20 cykl starań
25 dzień cyklu
Wczoraj zostałam ciocią, moja najlepsza przyjaciółka urodziła synka. Jestem z niej ogromnie dumna i cieszę się, że ten Maluch rozświetli nasze życie. Ale w takich momentach przychodzi też westchnienie nad własnym losem. Staramy się z mężem na tyle długo, że moja przyjaciółka w tym czasie zdążyła wyjść za mąż, zajść w ciążę i urodzić dziecko chociaż planowała je dużo później niż my. A w naszym życiu przez cały ten czas za wiele się nie wydarzyło, wypróbowaliśmy metody naturalne, planowanie, monitorowanie, pogłębiliśmy diagnostykę, zapisaliśmy się do kliniki leczenia niepłodności, przeszłam zabieg oceny drożności jajowodów, stymulacje, zainwestowaliśmy w dietę, suplementację, byłam na wizytach u urofizjoterapeutki i dietetyczki i każda z tych osób, każdy jeden wynik badań potwierdza brak przeciwwskazań do ciąży. Mimo całej wykonanej pracy pozostało mi cieszenie się szczęściem innych. Mam nadzieję, że będę potrafiła być wsparciem.
Bardzo chcę wierzyć, że to wszystko jest po coś, że do tej pory to nie był właściwy moment, że wspólnie czekamy jeszcze na nasze największe szczęście.
Nasza mała Ł., nasz mały K. czekajcie na nas cierpliwie, idziemy z Waszym tatkiem, droga jest bardzo długa, niebo zachmurzone, po drodze bywało burzliwe, wpadliśmy w kilka dołków, wielokrotnie się potknęliśmy, ale dopóki Was nie poznamy i nie przytulimy do serca - nie poddamy się! Choćby na ostatnim oddechu, zrobimy wszystko byście zawitali w naszym życiu 💚 Będę o Was walczyła do samego końca 🌱
Decyzja o staraniach o dziecko była tylko kwestia czasu...
Trwało to trochę, ale jakoś nie zrazaly początkowe porażki, nie czułam presji mierzenia temperatury, testów owulacyjnych, przecież kiedyś musi sie udać...
W pracy pojawia się szansa na super rozwój zawodowy, coś na co czeka się latami i co? T
To był początek maja 2020, tak właśnie wtedy poczułam, ze to moze byc ten moment... testów nie miałam, do apteki nie po drodze, bo praca, brak czasu itp... W końcu kupiłam, nie wierząc w sukces... druga kreska była tak delikatna, ze nie wiedziałam co myśleć...
Ku pamięci - z dnia 15.12.2021
Nie spałam pół nocy, jak przed 2:00 się obudziłam to tyle... Skutek tego taki, że jestem zmęczona i roztargniona. Leki przeciwbólowe przestały działać - boli mnie całe ciało a najbardziej w okolicach macicy (nadal lekko krawię po zabiegu) i w miejscach wkłuć wenflonów i zastrzyków przeciwzakrzepowych. Pan Doktor mówił, że te bóle mogą trwać nawet do tygodnia, tak więc, czekam cierpliwie... Ewentualnie mogę się do niego przejechać i da mi kolejna dawkę przeciwbólowego, zobaczę jak będę czuć się wieczorem.
Kurier przyjechał po szczątki dziecka do badania. 😊 Prawdopodobnie w poniedziałek dowiem się, jakiej płci jest Aniołek. ❤ Imię dla dziewczynki już mamy, zastanawiamy się nad imieniem dla chłopca... Znów mieliśmy wieczorem rozmowę na ten temat, jest ciężko. 😞🥺
Nie sądziłam, że największym dramatem 2021 roku będzie dla mnie... Za mała trumienka dla dziecka. To takie głupie, ale chcę Aniołka pochować z boćkiem Bolkiem, który miał być pierwszą maskotką. Musimy z mężem wymienić trumnę na większą. I żeby nie było - mam świadomość tego, jak śmiesznie to brzmi ale... No właśnie "ale"... 😞 Nie chcę, by moje szczęście leżało tam samo... W zimnie, mrozie, kiedy świat będzie się budzić do życia i kiedy będzie grzało słońce... 😭
To trzeba przeżyć.
