PAŹDZIERNIK 2023
-
WIADOMOŚĆ
-
Kurczę, laski, powiem Wam, że na razie jest dobrze.
Dziewczyna- nazwijmy ją Pauliną, bo nie wiem, czy by chciała, żebym w necie używała jej prawdziwego imienia, a jakoś nazywać ją wypada- zaczęła wczoraj koło 15:00. Na ten moment wygląda to fajnie, nie jestem nią przytłoczona, czuję się w miarę komfortowo jak na takie początki i muszę przyznać, że rzeczywiście mi pomaga. Jedyne czego się boję, to już widzę, że jest wychowana w dużym porządku. Sprząta rzeczy, które mi np. w ogóle nie przeszkadzają i to mnie nieco deprymuje, ale jak dobrze to w swojej głowie rozegram, to wyjdzie tylko na plus. Zaproponowała, że w tę sobotę może zostać jeśli chcę, co jest spoko, bo trochę się bałam tego pierwszego weekendu z dzieciakami. Że to będzie duży przeskok dla mnie, bo od początku ciąży jednak się źle czuję i szukałam takich momentów odpoczynku, a wiadomo- samemu z dziećmi to można pomarzyć.
Zobaczymy jak to będzie. Bolo marudny, trochę pokazuje różki. Oby jej to nie zniechęciło. Ale z drugiej strony, przecież to taki wiek, więc chyba każdy kto pracował z dziećmi zdaje sobie z tego sprawę… Trzymajcie kciuki, żeby nie nastąpiła jakaś nieprzewidziana katastrofa! 🤞🏻
Kropka6, elforia lubią tę wiadomość
-
Praskovia to brzmi dobrze!
U nas Syrenka też sobie chorujemy.. juz myślałam że Marcelina lepiej a dziś jakas masakra. Z kaszlem. Non stop kaszel suchy. Katar nadal wielki po pas.. eh.. mało tego wczoraj dziewczyny siedziały z teściową i poprosut dzis odgruzowuje dom...
A w ogóle, to zaczęłam brać tą Slinde (choć myślę po co nam taka antykoncepcja w tym momencie na nasza "aktywnosc" 🫣) i chyba mam biegunke po tych pigułkach..
-
Praskovia wrote:Tak, tak, też tak myślałam… 🤣🤣🤣
Hehehe no Twój to odosobniony przypadek 😜
Ale czekaam aż te biegunki miną. Bo jak tak dalej będzie to chyba odstawie. Pierwszy raz o czym taki słyszę. Ale może nikt się też nie zwierza z takich przypadków 🫣 bo i co tu sie chwalić. ale i terenty mówią, że jak do tygodnia nie przechodzi, to odstawić trzeba..
No i u nas Marcelina po tygodniu siedzenia w domu z katarem .. okazuje sie, że dziś jest zapalenie oskrzeli 🫣 oby na Misie nic nie przeszło.. a może to i Rsv jak u Mju było, tylko utajone jeszcze. Bo wczoraj Marcelina tylko katar i tryskała energia a dziś o 180 wszystko się zmieniło. -
U nas też częstotliwość taka,że nawet jeszcze się nie zastanawiałam nad antykoncepcja. A przy tych chorobach to już nawet nie mam siły na seksy.
My się nie zabezpieczamy, jak wpadnę to się będę śmiała z własnej głupoty. Ja nawet okresu jeszcze nie mam, to by dopiero musiał być pech, mieć owulację przed powrotem miesiączek i wtedy ustrzelić jajo. Przy częstotliwości raz w miesiącu max. Prawie niepokalane poczęcie;D
Kropka, współczuję.
U nas już lepiej. Ale mi zatoki padły i dalej mam katar, zatkane uszy. Wjechał kaszel poinfekcyjny i do tego wszystkiego się duszę. Dziewczyny już ok. Młodsza dostała antybiotyk, od razu na drugi dzień była poprawa. Jedzą colostrum dzielnie, smakuje im i naiwnie liczę,że nie będziemy już chorowac.
Mju, zdrówka. Rsv straszne gówno. Ciągnie się bez końca. Przynajmniej u nas. Niby już zdrowi, ale organizmy do siebie nie doszły.
