Dziś każda mama aniołka patrzy w niebo 🤍🤍🤍

White1 Już niedługo 7 marca, 11:03

Ostatnio natrafiłam na fragment wywiadu gdzie padło pytanie czy obawy w ciąży po ivf kiedyś mijają i odpowiedź dała mi dużo do myślenia. Brzmiała mniej więcej tak: ciąża po in vitro to wielka radość, ale nie zastąpi nigdy tej beztroski krótkich, naturalnych starań. Nie zapomina się ile trzeba było przejść i obawa przed utratą tego jest nieporównywalnie większa. Ale ekspertka dodała jeszcze jedną ważną rzecz: wraz z biegiem czasu oddalamy się od tych ciężkich chwil, niepowodzeń i to jedyna droga do większego spokoju.
Wzięłam sobie do serca te myśli, akceptację całego procesu. Dlatego dzisiaj pierwszy raz piszę ten post będąc w ciąży. Nie jako dziewczyna z pozytywną betą, a dziewczyna, która za kilka miesięcy stanie się mamą, a nawet już nią jest, mamą kilku milimetrowego maluszka. Widziałam go 3 dni temu, miał 3.3mm, biło mu serduszko. Mimo gorszego samopoczucia staram się delektować tymi szczęśliwymi momentami, żeby zastąpić nimi wszystkie chwile smutku i poczucia niesprawiedliwości. Bo sprawiedliwości tu nie ma i nigdy nie będzie

08.03.2026 o godz. 12:02 urodziła się nasza córeczka Nela 🥰
37+5 tc z imponującą wagą 4110 gram.
Jest zdrowa, przepiękna, przekochana, wymarzona 😍
Jutro wychodzimy do domu, w dzień moich 30 urodzin... to najpiękniejszy prezent, właśnie spełniło się moje największe marzenie. ❤️

Coś się obijamy w tym staraniu. Albo inaczej: nie chce mi się pilnować. Jak czytam pamiętniki innych kobiet i patrzę na wykresy, to tak sobie myślę, że one zapomniały już o co w tym wszystkim chodzi.
Seks już nie jest zbliżeniem z mężem, pragnienie posiadania dziecka nie jest pragnieniem, tylko wszystko spłycają i sprowadzają do czystej matematyki. Tu temperatura taka, a tu taka, śluz taki i taki, rano bierze [tu wymień całą aptekę], a wieczorem [tu kolejne trudne łacińskie nazwy]. I ja się zastanawiam, jak ma wyjść z tego dziecko?
Często czytam takie żale typu: Bo jakaś pijana nastolatka to raz-dwa zrobi dziecko z byle kim na dyskotece, a my się staramy i staramy.
No, podejrzewam, że dlatego, ponieważ ta nastolatka jest wyluzowana i myśli o seksie, a nie o dzieciach.
Tak czy owak, nikogo nie demotywując, niby zostawiłam sobie ten termometr przy łóżku, ale i tak z niego nie korzystam. No, bo po chuj? Temperaturę mogę mieć idealną, śluz również, libido takie jak u królika - ale jak to nie jest ten czas, to dziecko się nie pojawi, choćby skały srały.
Wszystko dzieje się po coś. A gdy coś się zmienia w naszej głowie, zmienia się również dookoła.
I ja się tego trzymam. Jak będę miała ochotę na seks, to będę go uprawiać i a nóż-widelec, wyjdzie z tego bombel. Jesli w dzień owulacji nie będę miała ochoty na seks, to też jakaś wiadomość. I nie będę się zmuszać.
Ale obserwować swoje ciało - jak najbardziej.
Nadzieja czyni cuda. Ale nadzieja bez presji.