Poddałam się. Przestałam odmawiać Nowennę. Nie mam siły do tego. Do obrazy i fochów na Pana Boga mi daleko, po prostu... Jakkolwiek to brzmi - nie mam siły. Łzy podczas modlitwy mnie nie opuszczają, ledwie odmawiamy z mężem "naszą" modlitwę. Tak mi przykro. 😭
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2021, 11:59
Co poczułam? Najpierw niedowierzanie, po drugim teście wątpliwości już nie było, pojawił się strach, bo przecież zmieni się całe nasze życie, ale wiedziałam jedno, oboje tak bardzo chcieliśmy tego dziecka...
W ciąży czułam się tak dobrze, że czasami mogłabym o niej zapomnieć. Rodzina wiedziała szybko, bo przecież ja czuje się świetnie, niby wiem, poronienia się zdarzają, ale czemu akurat mi? Wszystko musi być dobrze...
Nadszedł czas na prenatalne, lekarz mówi, ze w tym wieku trzeba, robimy, na USG wszystko książkowo, dziecko zdrowe, ale na wyniki z krwi trzeba poczekać... to byl czwartek, Pani mówi, ze jak będzie źle, to zadzwoni w ciągu tygodnia, jak nie zadzwoni znaczy ze jest dobrze...
Pierwsze 2 dni myślę tylko o tym, potem wierzę ze może być tylko dobrze... 8 dni później, jesr piatek, wracam z pracy, do której muszę wrócić na nocną zmianę, dzwoni nie znany numer, odbieram i słyszę tylko, że pani dzwoni z laboratorium i mówi jedno zdanie "pani wyniki sa w dalszej analizie " co to znaczy? Jest zle, skoro dzwoni, prawda? Słyszę jeszcze coś, ze nie może powiedzieć więcej, ze to nie na telefon, ze po weekendzie mogę zadzwonić do lekarza... zaczynają się czarne myśli, co się właściwie stało? Wtedy zadzwoniła już sama lekarka, wyjaśniła co zaszło - mam podwyższone beta hcg, stąd skorygowane ryzyko zespołu u mojego dziecka jest wysokie - 1:26.
Świat mi się zawalił, dzwonię do mojego lekarza prowadzącego i słyszę, o amniopunkcji, ale w zasadzie mówi wprost o aborcji...
Ale jak to? Mam zabić swoje dziecko? Bo jest chore? Stop... to tylko ryzyko, przecież to jeszcze nic nie znaczy...
Pojechałam na noc do pracy, głównie żeby się zająć czymś, co pozwoli nie myśleć...
Wyniki nifty były po tygodniu mailowo... nigdy tak bardzo nie bałam się otworzyć maila... przeglądam całość i jest wniosek którego szukałam "zdrowa dziewczynka" - moja mała córeczka... teraz już musi być tylko dobrze, tyle stresu było, ale dałaś radę, mamusia już będzie spokojna, ze nic Ci nie jest...
Amniopunkcja potwierdziła, ze jesteś zdrowa dziewczynka, teraz tylko równie zdrowo i coraz bliżej żebyś tu była... Twój pokój jeszcze nie gotowy, ale jest dopiero sierpień, z przeprowadzką pewnie nie zdążymy, ale plan jest, to kolejny moment ze w swej naiwności wierzę, ze będzie dobrze...
12.11 - tej daty nie zapomnę do konca życia...
Po południu mam to echo serca, w sumie nie chce jechać, bo przecież jest dobrze...
Pojechałam... podczas badania usłyszałam tylko "Nie widzę żadnych przepływów do dziecka" co to znaczy? "Że pani dziecko zmarło" czy to możliwe? Moze to jakaś straszna pomyłka?