Praskovia, a co Paulina na brak zamka? Fajnie ,że masz możliwość mieć taką osobę do pomocy, szczególnie teraz. -
Kropka, moja Marcelinka generalnie samopoczucie ma spoko póki objawy, gorączka albo zmęczenie jej nie dojadą.
U mnie hit, bo dziś mi na innym teście nic nie wyszło, a generalnie straciłam smak i węch2 razy covida miałam i nigdy nie straciłam, a teraz tak. Śmiesznie. Do tego dojechało mnie co my mamy w głowach, żeby się nie zabezpieczać i jacy nieodpowiedzialni jesteśmy 🫠
Zmija, nie wiem czy tu zaglądasz, ale myślę o Tobie.
Syrenka, to mam nadzieję, że niedługo dziewczyny obie do placówek wyślesz i chwile oddechu złapiesz.
Jakie zabawki są teraz u Was na topie?zmija lubi tę wiadomość
-
Mju to u mnie Marcelina też taka. Jak nie ma temperatury to wulkan energii;)
Ale cieszy sie, że z tatą siedzi
U nas zabawki po starszej siostrze. Albo wszystko co nie jest zabawką. Lubi coś przesypywać. Z pojemniczka do pojemniczka. Lubi muzykę i wtedy z Marceliną tańczą. A najlepsze, hit ostatniego tygodnia to ganiają sie w około stołu.. i tak potrafią przez 10 minut biegać. Jedna drugą goni 🫣 -
Hej, co tu taka cisza?.😜
Czy Wasze maluchy dobrze śpią?.
U nas Misia chyba jakis regres. Bo ma problem żeby zasnąć na wieczór. A nawet nie problem tylko chce się bawić 🫣 a w środku dnia zasypia normalnie..
W ogóle z 1 lutego miała sie odcycnąć, ale chorobsko wszystkich dopadło i przesunęliśmy to i chyba moze z początkiem marca nastanie ten czas 🫣 -
Kropka, ja się nie odzywam bo z grubsza nic się nie dzieje. Największe przygody w tygodniu to jak się makaron na obiad przypali 😉 Ptysia wysypało i musimy testy alergiczne zrobić bo elimjnacją nie mogę stwierdzić co to. Podejrzani: kot, mleko, jajka 🤷♀️
Co do snu to ja już sama nie wiem. W naszym spektrum jest noc taka se / słaba / fatalna. Z przewagą opcji 2. Młody nigdy nie spał dobrze i nie widać zwiastunów poprawy, ale też katastrofy.
O odstawieniu również myślę, ale falowo, bo nie wiem jak się za to zabrać. Raz chcę a raz nie.
Chyba mamy okres sprzejsciowy ze wszystkim – karmieniem, spaniem itd. a nawet porą roku bo chciałabym już wiosnę. Kupiłam młodemu buty, ale nadal za cholerę nie ma szans mu ich wcisnąć na nogi tak aby zaczął w nich chodzić zamiast piłować paszczę 🙈 Może jak się ciepło zrobi to nam jakoś lepiej pójdzie i przekonam go. -
hej Dziewczyny,
Nie odzywałam się wieki, coś mi wyskakiwało z brakiem aktualizacji konta i nie mogłam się zabrać za naprawienie tego...
U nas ok, w ostatnim tygodniu przeszliśmy RSV w miarę humanitarnie, choć jeden dzień Lila cały dzień spała - to był stres.
Żłobek wybrany, choć rozkminy był spore - wygrała gorsza logistyka i Montessoria w tygodniu przychodzi opiekunka, żeby mąż mógł nadgonić pracę.
Pod koniec stycznia byliśmy na Cyprze, a po powrocie Lila zaczęła chodzić (od grudnia cały czas łaziła, ale na kolanach) - więc się cieszę że dogoniła wasze dzieciaki
Zaczęliśmy też proces odcycawiania, zobaczymy jak pójdzie...plus jest taki, że Mąż robi nocki z młodą i wczoraj miałam pierwszą przespaną noc od 1,5 roku - luksus!
