Witam się z wami w ten mglisty poranek..! dzieje się.. zacznę od tego ,ze jestem w ciaży.. SZOK! TAK! ale spokojnie pewnie to tylko chwilowy stan i słońce przed burzą...nie umiem się przestawić na inne myślenie. Zamiast się cieszyć co chwile biegam do toalety sprawdzać czy już krwawię czy jeszcze chwile. Głupie to strasznie wiem..
Generalnie starania wstrzymaliśmy juz dwa miesiace temu , decydując sie na in vitro- każdy sex pod kontrolą... wiec nie wiem jak przy moich parametrach i uważnym sexie jestem w ciaży.. to nie jest tak, że się nie cieszę ! ogromnie mnie te kreski zaskoczyły chociaz od poczatku miesiąca miałam jakaś taka myśl w głowie że to będzie ten miesiąc.. a wiecie dlaczego? dlatego ze w tym miesiącu mi zależało żeby nic bie wyszło! pracuje w swojej firmie 13 lat i dostałam ostatnio propozycje zmiany pracy , rozwoju , nauki nowych programów - chciałam w to iśc.. bałam sie ogromnie bo ja z natury nie lubię ludzi.. przeszkadza mi ich duże ilość może tak! a tam musiałabym na nowo wdrażać się w znajomości itd ale chęć poznania czegoś nowego była silniejsza! poszłam na rozmowę, trwała ponad 2h! super oferta, bardzo fajni ludzie! okazało sie że pracuje tam kilku znajomych! no nic tylko brać! po kilku dniach bitwy w głowie zapadła decyzja! ide w to! umówiłam sie z szefem na rozmowe , przedstawiłam mu sytuacje ,zapytała o okres wypowiedzenia kiedy mogłabym odejść.. nie spodziewałam sie z jego strony żadnej propozycji- że tak powiem delikatnie - nie przepadamy za sobą
!ale propozycja padła .. ku mojemu zdziwieniu bardzo dobra..! łącznie z podniesieniem kwoty wynagrodzenia o dobre 2tys łącznie z umową więc gdzies tam miałam mętlik ale i tak zdecydowałam pójść tam! Po rozmowie z szefem, zadzwoniłam do formy, potwierdziłam przyjęcie ich oferty. Zeszło ze mnie powietrze i w koncu sie wyspałam! Na następny dzień coś mnie podkusiło i mówię zrobię test dla pewności ,zeby nikogo na mine nie wpuścić.. ku mojemu zdziwieniu pojawiła się bladziutka kreska- nawet cień bym powiedziała ale oko szaraczki wyłapie nawet cień! wzięłam ten test za felerny, ale że miałam ich jeszcze kilka to powtórzyłam wieczorem, i znowu to samo , wiec zrobiłam kolejny i to samo! dodam tylko że kazdy test był innej firmy! na następny dzien cien juz wygladał jak jeszcze dość blada ale różowa kreska na pinku ! więc nogi się pode mną ugięły! zmiana życiowa, nowe wyzwania a tu ciąża! oczywiście nie wiem co z tego będzie czy to okres przejściowy czy moze moje komórki i organizm tym razem zawalczy i wszystko będzie na swoim miejscu zwarte i gotowe do dania nam tej upragnionej kruszynki która zostanie obdarowana morzem miłości przez swoją siostre przede wszystkim , która codziennie o ną pyta! kiedy będzie w końcu w brzuszku i na świecie! na razie to zbyt odległe i nadal słabo osiągalne ,żeby się cieszyć ..ale trzeba mieć ten cień nadziei..
Dzisiaj trochę więcej o mnie.
W końcu ogarnęłam podstawowe badania po porodzie. Czas najwyższy zadbać i o siebie.
Witamina D - 57
Ferrytyna - 28
Glukoza - 83
Wapń - w normie
TSH - 0,5
Odstawiłam Letrox na własna rękę póki co i zobaczymy. Jak brałam 50 po porodzie to czułam jak po mału wpadam w nadczynność. Nerwowość, bezsenność. Kto wie, może ciąża ustawiła hormony i nie będzie mi już potrzebny 🤷🏻♀️ Kiedyś, kiedyś, w innym życiu, przed staraniami nic nie brałam i czułam się doskonale. Powtórzę TSH za miesiąc i jak będzie coś nie tak, to poszukam dobrego endokrynologa.
Psychicznie to myślę że w tym początkowym okresie otarłam się o depresję poporodową. Po początkowej euforii miałam zdecydowanie za dużo spadków nastroju, smutku, łez, wymyślania sobie co mi się w macierzyństwie nie udało. Rozmawiam z psychologiem, ale chyba bardziej pomógł mi mąż. Mimo naszego kryzysu. Po jednej słabej sobocie między nami i moim potoku łez, wrócił do domu z naszyjnikiem i czekoladą, powiedział że to prezent za taką super opiekę nad Małą i że docenia wszystko co robię. Że mamy cudowne dziecko. Że ona jest wesoła, uśmiechnięta, spokojna, zdrowa, ale że ja muszę bardziej zadbać o siebie, a nie zamykać się w jakimś zamkniętym świecie, gdzie jestem tylko ja i ona i moje zmartwienia (często wymyślone lub nakręcone). Bo tak robiłam. Że mam angażować jego i komunikować potrzeby i zadania, angażować babcie, nie wkręcać sobie bzdur. Nie porównywać siebie i dziecka do innych. Opuścić głupie grupy fejsbukowe. Skupić się na tym ile dobrego nas spotkało. To tak w skrócie, bo to była bardzo długa rozmowa.