Wiadomość wyedytowana przez autora 10 marca, 20:53

Marz91 Chwile 8 marca, 12:13

Od kilku dni żyje sobie pełnią życia. Minęła pierwsza frustracja, pojawiło się działanie. Bo jak nie teraz to kiedy. Jestem niecierpliwa i wszystko o czym zamarzyłam, chciałam mieć tu i teraz. A przecież jak coś przyjdzie wolniej, nie znaczy, że będzie gorsze. Powoli, drobnymi krokami urządzam sobie kącik w ogrodzie. Do lata już coś będzie, nie musi być na już. Tak samo reszta moich planów. Wszystko powoli. Wiem, że jestem uparta i spełnię te swoje marzenia, jak nie teraz to za rok. Mam już też umówioną wizytę u okulisty, dentysty, fizjoterapeuty. Czas zadbać o siebie z każdej strony. Myślę, żeby wykupić sobie nocleg w komorze normobarycznej dla relaksu i takiej kropki nad i, mojej pracy nad komórkami. Wcinam sumiennie suple, duże dawki Q10, niech karmią się komóreczki 🙂 nie wiem czy po tym, czy po komorze, ale mam wrażenie, że włosy mi ładnie zaczynają rosnąć. Także może moje komórki też tam porządnie się odżywiają. Do tego uwielbiam zakwas z buraka. Zapijam nim laktoferynę i wit c i za jakiś czas zobaczymy jak moja ferrytyna. Ostatnio była na poziomie 30, nienajgorzej, ale może być więcej. Do tego czas skontrolować tarczycę. I działam, działam 🙂 mam nadzieję, że buduje solidny fundament pod transfer, a jak nie, to na pewno pod dobre życie. Bo ostatnio czuję się naprawdę lekko i tak po prostu szczęśliwa 🙂 I wdzięczna, za to co mam, za każdy dobry dzień, który sama sobie tworzę, za to że ta wiosna mnie też obudziła do życia. Za to, że jak patrzę w lustro widzę ciało, które akceptuję i osobę, która w końcu wie czego chce. Nie wiecznie smutną, niewyspaną twarz, osobę, która żyje tylko niepowodzeniami, od owulacji do owulacji. Nie chce już wracać do tego miejsca...
Teraz żyje, tak po prostu. Chwytam każdą chwilę. Tylko tyle i aż tyle...

Karo_27 Moja walka - wygrana? 11 marca, 17:09

25+3
Końcówka 2 trymestru, dużo się dzieje…

Za mną echo serduszka - wszystko OK. Trwa remont, który nie wiadomo kiedy się skończy…

Przyszła wiosna 💐

Nasz Malec ma już ok. 1001 gramów. Tętno ok. 150 uderzeń/min. Także świętujemy pierwszy kilogram. 🥳

Dzisiaj kolejne spotkanie mojej grupy dla kobiet w ciąży. Pod koniec marca zacznie się szkoła rodzenia. Powoli trzeba zacząć kompletować wyprawkę- na razie mam wózek i kilka ubranek.

Ale- relax, babe. Jest pięknie. Jestem w miejscu, którego zawsze pragnęłam. I ani anemia, ani samopoczucie, ani trudności z remontem czy z komunikacją z teściami tego nie zmienią - dziękuję Ci, Łukaszku, że jesteś ze mną ❤️

Rok.
Już rok nasz synek jest z nami.
To był piękny, ale też wymagający czas. Zleciało tak szybko, jakbym zdążyła tylko mrugnąć. Czasem nadal nie mogę uwierzyć, że to moje dziecko.
Jest on absolutnie cudownym i wesołym chłopcem - ale wszystkie skoki rozwojowe nas nie oszczędzają i z reguły to trudny czas.

Za chwilę wracam do pracy, trochę z obawą, trochę z podekscytowaniem.
Mimo, że nie planujemy więcej dzieci, to ciągle tu jestem, wchodzę na forum, poczytuje - co prawda nie mam tu już swojego miejsca, ale jakoś nie umiem odejść. Już chyba zawsze będę staraczką.

W każdym razie - jestem wdzięczna, że moja droga do macierzyństwa skończyła się upragnionym dzieckiem. I nadal kibicuje każdej z Was, która wciąż na to czeka.

... 14.11.2024 pierwsza wizyta. Nie moglam sie doczekac, ok godziny 10 wyruszylismy. Wiadomo wypelnilismy papiery, szczegolowy wywiad, lekarka przejrzala nasze dotychczasowe badania, zalecila jeszcze wiecej badan (niektore posiewy nawet zrobilam od razu po wizycie) i dostalismy plan. Plan ktory bardzo mi sie podobal i dawal bardzo duzo nadziei. Pierwszy raz od miesiecy pojawil sie usmiech (jaka ja bylam naiwna...) oprocz badan to obserwacje cyklu, droznosc jajowodow z lipiodolem (to dawalo bardzo duza nadzieje) stymulacje, tona supli i lekow. Juz na tej wizycie dostalam euthyrox zeby tarczyce podrasowac do ksiazkowego 1 (wczesniej mialam zazwyczaj ok 2) , miesiac pozniej kolejna wizyta z kompletem wynikow i kolejne leki, symformin, progesteron, dostinex. Juz w samych tych lekach pokladalam duza nadzieja ze takie "wspomagacze" cos dadza.

