Za 3h będę dzwonić. Jednak się stresuje.
Pierwsze co zrobilam w poniedzialek to beta. Skoro test wyszedl to i z krwi wyjdzie, to jasne jak slonce. W pracy siedzialam jak na szpilkach, co chwile odswiezajac telefon. Kolezanka nie wytrzymala i zapytala czy czekam na cos waznego i czy wszystko u mnie ok. Moja radosc i euforia wyladowaly sie w jednym momencie. Powiem jej na co czekam. Czekalysmy juz razem. W koncu jest. Beta 12!!! 12!!! Pogratulowala i przytulila. Sama powiedzialam, ze poki co wiadomo, nic pewnego, nie ma co skakac pod sufit, bo jeszcze wiele moze sie wydarzyc. Nawet nie wiedzialam jak wiele....
Od razu umowilam wizyte u gina. Powiedzial dokladnie to czego sie spodziewalam - jest pani w ciazy. Poki co biochemicznej, bo na usg jeszcze dlugo nie bedzie nic widac, ale beta, choc bardzo niska, nie pozostawia zludzen. Bylo mi niedobrze, bolaly mnie piersi... niby zle, ale dobrze! Uwielbiam byc w ciazy!
W takim razie zapraszam na wizyte za 3 tygodnie, wtedy powinno juz byc serduszko. Jak jest pani niecierpliwa i MUSI pani sprawdzac, to prosze zrobic bete za 2 dni i potem za kolejne 2. Oczywiscie ze MUSZE, PANIE DOKTORZE, TO OCZYWISTE!
Najchetniej zrobilabym ta bete jeszcze tego samego dnia, ale nie jestem przeciez wariatką, dwa dni wytrzymam.
Wytrzymalam.
Beta <5. Juz wiedzialam. Ciaza jest pozamaciczna albo poroniona. Biologicznie nawet nie jestem juz w ciazy... Jak to mozliwe?! Poplakalam sie w pracy, dobrze ze byla ta sama kolezanka, pocieszala jak umiala. Druga nic nie wie. Niech nikt nic nie wie, dajcie mi wszyscy ku#$@ spokoj! Chcialam byc sama.
...ale zaraz? W ciazy nie jestem, ale okresu nie mam! Przeciez co bedzie jak to zgnije, dostane sepsy i umre? Nie chce umierac...
Napisalam do gina - co robic?! - niestety ciaza sie nie rozwija. Poronienie biochemiczne.
Trzeba czekac na krwawienie i przyjsc na kontrole jak ono sie skonczy. Ale krwawienia nie ma. Dzien, dwa, stres rosnie. Stres rosnie, hormony buzuja... Chodzmy do kosciola. Tam jest spokoj, to nas ukoi. W swoim poukladanym i zorganizowanym zyciu nie przewidzielismy jednego - msza z chrztami. Przeplakalam prawie cala, a maz tylko podawal ni chusteczki. Ludzie dookola na pewno mysleli - NO WARIATKA, a ja wciaz nie moglam ochlonac. Dobrze ze wzielam chusteczki.
Dlaczego oni mają dzieci, moga je ochrzcic, przytulic i kochac, a ja nawet poronic dobrze nie umiem?!
Pocwicze.
Godzine.
Nie, jeszcze nie koniec, jeszcze troche.
Zacwicze sie na smierc, ale niech to juz ze mnie wyjdzie. Chce JUŻ poronic.
Krwawienie nadeszlo 3 dni po ujemnej becie. Ciezko ocenic czy wiecej jest łez czy krwi w tym wszystkim...
Kontrole pewnie umowie na 13.06...
Siedze na kiblu w pracy i placze, zmieniajac zakrwawiona podpaske.
Nie tak mialo byc...
...dobrze, ze nikomu nie mowilismy. Nawet jak sie uda to nie powiemy ile sie da. Najlepiej wcale. Schowam sie w szafie na 9 miesiecy.
Ciag dalszy nastapi.
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 czerwca 2022, 15:44
Dawno mnie tu nie było....
Pewnie nie dam rady wszystkiego opisać ale chociaż spróbuję.
Zacznę od tego, że w maju po wielu perypetiach zrobiliśmy allo mlr. Wyszło 32%. Zielone światło na transfer. Decyzja była prosta. Podchodzimy w kolejnym cyklu.
