Proszę Państwa, oto Miś. Miś jest bardzo dumny dziś.
Beta 58,69!!!
7 dpt 4-dniowca.
Pojechaliśmy do kliniki na 8. Byliśmy wcześniej bo trzeba było opłacić za transfer itd.
Od rana robili punkcję były 3, mnie dopiero poprosili o 9.
Wzięłam relanium wieczorem nawet na mnie nie działało. Dopiero rano coś zaczęło mnie chwytać. I dobrze bo jakoś obojętna się zrobiłam, nawet internet mnie nie interesował.
O 9 mnie zabrali dali jakieś leki chyba ketanol i coś jeszcze. Nic nie pokazywali, widziałam tylko to co było na monitorze.
Może i lepiej nie będę przeżywać.
Potem kazali mi leżeć godzinę, oczywiście trafiłam na niemiłe pielęgniarki i nawet chłopa nie wpuścili, no cóż. Ważne że dali basen, bo bym nie wyrobiła.
Potem dali mi wypis podali blastke 3 AA nie wiem co to za jakość, ale chyba średnia. Czyli tylko takie pewnie mam. Bo w komputerze nic nie mają, pewnie embriolog będzie wiedziała dowiem się jak będę do niej dzwoniła w sprawie bety.
Po wszystkim w nagrodę mąż zabrał mnie na frytki zjadłam porcję jak dawno ich nie jadłam.
W domciu się położyłam ze zmęczenia i zasnęłam kocurek oczywiście ogrzewał mój brzuszek jakby było inaczej. Ten kot jest cudowny wczoraj mnie ogrzewał dziś też. Obudziłam się zjadłam obiad i patrzyłam co u mojej Krasi.
I zobaczyłam 2 kreseczki 😄💖 jaka radość 😄
Czułam że szczepienia dadzą radę. Wiele osób po nich zachodzi.
Dziś już snułam plany urlopowe jak się 3 próby nie udadzą jadę w góry czerwiec-lipiec. Tam odzyskam spokój.
Dziewczyny z którymi leżakami po punkcji rozmawiały że i tak będzie dupa i że na jednej punkcji się nie zaskoczy, widać że optymizm panuje 😄
Od dziś biorę accofil podskórnie w zaleceniach mam od jutra, dobra 1 dzień w ta czy ta różnicy nie robi.
A encorton wzięłam od dziś 20 mg bo 10 nie działa. Przynajmniej Paśnik nie zleci mi już jego przy kolejnym podejściu.
A w piątek beta i komórki NK.
Ciekawe co mi zapora do 2 próby.
Aż dziwne że jestem sceptyczna i neutralna. Wolne mam do poniedziałku. W poniedziałek stomatolog od wtorku do pracy. Jak narazie nie rozmyślam
Co ma być to będzie. Jedynie to jestem zmęczona cały tydzień wstawanie o 5.
A wczoraj już przeplakalam niepowodzenie. Może w piątek będzie łatwy to przetrwać.
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 lutego 2020, 17:01
24dc
Nie mam planu, nie wiem co dalej robic. Byc moze nie jest mi pisane zostac matka, ktos na gorze postanowil to juz dawno temu, a ja sie temu sprzeciwiam? Mam mnóstwo pytan, na ktore raczej nie otrzymam odpowiedzi.
Czy mozna byc spelnioną, szczesliwą bez rodzicielstwa? Czy moje małżeństwo przetrwa ta kolejną próbe? Czy gdybysmy mieli innych partnerow to mielibysmy dzieci? Czy za kilka lat mój mąż mnie zostawi i zalozy rodzine z mlodsza? Czy zostane zgorzkniałą babą?
Co mam robić ;(?
15t3d
Wizyta pojutrze na 13:50. Mam nadzieje, że mojemu maleństwu nic nie jest,że rośnie i rozwija się prawidłowo, serduszko i nerki są zdrowe, modle się o to praktycznie codziennie. Zdrowie moich dzieci, męża i rodziny jest najcenniejsze ...
Brzuch rośnie, praktycznie od miesiąca chodzę w już ciążowych spodniach i szerszych sweterkach bo w zwykłe się już nie mieściłam...Od kilku dni wydaje się że czuje też maluszka...motyle, bulgotanie i takie łaskotanie... jakiś 15t0d ( szybciej jak z Maksem) Więc myślę że dzidzia rośnie....
Co jeszcze u Nas...pobuszowałam trochę po sklepach z ciążowymi ciuchami... choć -ach to zbyt dużo powiedziane. Z sieciówek tylko praktycznie h&m i c and a ma jakiś wybór asortymentu. Mam spodnie ciążowe jeszcze po ciąży z Maksem i luźne sweterki, sukienki bo ostatnimi czasy w takie się lubiłam sama ubierać ale musiałam kupić kilka t-shirtów ciążowych, getry, podkoszulkę, rajstopy a za miesiąc na bank trzeba będzie jeszcze dokupić majtki, stanik bo rosnęęęę tu i ówdzie no i jakieś wiosenne ciuszki. Troszkę mam też ciuchów po ciąży siostry ale póki co są sporo za duże na mnie 
U Maksa wszystko w porządku. Na liczniku 4 lata i 2 mc 😁 Rośnie ( wyrasta z rozm 110, bucik 25-26) , rozwija się , mądrzy
Je praktycznie wszystko. Uwielbia auta, puzzle, klocki lego i dinozaury. Pięknie i wyraźnie mówi. Potrafi się bawić sam w swoim pokoju, praktycznie sam się ubiera, myje ząbki, ostatnio nawet pościelił po sobie łóżko
Chętnie chodzi do przedszkola. Niedawno występował na przedstawieniu z okazji dnia Babci i Dziadka a na balu karnawałowym był przebrany oczywiście za Dinozaura
Uwielbia swoją panią wychowawczynię. No i nasz maluch oficjalnie stał się starszakiem
wczoraj kupiliśmy już całkiem duży fotelik 18-36 kg. Dumny jest jak paw. I mówi o sobie starszy brat

Kocham Go
i Ciebie maluszku

Wiadomość wyedytowana przez autora 23 lutego 2020, 16:07
21 dc 1 dpt
Wczoraj pod wieczór dostałam bólu brzucha, nie wiem jak wyglądają skurcze. Więc trudno cokolwiek mówić.