Trzymajcie się tam infekcyjnieEskalopka, elforia lubią tę wiadomość
-
Gauss, ale zazdroszczę tej nocki przespanej 😅 Ja się nie doczekam nigdy. Pamiętam jak w ciąży jeszcze i zaraz po porodzie, rodzice wszelcy mówili rzeczy w stylu "u nas to dwa lata były nieprzespane", a ja się zastanawiałam co oni opowiadają. Przecież to niemożliwe. Nasz na pewno będzie spał dobrze. Także tego 🤣 ...
O super że na Cyprze byliście!
I gratki dla Lili z chodzeniem. Nasz popyla od 6 stycznia więc też dopiero co. -
Ja się od dawna zbieram, żeby napisać i teraz będzie świetna okazana, bo czeka mnie nocleg na zamkniętym dworcu PKP. Ale po kolei (nomen omen).
Paulina przyszła do pracy we wtorek na początku lutego i tego dnia Wam opisałam, że jak na razie układa nam się nieźle. Kładłam się spać z poczuciem, że nie moglam lepiej trafić.
Środa i czwartek były już całkiem fantastyczne. Paulina była cały czas „pod ręką”, dużo się śmiała, wszystko jej się podobało i znalazła złoty środek w zapoznawania się z naszym domem i zwyczajami- nie pytała o każdą jedną pierdołę, ale nie przekraczała granic. Czyli np. potrzebując durszlaka po prostu szukała go sobie po szafkach bez zawracania mi dupy, ale też bez myszkowania tam gdzie nie powinna. Do tego śmiała się z moich żartów. 😅 Mąż już dawno się z nich nie śmieje, tylko pyta „mówisz teraz serio?”, więc praktycznie przestałam żartować. A tu proszę- Paulina w ciągu dwóch dni dosłownie popłakała się ze śmiechu i to nie raz. Z dzieciakami złapała super kontakt. Ja pierwsze dwa dni co chwilę proponowałam jej, żeby sobie poszła odpocząć, obejrzeć jakiś serial, poczytać książkę czy coś, ale cały czas odmawiała mówiąc, że nie ma od czego odpoczywać. Więc przestałam proponować, żeby nie poczuła, że ją wyrzucam z pomieszczenia, w którym wszyscy siedzimy. Cały czas się też upewniałam, czy jest jej ciepło, bo uprzedzała, że jest zmarzluchem, nawet prosiła, żeby jej przestawić łóżko do samego pieca. Ale mówiła , że jest dobrze, więc od piątku już o nic nie pytałam, nic nie proponowałam, tylko podkreśliłam, że jak będzie cokolwiek potrzebować, to ma od razu mówić.
W sobotę pojechała do domu na weekend dopiero o 10, żebym ja się mogła wyspać przed weekendem, jak sama powiedziała. W niedziele wróciła już koło 16, czym mnie zaskoczyła, bo myślałam, że skoro ma wolne to wróci już po tym jak uśpię dzieci, żeby nie musieć już się nimi tego dnia zajmować. Ale powiedziała, że była na jakiejś imprezie rodzinnej i tata ją odwozi. Mnie to było na rękę, więc ok.
Jej tata wszedł, zaproponowałam mu kawę, bo jakoś tak stał w przedpokoju i został u nas ponad godzinę. Było to bardzo miłe spotkanie, dopiero po czasie dotarło do mnie, że niektóre jego pytania były… dziwne. Ale wtedy nie zwróciłam na to uwagi. Gadaliśmy sobie na luzie, potem pojechał, a Paulina pomogła położyć dzieciaki i obie poszłyśmy szybko spać.
W poniedziałek jechaliśmy wszyscy rano do przedszkola, Paulina snuła plany gdzie zabierze chłopaków na wiosnę, planowała wziąć ich na jakąś salkę zabaw itp. Potem wpisała się na listę do odbiorów dziecka i wracając jeszcze rozmawiałyśmy o tym, że jutro pojedziemy do zusu, żeby nam pomogli poprawnie podpisać umowę. Po powrocie z przedszkola do domu, zauważyła, że tata do niej dzwonił trzy razy, trochę się zaniepokoiła i poszła oddzwonić.