NIEDZIELA
Dochodzę do siebie powoli... Tak naprawdę to każda porażka boli mniej, po kolejnej nieudanej procedurze szybciej się podnoszę i zaczynam działać, mniej spustoszenia sieje ona w mojej glowie... i właściwie mam już wykreowany plan B. Czekamy na transfer na koniec sierpnia... i jedziemy do Czech na ostatnią (tym razem już na serio) procedurę. Naczytałam się różnych wrecz niewiarygodnych historii dziewczyn o tamtejszych sukcesach... i chyba mam nadzieje, że będę tym cudownym przypadkiem, gdzie w PL 3 ivf sie nie udały,a w Czechach magicznym sposobem sie powiedzie (chociaż nie wiem na ile to możliwe). Tak czy siak jedziemy na konsultację. Jeśli Doktor uzna, że są jakieś szanse to robimy 4 ivf, jeśli sam stwierdzi, że no nie widzi tutaj mozliwości sukcesu... To idziemy w dawstwo. Zreszta jesli 4ivf sie nie uda to też idziemy w dawstwo komórki jajowej. Może wtedy będzie mi jakoś łatwiej się z tym wszystkim pogodzić? Tak czy inaczej zbliżamy się już ku końcowi tej całej historii. Zresztą 10 stron na ovu... tez już mówi samo za siebie. W lipcu miną dokładnie 4 lata od 1cyklu starań. 4 lata... sama nie mogę w to uwierzyć, że dałam radę tyle walczyć. Że miałam siłę tyle czasu wytrwać... Że się jeszcze nie poddałam!
jakby ktoś miał spytać o receptę na to, żeby nie zwariowac podczas długich starań... to bym nie wiedziała co odpowiedzieć. Sama nie wiem skąd bierze się ta siła i wytrwałość w dążeniu do celu. Nie znałam takich cech u siebie wcześniej. Zobaczymy czy to zostanie nagrodzone.
37 dc
Widzę że idę na jakiś rekord. Test negatywny, szyjka wysoko, @ brak, wzdęty brzuch. Jutro z rana idę do szpitala pytać co dalej.
Etap pod tytułem druga procedura ivf zakończony.
Wszystkie zarodki padły. Został jeden słabej klasy 4CB.
Jak zobaczyłam na komputerze protokół z hodowli to miałam ochotę wyjść.
Transfer trwał pół godziny, doktor nie mogła dostać się do macicy, miałam tym razem w 100% zarośniętą szyjkę. Po kilku próbach rozerwała zrosty na żywca. Myślałam że się zsikam z bólu. Podała zarodek i próbowała nas pocieszać, ale po chwili się zorientowała, że nie musi nam mydlić oczu.
Kiedyś myślałam, że jak wszystko inne zawiedzie to zostanie jeszcze in vitro. Taki pewnik. Hahaha!
Lepiej jak widać wychodziły nam starania naturalne niż to całe cholerne ivf. W przeciągu 1,5 roku 3 razy zaszłam w ciążę naturalnie. Przy ivf z 52 komórek (czyli tylu ile bym wyprodukowała przez 4,5 roku) mieliśmy 2 słabe blastocysty. Komedia. Nie wierzę w to jeszcze. Po chuj mi to było.
Jedyną rzeczą która wyszła nie tak, jest homocysteina. Bardzo żałuję, że zaczęłam się zagłębiać w ten temat. Z poziomem 15 żyło mi się naprawdę dobrze. Teraz mam 49,3 qmol/l, mimo pięknych wartości witaminy B12 i kwasu foliowego, zdrowej diety, ruchu, picia zielonej herbaty, ograniczenia kofeiny i spożywania dużych ilości roślinnego białka. Konsultowałam to już u 3 lekarzy i każdy rozkłada ręce, mówią nawet, że to nieistotne. Czuję się głupia.
Podsumowując: to wszystko przetyrało mnie tylko psychiczne i finansowo. Mam zarośnięty brzuch i żyły od igieł. W przeciągu trzech miesięcy 4 razy zakładali mi wenflon. Rzygać mi się chce.
Napisałam do Reprofit w Czechach i poprosiłam o konsultację. Jak trzeci raz efekty będą podobne to rzucam to wszystko w pizdu. Szkoda życia, zdrowia, młodości, naszej relacji i mojego organizmu.
