Do miesiączki.
Proszę przyjdź już teraz, mamy sporo wyjazdów...
Muszę zaplanować wszystko do marca, jeżeli teraz się pojawisz to będzie mi łatwiej ogarnąć monitoring. Za każdym razem muszę jechać ponad 100km, to nie jest szybki wypad z pracy.
Bądź trochę bardziej wyrozumiała.
***
18.01
Dziękuję - dawno tak się nie cieszyłam mając miesiączkę.❤️
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 stycznia 2024, 10:07
Rano.
Znacie ten poranek, kiedy zaraz po otworzeniu oczu zaczynacie płakać? Ja właśnie tak dzisiaj rozpoczęłam dzień, od płaczu.
Wczoraj otrzymałam wyniki badań u mnie wszystko ok nawet stosunek LH do FSH.
Ale u męża zaczęly się schody, morfologia 1 %, w wakacje było 15%... Diagnoza:
Viskopathie; Asthenoteratozoospermie.
Byłam z tym wszystkim sama,mąż wyjechał w delegację. Nie mam znajomych przed którymi mogłabym się tak otworzyć, rodziny nie chce martwić. I tak szczerze mówiąc, wziełam te wyniki na klatę. Ale dzisiaj mąż wraca z delegacji i miał nas odwiedzić kolega,ktory niedługo zostanie ojcem.
I to mnie tak cholernie przerosło, życzę mu jak najlepiej,ale nie mam kompletnie zasobów na rozmowy. A przecież temat dziecka z pewnością zostałby poruszony.
Z płaczem zadzwoniłam do męża i wszystko wyznałam.
Ogarnełam się i po paru godzinach miałam wyrzuty sumienia, że to nie jest rozwiązanie.
Ucieczka nie jest dobra, zadzwoniłam ponownie informujac,że dam radę. Ugotuje obiad i bedzie zajebiście. Dam radę.
Ale kolega niestety nie przyjedzie, jego żona wylądowała w szpitalu. Jest miesiąc przed terminem, nie znam wiecej szczegółów...
Ten płacz to lęk, lęk przed nieznanym.
Biopsja się udała. Nie było źle z pobraniem. Rachu ciachu i po strachu. Wyniki za minimum 2 tyg więc mam czas żeby się wyłączyć od starań.
Siedzę z córką w domu, chorujemy ale im jest zdrowsza tym bardziej daje popalić ale i tak jestem wdzięczna za ten czas nawet jeśli moja na histeriach i ciągłym krzyku. Od poniedziałku do pracy i znowu codzienna rutyna.
Próbuje siebie ułożyć jakiś plan co dalej ale chyba bez wyniku to i tak be sensu.
Narazie wróciłam do mety. Póki co 500 na noc i za 2-3 tyg będę zwiększać na 1000.
Emocje.
Staram się nie skupiać na negatywnych aspektach życia i żyć tym co jest.
Ale krew mnie zalewa i nie mam tutaj na myśli miesiączki. Chociaż to zdanie w tej chwili wygląda całkiem zabawnie 😅
Wizualizowałam sobie,każdy etap IUI. Wybór kliniki, badania, zabieg i co ?
Miałam zglosić się z pierwszym dniem miesiączki, pisałam i wydzwaniałam do kliniki dwa dni - głuchy telefon.
Po omacku umowiłam się przez aplikację doctorlib na 6 dc, nie wiem czy to dobrze czy nie. AI sugerował wizytę pomiędzy 5 a 8.
Burza hormonów dała mi wczoraj ostro we znaki.
Wyczerpałam limit przekleństw na kolejny miesiac.
Teraz jak o tym myślę to mi trochę głupio. Nic się nie stało, mogłam skorzystać z aplikacji i umówić się sama. Ta chwila bezradności wyprowadziła mnie z równowagi, oczekiwałam zaangażowania ze strony kliniki. Czegoś w stylu 'hej,nie jesteś w tym sama, my Was przez to poprowadzimy'.
Kolejny etap.
Dzisiaj w klinice oddaliśmy nasienie - koszt 130€
Dodatkowo miałam zrobione badania krwi, a w czwartek idę na usg i kolejne badania krwi.
Na miejscu bez problemu umowilam się na wizytę, szkoda tylko że kontakt online jest taki utrudniony.
Niestety nie mamy na to wpływu.
Mąż jak tylko wrócił to złapał za piwo i powiedział 'w końcu mogę wypić piwo'.
Od sylwestra nie pił, taka była umowa.
Teraz szykujemy się na kolejny etap, oby wszystko się udało...
Może inseminacja będzie już w lutym? Kto wie ...
2 lata, 6 miesięcy, 3 dni razem
96 cm
15 kg
Ostatnio coraz częściej zastanawiam się co z mrozakami, młody coraz starszy, jest coraz fajniej. Nie chce być w ciąży (niestety na sama myśl jak się wtedy czułam zastanawiam się jak to przetrwałam), nie chcę wracać do okresu niemowlęcego (brak snu był istną torturą), ale też nie potrafię ich zniszczyć, ani oddać do adopcji i chętnie miałabym drugie dziecko, ale takie już przynajmniej roczne. Z jednej strony czym sa dwa lata, można się przemęczyć. Z drugiej, boję się, że mnie to totalnie zdewastuje. Surokatka byłaby częściowym rozwiązaniem, chociaż w ciąży bym nie musiała być, ale nie widzę w budżecie wolnych 200 tys zł..