Wzięłam nospe 3 magnezy scopolan relanium. Ale ten ostatni wogole na mnie nie działa. Do tego założyłam na brzuszek pas z wielbłąda i skarpety i kocurek przyszedł mnie grzać. Nie ustępuje mnie dziś. Jak się położę on razem ze mną.
Dziś już nic nie czuję 0 boli. Ale nospe już biorę profilaktycznie, bo nawet w wypisie mam aby 3 razy dziennie brać.
Po wczorajszym accofilu dziś czuje się słabo do południa leżałam bo co wstałam do kręcenie w głowie słabość. Po obiedzie poczułam się lepiej ale po gorącej zupie spocilam się jak bóbr, znam to osłabienie za kilka dni będzie już dobrze. I teraz sobie przypomniałam jak po jednej dawce 2 lata temu w godziłam na Kasprowy Wierch, ledwo bez sił. Aż siebie do dziś podziwiam.
A teraz jestem na dawce mniejszej.
Wczoraj ogólnie miałam bary kiepski nastrój, mąż poszedł do pracy a ja popłakałam sobie.
Ale dziś wzięłam się w garść, koniec z pesymizmem.
Wiki masz rację gdzie to pozytywne myślenie, wracam na tory...
Aassiiaa masz rację obrałam skarupe by nie cierpieć w razie godziny W.
Anusla też tak myślę że oby to HBA okazało się problemem.
Choć wiem że kir 2ds1 jest największym problemem. Ale może organizm stworzy tarcze ochronna dla zarodka i nie pozwoli odrzucić zarodka, tego się trzymam.
Dumam też nad tym po rozmowie z embriolog że gdyby podali mi najsłabszy zarodek to w razie niepowodzenia bym mogła też żałować. Powiedziała mi bo wie że mam problem immuno.
Przecież pani jest obstawiona z każdej strony, jak podamy słabszy to żnow pani będzie szukała i robiła badania.
Tylko jakie jak jestem przebadana prócz lapro i biopsji Endo.
Choć nie sądzę abym miała zapalenie, bo Endo ślicznie mi rośnie a to zasługa też Akumpuktury.
Tera nie żałuję, może ten zarodek wystarczy może się uda, może leki dadzą radę. Wiadomo pozmieniałam zalecenia. Zaryzykowałam, ta decyzję podjęłam z mężem. Encorton miał być od 10 dc a ja wzięłam jak klinika kazała od 2 dc. Heparyna wg Paśnika od dnia transferu klinika kazała 5 dni przed transferem.
Accoffil wlew miał nie być, Paśnik kazał.
Accoffil podskórnie miałbyc od dziś mąż mówił 1 dzień w ta czy w ta zrobił mi wczoraj.
Więc wszystko inaczej. Ale nie żałuję, bo wiem, że zrobiłam dobrze.
Nawet jak się nie uda będę wiedziała że zrobiłam zgodnie z intuicja.
Jak się uda będę zadowolona ze zaryzykowałam.
Tylko ci powiem Paśnikowi, on nie chciał mi dawki zwiększyć że względu na leukocyty że będą wysoko. We wtorek się okaże przyznam mu się najwyżej accofil będę rzadziej brać..
Dziś i wczoraj mąż glaskal mój brzuch i mówił do niego Piotrusiu rośnij i walcz musisz się urodzić za 9 miesięcy. Szok to był dla mnie. Jednak przeżywa na swój sposób.
Ja przeżywałam do wczoraj, dziś jest mi o niebo lepiej i proszę jedynie o cud...... Wierzę że kropek ma tarcze ochronna i da rade, wierzę w niego.
Niech komórka NK zajmie się jutro zębem a nie nim. Tam będzie miała co robic.
Wczoraj to mnie strasznie suszyło po sterydzie, masakra. A jak sobie pospalam w dzień 3 godziny to do 24 zasnąć nie mogłam. Dziś też spanie mnie kapie, ale nie mogę bo żnow nie zasnę.
Dziś też miałam dylemat co zrobić z kotem jak mu dać leki na serce jak waży 6 kg. A nie wolno dźwigać a w domu nikt po za mną nie umie dać mu leków. Przemycilam mu leki w ukochanej karmie że smakiem zjadł 😄
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 lutego 2020, 16:07
Byłam dzisiaj na pierwszym monitoringu cyklu - 11 dc
Zbadałam hormony:
LH - 10,40mIU/ml
Estradiol - 127,00 pg/ml
Progesteron - 0,20ng/ml
Endometrium w normie, pęcherzyk rośnie - znowu w lewym jajniku, tak jak w poprzednim cyklu. Czy to możliwe?!
Tak czy inaczej w sobotę będzie badanie śluzu po stosunku, a za tydzień kolejna żeby sprawdzić jak owulacja przebiegła.
Po chwilowym spadku formy jest lepiej. Pierwszy raz od daaawna czuję, że zeszło mi ciśnienie i faktycznie wyluzowałam. Pojawiają się nawet myśli, czy faktycznie chcę teraz dziecka, że jeszcze mamy czas, bo nie jesteśmy aż tak starzy
. Mamy teraz plany na najbliższy czas, parę wyjazdów, remont i cieszę się na to wszystko
W sumie to lubię życie, które teraz prowadzimy. Wiem, że na dłuższą metę smutno by nam było we dwoje, ale teraz jeszcze mamy etap, że cieszymy się sobą nawzajem. Oby to nastawienie trwało jak najdłużej!
Intuicja kobiety to jest jednak dziwna.... dzień po tamtym USG genetycznym poszłam do innej lekarki z super sprzętem w klinice. Zresztą tej samej, która prowadziła ciąże Maksem od połowy, była przy porodzie, zszyła mnie pięknie. Ufam jej.