Jest mi lepiej, ale nie rezygnuje z psychologa póki co, na wszelki wypadek. Sama zresztą stwierdziła, że mam bardzo surowy stosunek do samej siebie i nie powinnam tego tak zostawiać.
Z dobrych rzeczy, to za jakiś miesiąc się przeprowadzamy. Nie mogę się doczekać i myślę że wszyscy, łącznie z psami, odżyją. No i będzie przestrzeń na rodzeństwo.
Kompletnie się tego nie spodziewałam po sobie, że będę tak szybko chciała. Kolejna rzecz, która mnie zaskoczyła. Myślałam, że zobaczymy jak będzie, wrócę do pracy i może za jakieś 2 lata pomyślimy. A ja, mimo że początki macierzyństwa u mnie to taka wyboista dość droga, kłótnie z mężem, nie chce wracać do pracy, pilnuje bardziej już jedzenia, ćwiczę ze 2 x w tygodniu, dbam o suplementy. Niby dla zdrowia, ale tak naprawdę po mału się przygotowuję do tego aby zawalczyć jeszcze raz.
Na monitoringu brak wyrośniętych pęcherzyków, zielone światło do stymulacji. Letrozol dzień pierwszy.
(Ta ulotka w opakowaniu jest przerażająca).
Moja pani ginekolog jest taka słodka. Jest ze mną w tym wszystkim od pierwszych miesięcy starań, sama poleciła panią doktor z kliniki, a teraz mogę do niej zaglądać na tę rutynowe USG. Zawsze gdy widzi mnie na liście pacjentek, to liczy na to, że przyszłam już z zatrzymaniem miesiączki i będziemy się cieszyć. Wierzę, że przyjdzie ten czas. Powiedziała mi też, że ostatnio naprawdę wszystko wyglądało bardzo dobrze i myślała, że ten cykl się powiedzie. No nic, próbujemy dalej. Tym razem z letrozolem.
5 d.c.
W przyszłym tygodniu kontrola i zastrzyk.
19+3
Wciąż jestem kłębkiem nerwów. Dzień pod dniu jestem bliżej spotkania tej małej osoby która zaczyna dawać o sobie znać. Zastrzyk po zastrzyku zbliżam się do dnia kiedy się zobaczymy. Jestem przerażona. Czy to jest czas kiedy inne kobiety się cieszą ? Strasznie boję się cieszyć. Ale rozmawiam z Tobą mimo że nie możesz mi odpowiedzieć, chyba że kopniakiem. Tata czyta Ci mądre książki, których nawet ja nie rozumie. Tańczymy do rammsteina. Przesypiam 3/4 dnia. Wiem że lubisz ze mną pracować, bo wtedy pukasz i dajesz o sobie znać. Już tworzymy wspomnienia ♥️ jesteś już silnym chłopcem
Wlasnie przeczytalam moj ostatni wpis I caly czas pamietam jakie emocje mna wtedy targaly, uczucie bezradnosci I rozpaczy. Pamietam jak siedzialam przy stole podczas Wigilii I probowalam powstrzymywac lzy. Cala moja rodzina tak bardzo mnie wspierala, mama I siostra mowily, ze boja sie o moje zdrowie psychiczne bo mam puste spojrzenie. Potem powrot do UK I pytanie co dalej.
Maz mial juz dosyc, ja nie bylam.gotowa aby sie poddac. Powiedzial, ze musimy zrobic cos dla nas bo zwiazek nam sie sypie, do mnie wszystko dpcieralo jak przez mgle, ale zgodzilam sie I polecielismy odwiedzic rodzine meza do USA. Oczywiscie w glowie ukladalam kolejne wizyty, badania itd. Po serii badan, wizyt w lipcu 2023 podeszlam do kolejnego 5 transferu. Nauczona doswiadczeniem sama kontrolowalam prog I pierwsza Bete zrobilam juz 2dpt. Transferowalam kropka 5.2.2 I juz wtedy beta wyszla 2.77. Od tego momentu bete robilam co dwa dni przez dwa tygodnie. Wygladalam jak narkomanka😄. Przyrosty bety nie byly kosmiczne ale sukcesywnie rosly. Stres byl niesamowity bo mimo, ze beta rosla nauczona doswiadczeniem wiedzialam ze ten piekny sen moze sie bardzo szybko skonczyc.
Walka z nieplodnoscia nie pozwolila mi sie tak naprawde cieszyc z bycia ciazy, bo bardzo sie martwilam czy wszystko bedzie ok. Ciaze znioslam wyjatkowo dobrze, praktycznie nie mialam zadnych objawow I czulam sie naprawde spoko. Razem z mezem.przez pierwsze 3 miesiace nie mowilismy o ciazy bo nie chcielismy zapeszac. Nie potrafie opisac momentu kiedy dotrwalismy do polowy ciazy I badaniach polowkowych czy gdy aplikacja pokazala ze ciaza jest donoszona....