Dzwoniłam do mamy. Chciała przyjechać przez całą Polskę żeby mnie pocieszyć. Powiedziała, że gdyby mogła, to by urodziła za mnie. Dała mi namiary do jakiejś znachorki, która ponoć od razu widzi co komu dolega i wielu jej koleżankom pomogła. Kiedyś bym w życiu nie poszła do kogoś takiego. Dziś chwytamy sie wszystkiego.
Na szczęście jutro wyjeżdżamy daleko od domu, może spacery i czas razem pomogą nam przetrwać jakoś te najtrudniejsze chwile.
Kończy się drugi cykl po dodatkowej immunosupresji.
Niestety bez żadnego podglądu, bo byłam na kwarantannie....
Mąż zachorował. Miał gorączkę przez 5 dni non stop, słabo reagował na leki.
Mam obawę, że tyle miesięcy pracowania na wyniki nasienia poszły.....
Ostatnio badał się w marcu, więc teraz powinien powtórzyć w czerwcu ale podjęliśmy decyzję, że przekładamy na sierpień. Nie chcę się załamywać jeżeli wyniki faktycznie poleciały....
W piątek robiłam sobie przeciwciała na covid czy przechorowałam. Przeciwciała ujemne, więc tego samego dnia się zapisałam i zaszczepiłam.
I tu się trochę zaskoczyłam, że się nie zaraziłam. Biorę jedną immunosupresję na stałe, a drugą miałam od Paśnika i ona powinna jeszcze działać. I czy te leki faktycznie działają ? Pierwszy lek biorę na wzjg aby właśnie osłabić układ odpornościowy aby sam siebie nie atakował. Skoro brałam "podwójną" immunosupresję to chyba ta odporność powinna być niska ?
Spaliśmy razem w łóżku (potem się przeniosłam do drugiego pokoju, bo jak gorączkował to się obydwoje nie wysypialiśmy bo się wiercił strasznie). Jak kasłał to zwracałam mu uwagę aby zasłaniał buzię i nie kasłał na mnie (i tak zapominał i potrafił kaszlnąć mi prosto w twarz
)
I jak byłam trochę bardziej podbudowana, bo poprawiły się jego wyniki a ja mogłam w końcu zastosować leczenie od Paśnika to teraz moja motywacja i wiara w to, że się uda znowu jest bliska zeru.
Podczytałam dzisiaj wątek długoterminowych staraczek, które są teraz w ciąży i powiem szczerze, że zrobiło mi się mega smutno. Pisały tam o tym jak czują pierwsze ruchy i jakie to jest wspaniałe. I widzę różnicę między tym wątkiem a wątkiem ciążowym innych staraczek. Tutaj są te ciąże bardzo wyczekiwane (co nie znaczy, że inne mniej), w zdecydowanej większości długoterminowe, nawet po kilka lat. Dziewczyny, które miały zaraz podchodzić do in vitro, z niedrożnymi jajowodami (czekające na laparoskopię, a jednak udało się jakimś cudem naturalnie), dziewczyny z problemami immunologicznymi (z wynikami bardzo podobnymi do moich). Gdzie ciąża przyszła praktycznie z zaskoczenia, po długoletniej walce.
I tym dziewczynom z tego wątku kibicuje szczególnie mocno, bo wiem jak się czuły, bo sama staram się bardzo długo....
I czasem wchodzi taka myśl, że ja tego co one nie doświadczę.....
Słuchałam kiedyś jednego podcastu, gdzie dziewczyna starała się długo i bezskutecznie. I zrezygnowali ze starań pod okiem lekarza a podeszli do procedury adopcyjnej. Powiedziała takie zdanie, że nie ważne czy dziecko jest z brzuszka czy z serduszka. A czy dla mnie to jest nie ważne ?
Czuć pierwsze ruchy dziecka ? Zobaczyć po raz pierwszy osóbkę, która jest stworzona ze mnie i z męża ? Jest tylko i wyłącznie nasza i stworzona z miłości ? Widzieć pierwszy uśmiech, pierwsze kroki, pierwsze słowa "mama", "tata" ?