Umówiłam wizytę u doktorka, który ostatnio prowadził moje przygotowanie do krio i w końcu coś ruszyło. To był 21dc. Bodajże 30 maja. Od wtedy zaczęłam zastrzyki z Decapeptylu i przyjmowałam je aż do 14 dnia obecnego cyklu, czyli do 24 czerwca.
Od 1dc zaczęłam przyjmować estrofem w dawce 1x1, od 5dc 2x1, a od 9dc 3x1.
Chciałam umówić podgląd u mojego lekarza ale okazało się, że jest na urlopie. Umówiłam więc wizytę u lekarki nad którą wcześniej sie zastanawiałem więc w sumie może i dobrze wyszło.
Endometrium mierzyło 10mm. Transfer mógłby być już we wtorek ale nie chciałam u przypadkowego lekarza więc moja lekarka zaproponowała mi środę. Ona wtorki ma wolne.
Byłam obstawiona lekami jak nigdy.
Przez ostatni czas cieszyłam się życiem i czułam, że to będzie TEN transfer. Byłam spokojna, nie czułam tej paniki która towarzyszyła mi przy tamtych transferach. Wiedziałam, że może się nie udać, w końcu przechodziłam to trzy razy ale tym razem miałam przeczucie, że będzie inaczej. W głowie już widziałam siebie w ciąży.
W sierpniu mamy wesele i mój chce na nie iść a ja sobie pomyślałam, że jak się okaże że będę w ciąży to nie idziemy, bo to będzie wczesna ciąża i lepiej nie ryzykować. Obecnie jestem na urlopie i w głowie już sobie ułożyłam, że nie wracam do pracy. Ostatnie dni korzystałam że słońca, bo potem miałam unikać przegrzewania. Na swoich urodzinach ostro balowałam, bo przecież to ostatni raz. Mimo, że znam smak transferów, które się nie udawały naprawdę ogromnie wierzyłam. Do żadnego transferu nie byłam tak pozytywnie nastawiona jak do tego, który miał być wczoraj.
Schudłam prawie 15kg, szczepiłam się limfocytami, usunęłam martwą 7, piłam min 2l wody dziennie, nie żałowałam sobie owoców i warzyw, ze starannością uważałwm na to co jem. Może nie zawsze ale starałam się, żeby dieta była zróżnicowana.
Miało być tak pięknie.
Naiwna ja.
Znowu. 😭
29 czerwca.
Wstałam rano, posprzątałam mieszkanie, zrobiłam pranie bo potem przecież muszę uważać więc to co mogę lepiej zrobić przed transferem niż tuż po nim.
Nie piłam kawy, bo przecież muszę unikać skurczy.
Kawa płucze magnez, brak magnezu to skurcze.
Pojechaliśmy. Byłam spokojna jak nigdy dotąd.
W drodze przeszła mnie myśl "a co jeśli zarodek źle zniesie rozmrażanie?". Ostatnio czytałam, że to się przytrafia 10% mrożonym zarodków. Odsunęłam tą myśl, bo przecież zawsze było ok a 10% to jednak małe prawdopodobieństwo....
Dojechaliśmy. Dokonałam płatności w kwocie 4tys. Za rozmrożenie i posiewy zapłaciłam ostatnim razem 1850zl. Leki kosztowały mnie około 1tys, nie licząc lutinusa, bo akurat został mi z ostatnich podejść.
Pokierowano mnie na blok zabiegowy w celu podpięcia atosibanu. Pierwsza tura trwała 20minut.
Tak jak ostatnio 1 minuta wlewu sprawiła, że poczułam się gorzej. Zakręciło mi się w głowie,
poczułam mdłości ale chwilę później już było ok. Pół godziny przed transferem łyknelam relanium 5mg.
Po 20 minutach wlewu udałam się pod gabinet pani doktor.
Poszłyśmy razem do transferowego pomieszczenia. Lekarka powiedziała, że musimy zaczekać co powie embriolog, bo zarodek po rozmrożeniu był średni. Wtedy pierwszy raz nogi mi się osunęły.
Chwilę później połączyła się z nami embriolog i powiedziała, że niestety komórki zaczęły się rozpadać, zanikły cechy życia i taki zarodek nie nadaje się do transferu.
Zaczęłam płakać, wtedy jeszcze spokojnie, po cichu ale spojrzałam na moją panią doktor i ona też miała łzy w oczach. Wtedy zaczęłam płakać głośniej.
Powiedziała, że musi na chwilę wyjść i zostawiła mnie z położną.