I ostatecznie 4 kwietnia 2024 poprzez cesarskie ciecie przyszla na swiat moja wyczekana 7 lat coreczka Lily. Do dzis czasami z mezem patrzymy na nia I nie wierzymy, ze jest z nami. Nasze zycie zmienilo sie diametralnie I czasami nie jest latwo, ale jestem niezmiernie wdzieczna, ze zostalo mi dane byc mama Lilki. Maz wielokrotnie dziekowal mi, ze bylam uparta, nie poddawalam sie i dopielam swego, bo dalam mu Lilunie.
Walka z nieplodnoscia wywarwa duze pietno na mnie, zmienila mnie, wyssala ze mnie wiele energii, ale nauczyla mnie rowniez cierpliwosci, pokory, wytrwalosci i pokazala ile czlowiek potrafi zniesc. Jedyne czego ta walka mnie pozbawila to ze prawdopodobnie Lily bedzie jedynaczka, bo wygralam walke w wieku 40 lat I nie sadze czy bedzie mi dane byc w ciazy jeszcze raz.
Ta ciaza nie udalaby sie gdyby nie pomoc Pasnika, bo wierze ze to przede wszystkim dzieki niemu mam coreczke w domu.
Dziewczyny starajace sie o swojego bobaska.....jezeli macie sile I wole to nie poddawajcie sie I walczcie o swoje szczescie.
Ufajcie swojej intuicji, jezeli macie watpliwosci to kwestionujcie swoich lekarzy, szukajcie odpowiedzi same. Ovu to skarbnica wiedzy jak rowniez spolecznosc, ktora wspierala mnie w najciezszych momentach.
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 grudnia 2024, 22:29
7+2
Dwa dni temu serce biło, CRL wynosił 1,03 cm i pojawił się mały krwiak. A ja uwierzyłam w końcu w powodzenie tej misji 🥹
Dla siebie opiszę ten cykl, który był burzliwy i szczęśliwy. Jak pisałam na początku listopada po trzecim nieudanym transferze odpuściliśmy ten temat do lutego, bo oboje wysiedliśmy totalnie psychicznie. Ja u psychoterapeuty na pierwszej wizycie przepłakałam 80% czasu mówiąc o niepłodności-myśli, które już mną rządziły nie należały do najlepszych na mój temat, ale pytanie “czy to jest prawda” i “czy to ci służy i pomaga” mocno mną wstrząsnęły i pomogły wyjść z tej samonapędzającej się spirali. Musiałam doprowadzić się pod wielki mur bez wyjścia, żeby dać sobie pomóc. Mój mąż siedział w garażu, robił jakieś rzeczy i w ten sposób sobie radził. W tym cyklu mimo tego, że starałam się jeść słodkie raz w tygodniu zdarzył sie jeden tydzień będący jedną wielką wpadką ciastową. Mieliśmy dwie imprezy taneczne z rzędu i chodziłam dwa razy w tygodniu na Nordic-walking . W połowie cyklu dostałam zapalenia pęcherza, który pogrzebał w mojej głowie szansę na powodzenie. W czasie planowanej miesiączki czułam lekki ból podbrzusza, ale wzięłam to za przepowiedz tego co się będzie działo za kilka dni, przecież mam endometriozę więc zawsze mnie bolało kilka dni przed. W poniedziałek kolega z pokoju przyszedł do pracy z niewyleczoną grypą, po co do dziś nie wiem. W środę ja zaczęłam kaszleć i zaczęły mnie boleć płuca, popołudniu spałam chyba 3 godziny i wstałam słaba ze stanem podgorączkowym. Również tego dnia w pracy powiedziałam koleżance, że ja tak świetnie znam swoje ciało, że zawsze szybko wiem o ciąży 😂 Stwierdziłam że następnego dnia pójdę do lekarza ale też siknę na test, bo pęcherz i przeziębienie mogą przesunąć okres, ale nie 5 dni z lekkimi bólami podbrzusza. W czwartek mąż przyszedł z nocnej zmiany, a ja jak zasnął poszłam do łazienki żeby zacząć się zbierać do lekarza i dla formalności siknąć. Od razu po nakropieniu na pinka pojawiły się dwie kreski - moje słowa do testu to “nie rób sobie ze mnie jaj, bo takie żarty nie są ani trochę śmieszne”, ale test ani na moment nie dał wątpliwosci, że są dwie tłuste krechy. Obudziłam męża i mówię patrz, dwie kreski są, a on że nic nie widzi😂 ja taka spanikowana-jak nic nie widzisz jak są dwie legalne kreski nie jakieś cienie😂 on po prostu był zaspany, a ja rozemocjonowana 😂 pojechałam pierw oddać krew do laboratorium, w którym wiedziałam że będę miała szybki wynik, a potem do przychodni. Płakałam tego dnia jakieś pięćdziesiąt razy i do dziś nie wiem co się wydarzyło, że się udało. Czy to uwierzenie, że cuda nam też się mogą zdarzyć, czy to, że postawiłam na tym cyklu krzyżyk, bo byłam pewna że owulacja wypadła jak już miałam te zapalenie pęcherza.