10 minut później przyszła do mnie i powiedziała, że chce zrezygnować z pracy. Ja jakbym dostała strzała w twarz. Wszystko było dobrze, świetnie się dogadywałyśmy, była zadowolona z pracy (to widać przecież po twarzy), a nagle chce zrezygnować? Zapytałam czemu, odparła, że… jest jej zimno. Przypomniałam, że przecież umówiłyśmy się, że dokupię jej grzejnik jeśli będzie potrzebować, ale powiedziała, że to „nic nie da”. No i ja zrozumiałam, że to tylko wymówka oraz połączyłem fakty, że to jej ojciec kazał jej zrezygnować.
Cdn. bo się boję, że zaraz mi skasuje tę ścianę tekstu… -
Zapytała mnie ile czasu zajmie mi znalezienie kogoś na jej miejsce, bo nie chce mnie zostawić na lodzie. To było ciężkie pytanie… Zanim trafiłam na nią szukałam trzy tygodnie, a po naszym spotkaniu przestałam szukać w ogóle, bo mi podpasowała. Wytłumaczyłam więc, że będę się starała znaleźć kogoś jak najszybciej, ale nie wiem ile to zajmie. I że gdybyśmy zdążyły podpisać umowę to miałaby dwutygodniowy okres wypowiedzenia i tak chyba będzie uczciwie. Zgodziła się. A potem zadzwonił jej telefon, wyszła rozmawiać na zewnątrz, a potem wróciła i zapytała, czy wystarczy tydzień…
Ja się czułam jak w jakimś śnie. Nie mogłam w to uwierzyć. Jeszcze rano wpisała się w przedszkolu do odbiorów dziecka, snuła jakieś plany, a teraz to? Do tego widać było, że jest jej potwornie głupio, po rozmowie uciekła od razu do pokoju i znów gadała przez telefon. Potem wróciła jeszcze opatulona w koc (w domu 20 stopni) i powiedziała, że umiera z zimna i czy może się dziś ewakuować. Byłam pewna, że chce wziąć jeden dzień wolnego, więc powiedziałam: „tak oczywiście, nie ma problemu”. A ona poszła się pakować i dotarło do mnie, że zostawia mnie w ten sposób! Godzinę temu było wszystko dobrze, a teraz raptem ona ucieka z mojego domu jakby jej ktoś krzywdę zrobił! Szok! Ale nie jestem głupia. Umiem łączyć fakty. Od rana wszystko dobrze -> telefon od taty -> rezygnacja z pracy -> umowa o 2 tygodniach wypowiedzenia -> telefon -> pytanie czy znajdę kogoś w tydzień -> telefon -> odejście tego samego dnia. I nie potrafiła mi spojrzeć w oczy od momentu jak powiedziała, że rezygnuje.
Dla mnie jasne jest, że ojciec jej kazał. Ale dlaczego? Nie wiem, jedyne co mi przychodzi do głowy, to że uznał, że to niebezpieczne dla dwóch bab siedzieć w środku lasu. Po fakcie dotarło do mnie, że pytał jak daleko jest do sąsiadów, czy ktoś tu przychodzi, czy widzieliśmy kiedyś uchodźców… A więc Syrenka- Paulinie nie przeszkadzał brak zamka (wyciąganie na noc części klamki nazwała ze śmiechem wiejską Gerdą), ale już najwyraźniej jej ojcu tak. Nie mam innego wytłumaczenia na to co się stało.
„Pożegnanie” było mega słabe, bo dopiero jak wychodziła i zapytała czy się rozliczymy, dotarło do mnie, że NAPRAWDĘ nie ma zamiaru wrócić. Wiedziała, że mam w tym tygodniu trzech lekarzy, w tym kardiologa na którego czekałam pół roku i tak po prostu mnie zostawiła. W ciąży, z dwójką dzieci, bez żadnej rodziny w pobliżu, bez nikogo z kim mogłabym zostawić dzieci idąc do lekarza. Nie umiem opisać jak wstrząsnęła mną ta sytuacja. Myślę, że jak się czyta to, to można pomyśleć: „hej, czegoś nie mówisz, musiałaś jej coś zrobić!”, ale nie. Naprawdę. Uważam do tej pory, że ona wcale nie chciała odejść.