Wróciłam i powiedziała mi, że zarodek był rozmrazany o 10, był słabszy ale 3h jeszcze miał cechy życia. Potem zaczął degenerować.
Nie umiałam przestać płakać. Czułam ogromną pustkę. To było jak zderzenie z tirem.
Miałam świadomość, że może się nie udać ale nie, że nie dojdzie do transferu. Na to nie byłam gotowa.
Akurat mój zarodek znalazł się w tych cholernych 10%.
Pani doktor zaprosiła mnie do gabinetu. Trochę tłumaczyła, że może to brutalnie zabrzmi ale lepiej, że ten zarodek padł przed transferem niż godzinę później, bo niestety na to był skazany.
Powiedziała, że widzi że już dużo przeszłam ale trzeba iść za ciosem i myśleć o nowej procedurze. Jestem młoda i będę w tej ciąży a ona mi w tej drodze będzie towarzyszyć i obiecała zrobić wszystko, żeby się udało.
Ciągle płakałam. Nie potrafiłam się uspokoić.
Powiedziała, że zadzwoni w lipcu i wszystko ustalimy, bo teraz jestem w zbyt dużym szoku i nic nie zapamiętam.
Mówiła coś o diecie, suplementach, że odpowiednio mnie przygotuje.
Na koniec podała mi rękę i powiedziała, że zrobi wszystko, żeby nam się udało.
Była dla mnie aniołem w tym ciężkim dniu.
Gdy wyszłam z gabinetu od razu pobiegłam do łazienki i tam zaczelam głośno płakać. Potrzebowałam tych kilku minut w samotności i upuszczeniu emocji, by wyjść jakoś z twarzą z kliniki.
Poszłam do kasy po zwrot pieniedzy a potem do zabiegowego w celu usunięcia wenflonu.
W samochodzie rzuciłam się w ramiona męża i długo plakałam. Nie pamiętam drogi, bo ciągle leciały mnie łzy a myśli krążyły wokół tego co się przed chwilą wydarzyło.
Mój mąż mnie ogromnie wspierał chociaż wiem, że to był też cios dla niego. Po woli się uspokajałam ale łzy co chwila wracały.
Powiedziałam, że do następnej procedury przygotuje się lepiej. Zapytał co chce zrobić lepiej a mnie zamurowało, bo w sumie nie wiem co mogę zrobić jeszcze lepiej.
Nie chciał mnie zostawiać samej więc wczoraj na noc pojechaliśmy do mojej siostry. Rozpaliliśmy grilla i piłam drinki. Myślałam, że alkohol uspokoi moje emocje ale tak nie było. On tylko je potęgował. Co rusz łzy stawały mi w oczach. Nie miałam siły na poprawienie makijażu, miałam zapuchniete, czerwone oczy.
Wyglądałam strasznie i tak też się czułam.
Parę godzin temu poroniłam moje marzenia, moje dziecko które było już w mojej głowie i sercu. Ciągle się zastanawiam kto i tym decyduje. Bóg? Przecież wszyscy mówią, że on jest taki dobry.
Jakiś czas temu widziałam post na IG jak jedna ze staraczek napisała " to Bóg dał nam taką piękną pogodę". Wtedy zaczęłam się zastanawiać, bo często w tragicznych sytuacjach słyszy się "Bóg tak chciał".
Pomyślałam, że takim ludziom w sumie chyba żyje się ciut lżej, bo nie szukają winnych w sobie i innych tylko "godzą" się z sytuacją wierząc, że Bóg właśnie tego chciał.
Bóg chciał, żebym się teraz tak okropnie czuła?
Płakała po kątach? Nie potrafiła się uśmiechnąć?
Żebym marzyła o tym, żeby zawinąć się w koc i schować się przed złem tego świata i obudzić się, gdy będzie już piękniej? O ile kiedykolwiek będzie? To i tak postęp, bo wczoraj jeszcze pragnęłam nigdy się nie obudzić. Usnąć i nie czuć tego bólu.Tego właśnie chciał?
Dzisiaj też w lustrze widziałam jak bardzo smutne mam oczy. Czuję się poturbowana ale wiem, że muszę iść dalej.
Kiedyś w końcu się chyba uda?
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 czerwca 2022, 14:08
Pierwszy cykl poważnych starań. 12 dzień cyklu.