Trudne to wszystko..
A z miłych rzeczy to ostatnio byliśmy na fikołkach, opierałam się o basen z kulkami i nagle jak mały spieniony buldożer podbiega K machając rękoma i krzycząc "moja mama, moja"! Okazało się, że za plecami miałam chłopca trzymającego kulkę w ręce, młody myślał, że chce mnie uderzyć. Mój mały obrońca 
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 stycznia 2023, 23:59
Odpuściłam temat pracy emocjonalnie na tyle ile mogę. Skupiam się na pokończeniu swoich tematów, żeby nie zostawić syfu, bo przecież nikt tego za mnie nie ogarnie. I samo się nie zrobi.
Ostatnie dni to walka z przeziębieniem. Katar mnie złapał, jakiego w życiu nie miałam. Na szczęście bez gorączki, a więc i bez paniki, umęczyło mnie tylko strasznie. Ale już lepiej.
Dzisiaj mam konsultacje kardiologa (na polecenie profesor no i miałam holter ciśnieniowy). Uważam, że na wyrost, no ale ok, zobaczymy.
I zostało 13 dni do połówkowych. Zaczynam więc o tym myśleć, może nie nakręcać, ale wiadomo, napięcie rośnie 
24cs
Już od 3 dni nie miałam wątpliwości... Jutro od rana dzwonienie do kliniki i załatwianie wizyt... Jestem tylko zła, że cykl się zaczął o 23. Miałam dzisiaj cały dzień wolny i mogłam siedzieć na telefonach i załatwiać wizyty ale okres jakoś nie mógł się rozkręcić i nie byłam pewna czy będzie jeszcze dzisiaj czy już jutro. A jutro oczywiście pracuję od rana do 18:30 więc będę musiała wstać wcześniej niż zwykle żeby w porannym szale zmieścić też czas na dzwonienie do kliniki... Mój wewnętrzny introwertyk nienawidzi dzwonić więc zaczynanie dnia od telefonu do kliniki nie będzie łatwe.
W tym cyklu czeka mnie drożność i conajmniej 3 wizyty w klinice. Tego etapu leczenia bałam się chyba najbardziej.
Drożność mam w 14 dc, marne szanse że będzie to przed owulacją, więc w tym cyklu znowu nic z tego. Tym razem żadnej nadziei.
A jednak owulacja się przesunęła, będzie najprawdopodobniej 15 DC.
Drożność nie była taka zła, samo przygotowanie nieprzyjemne, od czasu do czasu jakieś uszczypnięcie, chwilę pobolało i tyle, a samo wprowadzenie płynu okej, nic nie czułam i wyszło że jajowody są drożne. Zabieg wykonywał mój lekarz i położna która wykonywała mi w tygodniu biocenozę więc przynajmniej nikt nowy, położna dbała o mój komfort, cały czas pytała jak się trzymam. Nie będę źle wspominać tego zabiegu. Choć tego dnia bałam się najbardziej zaczynając naszą przygodę ze staraniami .
W tej chwili delikatnie pobolewa, trochę jak na zbliżający się okres, normalnie pewnie nie zwróciła bym na to uwagi.
Liczyłam na to, że w następnym już będziemy myśleć o inseminacji, ale 2-3 cykle mamy próbować jeszcze naturalnie.
Chciałam nie mieć nadziei, chciałam mówić, że nie mogliśmy się teraz starać więc nie jestem zaskoczona, że nie wyszło. Ale nadzieja jest, więc za 2 tygodnie znowu się zawiodę.
Okres spóźnia się już 3 dni. Z moich wyliczeń powinien się zacząć w 29dc max w 30dc a dzisiaj mamy 31dc, temperatura w górze choć piersi przestały boleć, ale oprócz tego żadnych symptomów ani ciążowych ani okresowych. Ponoć po hsg cykl może się wydłużyć, ale nie wiem, przecież wiem kiedy miałam owulację, a może jej nie miałam i dlatego teraz wszystko się wydłuża?
Obiecałam sobie, że dzisiaj zrobię test jeżeli nadal temperatura będzie w górze. Nie mogę tego odwlekać w nieskończoność 🙄. Spodziewałam się wyniku, obiecywałam sobie, że nie będę zawiedziona, ale w żadnym cyklu jeszcze nie robiłam testu na opóźnieniu więc też szansę na to, że coś wyjdzie były największe. Nie spałam pół nocy, od 3 dni śnią mi się tylko pozytywne testy, radość D, jak mówimy najbliższym. Ręce mi się strasznie trzęsły. I nic. Biało. Zrobiłam dwa i na obu nic. Wg doktorka dzisiaj test jest już jednoznaczny. Więc ciążę wykluczyliśmy. Jak nic się nie wydarzy do weekendu będę musiała się umówić do lekarza....
Co gorsza wcześniej owulacja wypadała mi dzień przed wyjazdem D na tygodniowe szkolenie, w tej chwili wypadnie pewnie jakoś w połowie więc kolejny cykl stracony.
Kupiłam nowy zestaw testów, tym razem czulszych niż dzisiaj miałam. Do wieczora przeczytałam wiele wątków, znalazłam kilka wykresów gdzie dziewczynom w 16dpo wyszły negatywne testy, a za 2 dni już pozytywne. Ale to znowu nie będę ją, śluz zaczął się podbarwiać na żółto, to znaczy że niedługo pojawi się różowy a potem okres...