Kolejne dni bez Pauliny minęły zaskakująco spokojnie. Cudownym zrządzeniem losu dosłownie cztery dni wcześniej zaczęłam się wreszcie lepiej czuć i wkroczyłam fizycznie (i psychicznie) ze sporym opóźnieniem w ten drugi trymestr. Bo gdybym się czuła tak jak na początku ciąży to nie wiem… Kaplica. Udało mi się nawet załatwić tych wszystkich lekarzy, do jednego wzięłam jedną sąsiadkę, do drugiego drugą i czekały z dzieciakami w samochodzie na parkingu przed szpitalem. Staremu się nie przyznałam, że Paulina odeszła. Nie miałam siły tłumaczyć całej sytuacji i nie chciałam zawracać mu głowy, bo miał akurat w pracy swoje problemy. Wszystko było dobrze do czwartku, kiedy to pani w przedszkolu powiedziała, że Bolo niewyraźny i żeby został w domu. Mnie aż zmroziło. Boże, tylko nie to… Tylko nie to!
Cdn. -
W piątek miałam z Mietkiem jechać na szczepienie i pojechaliśmy w trójkę, bo jemu w sumie nic nie było, a Bolo tylko zasmarkany. W sobotę wszyscy byliśmy przydżumieni, ale nic poważnego. W niedzielę koło 17 zaczęłam mieć duszności, ale do 19:30 dotrwałam, a jak chłopcy poszli spać, to uznałam, że jak posiedzę bez wysiłku to przejdą. Ale nie. Nie przeszły, tylko nasiliły się do tego stopnia, że musiałam wezwać pogotowie. Po prostu nie mogłam oddychać, do tego doszła lekka panika, że jestem z dziećmi sama, jeśli coś mi się stanie to nawet nie mam ich z kim zostawić. Nie mam kompletnie nikogo.
Pogotowie przyjechało, jedyne co mogli mi zaproponować bez zabierania mnie to inhalacje z Ventolinu. Pomogło na trzy godziny. Do rana siedziałam łapiąc powietrze jak ryba w tataraku. Od 6 zbierałam chłopaków baaaaaaaardzooooo pooooowoooooli, żeby się nie udusić. O 9 dojechaliśmy do rodzinnego. No i niestety, nasza lekarka była stanowcza- pani powinna natychmiast jechać do szpitala, pani powinna być pod tlenem. Tylko jak? Jak mam jechać? Z kim mam zostawić dzieci? Przecież nawet jakby moja mama rzuciła wszystko i wsiadła w pierwszy pociąg to będzie późnym wieczorem, a przecież jeszcze musi zorganizować opiekę dla babci z demencją, wolne w pracy itd. Załamałam się totalnie. Wszystkie przeżycia ostatnich dni mnie po prostu przygniotły.
Mama oczywiście rzuciła wszystko, jak to moja mama. Zajechała do nas już następnego dnia w południe, więc ekspresowo. Ale pojawił się kolejny dylemat- duszności mi nie przeszły, ale zmalały na tyle, że stały się znośne. Antybiotyk, który zapisała mi rodzinna, póki nie będę miała z kim zostawić dzieciaków i pojechać do szpitala, widocznie zaczął działać. I pytanie- czy nie lepiej zostać już w domu? Skorzystać z obecności mamy, wygrzać się, wypocząć i po prostu wyleczyć na tym antybiotyku? Długo myślałyśmy i uradziłyśmy, że tak trzeba zrobić.
Niestety na następny dzień rano, czyli dzisiaj, duszności znów się nasiliły, do tego w nocy pojawił się męczący kaszel, tak intensywny, że kończył się wymiotami. Bolało mnie od niego całe podbrzusze i głowa w miejscu gdzie mam naczyniaka w płacie czołowym. I znów zaczęłam się bać- powikłań, o dziecko, o problemy neurologiczne. I postanowiłam pojechać 75km do szpitala wojewódzkiego, bo tak mi kazała rodzinna. Mówiła, że mają możliwość diagnostyki ciężarnych.