Dzisiaj zaczął się śluz w typie płodnego. Jestem momentami podekscytowana myśląc o tym, że może się już w tym miesiącu udać. Czytających proszę o trzymanie kciuków. O skuteczne podejście, zaleczenie ogromnej pustki, z której wciąż wieje chłodem, i o optymizm i wytrwałość. Przed nami rocznicowy wyjazd nad morze z okazji pierwszej rocznicy ślubu, więc atmosfera i warunki do starania idealne.
Co nowego? Trochę łez po drodze. Znajomi oczekują dziecka. Okazuje się, że gdy ostatni raz się z nimi widzieliśmy, obie byłyśmy w ciąży i podejrzewam, że obie o tym jeszcze nie wiedziałysmy. Im udało się tą ciążę utrzymać. Wtedy, gdy ja wyłam z bólu, oni być może oglądali z uśmiechem zdjęcia USG... Ich dziecko ma się narodzić mniej więcej wtedy, gdy miało nasze. Okropne uczucie. Zazdrość, niezrozumienie, ból, smutek. W czym byliśmy gorsi, że nas to szczęście ominęło i powędrowało do nich? Powoli już to sobie w głowie przeprocesowałam, ale gdy uświadomiłam sobie, że ich dziecko urodzi się wtedy, gdy miało nasze, i zawsze będzie mi przypominać o naszym pierwszym dziecku... Bylo mi bardzo trudno. Okrutny bywa los. Ale idziemy dalej, raczej z podniesionymi głowami niż opuszczonymi, zdobywamy się na szczere rozmowy, nie rezygnując przy tym z ogromu czułości i zrozumienia dla siebie nawzajem.
Wyniki? Raczej w normie. Zęby wyleczone, u nas obojga. U mnie hormony płciowe w porządku, progesteron i grubość endometrium podobno sprzyjające zapłodnieniu, więc się ucieszyłam. TSH 2,64, na co dostałam najmniejsza dawkę Euthyroxu i zielone światło do starań. Zastawiam się jednak, czy leku nie wprowadzono zbyt pochopnie, bo doskwiera mi od momentu ich brania dość duża senność... Ale może zbiegło się to z uderzeniem jesiennej podogdy, którą, nawiasem mówiąc, uwielbiam i czuję podczas niej, że żyję, sprawiając sobie małe, jesienno-przytulne przyjemności 
Wymazy ginekologiczne w jak najlepszym porządku. Nie ciągnie się już za mną żadna infekcja, wymazy z szyjki wszystkie ujemne, także na bakterie powodujące poronienia, mycoplasmę itd., a lactobacillusy liczne, na co bardzo liczyłam. Zarzucilam na razie badania w kierunku candidy układu pokarmowego i endometriozy.
Suplementacja trwa. U mnie: Omega3, pregna start, selen. U męża: Omega3, kwas foliowy, maca, ubichinol, witamina c, selen.
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 października 2024, 16:26
Siedzę sama...oglądam zdjęcia P i serce mi pęka...łez cały ocean...sama nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie czy lepiej nigdy nie być w ciąży czy być przez moment, mieć choć kilka zdjęć dziecka...i tak źle i tak nie dobrze. Jedno jest pewne w obu przypadkach ból jest po prostu przeszywający. Przypomniały mi się wszystkie chwile, gdy mała żyła...to był czas wielkiego strachu i szczęścia, że jest....że walczy i żyje... kur*wa mać dlaczego tak jest?! Była, żyła,walczyła...tak bardzo chciała z nami być
w ostatnim dniu swojego życia tak pięknie się do mnie uśmiechała..trzymała mnie za palec..i rozglądała się ciekawa świata tymi swoimi wielkimi,niebieskimi oczkami...dlaczego instynkt macierzyński mi nie podpowiedział, że mam zostać z nią jeszcze te 2h? Dlaczego?
gdybym tylko została w tym cholernym szpitalu...może byłoby inaczej a tak? Chciałabym mieć tyle siły do walki ile miało moje małe 570g największego szczęścia..
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 stycznia 2021, 22:16
17 ms starań, 17 dc, 2dpt
Dostałam dziś maila z kliniki i niestety bliźniak w 7 dobie zdegenerował. 😔
Zaroduś z brzucha został jedynakiem. Nie mamy żadnych mrozaczków. 😔
Jest mi ogromnie przykro, przeczuwałam to wczoraj. Wczoraj miałam też kryzys. Podłamałam się bo nie tak miała wyglądać ta procedura. Nie taki efekt mieliśmy osiągnąć.