Gdyby nie to spóźnienie zniosłabym to lepiej, spodziewałam się niepowodzenia, ale to spóźnienie dało okropną nadzieję.
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 lutego 2024, 16:00
Ponad 2 tygodnie jak Mała jest z nami. Czas strasznie
przyspieszył i aż mnie ściska w środku na myśl, że to że jest taka malutka zaraz minie. Chciałabym móc go teraz zatrzymać.
Starania i ciąża dłużyły mi się niemiłosiernie, a teraz zanim się obejrzę ona zacznie mówić i biegać 🥲
No ale przyznaję, jest ciężko. Jak się tego nie przeżyje na własnej skórze, to nie do wyobrażenia - zmęczenie, emocje, hormony.
Wracając do pobytu w szpitalu i pierwszych dni życia Małej:
Pobyt na położnictwie
Jak nas ulokowali, to Tata musiał nas już zostawić bo godziny odwiedzin tylko między 15:00 a 18:00. Ja 6 h po CC, dopiero co spionizowana, sama, na takiej adrenalinie że nic nie spałam. Położne same z siebie nic nie pomagały, trzeba by się prosić chyba, więc sama ją pierwszy raz przewinęłam. I dalej też tak było. Wtedy byłam nakręcona, ale z perspektywy czasu uważam że szczególnie po CC to było słabe. Ciężko wstać z dzieckiem, które na Tobie leży z dopiero co zaszytym brzuchem, ciężko cokolwiek zrobić. Nawet nie chodzi o brak siły, tylko siedząc i trzymając ją na rękach chyba zababralam sobie tą ranę.
Tak 2 doby było jeszcze ok i byłam nastawiona na wyjście, ale niestety w sobotę okazało się że spadła z masy ponad 7% a ja mam zaogniony brzuch wokół rany. Do poniedziałku na pewno nie wyjdziemy. Zostajemy na weekend. Sąsiadki z sali wypuszczone, szpital opustoszał, na dworze gorąco, mąż w sobotę zamówił piękny bukiet kwiatów (najpiękniejszy jaki widziałam), bo też był pewien że wyjdziemy a tu za przeproszeniem d**a. Przepłakałam pół dnia. Że utkwiłyśmy, że chce do domu, że tęsknię za mężem, że mam za mało pokarmu i głodzę dziecko itd. Cała lawina poszła. Leżałam, tuliłam ją do siebie i duszone łzy.
Dostałam antybiotyk dożylnie i odpaliłam laktator. 10 ml ściągnęłam, o połowę za mało jak na ten dzień. Płacz i stres. Sobota cały dzień karmienie na żądanie i laktator ale nie wiele to dało, więc w niedzielę dodałam MM (nie mieli banku mleka). Desperacja, byle stamtąd wyjść. No ale tłumaczyłam sobie że karmię tak pół na pół, zaczęła ładnie przybierać. Tzn teraz tak sobie tłumaczę. Tam się strasznie katowalam, płakałam, porównywałam z innymi. Wjechała schiza, że co ze mnie za matka, że nic mi nie wychodzi. Mama mnie trochę podniosła na duchu, że ze mną miała to samo (z drugim dzieckiem miała więcej luzu i brak problemów), że babcia biust imponujący a też karmić tylko piersią żadnego dziecka nie mogła. Ale zabolało mnie to bardzo.
W międzyczasie (poniedziałek) jakaś lekarka usłyszała szmer w serduszku Małej. Kazali mi ją zawieźć na obserwację saturacji na neonatologię. Kolejny zawał przeżyłam. Stałam tam pod drzwiami tej neonatologii i się modliłam, chociaż w duchu czułam ze jest ok. Nic poważnego - szmer fizjologiczny. Podcieli jej też wędzidełko. Miała tak skrócone że w pierwszych dniach poraniła mi sutki do krwi i strupów.
Łącznie przez mój stan zapalny i wysokie CRP przetrzymali nas 6 dni. W duchocie, okna nie otwierane, praktycznie sama z nią oprócz godzin odwiedzin. Myślałam że oszaleję. Ostatniego dnia zaczęłam już kręcić awanturę, że crp spada, czuję się coraz lepiej i chce wyjść, bo ja tu nie wyzdrowieje nie mając warunków do rekonwalescencji i wsparcia męża. Przyszedł ordynator i przyznał mi rację 💪 Miałam tylko kontynuować antybiotyk doustnie i pokazać się na kontroli z crp.
Ciężki czas przeżyłam w tym szpitalu, ale z drugiej strony takie niezapomniane chwile bliskości z dzieckiem. Cały czas byłyśmy razem, woziłam ją w tej mydelniczce po korytarzach, do łazienki, do kuchni. Praktycznie nie sypiałam.
We wtorek 18.06 byłyśmy już w domu, z tatą i pieskami.
Emocje
Czuję się całkowicie przytłoczona, wszystkim.
Miłość do dziecka jest wszechogarniającym uczuciem. Kocham ją nad życie i nie spodziewałam się że to jest aż tak intensywne.