No i robi to USG, pomiary dziecka tu wszystko ok. Włącza dopplera sprawdza przepływy w sercu - ok i w pępowinie . I tu się okazuje że jest dwunaczyniowa. A powinna być trzynaczyniowa. Sprawdzała ją 3 razy.
Jak ja się zdenerwowałam....cała się 3rzęsłam. Lekarka uspokaja, że mam się nie martwić, że czasem tak bywa a dziecko jest zupełnie zdrowe, że nawet niedawno jej pacjenta urodziła zupełnie zdrowego synka z pępowiną dwunaczyniową....Zaleciła echo serca między 18-22 tc. Oczywiście w szoku cały net przewertowany , naczytałam się i możliwiej hipotrofii, wadach serca, wadach nerek
podłamałam się....Następna wizyta wyznaczona była za 3 tyg już u tej lekarki. Od tamtego konowała z *jowym sprzętem wypisuje się.
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 lutego 2020, 15:27
43/41
6t+1d
Byłam rano w laboratorium i zrobiłam TSH, ft3, ft4, betę i jeszcze progesteron na dokładkę.
Miałam dziś w planie iść do gina, ale okazało się, że lab nie wyrobi się z wynikami do mojej wizyty, także muszę zaczekać z wizytą do środy. Chyba, że pójdę z samym TSH z piątku? Sama nie wiem co robić. Coś mi mówi, żeby odłożyć tą wizytę na środę, bo może będzie już serduszko? Czy jeszcze za wcześnie?
14tc+0d
(Estrofem, Utrogestan, Acard, Neoparin, Encorton, wit C, wit D, Metafolin, Metylowana B12, Aspargin)
Drugi trymestr jest naprawdę spoko 😊 mdłości odwiedzają mnie sporadycznie, choć czasem pobolewa głowa, ale nie mocno na szczęście. Brzuch powoli staje się widoczny, choć nadal możnaby go uznać za efekt obżarstwa. Od zeszłego tygodnia jak leżę i trzymam rękę na podbrzuszu to czuję takie dziwne pyrkanio-pukanie z początku myślałam, że to jelita, że jest za szybko na czucie ruchów dziecka, ale z każdym dniem to pyrkanie nabiera na siłe. Obaliłam teorię jelit, bo te raczej nie robią się aktywne kiedy pougniata się trochę brzuszek 😈 no i nie powinny reagować na picie coli. Oczywiście trudno to nazwać "kopniakami" to trochę tak jakby mieć aliena w brzuchu, po prostu czuć, że coś tam się gmera. Syn ma już ponoć 8cm 😳 gdzie on się w tym małym brzuchu mieści tego nie wiem 🤔 jutro odbieram wynik pappy, jestem ciekawa jakie śmieszne rzeczy tam powychodziły.
Jestem po stymulacji i po pierwszym nieudanym transferze. Pomyślałam że zapiszę to czego się dowiedziałam w trakcie, może komuś się przyda. Rozwieje trochę wątpliwości i może zapobiegnie częściowo stresowi...I tak go mamy za dużo.
Jako człowiek który nie brał nigdy leków - przeciwbólowy to była ostateczność, antybiotyk raz na sto lat - byłam zszokowana bo nagle wykupiłam wielką torbę medykamentów. Zastrzyki - to było dla lekarzy, jak ja mam SOBIE to zrobić? Połknąć większą tabletkę - męka. Globulki - piekło (a dostałam 3 na dzień
)
Ogólnie z perspektywy czasu to oceniam tak:
- mega się bałam zwykłego badania ginekologicznego - inne zabiegi przerażały mnie do żywego. Dlatego nie mogłam spać, miałam niestrawności etc.
- badanie drożności jajowodów - miałam na znieczuleniu - nie ma się czego bać, usypia się i już jest po. Ale po tym „znieczuleniu” trochę człowiek skołowany jest i trzeba ten dzień spisać na straty. Najlepiej sobie pospać zdrowo w domu i robić nic.
- stymulacja - miałam krótki protokół - bałam się zastrzyków ale przywykłam. Udało mi się opanować nawet ich przygotowywanie. Bałam się że pęcherzyki powietrza się wstrzykną mi pod skórę (pomyliłam z pęcherzykami wstrzykniętymi dożylnie) ale położna w klinice mi wyjaśniła że to nic złego bo spod skóry uciekną miejscem nakłucia albo się zneutralizują i nie ma zagrożenia. uff... Przy stymulacji przejmowałam się tak, że miałam "stoper" na dwójeczkę ;( Początkowo miałam wzdęcia i zaokrąglony brzuch. Aż bolał, taka byłam zagazowana ale nic ujść nie mogło. Te niedogodności przeszły po paru dniach.
- Punkcja – miałam szczęście, 13 pęcherzyków, z tego był transfer i 3 mrożaki. Przeszłam zabieg bez kłopotów, znowu na znieczuleniu (czyli śpiąc). Po obudzeniu byłam słaba ale chciałam wiedzieć jak poszło i zbierałam się jak najszybciej. Było mi lekko słabo kiedy czekałam na spotkanie z lekarzem. W domu zauważyłam malusieńko krwi na wkładce, pewnie jeszcze z zabiegu. Potem tylko bolał brzuch i musiałam powoli chodzić (latam zawsze jak szalona), nie mogłam dźwigać, torba z laptopem obijająca mi się o bok była katuszą… Kilka dni dochodziłam do siebie, ciężko było spać bo w każdej pozycji mnie coś kłuło. Jajniki obolałe były ale z dnia na dzień mniej. Nie szarżować i da się przeżyć 😊 Ledwo przeszło, dzień względnie lepszego samopoczucia i już do transferu – śmiałam się że nie dają mi spokoju.