Przecież ja młoda, zdrowa. Mąż też młody, zdrowy. Co prawda problemy z plemnikami ale od tego był Zymot, IMSI. Tyle dojrzałych jajek. A po tygodniu od ich pobrania zostaliśmy zaledwie z jednym jedynym zarodusiem. Który mam nadzieję, mimo zwątpienia mamy dalej sie wgryza.
Do tego czuje się okropnie winna. Że zamiast wierzyć w mojego maluszka z brzucha, ja rozpaczam. Bo kto jak nie ja ma w niego uwierzyć?
Kropusiu przepraszam. Przepraszam Cie najmocniej na świecie. Wszyscy w Ciebie wierzą i trzymają kciuki. Ja się na chwile zagubiłam ale już jestem.
Trzymaj się maleńki. Trzymaj się, wgryzaj, rozwijaj. 🍀💚 Zobaczymy się za 9 miesięcy.
Tylko tutaj mogę wywalić swoje emocje...nie chcę już nikogo obarczać swoimi wiecznymi problemami... ehh...cały dzień dzisiaj myślę o tym czy nam się uda, nie chciałam myśleć ale to jest silniejsze ode mnie...non stop chodzą za mną myśli że jestem za gruba i znowu przez to będą problemy z ciążą...nie ma co ukrywać że nadwaga utrudnia zajście w ciążę...staram się..ograniczyłam bardzo mocno słodycze ale nie potrafię nie jeść ich wcale, im bardziej się staram tym gorzej mi wychodzi...znowu zapominam pić wodę..szlakby to trafił...muszę się wziąć za siebie a nie tylko gadać...ta cholerna insulinooporność też mi siedzi w głowie...zjadam o wiele więcej warzyw niż wcześniej,pije codziennie świeży sok z warzyw czasami warzywa i owoce, nie jem praktycznie wcale fast food...a waga stoi w miejscu..od porodu ta cholerna waga ani drgnęła..przestałam całkowicie pić napoje gazowane i też nic
widzę to wszystko w czarnych barwach...znowu robię się zgorzkniała, obojętna i.....zazdrosna. Tak, jestem zazdrosna o szczęście innych. Nigdy nie czułan zazdrości pod tym kątem i zaczyna mnie to przerażać...zaczynam nie cierpieć samej siebie, swojej osoby,swojego życia...
Od dzisiaj będę spisywała leki, które biorę,aby to pamiętać na przyszłość
- euthyrox 50
- prenatal uno
- dodatkowo wit.d
-symformin xr 2x750
- encorton 50 i equoral przez 14 dni
Od kolejnego cyklu zaczynamy starania...
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 marca 2021, 20:43
Znowu jestem do tyłu z informacjami i zdjęciami. W zeszłym tygodniu wizyta w 8+1, serduszko dalej biło, a nasz kropek jest już żabką. 😁
![]()
Dzisiaj przyszły wyniki Allo-MLR i jest lepiej, niż mogłam sobie wymarzyć. 🥰
Inny dawca 84,6%
Mąż 60,6%
Dostałam też receptę od mojej endokrynolog na wyższą dawkę Euthyroxu i teraz będę brać 125. Trochę to przewidziałam i zaczęłam już 4 dni temu. 😅
W czwartek wizyta już u mojego lekarza. Niech wszystko będzie dobrze. 🙏 Może dostaniemy wtedy już skierowanie na badania i założy kartę ciąży. 😍
Nadal nie wiem co zrobić ze zwolnieniem. 🤦
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 kwietnia 2021, 22:34
WTOREK
Beta <0.5 🤷♀️
To była trzecia procedura 😣
Esperanza.. o tym że mój organizm odrzuca córeczki też myślałam, ale lekarze twierdzą, że to nie jestudowodnione naukowo i nie ma możliwości leczenia... co do immunologii...to właśnie podobno ona ma u mnie wpływ na straty,ponieważ większość właśnie myśli, że ona ma wpływ na straty do 12tc, a tak niestety nie jest... teraz badam się właśnie pod tym kątem..lekarze z Warszawy po konsulium doszli do wniosku, że u mnie jest problem już na początku dzielenia się komórki...mój ogranizm odrzuca zarodek właśnie od 17tc kiedy to łożysko przejmuje funkcje i traktuje dzieckojak zagrożenie...to jest ich teoria a moja ? Przejrzałam dokładnie wyniki histopatologiczne..pierwsza ciąża jest napisane, że wszystko wskazuje na infekcję wewnątrzmaciczną, druga ciąża gestoza a teraz z kolei na histopacie, że były 2 skręty na pępowinie, pępowina umiejscowiona 3cm od brzegu, więc może być też i tak, że mam po prostu cholernego pecha...sama już nie wiem ;(
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 stycznia 2021, 14:11
Na poczatku mial byc cud narodzin, bylam przeszczesliwa, bo zaczal sie najlepszy etap mojego zycia - wkrotce zostane mama!