Płaczę ze wzruszenia, ze szczęścia, niestety też z żalu nad sobą ile to wszystko mnie kosztowało. Całą ciążę gasiłam wszystkie emocje, kilka łez uroniłam jak Jerzak słuchała serduszka Małej, a tak to cały czas „dystans, nie ciesz się, nie nastawiaj na nic”. I puściła teraz taka tama, że mnie to rozj***lo wszystko.
Całymi dniami ją tulę, karmie (chyba nieudolnie), patrzę się na nią, lub oglądam jej zdjęcia. W szpitalu nie spałam, bo patrzyłam czy oddycha. Reszta świata może nie istnieć. Jest dla mnie Cudownym Dzieckiem. Jest grzeczna, słodka, robi minki, podkłada rączki pod główkę, czasami jest Płaczusiem, jest do mnie przyklejona (chyba przez ten szpital gdzie non stop byłyśmy razem).
Mężowi kupiłam na Dzień Taty breloczek z grawerem „Najlepszy tata na świecie”, imieniem małej i datą jej urodzenia. Przyszło wcześniej, przyniósł to z paczkomatu i się pyta co to, to powiedziałam przez łzy, że mogę Ci w sumie dać wcześniej. I w płacz z emocji. Z Mężem też zbliżyło mnie to, że był ze mną przy porodzie, widział te męki, jaki to jest wysiłek i poświęcenie ze strony kobiety. Kangurowal Małą.
Trudności
Oprócz miłości i szczęścia odczuwam też inne rzeczy.
Karmienie piersią 🤯. Czemu na szkole rodzenia mówią tylko o pozycjach do karmienia i nikt nie wspomina że dla niektórych to droga przez mękę ?! Krew, poranione sutki, za mało pokarmu, zastoje, godziny spędzone na piersi na dziamdzianiu, godziny spędzone z laktatorem, życie pod dyktando interwałów 2-3 h, ogromne poczucie winy jak się nie udaje. Nadal mam za mało pokarmu, muszę dodawać MM bo nie przybiera tyle ile powinna tylko na moim mleku. 2 tygodnie się tym katowałam i stresowałam, ryczałam po kryjomu przed mężem, ale po mału układam sobie w głowie, że robię nadal tyle ile mogę. I przyznaje - nie stać mnie na poświęcenie w postaci spędzenia lata w łóżku z laktatorem (takie miałam zalecenie - laktator po każdym karmieniu na żądanie). Wolę dać swoje, dodać MM, wziąć dziecko na ręce albo pójść z nią na spacer (uwielbia wózek).
Hormony, brak snu, ale chyba głównie hormony też dają mi się we znaki. Rollercoaster, płaczliwość, drażliwość. Powoli uczę się, że mój sen gdy ona śpi, jest ważniejszy niż cokolwiek. Staramy się ogarnąć w tej nowej rzeczywistości. Sajgon jest 😀🫣
Czuję się więc zmęczona, dojechana tą rzeczywistością, szczęśliwa, spełniona, pogubiona, pełna obaw czy sobie poradzę ze wszystkim, czy czegoś nie zawalę.
Jeden wielki kocioł 🙃.
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 czerwca 2024, 17:04
Ciąża zakończona 19 lutego 2025
Hejka .
Piszę już 3 raz do pamiętnika i dalej nie dokończam treści zapisem.
Urodziłam. Maluszek ma 3400 kg i 55 cm.
Jest śliczny i przekochany . Kocham go nad życie.
A teraz po krutce co mi się przydarzyło.
Może zrobię to w podpunktach?
1. Środa 14 luty. Podejrzewanie saczenia się wód.
Przyjęcie na patologii ciąży w celu wywołania porodu .
2. Czwartek 15 luty . Wywołanie porodu oksytocyna . Pierwsze skurcze były w miarę później już bardzo mocne .. ale skoczyło się na 5 tabletkach i braku rozwarcia.
3. W piątek 16 lutego godzinny poranne. Ok 5 rano. Czuje mokro w majtach i nie wierzę pełno krwi. Nie czuje ruchów dziecka.
4. Założenie większej wkładki porodowej i pójście do położnej.
5. Położna mówi że to z wczorajszego badania szyjki macicy. Ja mówię że napewno nie .. że jest tego za dużo.
6. Mówię położnej nie czuje ruchów dziecka.
A ona mi na to że ono spi . Z tym że moje dziecko nawet mi odpowiadało jak spało.
7. Wkońcu zrobili mi KTG. Mało ruchów mojego Maluszka. Piszą się średnie skurcze a ja mam więcej krwi .
8. Pielęgniarka powiedziała że mam szybko iść do zabiegowki bo lekarzowi się śpieszy.
9. Badał szyjke . Powiedział 8 cm .. I oddanie na porodówkę.
10. Położna z porodówki mówi że wygrałam z porodem. Gdy pospalam sobie 5h.
Ja miewam mocne i to bardzo mocne skurcze które chciałabym złagodzić jakoś.
11. Położna mówi że nie mam 8 cm rozwarcia tylko 4 cm.. I że niepokoji ją te krawienie .
12. Położna zawołała dużo osób aby zobaczyły moja krew.
13. Przychodzi staruszek lekarz i patrzy po przez wziernik .. I mówi diagnozę.
Odklejenie się łożyska.. szybko na CC.
14 . Jestem na sali. Pełno lekarzy i wszyscy czekają na mnie. Kłucia, pytanie , odpowiedzi . Tak szybko się wszystko toczyło.