- Przed transferem też się denerwowałam jak dzika. Bo miało być na żywo! Bałam się żebym swoim zwyczajowym „dzikowaniem” na fotelu nie przeszkadzała w zabiegu. Bo przeze mnie się nie zagnieździ!!! ;( ;( Na szczęście anestezjolog mnie zagadał i dałam radę. Było bezboleśnie, mój własny strach mi najbardziej przeszkadzał, tym bardziej że się sama ganiłam żeby przestać panikować. Ale się nie da nooo
- Po transferze obchodziłam się ze sobą delikatnie. Bałam się oczywiście iść do łazienki na cokolwiek
Ale nie ma się czego bać. Nie można takim czymś zaszkodzić małej komórce. Nareszcie zeszło ze mnie napięcie – co zauważyłam dopiero w dwa dni po.
Cierpliwie czekałam do 14dpt żeby zrobić betę. Nie robiłam testów sikanych ani nie szłam do punktu pobrań na betę. Chciałam żeby nadzieja trwała dłużej skoro codziennie szpikuję się lekami. Najgorsze by było wiedzieć że beta zerowa a i tak mi 4 dni zostały na lekach… No i beta 1.1. Coś zaskoczyło ale nie przetrwało. Z jednej strony najlepszy wynik ever bo zawsze miałam betę 0 i tyle. Ale i tak mi smutno.
- Po odstawieniu leków okres przyszedł za 3 dni. Bolesny bardziej niż zazwyczaj. Dokuczliwy jakiś ale nie bardziej obfity. Bolało nie przez 2 dni jak zwykle tylko 2 dni mocno a aż do dziś (jakieś kolejne 3 dni) pobolewa czasem. Dzisiaj nudności mnie męczyły.
30dc
13dpo
Uczucia które towarzysza mi w tym cyklu rozrywają mnie na kawałki .
Jestem na etapie paranoi . Takie to dziwne uczucie kiedy dawana jest nadzieja i zaraz zabierana . Nie rozumiem tego. A mianowicie...
owulacja chyba była chociaż skok temp był raczej maleńki, a testy owu negatywne, był tylko wykryty wzrost estrogenów przez monitor . Ale mogłam nie trafić z testami na skok lh . Pomijając , zaczęłam testować w ok 10 dpo (rzekomej) wyniki były i są paradoksalne ... na pierwszy rzut oka negatywne ale po jakimś czasie jest ewidentna kreska , ale tez nie na wszystkich .. na tych porannych tak a na popołudniowych nigdy . Myślałam ze poprostu może ten test tak ma ale nie jest to reguła . Wiem ze wynik powinno odczytywać się do 5 min . Ale to daje nadzieje , trzymam się jej jak dziecko mamy nogi , chociaż rozczarowanie później powala na kolana. Tak bardzo chce być w ciąży , ze popadlam w tym po same uszy . Ciagle moje myśli kręcą się wokół tego . Ciagle ogarnia mnie smutek ze co jeśli nigdy nam się nie uda , czy będę potrafiła to dźwignąć ? Czy mam w sobie sile by walczyć ? Skoro już na początku moje emocje szargają mną jak chcą .
Nie pomaga mi fakt ze moja najlepsza przyjaciółka jest w ciąży . Zawsze wszystko planowałyśmy razem .. od pierwszych podwójnych randek po przygotowan do ślubów które były w odstępie kilku tygodni .
A teraz ? Teraz czuje żal .. Oczywiście bardzo się cieszę ze im się udało bez problemów . To nie jest ta zła zazdrość ! To jest zazdrość która motywuje a zarazem dobija .
Czuje na sobie presję ! Czuje ze rodzice mimo ze nic nie pytają zerkają czy aby nie rysuje się jakiś ciążowy brzuszek ...
Tak bardzo chciałabym dać mojemu tacie wnuka o którym tak marzy ! Ma same wnuczki ... zawsze się śmieje ze nie jest pełnoprawnym dziadkiem, ze tylko we mnie nadzieja. Oczywiście w formie żartu bo myśle ze będzie kochał równie mocno co każdego ze swoich wnucząt .
Dziś mój M. był rozczarowany negatem z rana - oczywiście nic mu nie mówiłam o tych moich urojonych kreskach . Wystarczy ze ja cierpię ! Nie gadamy o tym ale dziś poczułam ogromne wsparcie z Jego strony !! Wie ze mnie to przybiło i chodził dziś za mną pilnując bym nie była smutna. Głaskał , całował i przytulał . To aż mało prawdopodobne bo nie należy do osób które okazują uczucia na codzień . Niestety nie został tego nauczony ... to już inny temat .
Kocham Go takim jaki jest ! A po dzisiejszym dniu kocham Go jeszcze bardziej !
Nie wiem co teraz , czy jest sens iść na betę ... objawów okresowych kompletnie brak . Mój mózg jest w ciąży , a ciało po cichu planuje przyjazd podstępnej 🦧 .
Oby szybko po @ , myślę, chociaż męczy mnie franca. I od nowa próbujemy. Czekam na kontrolę 10dnia cyklu i kolejny transfer. Tak się przyzwyczaiłam do nieudanych prób, że myśl o ciąży jest jak film fantasy - haha, śmieje się moja podświadomość, fajna sprawa ale chyba w jakimś równoległym wszechświecie.
Postanowiliśmy sobie od teraz nie robić testów ciążowych przed data miesiączki - tak jak zrobiliśmy to w poprzednich razach. I muszę przyznać ze trochę się boję tego co będzie. Chciałabym już wiedzieć ale z drugiej strony ta myśl ze być może się udało jest bardzo miła...
Już na samym początku stwierdziliśmy ze robienie testów owulacyjnych, mierzenie temperatury itd jest takim podporządkowaniem sexu tylko do robienia dzieci, zapominając o tej przyjemności - a ja jednak bardzo cenie sobie nasza bliskość. Czy jedno wyklucza drugie? Sama nie wiem jak do końca do tego podchodzić...