🔹️🔹️🔹️
21.03.2025 nadszedl dlugo wyczekany dzien droznosci z lipiodolem. Jako ze byl to 7 dc to mielismy juz w tym cyklu sie starac. Sama droznosc byla tragiczna wrecz, niewspominan tego dobrze ;( bolalo strasznie i zemdlalam przy zakladaniu cewnika i samo podanie lipiodilu to byl obecnie najwiekszy bol jakiego w zyciu doswiadczylam, myslalam ze mnie rozerwie.. po tylko bolal mnie brzuch jak przy okresie i 2 dni plamilam. Wg lekarki z takimi wynikami 3-4 cykle po lipiodolu bede w ciazy. No ale minal jeden, drugi, trzeci cykl i wtedy wypadla nam wizyta i nadal nic. Wtedy lekarka zalecila nam badanie allo mlr. Na kolejnej wizycie do juz branego Ovitrelle od czasu lipiodolu doszedl mi accofil 💉 ja sama sobie niestety zastrzyku nie zrobie, komus to i owszem. Takze kolejne wyzwanie dla M. W sierpniu lekarka wlaczyla jeszcze stymulacje letrozolem i to chyba byla moja ostatnia iskierka nadziei ktora zgasla wraz z 3 nieudanym cyklem na stymulacji :( i tak sobie czas mija od wizyty do wizyty od badan do badan.. ktory to juz cykl staran nie wiem, nie liczylam. W marcu wlasnie mijaja 3 lata odkad zaczelismy... w klinice to 18 cykl, 14 z Ovitrellle i 7 z Letrozolem... ja juz te leki biore jakos automatycznie, temp mierze i wpisuje w karte tez nawykowo. Bez emocji, bez nadziei... lekarka teraz wspomina o histeroskopii i laparoskopii diagnostycznej.. na laparo zeby mnie kroili tylko zeby sobie poogladac na pewno sie nie zdecyduje bo nie mam zadnych wskazan do tego.. a z histeri jestem w kropce. Czuje ze moje zycie stoi teraz w totalnym zawieszeniu i ja sobie zyje pomiedzy tym czy zostawic juz ten caly proces bo widocznie z jakis powodow mam nigdy mamą nie byc ale wtedy boje sie ze bede tego zalowac. Dalej bic tak samo glowa w mur juz sensu nie widze, histero sie za bardzo boje do tego dochodzi strach czy warto tak cierpiec w imie braku gwarancji 🤷‍♀️ I nie wiem co zrobic. Najchetniej rzucilabym to i zatracila sie w ogrodzie.

Jeszcze na zasadzie doszukiwania sie w posiewie moczu wyszly sladowe ilosci jakis bakterii i od tygodnia mamy antybiotyk ktory totalnie zmiotl mnie z planszy 🤢

Niby nadeszla wiosna a zamiast sie cieszyc odczuwam smutek... zapach wiosny przypomina mi o tej wizycie na ktorej dostalam termin lipiodolu na 21 marca i po tej wizycie siedzielismy sobie na lawce w parku, z kawka, swiecilo slonce, bylo bardzo przyjemnie. Usmiechnieci i pelni nadziei ze to bedzie ten brakujacy element ukladanki. Niestety minal rok i nadal jestesmy w punkcie wyjscia.

Czy to sie w ogole kiedykolwiek uda, a moze czas powiedziec pas 😪

27+3
W pierwszej ciąży już nie byłam... wieczorem powoli docierało co się właściwie wydarzyło...
Dzisiaj w 27+3 nadal jestem w ciąży, czuje ze mlody nadal tam jest.... 🙏

Dziś 12 dc.

Po leczeniu, 5 marca wykonałam biopsję endometrium. To miał być ostatni lub pierwszy dzień okresu, więc ładowałam w siebie duphaston. Zapomniałam, jak piekielnie znoszę skutki uboczne. Czekam na wyniki biopsji.