Wiem, że sama dalej w to nie wierzę, czuję się jakby to dotyczyło kogoś innego, na myśl o ciąży czuję ogromną pustkę w żołądku i lekki atak paniki. Jednocześnie jestem wdzięczna i powoli szczęśliwa, chodzę z psem na spacery, sprzątam, gotuję, maluję po numerach i jestem na zwolnieniu. Moi rodzice, rodzina ze strony mamy, w pracy szef i koleżanki wiedzą, do tego dwie najbliższe przyjaciółki. Nie mam odwagi mówić póki co większej ilości ludzi, dla mnie jest za wcześnie. Najbezpieczniej by było powiedzieć na początku lutego, ale pod koniec stycznia mam urodziny i może wtedy to będzie najlepsza okazja- będę w 11 (?)tygodniu (nadal nie wiem jak to się liczy -czy 11+0 to 11 czy 12 tydzień?). Na ostatniej wizycie dostałam skierowanie na badania krwi i prenatalne 🤯 nadal nie mam założonej karty ciąży, bo ani doktor ani ja nie byliśmy do tego skore. Kolejna wizyta albo 14 albo 16.01.
Do tego czasu życzę wam Szczęśliwego Nowego Roku, pełnego nowych nadziei, cierpliwości i pozytywnych zaskoczeń, miłości do samych siebie i bliskich których mamy wokół siebie, spełnienia marzeń i po prostu wszystkiego co sobie same życzycie❤️
W piątek poszłam na badania krwi sprawdzić progesteron. Wyszedł 1,4. Właściwy dla fazy lutealnej, ale bez szału, więc w sumie sama nie wiem, jak to rozumieć. Na razie dla komfortu psychicznego przyjęłam, że skoro mieści się w widełkach fazy lutealnej, to znaczy, że jakaś owulacja była.
Dzisiaj za to byłam na kontroli u ginekolożki, żeby sprawdzić, jak ma się pęcherzyk gigant. Byłam przekonana, że się wchłonął, bo przez weekend go nie czułam. Niestety jest tam nadal. Endometrium spoko 10mm. Z nieznanych mi przyczyn, ku mojej rozpaczy, ginekolożka używa stwierdzeń typu: „Endometrium takiej grubości jakby zaraz rzeczywiście miał być okres” albo „a te sutki to pani czuje jak na okres?”.
Jutro rano mam do zrobienia test ciążowy. Jakoś z tego wszystkiego nie zakładam, że mógłby wyjść pozytywny. Nigdy takiego nie widziałam, więc ciężko mi sobie wyobrazić w ogóle taką sytuację, mimo że z całych sił się o to staramy i do tego dążymy. Ja bym w ogóle nie robiła tego testu, tylko czekała cierpliwie w nadziei aż do dnia planowanej miesiączki. No ale przykaz pani doktor. Dziś ostatni duphaston, a jutro test. Jeśli wyjdzie negatywny, to będę kontaktować się z kliniką, czy w takiej sytuacji mogę stymulować kolejny cykl czy raczej nie.
Sporo niewiadomych… a jeszcze jest tyle innych spraw w życiu, którymi chciałabym się zająć. Takie życie z miesiąca na miesiąc jest bardzo męczące. Bardzo dużo dźwigamy na swoich barkach. Ciekawe, ile jeszcze…
Praca daje w kość. Jakaś dziwna atmosfera, jakieś dziwne zachowania odczytywane między wierszami. Ciekawe jakie szemranie się pojawi, gdy uda się zajść w ciążę i powiem adios.
Jesteśmy po wizycie u doktora S., zalecił powrót do starań jeśli tylko jesteśmy gotowi. Dał listę badań do zrobienia z krwi, zarówno mi, jak i mężowi (mam nadzieję, że uda się choć niewielką ich liczbę zrobić przez skierowanie z LXM, bo same moje badania to ponad 1500zł). Powiedział, że jeśli nie przeprowadzimy calej zaplanowanej diagnostyki, a uda się zajść w ciążę, to wesprze ją lekami, zakładając, że diagnostyka wykazałaby jakieś problemy. Takiego podejścia szukałam. Co nie znaczy, że łatwo mi wrócić do starań. Ogromnie boję się bólu, tego, że znowu pronię, że stracimy kolejne dziecko, a wraz z nim marzenia i nadzieje. Ale myślę że to kwestia 2-3 miesięcy i wracamy na staraniową scenę, bo nie ma na co czekać... nikt za nas nie spelni marzeń. Nie odmłodniejemy. Nie będzie idealnego momentu. Nie przepracuję bardziej swoich zranień. Lęki nie znikną.
Następna wizyta to analiza wyników badań i ocena stanu endometrium i budowy macicy. Może w końcu ktoś wykona dokładniejsze badanie niż "w obrazie usg widać, że ma pani dwa jajniki i macicę".
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 lutego 2025, 22:25
28 kwietnia 2025
Właśnie odwiozłam córkę do przedszkola i jestem po rozmowie z kierowniczka. Powiedziałam jej że mam jeszcze jedna rehabilitację i tak w okolicach połowy maja chciałabym wrócić do pracy . Dodatkowo powiedziałam jej że będziemy się przeprowadzać i chciałabym żeby przeniosła mnie do innego sklepu tak za 2 miesiące.