Ale wiecie jaki popełniłam błąd? Że nie pojechałam swoim samochodem. Bo bałam się, że w moim stanie coś by się mogło wydarzyć, jakieś omdlenie, zła ocena sytuacji, atak duszności… Pojechałam z siostrzeńcem sąsiada, bo wyszłam w założenia, że jak jestem w ciąży i mam skierowanie to na pewno mnie przyjmą na oddział. Takiego wała.
Najpierw czekałam trzy godziny na kwalifikację internisty. Od razu powiedziała, że mają związane ręce i mi zadanych badań nie mogą wykonać. Więc uczciwie im wyjaśniłam, że jak mnie mają nie zatrzymać na oddziale, to niech mnie odeślą od razu, bo mam trudną sytuację życiową, dzieci w domu z babcią itd. Pobrali mi krew i kazali czekać. Po kolejnych dwóch godzinach okazało się, że pobrali źle i muszą powtórzyć, bo chcą mnie wysłać na oddział patologii ciąży, ale muszą z wynikami. Potem kolejne dwie godziny czekania i „diagnoza”, że oni i tak nic mi nie zdiagnozują, bo jestem w ciąży. Proszę kartę informacyjną i na sor położniczy. Pieszo, pół kilometra.
Ja głupia myślałam, że oni mnie tam położą na oddziale i będą leczyć te duszności. A lekarz tylko zrobił mi usg i powiedział: „ciąża żywa, proszę jechać się kurować do domu, do widzenia”. 22:30, ja bez samochodu, bez jedzenia od 13, w obcym mieście. Żaden z sąsiadów który mógłby mnie ewentualnie zawieźć z powrotem do domu nie odbierał już telefonu. Już w kompletnej rozpaczy zarezerwowałam jakiś tani hostel dosyć blisko szpitala, bo marzyłam już tylko o tym, żeby się położyć na łóżku i zamówić pizzę.
Cdn. -
Praskovia, mam nadzieję,że jesteś w drodze albo w domu już i że wszystko ok. Może odsypiasz.
to, co Cię spotkało, to masakra. Zachowania Pauliny nawet nie chce mi się komentować. Dziewczyna bez odwagi, bez odpowiedzialności za swoje czyny, marionetka ojca. Mam nadzieję,że szybko znajdziesz kogoś na jej miejsce i tym razem będzie idealnie.
Te duszności znam. w każdej ciąży po infekcji nie mogłam oddychać. znaczy, oddychalam, ale czułam jakby tlen trafiał gdzie indziej, a ja się duszę. Badania w porządku, lekarze nie wiedzieli co mi jest, a ja nie wiedziałam jak funkcjonować. Przechodziło samo po kilku dniach/tygodniach. Mam nadzieję,że Tobie również wkrótce będzie lepiej.
U nas dramat za dramatem. Po rsv, które ciągnęło się u nas w nieskończoność rano obudziłam się wreszcie zdrowa, a już tego samego dnia wieczorem bolało mnie gardło. Oczywiście katar doszedł i kaszel. Ból zębów od zatok i te nieszczęsne uszy. Zatkane wiecznie. Moja największa zmora.
Tyle dobrego,że w tym dziewczyny na tyle ok, że chodzą do przedszkola. Ale Olaf katar i kaszel, czyli całymi dniami jęczy, a wieczorem już od 20.00 muszę z nim leżeć, bo budzi się co 20 min. Ostatnie kilka nocy budzi się koło północy i nie śpi kilka godzin. jestem przemęczona i sfrustrowana. To trwa już drugi miesiąc, a ja codziennie żałuję,że jest Olaf, że mam dzieci. Nie ogarniam. Babeczki w piekarni już mnie dobrze kojarza i codziennie próbują pocieszać. Bo przecież jak idę z Olafem zaprowadzić dziewczyny, to on się drze jak poparzony w wózku całe 40 min, które trwa cała akcja. Ludzie na mnie patrzą,że wyrodna matka nic nie robi, a dziecko cierpi. a ja pędzę do domu,żeby się darł w 4 ścianach. Chyba zacznę nosić słuchawki,żeby tego nie słyszeć, bo zwariuje.