W międzyczasie znowu wyszedł mi jakiś syf, zrobiłam posiewy. Mam jakiegoś grzyba, na który laboratorium wskazało chemioterapeutyk, którego nie ma w globulkach. Jest tylko w postaci iniekcji. Brakuje mi nawet emotikon do pokazania mojego aktualnego stanu. Niemniej. Lekarka z kliniki powiedziała, że skoro to był posiew ze sromu (bo tam miałam koszmarny świąd i białawy nalot), to że sama biocenoza pochwy nie jest taka zła. Przepisała mi macmirror (którego ostatnie 4 globulki podałam sobie zaraz po wykonaniu posiewów), oraz podmywanie się ziołami vagosan i nadmanganianem potasu. Oraz probiotyki w żelu. Na razie macmirror na 7 dni. Już po tych 4 globulkach poczułam poprawę. Ale, ileż można.

W międzyczasie raz w miesiącu chodzę na akupunkturę.

Czy ktoś to w ogóle będzie czytał? Trochę mam nadzieję, że tak… a trochę, że jednak nie 🙈

Wczoraj dostałam pierwszą miesiączkę po laparoskopii i chyba dopiero wtedy tak naprawdę dotarło do mnie, co się wydarzyło. Ja… w ciąży? Ja mam w ogóle szansę naturalnie zajść? Szok, szok i jeszcze raz szok.

W poniedziałek lecę do ginekologa i na wymaz (MUCHA 🦠). Suple na razie biorę totalnie „z przypadku” — takie, jakie złapałam w aptece przy okazji dwóch kresek (multiwitamina + DHA). Ale spokojnie, już wjeżdża upgrade.

Zamówiłam:
– selen i inozytol z Proton Labs
– od kwietnia wchodzę w Prenacaps I z DHA (w subskrypcji jak królowa )
– mam też zapasy: magnez, witamina D i cholina

Na start chyba wystarczy, chociaż kusi mnie jeszcze jakiś metylowany kompleks B (team MTHFR here 🙋‍♀️ — homozygota, ale na szczęście bez jazd z krzepliwością).

Jeśli chodzi o drożność jajowodu — zrobiłam research i okazuje się, że w klinice Bocian u mnie w mieście robią to praktycznie od ręki. Także plan jest prosty: za miesiąc, 1. dzień cyklu → telefon → działamy.

Czy coś jeszcze? No ba 😅
Odkopałam mój termometr owulacyjny (powrót legendy), leki na tarczycę i depresję elegancko poukładane przy łóżku, a w środę mam wizytę u psychiatry, żeby ogarnąć zmniejszanie dawek i powolne odstawianie.

I oczywiście… zaraz zamawiam hurtowe ilości testów z Allegro 😂 Plan działania: tryb turbo włączony.

No to lecimy!

40+1 tc
Dzisiaj miałam wywoływany poród - niestety nie udało się. Zostałam przyjęta z rozwarciem na 4 cm i mimo kroplówki podłączonej 16-20 nie było żadnego postępu, oprócz maksymalnego skrócenia się szyjki ale rozwarcie nie postępuje. Po odłączonej kroplówce skurcze są bardzo rzadkie ale bolesne. Ogólnie największy ból jaki miałam to 5/10, dosłownie kilka sekund. Korzystałam z wanny z hydromasażem - polecam każdej rodzącej. Naprawdę łagodzi, można odpocząć.
Aktualnie jestem na oddziale położniczym, jutro decyzja co dalej.

Jestem sama na sali i w sumie cieszę się, właśnie daje upust emocją i płacze. Płacze, bo moje ciało znów zawodzi. Wracają wspomnienia ze starań. Wiem, że jeśli nie urodzę jutro to czeka mnie cesarka - bardzo jej nie chce, boje się powikłań i tego bólu, chociaż wiem, że po będę najszczęśliwsza na świecie bo będę w rękach trzymać swoje dziecko.