Powiedziała mi że jak wrócę po L4 to nie gwarantuje mi że będę na tym samym sklepie co teraz bo ma pełny skład etatowy . Trochę mnie to zmiotlo z planszy .. trochę to w sumie mało powiedziane. Siedzę teraz na łóżku i zastanawiam się nad własnym życiem..czego trzymam się kurczowo tej pracy .. boje się przyszłości . Przeraża mnie to wszystko .
Styczeń - marzec stały u mnie katastrofalnie pod kątem zawodowym. Początek stycznia to okres sprawozdawczy za poprzedni miesiąc, kwartał oraz rok.
W drugiej połowie stycznia odbyłam "przemiłą" rozmowę z przełożonym, który stwierdził, że zabierze mi zadaniowy czas pracy, bo moje wyniki nie są rewelacyjne, że sobie lekceważąco podchodzę do pracy oraz demoralizuję pracowników. Że jak obejmowałam kierowanie jednostką to było 900 spraw zaległych i teraz też jest 900 spraw zaległych. Wyskoczyłam więc ze statystyką, że hola hola, jak obejmowałam jednostkę to spraw zaległych było 1554. Machnął ręką. Dosłownie machnął ręką. Że w jednostce, w której pomagam z premedytacją zawaliłam wykon, bo od 19 grudnia 24 do końca grudnia 24 chorowałam na grypę. No tak, bo chorobę można zaplanować i marzyłam o tym, żeby święta spędzić bez moich rodziców i dalszej rodziny. Że zrobiłam 4300 spraw, a wpłynęło 4100 i te 200 spraw ponad, to jest "lekka górka". Lekka górka?!?!?! Gdy zaczynałam pracę w tej jednostce rocznie wpływało do niej 2600 spraw, mamy ciągły wzrost, a ekipa cały czas ma taki sam skład.
W lutym niestety nie dogadałam się w sprawie przeniesienia do innej jednostki, bo okazało się, że musiałabym być w Warszawie od poniedziałku do piątku po 8 godzin dziennie. Plus dojazd -> robiłoby się tak, że nie widziałabym rodziny. Zrezygnowałam więc i byłam naprawdę poruszona, że w Warszawie trzeba pracować stacjonarnie, że nie ma modelu hybrydowego (a ja nie jestem lekarzem operującym codziennie pacjentów).
Kolejna kwestia z przełomu lutego i marca to kwestia mojego awansu zawodowego. Odmówiono mi go z uzasadnieniem "miała 1,5 roczną przerwę w pracy związaną z macierzyństwem". Otóż nie przegrałam z kontrkandydatem z powodów merytorycznych, tylko z powodów pozamerytorycznych. Po powrocie do pracy teczka moich szkoleń spuchła, uczestniczyłam również w szkoleniach międzynarodowych. Co prawda w tym roku mnie nie zakwalifikowano do programu międzynarodowego, ale w ubiegłym roku uczestniczyłam w projekcie unijnym.
Pod koniec stycznia złożyłam wniosek o przeniesienie na inne miejsce służbowe. Próbowałam uciec z mojej pracy na różne sposoby. Jak dowiedziałam się, że jest 2 innych kandydatów, zagrałam taktycznie, ujawniając jako powód przeniesienia Aspergera malinowego oraz podejrzenie epilepsji u niej. Przenieśli mnie. Ale dopiero od 1 września br. Także na razie tkwię u siebie. Niemniej, gdy wyszło, że zostanę przeniesiona, mój przełożony w połowie marca znowu mnie do siebie wezwał. Że od 17 marca to on mi cofa zadaniowy czas pracy. Przyjęłam do wiadomości. Wychodząc od niego, zapytałam się jego sekretarki (manipulatorki, więc wiedziałam, że moje działanie wyjdzie na jaw) - "W jaki sposób składam wniosek o urlop wychowawczy lub ograniczenie etatu?" - "Obawiam się, że nie rozumiem" - "Myślę, że doskonale Pani wie, o czym mówię. Mam dziecko w wieku do lat 6, przysługuje mi urlop wychowawczy w wymiarze około 15 miesięcy oraz ograniczenie etatu do 1/2 na taki sam czas. Ponawiam pytanie - składam u Pani czy przez EZD?" - "Jak Pani wygodnie". W swojej jednostce zarządziłam naszykowanie mi najpilniejszych spraw, wychowawczy wchodzi w życie po upływie 21 dni, zamierzałam jeszcze na 2 dni przyjść, załatwić najpilniejsze sprawy, zabrać swoje rzeczy, a resztę doczekać na L4 i powiedzieć "bon voyage!". Wróciłam do domu, przeryczałam dzień i noc, bo atmosfera była dramatyczna, bo odchodząc (od 1 września) chciałam "swoje" sprawy pozałatwiać, postąpić odpowiedzialnie. Ale w takiej sytuacji musiałam ratować swoje zdrowie. Nie przespałam tej nocy, o 8:00 rano wypiłam kawę. Kto mnie zna, ten wie, że to jest niewiarygodna sprawa, bo ja kawę pijam popołudniami jako deser i to tak z 1-2x w miesiącu. A tu wjechała kawa. Zabrałam do pracy pen drive na swoje szablony. I tak pojechałam. Nie zdążyłam się rozebrać, zostałam wezwana "na dywanik". Nie miałam siły siedzieć prosto, więc siedziałam z wywalonymi nogami, zgarbiona w sobie, jak żulik. Startowałam z pozycji przegranego, bezsilnego człowieka.