Poniedziałek 23 dc / 30 cs - 2 cykl po histeroskopii
Dziś 9 dzień po owulacji. Na pewno nie jestem w ciąży. Nie potrzebuje testu ciążowego, ani bety. Jak to co poniektóre kobietki mówią " to się po prostu czuje czy się jest czy się nie jest. 6 zmysł". I ja to czuję, że nie jestem. Dodatkowo i objawy za tym przemawiają:
Jak zwykle, w tym samym mniej więcej okresie czasowym:
* ból piersi, w sumie tuż po owulacji ( na to pewnie wpływ ma przyjmowany estrogen )
* ból podbrzusza, od około 4 dni ( no spa trochę pomaga, ale nie niweluje do końca
* pogorszenie stanu skóry - taka poszarzała, bez tego błysku
* nieco zwiększony apetyt
* drażliwość
Typowy PMS
No i dziś, już nie mam do tego siły, poważnie....delikatne , małe plamienie brązowe ze śluzem. Zapewne jutro się rozhuśta i będzie towarzyszyć już do wystąpienia miesiączki. Ja już nie wiem co począć z tymi plamieniami, jestem obstawiona lekami i dupa...Jeden miesiąc spokoju lub dwa i znowu wracają. A leki+dawki takie same. Tracę do tego cierpliwość. Były podejrzenia , że są od zrostu, ale już wiem, że to nie od niego, bo przecież na histeroskopii go usunięto....
A poza tym weekendowe pasmo sukcesów. Zawsze w naturze jest równowaga... Tu nie idzie, a tam idzie... Jestem na kontrakcie i świadczę usługi zewnętrznej medycznej firmie. W związku ze zwiększeniem składki ZUSu miałam renegocjować warunki finansowe kontraktu - nie musiałam...Firma sama postanowiła go zwiększyć i dać mi 25% podwyżkę. Tiaaaa, fantastycznie. Dodatkowo weekend na udanym szkoleniu. Masa nowości, masa wiedzy. No żyć, nie umierać...
W kolejny weekend planowana miesiączka, mąż wyjeżdża, kupię butelkę wina i wypiję ją sama. Na smutno, ale z podwyżką. No ideał...
Mnie się nie udaje...ale wciąż jestem z dziewczynami i mocno trzymam kciuki. Niech chociaż Wam się uda!!
Podobno refundacja na leki jest do 3 procedur.
30dpt
Według aplikacji 7+1 tc
Samopoczucie: 🤢
Leci mi właśnie wyglada ze 7 tydzień ciąży. Nie ogarniam tych aplikacji do obliczania tygodni- każda mi pokazuje inaczej 😡 ale już będę się trzymać tego co ta pierwsza pokazuje, bo na coś się muszę zdecydować.
W piątek miałam pierwsze usg - w klinice. Okropnie się stresowałam. Jak doktor włożył głowice to najpierw zobaczyłam ogromny pęcherzyk ciążowy (oczywiście dla mnie był ogromny, jest normalnych rozmiarów) a w środku dwie nieregularne chmurki. Trochę miałam zawias ze być może bliźniaki ale doktor zupełnie zignorował jedną z chmurek (teraz myśle ze to pęcherzyk żółtkowy) a drugą, przytuloną do ściany macicy dokładnie zmierzył i uwaga - Szanowni Państwo - całe 8,4 mm dzieciaczka! 🥰 potem dr coś poklikal na swoim sprzęcie i było słychać jak bije serduszko. Na wydruku który dostałam jest napisane ze biło 117bpm ale nawet nie sprawdzam w necie czy to dobra wartość bo na pewno oszaleje (doktor powiedział ze gites to nie wnikam w to bardziej). Mój mąż się potem ze mnie śmiał ze wyglądałam jakbym miała pęknąć z dumy i oczywiście ze byłam dumna! Przede wszystkim z zarodeczka, ze okazał się taki dzielny i dał rade 🥰 jestem tez dumna z siebie bo tak długo na to czekałam i tyle przeszłam i nieraz panikowałam ale się nie poddałam. No i jestem tez dumna z męża bo wiem ile go kosztowało to oddanie nasienia i wiem ze miał dużo wątpliwości przed podjęciem procedury. Doktor był dumny i zadowolony i dużo się uśmiechał, myśle ze naprawdę się cieszył bo to sukces jego pracy. Tak wiec wyjechaliśmy z kliniki w szampańskich humorach i resztę dnia (jakże pięknego walentynkowego) spędziliśmy na zakupach budowlanych (jakże romantycznie) byłam w tym dniu zmęczona a dodatkowo po badaniu usg plamiłam.
Następnego dnia siedzę sobie niewinnie przed tv aż nagle czuje ze zalewa mnie coś ciepłego - biegnę do łazienki a tam plama świeżej krwi - dosyć duża - przemokła mi wkładka i można było wyżymać majtki. Oczywiście w ryk 😪 pojechaliśmy z mężem na SOR i przyjęła mnie położna - anioł oraz dosyć nieprzyjemny lekarz. Zbadał mnie usg, pokazał mi zarodeczek - dalej przytulony do ściany macicy i nadal z bijącym serduszkiem. Kazał wziąć więcej duphastonu i leżeć.
Tak wiec leżę już drugi dzień - na szczęście krwawienie powoli zamieniło się w plamienie i zupełnie ustało. Niestety mdłości się nasilają 🤢 zdarza mi się wymiotować rano a nawet teraz jak to pisze to bełt podchodzi mi do gardła. Ale zniese wszystko pokornie byle ta mała chmurka w środku była zadowolona i bezpieczna.