To już nasze wspólne dwa tygodnie... czas leci zdecydowanie za szybko.
Nela jest cudowna, naprawdę idealna. Uwielbia się przytulać, bardzo mało płacze, nocki przesypiamy dobrze, dwa razy pobudka na mleko i wstajemy dopiero około 8. Połóg znoszę bardzo dobrze, nie odczuwam żadnych zmian nastrojów i szybko się goję, bo niestety podczas porodu doznałam pęknięcia trzeciego stopnia, czyli całkiem sporego 😅 no właśnie poród... trochę taki filmowy bym powiedziała. Było szybko i głośno 😆
Zaczęło się o 6 rano, tak jak chciałam, żeby być wyspana i mieć więcej sił. A więc obudziłam się z wrażeniem jakbym sikała, ale odrazu wiedziałam, że właśnie odchodzą mi wody. Pacnęłam męża śpiącego obok, krzycząc, że się zaczyna. Wstałam z łóżka i chlusnęło ze mnie. Mąż zaczął lekko panikować, biegać po domu, zahaczył się o swój szlafrok i się wywrócił 🤣 no było śmiesznie. Uspokoiłam go, nie miałam jeszcze żadnych skurczy więc oboje wzięliśmy prysznic, dopakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy do szpitala. Miałam wtedy rozwarcie na 3 cm i chyba nikt z personelu nie wierzył, że pójdzie tak szybko. Pierwsze lekkie skurcze pojawiły się po 8 rano, o 9 trafiłam na salę porodową i wtedy zaczęły się już bardzo regularne i bolesne. Poprosiłam o znieczulenie wewnątrzoponowe, ale zanim przyszedł anestezjolog i je podał to zaczęło się już parcie, więc nie wiem czy pomogło mi ono w bólu, bo skurcze parte były tak bolesne, że nie wiedziałam, że człowiek w ogóle jest w stanie odczuwać taki ból 🤯 mąż był bardzo dzielny, wspierał mnie i trzymał butelkę z wodą, bo podczas porodu wypiłam dobre 4 litry, pragnienie było ogromne. Jego rękę ściskałam całkiem mocno, bo nawet później wyskoczył mu siniak a i nawet raz go ugryzłam 😆 no i tak o to po jakichś 5 parciach przyszła na świat Nela. Obwód głowy to 38,5 cm także tak tłumaczę sobie to pęknięcie. Położyli mi ją na piersi ale na chwilę mąż musiał ją zabrać żeby mogli mnie pozszywać, na szczęście znieczulenie działało na tyle, że mogli zrobić to na sali porodowej. W szpitalu mieliśmy pokój rodzinny i bardzo to doceniam, że mogliśmy być te pierwsze dwie doby ciągle razem. Przez pierwsze 24h robili Neli badania na cukrzycę, bo szukali wytłumaczenia na tą dużą wagę urodzeniową, ale cukier był zawsze w normie, także taki jej urok, że jest uroczą kluseczką.
Przy wypisie okazało się, że mała straciła na wadze prawie 500g i dopiero wtedy ktoś zwrócił uwagę, że chyba nie mam wystarczająco pokarmu, chociaż pytałam pielęgniarki dobre kilka razy, ponieważ z Mają też nie miałam zbyt wiele mleka... Ale Nela nie płakała więc nikt nie podejrzewał, że może być głodna 😪 musieliśmy przejść na mleko modyfikowane, ja swoje też odciągam ale nie ma tego zbyt wiele, raczej 30-40 ml na sesję, ale robię co mogę być dostawała chociaż troszkę. Do piersi też ją dostawiam, bo ona to uwielbia. Ja zresztą też. Ta bliskość wtedy jest naprawdę wyjątkowa.
Z każdym dniem kocham ją jeszcze mocniej. Mamy piękny czas teraz. Mąż cały miesiąc jest z nami w domu i doceniam naszą każdą wspólną chwilę. Nie potrzebuję nic więcej. Mam wszystko. ❤️

Jakiś czas milczałam, bo w sumie nic się nie działo, nie było o czym tu pisać. Trochę miałam oczyszczającą kłótnie z mężem na temat starań. Obiecał się bardziej starać i rzucić palenie. W tym miesiącu nie kontrolowałam płodnych dni poza mimowolną obserwacją śluzu, ale nie mam bladego pojęcia kiedy dokładnie mogłam mieć owulację. Jak teraz się nie uda, to małżonek ma wybrać się na badanie nasienia i hormony męskie. Zobaczymy co tam się dzieje. Ja się nie nastawiam w tym miesiącu, bo nie wiem czy się z ❤️ wstrzeliliśmy w termin w ogóle. Poza tym mam strasznie zawalone zatoki. Jedynie co chyba od jutra profilaktycznie zacznę brać Duphaston, żeby nie myśleć że to wina tego niskiego progesteronu. Zobaczymy co będzie. Miesiączka pewnie powinna przyjść jakoś na początku kwietnia.