Szef zaczyna: "Słyszałem, że chce Pani pracować na poprzednich zasadach"
Krąsi: "Myli się Pan. Ja już nie chcę pracować. Jestem wykończona psychicznie i fizycznie. Jestem jedyną jednostką, która zrobiła Panu statystykę za zeszły rok, a dla Pana chyba byłoby rewelacyjnie, gdybym załatwiła 5000 spraw. Ale to nie jest możliwe przy aktualnym obciążeniu pracą w innej jednostce oraz z brakiem przesunięć kadrowych."
Szef: "No tak, ma Pani rację. Potraktujmy wczorajszą rozmowę jako niebyłą"
Krąsi: "Jako niebyłą? Wyszłam od Pana roztrzęsiona, nie byłam w stanie już w ogóle wczoraj pracować. Jak mam pracować, to bez szpiegowania przez R."
Szef: "Żeby Pani miała świadomość, że ona nie robi tego z mojego umocowania. Robi to, bo taki ma charakter."
Krąsi: "Atmosfera pracy na dole /moja jednostka zajmuje parter 4-kondygnacyjnego budynku/, którą ona wprowadza jest fatalna"
Szef: "Nie tylko na dole, w całym urzędzie"
Krąsi: [jeszcze bardziej opadające witki] "To ja mam prośbę, proszę nie wierzyć jej słowom, tylko zaufać statystyce, bo robimy co w naszej mocy, żeby było dobrze. Zaś ona grzebie mi w aktach, łamiąc tajemnicę zawodową i RODO"
Szef: "Tak, robi tak. Mogę z nią porozmawiać, ale to na niewiele pomaga. Wróćmy do poprzednich zasad."
Krąsi: "Dobrze, nie ma czasu do stracenia"
I tak pracuję, wreszcie po niemalże 2 latach w dobrej atmosferze, bez szpiegulca u boku. Kretynka, no kretynka, jak można czas w pracy tracić na kontrolowaniu innych nie zajmując stanowiska odpowiedzialnego za kontrolę pracowników??? Aż 2 lata musiałam czekać na rozstrzygnięcie.
W międzyczasie, przypomnę tylko 10 lutego dowiedziałam się o porażce związanej z ciążą.
Spotkałam się z psychiatrą, już po tej ostatniej rozmowie z przełożonym (czas oczekiwania), no i po godzinnym wrzucaniu na życie, stwierdził, że dziwi się, że mnie nie łapały bezdechy, kołatania serca, że tak, mogę mieć teraz ześwirowany cykl, żeby umówić się do gina za jakie 2-3 miesiące, że teraz on mi może dać leki nasenne, ale nie widzi żadnych zaburzeń wymagających ingerencji, że dobrze, że byłam na terapii (wznowiłam w grudniu w innym celu, ale jak zaczęło się sypać, to dziękowałam Bogu za terapeutkę).
3 kwietnia napisałam odwołanie od mojego braku awansu, wysłałam je, przeszłam się na spacer i pomyślałam sobie, jak to dobrze być wolnym człowiekiem. o 21:00 zadzwoniła do mnie siostra, że mama upadła ze schodów i czekają na karetkę. Nienawidzę Cię 2025 roku całym sercem. Nienawidzę. Mama wylądowała na 2 tygodnie na neurochirurgii z małym krwiakiem. Nie operowali, chcieli ją wyprowadzić lekami. Krwiak się wchłaniał. Do tego potłuczony bark, złamana czaszka, potłuczona kość ogonowa (śliwka na tyłku wielkości jajka kurzego), lima na oczach. Mama od Wielkiego Piątku jest już w domu, powoli, mozolnie wraca do formy. Długo nie chodziła, w szpitalu odmawiała jedzenia. Teraz nadrabia. Ah, początkowo trudno jej było sobie przypomnieć jak mam na imię. Widziałam w jej oczach, że szuka i szuka i kurde nie wie, którą szufladkę otworzyć. Wreszcie się udało. Na SOR pojechała ze mną siostra, mama jej nie widziała, ale słyszała. Pytam jej "No, a kto ze mną przyjechał?". Myśli, myśli, myśli. "Wredna zołza dałaś jej na imię". Mama na to: "M?". Tak, M. Tak.
Jestem zjebana, wyrypana i ciągnę na oparach. Wymieniamy się z siostrą różnymi sprawami z domu rodzinnego, które trzeba ogarnąć, ale przy moi 3 miesięcznym wypaleniu zawodowym, to ja nie mam siły po prostu na coś nowego. Dziś wyjeżdżamy na majówkę, może trochę odpocznę.
Staraniowo: 14 maja mam histeroskopię. A 2 dni temu byłam na posiewie, bo mam wrażenie, że znowu mam zakażenie. Mąż od wyleczenia ureaplasmy dotknął mnie tylko 2 razy, więc naprawdę nie wiem skąd to się wzięło.