Czy to samo bym poczuła gdybyśmy adoptowali dziecko ? Nie ważne czy z brzuszka czy z serduszka ?
Najczęściej w procesie adopcyjnym można adoptować starsze dziecko. Tyle to trwa, zresztą teraz podobno jest jeszcze gorzej ze względu na fakt, że dzieci do adopcji trafiają później niż kiedyś, m.in ze względu na profity od państwa ( wiem, że nie w każdym przypadku tak jest ale niestety ma to wpływ). Zatem adoptując takiego 3-4 latka, który już swoje przeszedł czy bylibyśmy w stanie temu podołać ?
I może się komuś to wydać płytkie, bo przecież powinno się kochać każde dziecko i dać mu dom i nie patrzeć na wiek. Jednak zgłębiając temat to nic nie jest proste.... Im później dziecko trafia to OA tym często większe ma "problemy", przeszło więcej złych doświadczeń(? nie wiem jak to ująć). Plus omija nas moment pierwszego uśmiechu, pierwszej zupki, pierwszego kroku.....
Mąż od dawna wspominał o adopcji. Wydaje mi się jednak, że facet trochę inaczej do tego podchodzi. Tak czy siak nie on nosi dziecko pod sercem. On styczności z małymi dziećmi nigdy za bardzo nie miał. Instynkt rodzicielski u faceta też jest chyba inny. Ja byłam zdania, że jak nam się nie uda naturalnie to wtedy podejdziemy do adopcji. Ale kiedy będzie ten moment, że powiem "dobra, to jest czas aby zakończyć starania" ?
Strasznie to wszystko trudne.....
Jak widzę, że są dziewczyny, których starzy mają po kilkadziesiąt lub nawet kilkaset (!) milionów plemników, a też nie mogą zajść w ciążę to gdzie my z naszymi mizerotami ? gdzie przez ponad 5 miesięcy udało się w końcu uzyskać w całości troszkę ponad 20 mln ? I gdzie problem męski to nie jedyny problem ????
Gdyby nie to, że mam wyczerpującą się rezerwę jajnikową to najchętniej zrobiłabym przerwę od tego wszystkiego......
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 czerwca 2021, 09:23
38 dc
Chciałam okres? To już nie chce 😅 jeśli nie dostanę to jutro normalnie o 8 rano mam być w szpitalu i będą mi robic badania. A jak dostanę to następny termin mam na sierpień.
Jako typowy życiowy przegryw czuję że @ przyjdzie. Ciężko myśleć pozytywnie. Z nerwów przewraca mi się w żołądku.
2dpt
Zastanawiam się coraz częściej, czy powinnam coś czuć. Czasami kłują mnie jajniki, ale przecież to nie ma nic wspólnego z tym, czy Maleństwo z nami zostanie. Były dziś również chwilę, że czułam ból jak na okres. Zaczelam co 5inut chodzic do łazienki, oglądać wkładkę i podcierac się 🙈
Zaczynam również myśleć o zrobieniu zapasu testów, tylko czy jest po co? Narazie w domu mam tylko 1.
Byłam dzisiaj na monitoringu:
12 dc
Endometrium 6 mm
Pęcherzyk dominujący 16 mm w jajniku prawym.
Zalecony kolejny monitoring w czwartek 😞
Troszkę się podłamałam 😞
2dpt...
Świrowania ciag dalszy... siedzę w pracy i myślę co by było gdyby... szukam jakichkolwiek objawów sukcesu lub porażki.... 🤯 tak, zabijcie, wiem że 2dpt to po prostu niemożliwe 🤯
Błagam, niech to się uda 🙏🙏🙏 jeśli to możliwe błagam o sukces🌈, jeśli nie, błagam naucz mnie żyć po porażce 😢
5+2 i pierwszy kryzys, strach. 2 godziny temu zaczęło boleć mnie podbrzusze, trwało to może godzinkę, i przeszło na jeden jajnik 😔 Wzięłam drugą nospe. Nie czułam jeszcze takiego bólu w tej ciąży i mam złe przeczucie 😔😔😔 Oby zaraz przeszło i jutro się nie powtórzyło.