Pisałam wczoraj szefowej ze potrzebuje dnia wolnego żeby poleżeć. Czułam ze jest zła - musiałam często brać wolne jak jeździłam do kliniki wiec zmuszona byłam powiedzieć szefowej co jest grane. Nie jest z tego zadowolona, wiem ze wolałaby mieć pracownika. Ja ze swojej strony chciałabym kiedyś wrócić do pracy, bardzo ja lubię, chciałam jeszcze trochę teraz popracować żeby iść na chorobowe w lepszej atmosferze. Teraz wiadomo ze priorytety się zmieniły i jak trzeba będę leżeć plackiem, ale mimo wszystko martwię się czy w takiej sytuacji będę miała powrót 😞 poza tym muszę jeszcze masę spraw pozamykać, pozakańczać, nie mogę teraz zniknąć jak wszystko jest fatalnie rozgrzebane i niezrobione a w pierwszym tygodniu marca audyt - koszmar. Mam postanowienie ze teraz jak pójdę do pracy to żadnych insta i przerw na kawę tylko intensywna robota żeby zrobić jak najwiecej i jak najmniej rzeczy zostawić po sobie do ogarnięcia, żeby się nie denerwować jak nastąpi taka sytuacja ze nagle będę musiała iść na chorobowe i leżeć. Boże pomóż mi być wierną w tym postanowieniu!
Idę bo już tak mnie strasznie mdli ze mi literki skaczą przed oczami. W czwartek wizyta u położnika - widzimy się znowu! 🥰
P.S. Na zdjęciu z SORu chmurka ma rączki! Serio nie ściemniam, jak się człowiek wpatrzy to widzi takie ciemniejsze plamki po obu stronach chmurki. Rączki jak malowane!
31dc
Kolejny dzień oczekiwania na @ za mną.W głowie myśl -a jak nie przyjdzie?Hasbendus przypomina od razu mi mów jak przyjdzie bo muszę bilet kupić.Pamietan o tym.Dzis wspomniałam o myśli odparł żebym nie uprawiała czarnowidztwa i któregoś dnia będzie mnie musiał spalić na stosie za czary.
8+5
Miałam zrobić wpis zaraz po wizycie, ale to jest tak szalony tydzień, że czasu nie było, żeby usiąść i naskrobać parę słów. Teraz nadrabiam.
Dzień wizyty był zdecydowanie jednym z najbardziej stresujących dni, jakie ostatnio pamiętam. Do 16.20 myślałam, że wykituję na serce. Dzień mi się dłużył niemiłosiernie, a poziom stresu był nie do zniesienia. Trochę miłym rozproszeniem była wizyta mamy, która przyjechała na zakończenie przedszkola Michasia. Trochę pogadałyśmy, pośmiałyśmy się. Ale na wizytę szłam z duszą na ramieniu. W poczekalni czekałam może 5 minut, ale i tak czas się ciągnął. W końcu weszłam! Najpierw wywiad ogólny, ustalanie tygodnia ciąży i różnych szczegółów. Potem fotel i USG, na które czekałam najbardziej. I wtedy się zaczęło. Lekarka sprawdzała, patrzyła, szukała i nic. Kazała mi iść opróżnić pęcherz. Wróciłam i dalej nic. Pośladki wyżej, jeszcze gorzej. Ja już na tej kozetce byłam bliska i płaczu, i zawału. Od razu przypomniała mi się pierwsza wizyta w poprzedniej ciąży, która zakończyła się pustym jajem i łyżeczkowaniem. Lekarka była tak skupiona, że bałam się ją o cokolwiek zapytać. Ale jak powiedziała, że tu jest ciąża, a tu sa mięśniaki, to nieśmiało w końcu wydukałam pytanie, czy może widzi, czy ciąża jest żywa. Odpowiedziała, że tak, żywa, ale nie może jej dokładnie obejrzeć. Po prostu kamień mi spadł z serca, bo tylko chciałam usłyszeć, że jest serduszko! W końcu pokazała mi ekran i zobaczyłam małego dzidziulka. Ulga nie do opisania. Ale z racji na moje mięśniaki, wiek i stan po dóch cesarkach lekarka nie była jakaś bardzo szczęśliwa i nie ukrywała, że to ciąża wysokiego ryzyka. Dała mi Duphaston, być może pomoże on zahamować wzrost mięśniaków. Dostałam też skierowanie na cały pakiet badań i mam się zgłosić za dwa tygodnie. W domu powiedzieliśmy o ciąży mamie i dzieciom. Dzieciaki się szczególnie cieszą, zwłaszcza Zosia, która dzidziusia wyczuwała już od kilku tygodni
Także na razie zawitała w moim sercu radość i ulga. Zobaczymy na jak długo 
Dziękuję, w imieniu własnym i Mężusia za wszystkie gratulacje. Za wszystkie kciuki. Te tu, czy te pod wykresem, czy te w myślach. Za wszystkie modlitwy w naszej intencji. Dziękuję ❤️️
9 dpt 4-dniowca.
Beta z dziś 185,50 😍
Progesteron 271,8;
wit. D3 48,4;
glukoza 87.
Huh. Od czego by tu zacząć. 4 dpt na papierze znalazłam brązową smugę. To był początek mojej niewiary w sukces. No i zaczęły się przedokresowe bóle brzucha. Objawy neutralne - pryszczyca - zawsze w drugiej części cyklu; objawy PMSu, czyli złośliwość i wredność - zawsze w drugiej części cyklu. Piersi się zrobiły wrażliwe - czasem się robiły, czasem nie. Po pierwszym transferze we wrześniu nie zrobiły się, więc to pozwalało zachować odrobinę wiary. Objawy na tak: zapomniałam pinu do karty płatniczej. Kart od początku posiadania konta miałam kilka już - pin zawsze ten sam. No i JA nie zapominam. Stałam w sklepie jak ciołek i nie mogłam sobie przypomnieć ostatniej cyfry. Zdarza się, więc nie wyolbrzymiajmy. W piątek popołudniu mega bolący brzuch i też odcięło mnie popołudniu. Musiałam się zdrzemnąć. Nie zdarza się, chyba że jestem chora.
W piątek wieczorem pytam się Mężusia, czy się boi jutra. - "Nie." - "Ale nie w sensie przyszłości, tylko konkretnie jutra - jutra?" - "Jeżeli jutra nie ma, ja nie przestaję śpiewać, to moja suuuutra seeercaaaa" - "No, a jak przestaniesz żartować, to nie boisz się?" - "Nie, bo wierzę, że się udało."