15. Wyjęli mojego Maluszka , żyje.. płacze ale bardzo ledwo . Widzę strach w oczach kobiety która mierzy moje parametry. I się rozgląda.
16. Dostaje punktację małego. 8 punktów.
Mały połykał już krew. Ale w żołądku na szczęście nie ma krwi . Czyli nie dotarła.
17. Czuje duszność, myślę że to jest już mój koniec. Boli mnie w klatce piersiowej .
18. Słyszę głosy lekarzy , nie jest za ciekawie . Ale najważniejsze że mały żyje.
19. Powiedziałam co czułam." Jeśli się coś dzieje złego to chce mojego synka zobaczyć " panie uspakajały.
20. Już po wszystkim. Wyworza mnie na porodówkę, a ja się pytam o męża czy już jest. Był tam. Kangurował małego.
21.Jestem na sali poporodowej. Oczarowana malym człowiekiem, kocham go nad życie i jego Tate też.
Do teraz tkwię w szpitalu , ordynator powiedział że mam narazie nie cieszyć się wyjściem.. jeszcze czekają mnie 3 dni w szpitalu.
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 lutego 2024, 22:35
25+2(26tc)
hej hello pamiętniku!
na wadze chyba już 70 kk a więc + 8.
Jem dużo i wszystko
apetyt mam w tej ciąży ogromny.
Rosnę, brzuch mam twardy i czasem wręcz czuję, jak rośnie
coraz ciężej się schylać, pochylać, kucać, wiązać buty. Gdy biorę córkę na ręce (staram się unikać), to brzuch aż piecze. Wtedy od razu rezygnuję i przytulamy się na siedząco. Ciężej spać, obrót na drugi bok to już małe wyzwanie.
Franio mocno mnie już kopie
myślałam, że może będzie spokojniejszy od siostry na początku, bo zapowiadało się, że będzie kopał mniej, ale cofam to stwierdzenie
Otłukuje mnie niesamowicie i bardzo często w ciągu dnia. Uwielbiam to 
Córcia czeka na brata z tak wielką miłością, my też czekamy. Coraz bardziej jestem ciekawa jak synio będzie wyglądał, zastanawiam się, czy będzie podobny do siostry, czy będzie lubił spacery wózkiem, czy będzie łakomczuszkiem jak jego siostra
Mimo wszystko jestem spokojniejsza, niż jak byłam w pierwszej ciąży. To chyba prawda, że pierwszą ciążę bardziej się "przeżywa", teraz mam po prostu mniej czasu, na wszystko, bo jest córka, bo ciągle pracuję. Zdjęć z brzuszkiem mam może z 3 zaledwie.
Plus taki, że czas leci bardzo szybko.
Wyprawka gotowa w 80%, tak, szybko to ogarnęłam
Do końca lutego jestem w pracy i już baaardzo nie mogę się doczekać, trochę lecę na oparach, nadal pracuję dużo choć staram się mniej intensywnie. I najważniejsze, że nie przejmuję się sprawami, którymi nie powinnam! Dostałam wręcz takie polecenie służbowe - np. fajnie, że odsunięto mnie od współpracy z babą, która ustawicznie mnie atakowała za nic :]
Dobija mnie tylko ta pogoda za oknem. W podobnym okresie zaawansowania w ciąży z córką była już wiosna, pachniało i było zielono. Bardzo na to czekam, na te cieplejsze, dłuższe dni.
Wiadomość wyedytowana przez autora 1 lutego 2024, 14:41
Wizyta została umówiona. Pani, która ze mną rozmawiała powiedziała,żebym przed tą wizytą zbadała poziom amh. Potem doczytałam, że konsultacja jest w klinice leczenia niepłodności. Zaśmiałam się,że to jednak nie dla mnie, bo jaka niepłodność, gdy staramy się trzy miesiące.
Mimo to, obawy wygrały i zbadałam amh.
Wynik wyszedł 0.56. Świadczył o znacznie obniżonej rezerwie jajnikowej i dużym problemie z zajściem w ciąże. W tej chwili zrozumiałam,że ta wizyta jednak może być dla mnie.
Na wizytę pojechałam z mężem. Uspokajał mnie, mówił,że to pewnie nic takiego, że wszystko będzie dobrze. Żebyśmy nie martwili się na zapas. Bardzo chciałam mu wierzyć.
Gdy czekaliśmy na wizytę, trzymaliśmy się za ręce i dotarło do nas w jakim miejscu jesteśmy. Wokół młode pary, takie jak My. Młodzi, zdrowi ludzie. W uszach odbijały się słowa 'in vitro'. Na stole leżały ulotki. Widziałam też ścianę z półkami, na których stały ramki ze zdjęciami niemowlaków, które przyszły na świat, dzięki pomocy kliniki. Wyrażały ogromną radość i wdzięczność rodziców, którzy je przynieśli w podziękowaniu. Wzruszający i piękny obraz. Całe mnóstwo słodkich bobasów.
Przyszedł nasz czas. Lekarz zaprosił nas do gabinetu. Przeprowadził szczegółowy wywiad. Z wynikami badań zapoznał się już wcześniej. Zrobił usg. Mało pęcherzyków antralnych. Postawił diagnozę.