22cs 1dc
W końcu się doczekałam.
Poprzedni cykl był trzecim po odstawieniu Aromka. Myślałam, że dużo szybciej dopadnie mnie powrót do nieregularnych cykli, ale myliłam się. Z Aromkiem cykle miały równiutko 32 dni, a ten już 38 czyli wracam do swoich standardów.
Odpuściłam kwestię starań. Czuję, że spakowałam cały ten temat do jednego wora i schowałam go głęboko w szafie - zupełnie tak jak chowa się wszystkie szmatki, których żal jest wyrzucić, bo może kiedyś nadarzy się okazja żeby coś z nich założyć.
Być może jest to mój mechanizm obronny.
Zaliczyłam ostatnio dość niemiłą wizytę w klinice, bo postanowiłam sama zrobić profilaktyczne badania m.in. tarczycy. Wynik wyszedł dramatyczny i jak już go zobaczyłam to trochę spanikowałam. Moje TSH wyniosło 0,040... Tak niskiego jeszcze nigdy u siebie nie widziałam. Zaniepokojona skontaktowałam się ze swoim dr prowadzącym z pytaniem co z tym zrobić, bo chyba wartoby było podjąć jakieś działania przed kolejnym podejściem do inseminacji.
I tak oto pojawiłam się w gabinecie, ale moje emocje totalnie się ochłodziły.
Nie jestem już tak przygotowana jak kiedyś. Nie łażę z teczką pełną badań i w sumie to nawet nie wiedziałam jaka była data ostatniej miesiączki, czym sama się zaskoczyłam.
Doktor zapoznaje się z moimi wynikami. Skrupulatnie je notuje, bo dostałam zalecenia, żeby zrobić jeszcze dodatkowe parametry, które wyszły bardzo dobrze. Zadaje dużo pytań dotyczacych historii chorób w rodzinie i tylko tam próbuje szukać punktu zaczepienia. Nie może przyczepić się do mojego stylu życia, bo nie mam nadwagi, zdrowo się odżywiam, ćwiczę praktycznie codziennie i od 4 lat nie piję żadnego alkoholu.
Postanawia mnie zbadać ginekologicznie, żeby zobaczyć w jakim miejscu w cyklu jestem oraz żeby poszukać nowej torbieli (o czym informuje mnie od razu, gdy siadam na fotel, bo jedną torbiel mam już w swojej historii). Wnioski z tego badania są dość skąpe - pęcherzyk był jeden na 14mm, ale lekarz określił jego jakość jako słabą. Wydało mi się to dziwne, ale nie wchodzę w zbędne dyskusje. Nie widać żadnych torbieli, żadnych ognisk zapalnych ani niczego niepokojącego. To dobre wieści, więc myślę sobie, że jest dobrze.
Lekarz każe mi się ubrać, a ja słyszę jak dzwoni do kogoś prosić o konsultację. Czeka na mnie, a kiedy tylko otwieram drzwi on oznajmia mi, że musi wyjść porozmawiać na mój temat z kolegą. Siedzę więc sama w jego gabinecie dłuższe 5 minut, a jak już przychodzi postanawia wyśpiewać mi całą litanię.
Zmienia zdanie co do mojego stanu. Dotychczas słyszałam, że mam wszystko czego potrzebuje kobieta żeby począć i urodzić dziecko. Nie było dużego czepiania się moich owulacji, czy tego jak wyglądają moje jajniki. Nagle to wszystko się zmienia i słyszę, że wszystko co mam jest... "słabe". Słabej jakości jajeczka, słabe owulacje, osłabiony jajnik po wycięciu potworniaka... Nagle z tym wszystkim mam się szykować pod in vitro. Nagle nie widać już sensu do kolejnych podejść do IUI. "No wie pani, możemy podejść dla czystej zasady, bo taki był ustalany plan na poczatku, ale jedno podejscie ivf da pani tyle szans co normalnie pół roku naturalnych czy wspomaganych starań."... Myślę sobie... Czy on tu za mało jeszcze pracuje i za mało naoglądał się przypadków, gdzie dziewczyny traciły wszystkie zarodki?