Zbieram się po sterydach.
Dużo skutków ubocznych, które po prawie półtora miesiąca odstawienia dalej rzutują na funkcjonowanie i na zdrowie.
Chodzę po lekarzach, aby ustawili mnie do poziomu w miarę sensownego funkcjonowania.
Sterydy zepsuły przede wszystkim...mnie.
Jedyny plus tego wszystkiego, że w końcu mówię, a wręcz krzyczę głośno, aby mi ktoś pomógł, bo czuję się jak puzzle porozrzucane po całym dywanie.
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że Ala w domu i w przedszkolu do pań codziennie nawija o tym, że niedługo urodzi się jej siostrzyczka. Odkłada jakieś zabawki, ubranka i mówi, że to wszystko da swojej siostrze kiedy się już urodzi...
Rozwala mi to łepetynę i serce...


Wiadomość wyedytowana przez autora 21 marca, 21:39

Biopsja czystaaaaaa! Hurrrrrraaaaaaa! Teraz tylko wyleczyć "zwykłą" infekcję i heja 🥰

Coś mi się wydaje, że ten cykl był bezowulacyjny. I spodziewam się, że będzie takich więcej. Coraz więcej.
I w zasadzie tak sobie pomyślałam… może to nawet lepiej. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się wyspałam. Złapałam się na tym, że odliczam aż A. będzie już samodzielna. Chyba nie chcę znowu wkładać sobie ręki w nocnik. Znowu wstawać w nocy. Być jak zombie. Być ograniczona.
Dzieci to piękna rzecz, ale dwójka chyba mi starczy.
Teraz czas na siebie i rozwój.

A jeszcze jedno... Maja skończyłaby jutro 5 lat. Kiedy to minęło? Ciekawe jaką starszą siostrą by była... Często się nad tym zastanawiam.
Jak kilka dni temu pojechaliśmy z Nela pierwszy raz na cmentarz to pękłam totalnie. Ten widok złamał moje matczyne serce po raz kolejny. Tak bardzo chciałabym mieć je obie przy sobie... 💔

Hej dziewczyny 🤍

Przychodzę do Was z małym update’em moich starań 🌿

Dzisiaj byłam u ginekologa – na szczęście wszystko jest w porządku, co bardzo mnie uspokoiło 🙏 Nie zrobiłam co prawda panelu PCR MUCHa (bo dalej mam delikatne plamienie a to może zaburzać wynik) ale odkryłam, że można pobrać wymaz samodzielnie w domu i odesłać do badania, więc pójdę w tę stronę – szczerze mówiąc, nie uśmiecha mi się płacić kolejnych 200 zł za wizytę tylko po to, żeby ktoś pobrał wymaz.

Jeśli chodzi o suplementację, to doszedł mi inozytol do picia oraz selen. Staram się też regularnie brać to, co kupiłam wcześniej – trochę z przypadku, trochę „zapasów”, ale działam i jestem w tym coraz bardziej systematyczna 💪

Przyszły też moje ulubione testy owulacyjne (Horienmedical) – aż 100 sztuk, więc jestem przygotowana na dłużej 😄

Poza tym zaczęłam chodzić na siłownię i naprawdę staram się dbać o dietę. Właśnie przygotowuję jedzenie na najbliższe dni – owsianki z malinami, sałatki z kurczakiem i brokułem 🥗 To taki miks zaleceń z Akademii Płodności i moich własnych modyfikacji – stawiam trochę bardziej na białko i zdrowe tłuszcze, a trochę ograniczam węglowodany.

No i mały przełom – dziś po raz pierwszy od wielu miesięcy (a może nawet ponad roku!) zmierzyłam rano temperaturę i zaczęłam prowadzić wykres 📈 Czuję, że wracam na dobre tory i że to wszystko zaczyna być bardziej poukładane.

Trzymajcie kciuki ✨

Dobra czas zrobić aktualizacje.
Ostatnio nie mam czasu na forum ale może to dobrze, może to czas ruszyć naprzód. Czasami zaglądam szybko zerknąć jak dziewczyny którym kibicuje sobie radzą, jak im zasuwają suwaczki i jak prężnie idą po swoje.
A żeby nie było ja też działam ale może nie tak jak bym chciała.
Jak zwykle jak już ułożyłam plan mega to go ch%j strzelił.