Życie przestań być takie trudne, zwolnij trochę, bo nie mam siły Cię dogonić. Chcę spokoju.
Za radą koleżanki z forum pojechałam dziś ( 8 dc ) na badanie estradiolu. Wynik 1400 z małym haczykiem. Nie wiem czy to dobrze czy źle w kontekście transferu. Nigdzie nie mogę znaleźć informacji czy są jakieś widełki pożądane przez lekarzy
Estrofem pierwsze 2 dni brałam doustnie 1x1 ( lekarz zalecił dowcipnie od 2 dc ). O ile nie brzydzi mnie ta metoda to obawiałam się infekcji mimo mycia rąk prawie wrzątkiem
Od kilku dni stosuję się to zaleceń lekarza, ale te małe tabletki wchodzą mi pod paznokieć i odrobinę mnie to wpienia 😅 W środę kolejne badania, wieczorem wizytacja 🥳
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 listopada 2024, 23:05
7w3d
Byłam dziś na piątej, ostatniej weryfikacji w Klinice. Bąbelek ma całe 8mm, serce bije jak dzwon. Nie mogłam wyobrazić sobie lepszego zakończenia starego roku. Był trudny, czasami ekstremalnie, ale nie chcę już pamiętać o tym co złe tylko skupić się na tym co przyniesie nowy. Mam nadzieję, że będzie dla Nas łaskawy
Cudownie było Cię zobaczyć Żuczku 💞 🥹
Wyniki badań:
Estradiol 3290.
Beta 110280.
Progesteron 25.2.
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 grudnia 2024, 17:02
Test wyszedł negatywny, wiadomo
Dostałam z kliniki informację, żebym poszła na kontrolę USG między 2 a 5 d.c. i do tego momentu nie brała leków na stymulację. Kiedy już zaczęłam zastanawiać się, co i jak, to praktycznie w tym samym momencie zadzwoniła do mnie ginekolożka, u której wczoraj byłam z informacją, że rozmawiała z moją panią doktor z kliniki o moim przypadku i plan działania jest taki: mam przyjść do Przychodni na USG, kiedy już przyjdzie okres. Jeśli pęcherzyk nadal będzie w jajniku, to od 15 d.c. do końca będę brać progesteron. Jeśli nie będzie, to zakładam, że możemy standardowo stymulować.
W całej tej niedoli poczułam się przez chwilę bardzo zaopiekowana. Zobaczymy, co dalej
ale przynajmniej jedna niewiadoma mniej i czuję, że ktoś ma to wszystko pod kontrolą i rzeczywiście mu (a właściwie to „im”) zależy.
5dpt...
Jutro badam pierwszy przyrost... Boże błagam, niech on będzie w normie...
Błagam, zostaw nam tego okruszka... Ty wiesz, że ja wcale nie chce tej drugiej procedury 😔
6dpt...
Kreska ciemnieje... okruszek walczy...
Błagam, zostań z mamusia 🙏
Jesteś na świecie 38 tygodni, pod sercem byłeś 37.
Jeśli myślałam, że walka o Ciebie była trudna, to nie wiedziałam, że wraz z Tobą urodzi się lęk o każdy dzień, lęk o przyszłość, strach.
Obiecałam sobie, że spiszę wszystko zanim zapomnę. Chociaż nie powinnam rozmyślać, ciągle wracam do tego jak martwiłam się każdego dnia czy urodzisz się o czasie, jak uwielbiałam być w ciąży z Tobą bo wydawało mi się wtedy, że jesteś bezpieczny. Dostaliśmy duży bonus, urodziłeś się donoszony, w piątek o 9:51, nie mając imienia, bo rodzice nie mogli zdecydować czy Gustaw to Ty. Ordynator i cała ekipa z sali, stwierdziła, że jesteś Gustawem, płakałeś na początku cicho, potem głośno. Byłam w szoku jak Ciebie zobaczyłam, że jesteś taki piękny, malutki, pomarszczony z tym grymasem buźki, który masz do dzisiaj ♥️
Nawet gdy przyłożyli nam buźki, a Ty byłeś chlodniutki, potrzebowałam instrukcji by wiedzieć, że mogę Ciebie pocałować i dotknąć.
Ostatnie tygodnie, miesiące, były jak siedzenie na tykającej bombie. Pracowałam do października, by nie leżeć i nie myśleć, zamknięta w domu i mieście. Z zakazem podróżowania, wizytami co 2 tygodnie, a potem utknęliśmy w szpitalu. Stał się naszym domem, bezsenne noce, czekaliśmy na dzień, gdy zjawisz się i Ciebie poznamy.