Plan na sobotę był taki, że na obiad na poprawę humoru wcinamy karbowane frytki posypane serem żółtym z ketchupem. I do tego kawałek rybki. Pyyyycha. Ten roztapiający się serek i zalane ketchupem. Mniam. A plan na wieczór był taki, że się napijemy piwka.
Poszliśmy na betę po śniadaniu, oczywiście w nocy spać nie mogłam. Oddawałam tą krew i - naprawdę - byłam przekonana, że nie wyszło, że to chyba nie tym razem. Bardzo Cię przepraszam Dziecino, że nie wierzyłam w Ciebie. Odebraliśmy wyniki online. Jednocześnie patrzyliśmy na ekran. A ekran pokazał, ku mojemu zdumieniu, nie 0, nie 5 (to był max, jaki obstawiałam), a 58,69.
"O matko" - powiedziała spokojnie Krąsi i popatrzyła na Mężusia;
Mężuś w tym samym momencie powiedział "Kurde.". I nabrał nagłej, niezrozumiałej wręcz, ochoty na przytulenie Krąsi. Wykonał ten gest, nie dbając o spadające okulary jednego i drugiego.
Z zewnątrz wydawało się, że powiedzieli to bez emocji, z całkowitym spokojem. Z zewnątrz wydawało się, że to był zwykły tulas. A nie był. Tylko zaprawieni w boju wiedzą, że czasem emocje się kotłują w środku, jak rosół na wolnym ogniu - a na łyżce parzy w język. Zaprawieni w boju wiedzą, że tulasy są różne. Ten tulas był tulasem wspólności, wsparcia, wiary, nadziei i miłości.
A potem Krąsi oszalała. I Mężuś też oszalał. Ale tak dziwnie oszaleli. Bo nie skakali pod sufit z radości. Bo nie krzyczeli z radości. Ale oszaleli. Krąsi kilkukrotnie powiedziała "Ja pierdolę." - sama sobie dopowiadała potem - "Cii, nie bluzgaj w obecności Dziecka". A Mężuś przysiadł sobie na fotelu, przy którym ma podnóżek. I stopy my drgały. Oszalał. To chyba oczywiste. Krąsi więcej nie mówiła (to było chwilowe jak się później okazało), ale myślała bardzo dużo. W jej głowie roiło się pełno kosmatych, niepoukładanych, a nawet rozdwojonych myśli: "Muszę zrezygnować z udziału w zawodach wspinaczkowych", "O mamo, ja o ciąży nic nie wiem, a co powinnam wiedzieć? Coś na pewno?! Tylko co?", "Jeja, to chyba lekarza prowadzącego trzeba wybrać?", "Kiedy na wizytę się powinnam umówić?", "Co ja mam teraz robić?", "Jakie suple brać?", "Cały tydzień wybierałam różne koncepcje do mieszkania i do pokoju, który teraz trzeba będzie przerobić na dziecięcy! Wybrałam taki piękny odcień butelkowej zieleni. No szit. Trzeba będzie szukać od nowa, gdzie butelkowa zieleń dla dziecka? Jeja, ja do tego pokoju już nie wstawię drabinki do ćwiczeń, o nieeeee". A na głos powiedziała: "Jejcia, Mężusiu, przecież my chyba jesteśmy za starzy!!! Ja tak lubię spać w nocy i w ogóle, w weekendy też lubię sobie spać, a jak sobie nie poradzę z porodem?". A potem, nie słuchając odpowiedzi Mężusia, pobiegła do łazienki i sprawdziła, czy ma tą samą twarz. Była ta sama. Rozkład pryszczy definitywnie to potwierdzał, niesymetrycznie zawieszone uszy również były na swoim miejscu. Włosy, choć uczesane, biegały swobodnie po głowie, bo nigdy nie chcą leżeć spokojnie. Jak twarz jest ta sama, to przecież cała reszta jest ta sama. Gdy tylko wróciła została "okrzyczana" przez Mężusia, że ma zakaz biegania po mieszkaniu. Usiadła zatem posłusznie na kanapie. Okazało się, że do tej pory źle siadała na kanapie. Została jej zwrócona uwaga, że zbyt szybko siada na kanapie i powinna to robić wolniej i spokojniej. Tak ujawniło się, jak widać jeszcze dobitniej, szaleństwo Mężusia.
Zjedliśmy ten karbowane frytki z serem żółtym i ketchupem oraz rybkę. Ale nie na pociechę, a jako ucztę. A Mężuś wypił piwko. Mi została muszynianka. Też ma bąbelki 
Cieszymy się. Bardzo. Bardzo mocno. Chyba bardziej wewnętrznie niż zewnętrznie. Tak bardzo mocno wiem, że może być różnie. Możliwe, że to hamuje moją radość. Z drugiej strony - kiedy mamy się cieszyć, jak nie teraz? Przecież płakać będziemy (ewentualnie) później.
Po kilku dniach od transferu przestałam wierzyć w sukces - był przecież kulociąg, relanium było po transferze, a nie przed, był podany 4-dniowiec (no a kto podaje 4-dniowce?), brzuch bolący, typowy PMS. I jednocześnie czułam spokój - takie zaufanie Opatrzności, że ma dla nas plan. Następnego dnia, poszliśmy właśnie podziękować za ten mały cud i nieskromnie prosić o więcej - o dar spokojnej, nudnej ciąży, zdrowego dziecka, rozwiązania w terminie.
Te myśli zaraz po odczytaniu wyników bety, pierwsze, dzikie - one były. Bo strach też w tym wszystkim jest. Tak bardzo pragniemy zmiany, która ma nastąpić w naszym życiu. Póki ona nie nastąpi - nie wiemy, z czym to się je. Moje myśli, były wyrazem tych wszystkich obaw, czy sobie damy radę. Może były głupie, infantylne, materialistyczne, egoistyczne. I doprawdy nieuzasadnione u osoby, która stara się intensywnie o dziecko prawie 3,5 roku.