A więc od początku... Plan był na 2 mini stymulacje pod rząd, zebranie zarodków i zrobienie pgta.

No ale przyszedł czas na start, oczywiście choroba mnie dopadła i zaciskałam zęby jak tylko się da ale w końcu wylądowałam na antybiotyku. Zatoki. Więc bez gorączki ale mocno mocno mnie trzymało. Kilka tygodni ropa się lała z kinola.
Zaczęłam stymulację menopurem 13 lutego w dawce 200 więc całkiem małej dla uzyskania mniejszej ilości komórek ale może lepszych jakościowo.
No i cóż... Moje jajniki zareagowały bardzo mocno. Komórek było grubo ponad 20, estradiol na koniec stymulacji wywaliło mi 7 tysięcy, a później już nawet nie badałam.
Ale ostatecznie w dniu punkcji nie mogłam już nawet chodzić. Myślałam, że nie wejdę do kliniki. Lekarz oceniał, że pęcherzyków jest tak dużo, że liczy że będzie z tego 8 zarodków i odpuszczamy bo mam ryzyko hiperki. Na tyle nie liczyłam ale rzeczywiście taki rekordowy wynik estradiolu utwierdzal mnie w przekonaniu, że jest dinrze.
Po punkcji ból brzucha nie odpuszczał ale było trochę ulgi i działały leki więc w miarę ok. Później dostałam informację, że pobrano 15 pęcherzyków, bez szału myślę no ale cóż to i tak super.

No i tu zaczęły się schody bo te pęcherzyki były pełne komórek ale niedojrzałych, tylko 5 z nich było M2, a 10 M1 więc stymulacyjna klapa.
Nie zareagowały na trigger albo punkcja była za szybko. No już trudno wyrokować ale lekarz nie mógł mi dać ovitrell jako triggera przy takim estradiolu dał mi 2 szt. Orgakutranu i to było standardowe postępowanie przy takim wysokim wyniku. Wcześniej też miałam te leki i jako trugger spełniały swoje zadanie.
Ale nie tym razem.
Zawsze na etapie zapłodnienia już nam odpadało część komórek, po prostu nie ruszały wcale ale tym razem chociaż wszystkie się zaplodniły.
Bałam się z że zostaniemy z niczym ale w 5 dobie udało się zamrozić jedną blastkę 4BB.
Jedną. Cios w serce, w ryj i kop w dupę na jaki nie byłam gotowa.
Tym bardziej, że pierwsze 3-4 doby to myślałam, że zejdę. Za nic nie chciałam iść do szpitala ale byłam w takim stanie, że byłam na granicy. Punkcja była w środę, dobrze, że wzięłam te dodatkowe 2 dni l4 i jeszcze był weekend to w poniedziałek mogłam iść do pracy, ledwo mogłam.
Pierwsze 3 doby nie mogłam się wyprostować, chodziłam zgięta w pół ale chodziłam to dużo powiedziane. Nie mogłam się wysikać ani wysrać. Z moczem ogólnie był problem, widziałam, że obwód brzucha rośnie, a moczu jest coraz mniej. Jednej nocy też miałam duszności ale jak podłożyłem więcej poduszek to ta woda w bebechach chyba inaczej się układała i lepiej się oddychało.
Ogólnie przez tydzień nie mogłam się w nocy nawet obrócić z boku na bok, jajniki jak się przesuwały to wyłam z bolu. A nagle z dnia na dzień ból zszedł do 30% i już było z górki.
Także cierpiałam fizycznie i psychicznie. Mój mistyczny plan się po prostu rozwalił na kawałki.
Jest jeszcze opcje punkcji po punkcji ale na kontroli w 4 DC, po miesiączce, którą dostałam w sumie już 5 dni po punkcji (wtedy w sumie zaczęło mi się robić lepiej) okazało się,że jajniki są ogólnie pełne komórek jajowych. No ale lekarz powiedział, że jest duże ryzyko, że one są już zdegradowane, że to już za późno.
Więc czekamy aż to się wchłonie, modlimy się żeby nie zrobiły się torbiele i czekamy.

Także koj licznik prób i błędów jeszcze się nie wyczerpał.
Stan starań na dzisiaj.
5 procedur invitro
10 transferów
11 podanych zarodków
1 mrozak
3 stracone życia
1 cud na ziemi

Plan na stymulację nr 6: długi protokół.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)