POF. Wygasająca rezerwa jajnikowa, czasu na zajście w ciążę niewiele i będzie to trudne. Poważnie rozważyć podejście do in vitro, jak najszybciej. Innych sposobów nie ma. Powtórzyć badanie amh dla potwierdzenia diagnozy, u męża badanie nasienia.
Mój świat się zatrzymał. Czułam się jakbym była w filmie. Jakbym stała obok. I niby gdzieś to podejrzewałam,czułam, ale usłyszeć to wprost to co innego. Udało mi się tam nie rozpłakać, mąż też się trzymał.
Do domu wracaliśmy w milczeniu. Żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć.
W domu pękłam. Nigdy wcześniej nie szlochałam tak jak wtedy. Serce mi pękło. Czułam ogromną złość, niesprawiedliwość, strach. Nie mogłam przestać, brakowało mi tchu. Mąż był cały czas obok. Przytulał, ocierał łzy. Nie mógł zrobić więcej ale właśnie zrobił wszystko. Przez moment nie dał mi odczuć, że to przeze mnie, że to moja wina.
Płakałam tak długo,że tylko wzięłam prysznic i zasnęłam ze zmęczenia.
Następnego dnia nie byłam już tą samą Olą.
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2024, 10:17
Tak bardzo pragnę, aby się udało...
To będzie tydzień pełen cichej nadziei, niespokoju i oczekiwania...
🍀23.09.2023 rozpoczęcie drugiej procedury ivf. Protokół krótki.
Już wszystko wiemy, wiemy na czym to polega. Jesteśmy specjalistami od robienia zastrzyków.
Tym razem urlopu nie wzięłam. Pracowałam i żyłam procedurą, szukając w tym normalności.
Nadzieja. Nadzieja nas nie opuszczała, wierzyliśmy,że tym razem będzie inaczej, ale nie nastawialiśmy się na nic. Nauczeni doświadczeniami poprzedniego miesiąca. Ponoć procedura za procedurą przynosi lepsze efekty.
Na początek nowy lek. Zmiana podejścia co bardzo mi się podobało, to znaczyło, że klinika nie idzie schematycznie. Zastrzyków znacznie mniej.
Fizycznie czułam się dobrze. Psychicznie gorzej. Bardzo się bałam,że znów nic z tego nie będzie, że nie potrafimy stworzyć zarodka. Często płakałam i ogólnie byłam smutna.
W tej procedurze prowadzenie stymulacji powierzyliśmy profesorowi, do kliniki jechałam dlatego, że usg musiało być w systemie oraz żeby zbadać poziom hormonów.
Wymagało to więcej czasu, jeżdżenia dwa razy, kombinowania z umawianiem wizyt poza pracą albo zrywanie się z pracy co wiązało się z tym, że ktoś musiał pracować za mnie i mnie zastąpić.
Ale zrobie wszystko by były efekty. Ufam profesorowi, ma ogromne doświadczenie w pracy na niskim amh.
Tak jak ostatnim razem, po tygodniu pogląd jajników. W usg widać było 9 pęcherzyków.
To była dobra informacja. To dwa razy więcej niż poprzednio. Większe szanse.
W kolejnym podglądzie, w obrazie usg, pęcherzyków wyglądających na dojrzałe było 7.
07.10 punkcja. Scenariusz ten sam.
Dowiedzieliśmy się,że udało się pobrać 7 kumulusów. To trzy więcej. Mamy szanse. Dostałam leki przygotowujące do transferu.
Na więcej informacji trzeba czekać. Więc czekaliśmy.
Chodziłam do pracy, miałam zajęcie, co nie znaczyło, że nie myślałam. Myślałam cały czas, tak to chyba jest zawsze, nie da się inaczej, nie da się odciąć. Minęła pierwsza doba, druga, trzecia. Telefon milaczał. Pojawiła się iskierka,że jest dobrze. Jednak z radością byliśmy ostrożni, nie chcieliśmy zapeszać.
Kolejnego dnia rano pojechałam na badania przed transferem. Nikt nie zadzwonił do tego momentu, to dobry znak.
W klinice szok. Ten dzień to nie dzień transferu, błąd systemu. To dopiero czwarta doba, nie piąta.
Udało mi się dowiedzieć, że mamy jeden zarodek, w fazie moruli, czyli odpowiedniej jak na tą dobę a embriolodzy robią wszystko, żeby mu było jak najlepiej i rozwijał się dalej.
Błąd systemu wynikał z przesunięcia terminu punkcji, gdyż profesor chciał dzień później niż klinika i dzwoniłam przełożyć. Byłam zła, myślałam,że stres się kończy, a wcale tak nie było. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, takie pomyłki nie mogą się zdarzać. To nie sklep,do którego przyszłam po nową pare butów, to życie, nasze dziecko, nasz cały świat.
Przyszedł kolejny dzień, dzień transferu.
Transfer naszego jedynego zarodka, jednej szansy, zaplanowany na godzinę 13tą. Czekaliśmy na telefon od embriologa, na potwierdzenie czy morula stała się wyczekiwaną blastocystą, czy nie poddała się na ostatniej prostej.
Telefon zadzwonił dopiero około godziny 12tej.