18.11 ustawiliśmy budzik, zrobiliśmy ostatnie zdjęcie, o 6:30 wsiedliśmy do auta. Padał śnieg, miasto było przysypane, droga pod śniegiem, paraliż. Staliśmy w korku 2h, spóźniliśmy się na IP, dojechaliśmy o 9. W sumie super się złożyło, dostałam salę nr 2, i jedyna dwójkę na patologii. Dziewczyna przede mną poszła rodzić, więc pokój był gotowy, w środku czekała na mnie I. W moim wieku, pierwsza ciąża, trafiła z kolka nerkową, wysokim crp, terminem na grudzień. Tydzień minął szybko, do niej przychodził mąż, do mnie przychodził mąż. Postawiłam sobie cel kroki- robić kroki, każdego dnia włączałam serial i dreptałam po korytarzu. Po przyjęciu na oddział, przyszła młoda lekarka, spisała leki, wzięła na USG. USG jak się potem okazało robił ordynator patologii, ze studentami, oglądali malucha, wtedy dowiedziałam się, że Misio ma włoski. Synek był spory jak na swój wiek, lekarz pokazywał studentom, że łożysko przoduje, ciąża będzie rozwiązana kiedy będzie donoszona. Czar o 4 dniach prysł, okazało się, że zostaje do końca. Lekarz został moim ulubionym lekarzem, zawsze dużo rozmawialiśmy, był empatyczny. Wtedy jeszcze celem było donosić Misia, nie stracić macicy. Tydzień później miałam konsultacje z kolejnym guru F. Wg niego też Misio spory, około 3kg, łożysko przodujące, ale bez tragedii, nie widać nacieków. Podsumował, że w całym problemie łożyska przodującego jest ono tą najprawdopodobniej łagodną wersją, bez przyrostu do narządów.
Niestety okazać się miało wszystko dopiero w momencie otwarcia, dlatego rozwiązanie ciąży, było zabiegiem planowanym, zabezpieczonym krwią, przeprowadzonym przez najlepszego specjalistę.
Cdn
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 września 2024, 21:39
6dpt...
Beta 80...
48h temu 60...
Przyrost niepowala... moja 4ciaza chyba kończy się jeszcze szybciej niż 3...
Nie wiem co myśleć... ta beta 4dpt 60 nie daje mi spokoju... może zarodek się podzielił I walczy tylko jeden?
Boże błagam, za ciężki krzyż kładziesz mi ramiona... upadam setny raz, nie mam już siły wstać...
Jeśli możliwe, zabierz go ode mnie, jeśli trzeba, daj mi siłę wypełnić Twoja wolę... 😭
Czy właśnie zafundowałam mężowi najgorsze urodziny w historii? Zdecydowanie.
W mojej głowie jest milion myśli. Zaczynając od tego, że wszystko jest bez sensu, poczucia, że jestem wybrakowana, na pomyśle o rozstaniu z mężem kończąc. Czy wypaliłam z tym dzisiaj? Tak.
Poruszałam ten temat już jakiś czas temu, że może lepiej byłoby gdybyśmy się rozstali skoro nie możemy sobie dać tego czego chcemy. Tak bardzo jest mi go szkoda i tak bardzo chciałabym, żeby był szczęśliwy. Mąż znajdzie sobie inną kobietę, która urodzi mu dziecko i jego marzenie się spełni. Wtedy to było tak pół żartem, pół serio, w każdym razie nie wziął tego na poważnie.
Dziś mówiłam na serio. Pojechaliśmy wieczorem na przejażdżkę i mąż podjechał w miejsce, gdzie 7 lat temu byliśmy na pierwszej randce. Wybuchłam płaczem, mąż zapytał jakie myśli mam w głowie, więc powiedziałam,że tutaj zaczęliśmy i tutaj powinniśmy to zakończyć.
Ja w płacz, mąż w płacz. A najgorsze w tym jest to, że jak to powiedziałam to poczułam dziwną ulgę. Potem wyrzuciłam z siebie te wszystkie emocje, które we mnie siedziały, a kisiłam je w sobie bo tak już mam, że to co dzieje się w mojej głowie, zostaje w głowie.
Nasze życie od prawie dwóch lat kręci się wokół jednego tematu. Powoli próbuje oswoić się z tematem adopcji komórki lub zarodka albo adopcji społecznej, gdy wyczerpią się wszystkie możliwości. Czy jesteśmy na to gotowi? Chyba nie.
Cały czas walczymy o dziecko i o siebie, każdego dnia. Czasem jest ciężko, cholernie ciężko.
Staram się wprowadzać trochę normalności, jakiegoś romantyzmu, ale teraz to nawet moje libido szoruje po dnie. Wyjeżdżamy na weekend na urodzinowo- rocznicowy pobyt w hotelu ze spa.
Chociaż nie wiem czy to dobry pomysł.
Nie wiem co będzie dalej.
Mąż rozwodu nie chce, rozstać też się nie chce.
Chce być dalej z takim popaprańcem jak ja. Mówi, że kocha.
A od rana chciałam, żeby ten dzień był miły, chociaż trochę, w całej tej chujni. Jeden prezent mi nie wyszedł, na obiad zrobiłam placki ziemniaczane bo Stary ubóstwia, ale nawet te placki udało mi się spierdolić. I od tych chujowych placków się zaczęło, a za nimi cała lawina emocji.
Lepiej żebym już nie robiła placków.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 września 2024, 23:22
Już po konsultacji. Mam odstawić leki, czekać na krwawienie. Od 2c estrofem 2x1 dowcipnie. 12/13 dc wizyta. Papierologia, omówienie wszystkiego co działo się w tym cyklu, USG, zapewne włączymy progesteron i będziemy czekać na transfer mrożonki ☺️
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.