kłębuszka też miałam duze bety. W styczniu USG. Nie wiem czy bije serduszko. Nie wiem czy nie zagnieździło się w bliźnie po CC których mam sporo. Ale nie jestem w stanie nie myśleć.
Te dwie krechy, tak wymarzone kiedyś, te testy oglądane pod oknem. A teraz... żal i rozpacz. Chciałabym najbardziej żeby moja córeczka pokochała to dziecko to ja też może pokocham. Jak strasznie to brzmi w ustach weteranki. Jak bluźnierczo i niesprawiedliwie. Nic na to nie poradzę. Na razie jestem załamana, czar świat prysl, jutro trzeba rodzinie męża powiedzieć bo przecież będą zachęcac do wina, śledzi, francuskich serów. Jutro będa się cieszyć i gratulować. A ja będę stała jak słup soli albo się totalnie posypie.
Boże, pomóż mi żebym się ogarnęła i zaakceptowala to nowe życie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 23 grudnia 2024, 22:47
Moje drogie duszyczki, które czytają ten pamiętnik...
Bardzo Wam dziękuję za wszystkie słowa wsparcia jakie dostaję.
Może nie zawsze odpowiadam pod wpisami w komentarzach, bo nie zawsze widzę taki komentarz odpowiednio wcześnie, ale jak już widzę to czytam. I zawsze przywołuje to pozytywne emocje.
Co u mnie?
Mamy 17.01.2025r.
Postanowiłam, że czas najwyższy przestać się nad sobą użalać. Przestać zadręczać głowę rozpaczą po utraconej ciąży i przestać obwiniać wszystko i wszystkich za swoją bezdzietność oraz niepłodność, a już najbardziej siebie samą. BASTA.
To było pierwsze kliknięcie w mojej głowie. Pewne trybiki przeskoczyły na powrót na swoje miejsca.
Przecież hej? Jestem w szczęśliwym małżeństwie. Niepłodność tylko umocniła nasz związek. O wiele bardziej o siebie dbamy a mąż chce abym czuła się bezpiecznie. Mamy piękny i dość duży dom (jeszcze wykańczamy!), na który nas mniej lub bardziej stać, ale STAĆ! Nie mamy problemów z płynnością finansową. Może nie stać nas aktualnie na wyjazdy na Seszele czy zakup używanego auta kilkuletniego, bo jeszcze ładujemy wszystko w domek, ale stać nas na wykończenie tego domu. Na meble, jakie chcemy, na drzwi jakie chcemy, na telewizor jaki chcemy. Żyjemy bez poczucia utraty gruntu pod nogami. Jest dobrze. Mamy wspaniałe rodziny i przyjaciół. Mama wygrywa kolejną walkę, tato wytrwale szuka pracy, z teściami żyjemy w zgodzie i dobrych relacjach, nasze rodzeństwo jest dla nas bardzo ważne. Dziadkowie, którzy żyją, cieszą się zdrowiem o tyle o ile - tzn stabilnie. 
Mamy plany i marzenia, w których głównym priorytetem nie jest już dziecko. Może to pierdoła i głupota, ale pierwszy raz od 5 lat jedziemy na dłuższy wyjazd na narty. Chodzę podekscytowana cały czas i co rusz oglądam rolki czy filmiki dotyczące szusowanka. Radość mnie rozpiera i chęć doskonalenia swojej miernej techniki, w końcu trzeba dobrze wejść na krawędź!
Wyszkuję już kolejnych miejscówek na wypady: Soelden, Dachstein, Dolomity (nie wiem gdzie dokładnie, ale trzeba się wybrać!), kolejny raz Mayrhofen bo kochamy, czy na krótsze wypady Cerna Hora po stronie Czeskiej, ewentualnie Szpindlerowy.
Przeglądam sprzęt, myślę co by tu kupić i kiedy i przebieram nóżkami!
To wszystko wystarczyło, aby moje podejście do tego, jak wygląda moje życie diametralnie się zmieniło. Jest dobrze. Zamierzam z niego korzystać w taki sposób, skoro nie mogę realizować się jako mama. I to też jest w porządku. Cieszę się z miejsca, w jakim jestem. Cieszę się z odzyskanej stabilności psychicznej. Chociaż nie będę ukrywać, że było ciężko, a depresja jeszcze we mnie gdzieś siedzi i próbuje drapać pazurami.
Mam też bardzo, bardzo ważną informację.
Zakwalifikowaliśmy się do Programu Ministerstwa Zdrowia! Zaczynamy IVF w Invimed! 🎉🎉🎉
Odbyliśmy już prawie wszystkie wymagane badania, poza MSOME które będzie badane 21.01.
Kolejna wizyta odbędzie się 28.01 z wynikami badań i wtedy ustalimy plan leczenia.
To też będzie mój 13dpo... Miałam w tym cyklu 3 pęcherzyki, owulacja wystąpiła w dzień kwalifikacji i badań nasienia (oraz chyba dzień później?). Podziałane było dwa dni przed i dzień po. Co z tego wyniknie to się okaże. Jak dla mnie nie musi nic. 
Trochę z naszych badań:
*wirusówki ok
*mam przeciwciała IgG na CMV, toxo i różyczkę
*moje AMH spadło do 5,89 z 10,17 w przeciągu dwóch lat! Jajniki chyba się ogarnęły i zmniejszają swoje PCOS 
*stopień czystości pochwy to II
*czekamy na MUCHa, na pewno nie mam chlamydii 
A teraz jedno z ważniejszych badań. Nasienie męża.
Pozwolę sobie przypomnieć, jak to wyglądało?
kontrola 24.10.2023r.
✔️objętość próbki: 5,1ml
✔️liczba plemników ogólna: 121,99mln (min. 36mln)
✔️liczba plemników na 1ml: 23,92mln (min. 16mln)
✔️ruch postępowy: 76% (min. 32%)
✔️ żywotność: 88% (min. 56%)
✔️morfologia: 7% (min. 4%)
✔️IgA 2% (>10%)
✔️IgB 0% (>10%)
❌HBA 49%
✔️Fragmentacja 11%
A jak to wygląda teraz, zważywszy na to, że mąż o siebie nie dbał za bardzo przed Nowym Rokiem a suple bierze od miesiąca?
✔️objętość próbki: 4,0ml
✔️liczba plemników ogólna: 51mln (min. 36mln)
❌liczba plemników na 1ml: 12,75 (min. 16mln)
✔️ruch postępowy: 35,01% (min. 32%)
✔️ żywotność: 76% (min. 56%)
✔️morfologia: 7% (min. 4%)
📈HBA 70,5% 🎉
Pogorszyły się jak widać, ale nie na tyle, żeby bolało mnie to w serce. Do IVF w zupełności wystarczą te parametry, które są zwyczajnie dobre (poza koncentracją na 1ml). Zakładam, że dalsze branie supli jeszcze bardziej wykoksuje nasienie i jest szansa, że za miesiąc te wszystkie parametry po prostu będą w normach i jeszcze wyżej. 
Jestem zadowolona.
PS Na narty jedziemy około tydzień po punkcji, wszystko zostało idealnie wyliczone. 😂
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 stycznia 2025, 21:01
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.