"Teraz jest rządowy program." - i jak ma mnie to pocieszyć? Gwarancja pieniędzy ma mi dać gwarancję na powodzenie skoro uznał, że nagle wszystko u mnie jest takie słabe?
Wybił mnie z rytmu tymi wieściami. Byłam spokojna i opanowana, a po tym co usłyszałam czułam jedynie odrętwienie, bo nie potrafiłam tak szybko przerobić tych informacji i stawić im czoła. Wypisuje mi na kartce zalecenia:
1/ kontynuacja starań naturalnych,
2/ ograniczenie soli w diecie (tłumaczył mi ten podpunkt, ale ja miałam tylko jedną odpowiedź na to - ja nie solę nawet pomidora na kanapce, więc nie wiem co jeszcze mam zrobić - temat się urwał, a zalecenie zostało),
3/ powtórka badań w sierpniu i jeżeli będzie źle to skieruje mnie na scyntygrafie w celu poszukiwania tkanek nowotworowych, które mogłyby odpowiadać za taki stan.
______
Nie ukrywam, że przeżyłam jakiś dziwny rodzaj załamki.
Jest już dobrze.
Modliłam się o to, żeby przestać cokolwiek czuć - w tym instynkt macierzyński, jeżeli rodzicielstwo ma nie być mi dane. I znowu jest lżej.
Nie podchodzę do kolejnych prób inseminacji.
Nie podchodzę do in vitro.
Na ten moment mam inny cel w życiu, któremu chcę się poświęcić.
Potrafię nie czuć się już pusta w środku i zafiksowana na dziecku, ktorego przecież nie ma. Nie muszę dopasowywać życia pod ciążę, ktorej też nie ma.
______
Dziękuję za każde słowa wsparcia.
To miłe, że tyle z Was o mnie pamięta.
Mam jednak mniej chęci do udzielania się w tej społeczności niż kiedyś.
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 czerwca 2024, 17:11
Postaram się napisać, co się działo od ostatniego wpisu...
17.06 byliśmy na wizycie i okazało się, że jajeczka są oporne. W prawym mamy jedną komórkę, w lewym trzy. Niby ładne, równe, ale mało ich i jescze nie dojrzale. Punkcja przesunięta z soboty 19.06, ponieważ w ten dzień mielismy kolejny podgląd. Oczywiście dostałam dodatkowe zastrzyki - mensinorm. Podobno to to samo, co menopur.
19.06 mamy już większe jajeczka, w prawym bez zmian, w lewym widać kilka mniejszych. O 21 ovitrelle i w poniedziałek 21.06 punkcja.
21.06 pobrali mi 4 kumulusy. Sama punkcja bezbolesna, przebiegła szybko, po narkozie moment doszłam do siebie. Dostałam luteine i duphastan 3x1 oraz neoparin 1x1. A takze... Receptę na relanium i pyroxicam, które mam wziąć 1h przed transferem. Czekamy...
23.06 oczywiście musiałam zadzwonić do embiologow 😅 mamy 4 zapłodnione komórki. 3 mają po 4 blastomery, 1 jest wolniejsza i ma 2.
25.06 kolejny telefon. 2 komórki przeszły już w stadium moruli, 2 są wolniejsze. Jutro transfer!!
26.06 to już ten dzień!! Przyjechaliśmy do gamety, oddałam krew na progesteron. Wzięłam tabletki i ... Sam transfer to chwila, jak badanie ginekologiczne, nic nie boli. Dostałam zarodek 4.1.1 czyli świetny! Skorzystałam tez z opcji embrioglue. Jeden zarodek mamy także zamrożony, zrozumiałam, że również 4.1.1, ale jak się okazało dzień później nie. Dostałam także kolejna receptę, tym razem na prolutex.