Objawy: boli mnie brzuch. Okresowo. Piersi wrażliwe, ale normalnych rozmiarów. Budzę się około 5 i nie mogę spać. Do tej pory myślałam, że to stres - czy to nie za wcześnie na takie objawy?
W tym tygodniu poszłam do pracy, chcę porobić tzw. syfy z szafy. A potem idę na L4. W końcu to z moich podatków idzie. To sobie trochę odbiorę.
Jutro udało mi się zapisać na wizytę do Jerzak. Chciałabym do niej iść jeden raz, posłuchać, co ma do powiedzenia o suplach i zobaczyć, co będzie dalej. Transferu nie robiliśmy na jej zaleceniach, więc po pierwsze mam stracha, czy dotrwamy do 4. tygodnia po transferze (bo accofil miałam brać do 4. tygodnia po transferze), po drugie zastanawiam się, jakie miałaby zalecenia dla mnie w ciąży. Ze swoją lekarz od ivf kontaktowałam się krótko w sobotę i dziś. Powiedziała, żeby na wizytę umówić się 3-4 tygodnie po transferze i kody recept poprzesyłała. Zwracam więc (częściowo) honor e-receptom 
Bardzo się cieszę, że udało mi się przerwać czarną serię i liczę na to, że trochę się zazieleni u nas na nowo i kolejne poczęcia będą zakończone sukcesem. Cieszę się również, z dawno temu podjętej decyzji - nie zapisywania się na miesięczne wątki testowania czy invitrowania. Nie przeżyłabym tego psychicznie, długo nam zeszło.
P.S. Pobawiłam się kalkulatorami ciąży i termin porodu wychodzi mi na 27 października. I to byłaby taka "zaplanowana niespodzianka urodzinowa", bo sama jestem z 26 października. Mężuś - bo On oszalał i włączył mu się tryb rozśmieszacza, pyta się mnie czy ma ćwiczyć śpiewanie "100 lat" przeplatanego z "Przyj, przyj". 😁
23 dc 3 dpt
Wczoraj byłam u stomatologa
Poprawiła mi jednego zęba gdyż od jedzenia bardzo się zniszczył, mam jeszcze kilka małych ubytków ale to na spokojnie. Lepiej wcześniej niż później. Super a rok temu żeby naprawiałam albo nam takie beznadziejne żeby albo na takich durnowatych stomatologów trafiłam.
Od rana po 2 dawce accofilu było mi bardzo słabo, zawroty w głowie, osłabienie, więc do południa leżałam w łóżeczku. A potem nastąpiła poprawa.
wieczorem zaczęło mnie swędzieć. Pomyślałam od razu zaczyna się ehhh. Wzięłam lactovaginal i odczekalam 2 godziny aby zapodac progesteron. I tym sposobem poszłam spać o 22.
Rano nawet bez problemu wstałam zrobiłam kanapki do pracy.
Umowilaym się z mężem że przyjedzie do po mnie na 8 i zawiezie mnie na szpital aby zrobić morfologie.
Na szczęście kolejki długiej nie było, panią poinformowałam aby do mnie nie dzwoniła kiedy wyjdą wysokie leukocyty bo jestem na lekach.
Ogólnie samopoczucie bardzo dobre, spać mi się chce ale to tak zawsze rano mam. Wzięłam że sobą lactovaginal i po 11 sobie włożę. Ratuje się.
Ogólnie 0 boli 0 niczego od dziś nospy już nie biorę bo po co jak nic mi nie kuje nic nie boli. Szkoda zdrowia na tyle leków.
Ogólnie jestem 3 dpt większość osobom którym się udało już miało bóle ciągnięcia itd u mnie nic cisza.
Pytałam się mojego wczoraj czego się spodziewać to powiedział że na nadzieję bo tylko ona zostaje.
A moja intuicja mi mówi że niestety.......
Ona mnie nie zawodzi......
Może wtedy powinnam zrezygnować z transferu......
Może powinnam się uprzeć aby podali mi najsłabszy zarodek......
Wiem jedno idę do kina w sobotę się rozerwać i wypiję butle wina na pocieszenie
Wiem że jestem ciężkim przypadkiem......
Co jeszcze mogę zrobić, co zmienić....
Chyba dziś relanium zaczęło działać, bo zrobiłam się o obojętna. W pracy mam dziś jako pracy robię wolno tak od niechcenia.....
Jutro zadzwonię do APC zapytać się czy w piątek mogę zrobić badania NK.
Dla męża je chce zrobić bo chce to sprawdzić.
I wiecie co nie jestem ani negatywna a nie pozytywna jedynie obojętna.
Nawet nie czuje się jakby po ivf była. Przez pierwsze dni się oszczędzałam treraz już nie. Co ma być to będzie.
Czekam na wyniki morfologii i pisze do Paśnika czy dalej bierzemy accofil czy zmieniamy dawkowanie.
W sumie lepiej bym zrobiła gdybym wolne zamiast wczoraj wzięłam w piątek. Ale cóż.....
U męża w pracy coraz gorzej, szantażują go zmuszają go do nadgodzin, wykańcza się w tej pracy. Boi się że jutro dostanę wypowiedzenie, powiedziałam mu nie ta to inna będzie, szkoda męczarni. Bo psycha od tego pada.
Na pocieszenie prawdopodobnie dostanę roczna premie która chce przeznaczyć na wyjazd w góry.
Edit
Mam wyniki morfologii...
Leukocyty 24,7
Limfocyty 11,9 norma od 20-45 czyli spadek odporności
Neutrofile 84 norma od 40-70
A tu skazuje na silny stan zapalny w organizmie
Zobaczymy co napisze Pasnik
Znów mam zawroty w głowie pewnie ciśnienie osłabienie i niestety 8 h w biurze niedotlenienie. Muszę iść na długi spacer.
Do tego jeść mi się nie chce ehhh
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 lutego 2020, 14:14
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.