Z siedmiu pobranych komórek, dojrzałe były trzy. Trzy zostały zapłodnione. Jedna z nich nie zapłodniła się wcale, druga zapłodniła się ale zamiast dwóch przedjądrzy miała trzy, więc zapłodniła się źle, to bardzo chory zarodek, który nie może rozwijać się dalej. Trzecia zapłodniła się prawidłowo, dzieliła się każdego dnia jak należy, aż do piątej doby, gdzie osiągnęła fazę wczesnej blastocysty z klasyfikacją 1.2.2.
Zarodki codziennie są ocenianie przez embriologów. Ta pierwsza cyfra to etap rozwoju w jakim się znajdują. Cyfry od 1 do 6.
1- wczesna blastocysta.
2- dojrzała
3- rozszerzona
4- wylęgająca się blastocysta
5- blastocysta wylęgowa
6- wykluta, która wyszła z otoczki
Kolejna cyfra oznacza klasę rozwoju i ułożenie węzła zarodkowego, czyli części z której powstanie jego organizm. Klasy są trzy 1,2,3 (a,b lub c) z czego 1 jest najlepsza i oznacza,że komórek jest dużo i są ściśle ułożone, 2 jest średnia, komórek mniej i luźno ułożone, 3 najsłabsza, bardzo małych komórek rozproszonych.
Kolejna cyfra oznacza klasę trofektodermy,czyli przyszłego łożyska i również stopnie są trzy, gdzie 1 jest najlepsza, dużo zespolonych komórek, 2 średnia, mało komórek tworzących luźną strukturę i 3 najsłabsza, pojedyncze komórki.
Blastocysty kategorii 1.1, 1.2,2.1, 2.2, są najlepszej jakości i mają największy potencjał do implantacji.
W 5. dobie zarodkiem najlepiej rokującym jest blastocysta na poziomie rozwojowym minimum 3 z dodatkową klasą trofoektodermy i węzła zarodkowego minumium 1 lub 2.
Jednak jest to tylko klasyfikacja. Nawet najlepszy, idealny zarodek nie świadczy o tym,że będzie bobasem za 9 miesięcy, a czasem ten z najmniejszymi szansami, najsłabszy, będzie tym bobasem.
To jest właśnie magia in vitro.
Do transferu wybierany jest zawsze ten najładniejszy, najlepiej rokujący zarodek. W naszym przypadku wyboru nie było. Zarodek był jeden. Po klasyfikacji, średni. Wczesna blastocysta.
Nasza blastocysta, Nasz maluszek, który walczył dzielnie. Gdzie byłoby mu lepiej niż w brzuszku u mamy?

Transfer trwał chwilę, mój zestresowany mąż ubierał się dłużej niż trwała droga zarodka do macicy. Biedny zaplątał się w fartuch.
To była nasza chwila. Mąż stał obok i trzymał mnie rękę. Piękna, wzruszająca i magiczna chwila. Ten malutki paproszek, za 9 miesięcy może być naszą wymarzoną Hanią. Malutki Kropek.
Cały proces widzieliśmy na monitorze. Lekarz umieścił Kropka w macicy, było to szybkie i bezbolesne. Jedyny dyskomfort to pełny pęcherz, który musi taki być by macica była lepiej widoczna. Wstałam z fotela, ubrałam się, mogłam się wysikać i zostałam zapewniona,że Kropek nie wypadnie. Jeszcze dodatkowo został przyklejony klejem,który dobraliśmy jako dodatek i pomoc dla implantacji zarodka, embrioglue.
Wróciliśmy do domu. W trójke, tak jakby. Ja, mąż i Kropek. To było niesamowite. W normalnych warunkach, bez in vitro, nie wiedzielibyśmy jeszecze o Twoim istnieniu. Zlepek komórek, który dopiero ma się zagnieździć i stworzyć domek na całe 9 miesięcy. Ma rosnąć wraz z brzuchem, kopać, ma bić serduszko, miarowo i ma to być najwspanialszy pierwszy dźwięk, który od Ciebie usłyszymy.
Dni miały na odpoczynku, spacerach, gładzeniu się po brzuchu i mówieniu do Kropka, by mocno się trzymał i wgryzał, by z nami został już na zawsze. Opowiadałam,że pokaże mu świat i będziemy go bardzo kochać. Może to głupie, może nie. Może zbyt wiele uczuć, może tak właśnie ma być.
Z pracy miałam zwolnienie, 10 dni, o które nawet nie prosiłam, po prostu tak jest, że się należy.
Ze względu na specyfikę mojej pracy, skorzystałam z niego.
Po pięciu dniach od transferu moja ciekawość wygrała i zrobiłam test. Wiedziałam,że może być jeszcze za szybko, że to wczesna blastka i wynik jeszcze o niczym nie świadczy. Biel testu aż poraziła mnie po oczach. Nie było żadnego cienia cienia. Wiedziałam chociaż,że w moim organizmie nie ma już śladu po Ovitrelle i jeśli cień się pokaże, to będzie Kropek. Jednak nie ukrywam, poczułam rozczarowanie.
Kolejnego dnia powtórzyłam test licząc na cień. Nie było, była jedna kreska. Był to też dzień weryfikacji dla kliniki, beta hcg z krwi. Jej wynik nie pozostawiał złudzeń. Beta nawet nie drgnęła, ciąży nie ma.
Pojawiły się pierwsze łzy. Lekarz prosił by nie odstawiać jeszcze leków, żeby dać czas bo jeszcze jest bardzo wcześnie i może się dopiero zagnieździć.