27.06 1dpt Nasze Maleństwo jest z nami i bardzo bym chciała, żeby tak zostało. Czasami nic nie czuję, a czasami jakbym wiedziała, że jestem w ciąży. Chyba musze przyzwyczaić się z myślą, że to dzieje się naprawdę. Od pierwszej wizyty w Gamecie 2 miesiące temu wszystko zleciało tak szybko, że większość dni pamietam jak przez mgle. Żyliśmy od wizyty do wizyty, od badań do badań, od zastrzyków do zastrzyków. A teraz to już za nami. Fizycznych objawów nie mam, co pewnie jest normalne, jednak chciałabym je mieć, najlepiej od wczoraj 😅 dzwonili dziś embriolodzy. Mamy zamrożone 3 zarodki : 4.2.2., 3.1.1, 2.1.2
Kiedy będę testować? Nie mam pojęcia.
Proszę Maleństwo Nasze, zostać w moim brzuszku 🙏🙏🙏
Mija kolejny dzień w ciszy 
Mąż udaje że nic się nie stało.... ALE.... stało się, zero seksu bo nie ma ochoty, zero jakiegokolwiek kontaktu cielesnego, unika mnie jak ognia....
Widzę, że go to męczy i boli ale nie chce ze mną o tym porozmawiać. Nie chcę na niego naciskać, nie chcę narzucać tematu.... wiem że sam w końcu powie, albo sam w ciszy przeboleje. Dam mu czas. Kocham mojego wariata, ale mój kochany wariat gdzieś zniknął.....
Boli mnie, rozdziera mnie od środka, chcę krzyczeć, jestem bezradna.... nie chcę pokazywać tego mężowi, chwilowo jakoś się udaje, płaczę w ciszy, krzyczę w ciszy i czekam.....
Linka, Ala dziekuję za słowa pocieszenia, ja wiem że będzie dobrze, wiem że da się to zrobić ale do tego musimy być we dwoje, a chwilowo mąż stał się inną częścią. Dziecko stało się tematem tabu, lekarze i badania stały się słowami klucz do kłótni.....
Skupiam się teraz na rzeczach miłych i przyjemnych, wracam do malowania obrazów
wszystko przygotowane, płótno naciągnięte, szkic zarysowany, akwarele już dobrane i poukładane, pędzelki wyjęte, brakuje tylko czasu? weny? lepszego jutra? Może w niedzielę się za to wezmę
W piątek rozpoczęłam stymulację. Gonapeptyl a także w większej niż ostatnio dawce Menopur. Hormony ok, USG też. W 3dc widać było 8 pęcherzyków. Od 2 miesięcy nie pije kawy i czarnej herbaty więc liczę, że będzie to miało wpływ na jakość jajeczek, lekarz powiedział, że to dobra opcja i powiedział, że mogę jeszcze łykać koenzym Q10 i l-karnitynę. Kupione- już łykami
Dodatkowo pokazałam mu wyniki badania na trombofilię- również mnie uspokoił i nakazał ocenić kwas foliowy na inny i co mutacji pai-1 powiedział, że przy embriotransferze podadzą mi heparynę, no i potem clexane. Póki co, do tego czasu nie mam nic robić.
Tym razem nawet fajnie rozmawiało mi się z doktorem. Kilka razy się nawet uśmiechnal- a to u niego rzadkość 
Teraz podchodzę do procedury zupełnie inaczej. Pewnie dlatego, że wiem co mnie czeka i wiem jak negatywnie wpływał na mnie stres. I - trochę boje się powiedzieć to glosno- ale czuję, że będzie dobrze. Czuję, że dobrze się przygotowuje i da to efekt. Czuję, że już musi się udać i będzie dobrze.
Byłam dziś w kościele, i podczas ewangelii ksiądz zaakcentował zdanie :"Nie bój się! Wierz!". I tak dobitnie usłyszałam to zdanie, że wierzę, że zostało skierowane do mnie.
Pozytywne myślenie ćwiczę nadal. Nie jest to łatwe, ale krok po kroku zmieniam myślenie i zaczynam wierzyć w moc podświadomości 
A za Was dziewczyny trzymam kciuki. Będzie dobrze! :*
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.