w domu jest lepiej, ale jak nie zaprowadzę dziewczyn, to zrobi to stary i beda w przedszkolu 9 godzin. szczerze powiem,że mi odbija od tego. że ciągle wrzask,że nie mam dla siebie chwili. mogłabym coś porobić kosztem snu, ale jak, skoro ten czort też nie śpi. Staremu sie wyrywa,że nawet on nie może mnie odciążyć. no mam dość. identycznie było z najstarsza i też pamietam,że byłam w tym stanie. ale wtedy się łudziłam,że to minie. minęło. jak miała 4 lata przestała wrzeszczeć o wszystko. Perspektywa kolejnych 3 lat wrzasku mnie nie pociesza. a nie wiadomo czy będzie taki sam.
no, wyzaliłam się.
byle do wiosny. -
Praskovia, daj chociaż krótko znać, że żyjesz i czy jesteś w domu czy jednak gdzieś w szpitalu i czy sytuacja jakkolwiek opanowana. Panna Paulina oby miała chociaż wyrzuty sumienia, że Cię totalnie na lodzie zostawiła w takiej sytuacji.
Syrenka, też współczuję. Nasz też jest wyjec i maruda, ale na szczęście ma też lepsze dni no i jest jeden. Nie dziwię się, że dostajesz w kość bo nie raz sama mam dość konkretnie a jeszcze do tego zapychanie cycem co i jest i nie jest ok, bo albo jest wycie albo rzucanie się przy piersi. No i wasz festiwal chorób... 👿 Tak więc rozumiem i cholernie słabo, że perspektywa względnego spokoju liczysz w latach. -
Praskovia 🥺🥺🥺 No krew w żyłach mrozi ta historia. I przyznam, że martwię się o Ciebie. Mam nadzieję, że jesteś bezpieczna i zaopiekowana. Całe szczęście, że mama przyjechała. Ale ten cały splot zdarzeń naprawdę przerażający. Przypomniało mi się, jak prosiłaś, żebyśmy trzymały kciuki, żeby nie nastąpiła jakaś nieprzewidziana katastrofa... No i nastąpiła niestety. Bardzo bardzo szkoda, że ten ojciec się pojawił i tak schrzanił sprawę. Plus choroba, duszności. No mamma mia, ile może dźwignąć jedna, ciężarna kobieta...
Syrenka, u Ciebie też ciężko, że hej. Na myśl o porannej wyprawie z trójką dzieci, w tym jednym krzyczącym, do przedszkola, mam ścisk w żołądku. No i choroby.... Mam nadzieję, że wraz z nadchodzącą wiosną pozostaną one tylko przykrym wspomnieniem. A tymczasem trzymaj się, na ile się da...
Mnie czekają poranne wyprawy z dwójką do dwóch placówek za miesiąc, chyba że uda się wcześniej z nianią... No i z presją zdążenia do pracy na ósmą. Na ten moment korzystam z luksusu męża w domu. Ale żeby nie było tak wesoło, to codziennie po pracy poświęcam ponad 3 godziny na odwiedzanie mamy w szpitalu, bo właśnie jest w trakcie kolejnej hospitalizacji (poprzednia była w grudniu). To już trzeci tydzień... W tym czasie była operacja, potem nagła reoperacja z powodu krwiaka, OIOM i mnóstwo strachu. Aktualnie jest trochę lepiej, ale nie wiem czy mama wróci do sprawności i możliwości samodzielnego funkcjonowania i mieszkania. A przy dwójce małych dzieci, pracy i trzypokojowym mieszkaniu ja czwartym piętrze bez windy ciężko wyobrazić sobie osobę do całodobowej opieki... Oby się to jakoś ułożyło... Uczę się ostatnio nie wybiegać myślami w przód i nie martwić na zapas, bo przez ostatnie trzy miesiące było tyle zwrotów akcji (na plus i na minus), że w życiu bym nie była w stanie tego przewidzieć... Staram się po prostu jak najlepiej reagować na to, co się dzieje...
10.2020 6tc 💔
F. ur. wrzesień 2021 ❤️
11.2022 10 tc 💔
A. ur. październik 2023 ❤️