Poczekałam kolejne dwa dni, test nadal biały. Beta ujemna, ciąży brak. Kropek z nami nie został. Nie było próby implantacji.
Znowu zostaliśmy z niczym.
Łzy, rozpacz. Odstawiłam leki i czekałam na okres.
Próbowaliśmy sobie to wszystko poukładać. Doszłam do wniosku, że lepiej tak niż gdyby testy były pozytywne tylko na chwilę, gdyby dano nam nadzieję i odebrano jeszcze szybciej.
Straciliśmy zarodek.
Nad nami wisiała kolejna, trzecia procedura ivf.
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 kwietnia 2024, 15:41
Odpowiedź.
Dziękuję za wsparcie Lia. Mój mąż aktualnie ma 46 mio plemników po podaniu preparatu( nie wiem jakiego) badanie miało na celu sprawdzenie czy plemniki przeżyją i czy na się upłynnić nasienie.
Na szczęście po 24h 80% plemników żyje.
Aktualnie czekam na kolejne badania i konsultację 🤞🍀
20+3
Jutro o 16:00 USG połówkowe 😱 Trochę się stresuje, co objawia się tym, że dziś ugotowałam już garnek barszczu, garnek curry z kurczakiem i gar rosołu. Jak mam stres, ale taki jeszcze pod kontrolą, to kompulsywnie sprzątam lub gotuję. No cóż, przynajmniej będzie co jeść przez najbliższe dni 😉
Zaczęłam czasami czuć ruchy. Albo smyranie, albo coś się tam tłucze, albo takie pukanie od środka. Cudowne uczucie 🩷
W pracy dobrze wszystko wyszło póki co. Plany zagarnięcia mojego stanowiska na zasadzie inni (inna) wezmą sobie dodatki a mnie nikt nie będzie zastępował zostały zablokowane przez HR jako totalnie bezsensowne. Będzie normalnie osoba na zastępstwo, czasowo, jak wrócę to wracam na swoje stanowisko i pracujemy dalej jak było do teraz. Cieszy mnie to, nie będę w tyle głowy miała tej potencjalnej likwidacji.
W lutym jeszcze coś tam dokańczam, bo nie wyrobiłam się ze wszystkim, a w marcu znikam na urlop. No i o ile zdrowotnie wszystko będzie dobrze, to nie mogę się marca doczekać !
Na początku zamawiam większą szafę w Ikea, która już wstępnie sobie zaplanowałam aby pomieściła rzeczy moje, męża i Małej. Potem jak lekarz da zielone światło (profesor to nawet nie pytam
lecimy na kilka dni złapać trochę słońca i spędzić chyba dostatni na dluuugi czas urlop tylko we dwoje. Wracamy, przyjeżdża mój tata, z mężem malują mieszkanie. Potem ma przyjść nowe większe łóżko i zamówiona szafa także sypialnia na Wielkanoc już będzie jak nowa 🌸
Z rzeczami dla Małej jeszcze się wstrzymuje, chociaż w głowie mam już wszystko zaplanowane i umyślane. Mąż dalej w kwestii wyprawki niepomocny, a wręcz wkurzający. Nowy hit od niego: żeby nie kupować ubranek ŻADNYCH bo przecież wszystko dostaniemy jak Mała się URODZI. !!!!!!!!!!!. Nie ma sensu tłumaczyć, że nikt nie będzie za wczasu kupował mi body i pajaców do szpitala, które zresztą trzeba wyprać wcześniej, wyprasować, popakować, opisać. Złośliwie tylko odpowiedziałam, nawiązując do jego siostry, która przy pierwszym dziecku potrzebowała sztabu ludzi do pomocy.
Cóż .. kiedyś już pisałam że jesteśmy trochę jak ogień i woda. W kwestiach życia i organizacji również - ja typowy planowacz, co ma każdy wydatek pod kontrolą, excela na pół życia, listy zadań i planów, a on człowiek chaos, za to dużo bardziej często racjonalny i wyluzowany niż ja 🤡. Grunt, że jakoś się dogadujemy.
Dalej chodzę 2-3 x w tygodniu na zajęcia Aktywna Mama i Aktywna Ciąża. Zależy jak czas pozwala mi wyrwać się z pracy, bo są w środku dnia. Super sprawa, super mi te zajęcia robią na głowę przede wszystkim. No i na ciało mam nadzieję też szybciej wrócić do formy.
No i najważniejsze. Mamy imię 🥰🌸 Wahaliśmy się między dwoma, które obojgu nam się zawsze podobały. Laura lub Lena. Ja byłam bardziej za Laurą, ale mąż, upierał się na Lenę i cały czas dumnie to powtarzał łącząc z naszym (czyli jego) nazwiskiem. Przekonało mnie zdrobnienie, którego od Laury nie miałam.
Będzie więc Lenka 🩷
"Zmiany usunięte doszczętnie".
Świętuję dzisiaj winem oraz ratami 0% na jakiś super telewizor. 😅
Dzisiaj bylam w Gamecie na pobraniu krwi z AMH, ESTRADIOL, TSH, FSH. Wyniki popołudniu ( napisze później).
Przygotowujemy się do in vitro. Czas na badania, które mnie ,Nas zakwalifikują.
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 lutego 2024, 13:20
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.