Po miesiacach nieudanych prob czuje sie bardziej jak na jakiejs malo efektywnej linii produkcyjnej, a caly ten proces mozna porownac do gry w totolotka. Z kazdym losem ludze sie, ze wlasnie trafie szostke, z kazdym koncem miesiaca zamiast dwoch jest jedna kreska i produkcja zaczyna sie od nowa.
Na poczatku widzialam siebie z maluchem w rekach, urzadzajaca pokoik, wybierajaca ubranka i zabawki. W tym momencie mam wrazenie, ze nigdy mnie to nie spotka. Nie jestem w stanie juz sobie tego zwizualizowac.
Wciaz pojawiaja sie nowe problemy. Zle wyniki krwi, okres pojawia sie kiedy chce. Niby wszystko powinno byc w normie, a jednak nie jest.
Jutro mam 3dc, jade zrobic wszystkie potrzebne badania na nowo, bo za 11dni mamy pierwsza wizyte w klinice.
Jakos mi tak ciezko na duchu, ze nie nadaje sie do jedynej rzeczy, do ktorej zostalam stworzona.
Jestem rozdarta.
Nie wiem czemu, ale podświadomie czuję, że moje bóle brzucha zostaną olane przez lekarzy.
W histopacie pewnie nic nie wyjdzie.
A moje jajka się marnują.
![]()
I chociaż wiem, że muszę najpierw wyeliminować problem bólu, bo mi słabo na samą myśl, że w ciąży mógłby się zdarzyć, to podświadomie chcę tej ciąży już, teraz. 😭
Mieliśmy się zabezpieczać cały miesiąc i co?
Gumka : Bez gumki
1 : 2
Nie umiem w gumki. 😩
To jest jakiś koszmar 😁
Czy tylko ja mam tak, że po nastu miesiącach starań użycie gumki to katorga? 🤔
Słabo zapatruję się na przyszłość z tą metodą antykoncepcji...
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 stycznia 2021, 20:50
Pół godziny...
A co jeśli się okaże, że z tej procedury nie będzie żadnego zarodka i wszystko się skończyło zanim się zaczęło?
Nasz dwudniowiec jest klasy 5A.
Hodowla pozostałych dwóch jeszcze trwa, jutro się dowiem czy przetrwały.
No nie wytrzymałam i zadzwoniłam za wcześnie.
Jestem po zabiegu i wracam dziś do domu.
Wczoraj jednak cze częstsze dawki trochę dały efektu bo w nocy dostałam mocnego krwawienia. Brzuch mnie też bolał ale wzięłam przeciwbólowe i przeszło. Tylko trochę się znów zmartwiłam jak nad ranem znów krwawienie całkowicie ustało. Rano kazali mi pozostać na czczo. Lekarz mnie zbadał i mimo że było jeszcze trochę skrzepów w macicy to płodu już nie było widać. Powiedział że nie ma sensu dawać dalej tych tabletek tylko mam czekać na zabieg. Że tyle co warte leki na ile działają na pacjenta a widocznie na mnie nie działały. Tak jak miały. Linka właśnie u mnie trochę był problem z tą szyjka bo się nie chciała rozszerzać. I dlatego tyle tabletek bylo. Zabieg pod narkozą. Trochę nie pamiętam jak na salę przyjechałam ale już doszłam do siebie. Obiad mi pozwolili zjeść. Czekam na wypis i jadę w końcu do domu. Teraz jeszcze trochę krwawię o trochę słaba jestem ale już nie mogę się doczekać aż wrócę do domu. Oddałam jeszcze wymaz z policza też do badań genetycznych. JJ byłam w profamilii. I właśnie dziś lekarz powiedział że te tabletki wiadomo bezpieczniejsze ale w końcu doszło do wniosku że nie można tego przeciągać w nieskończoność. Ogólnie lekarz też mówi że to nie jest dobre dla mojej psychiki. Także czasem trafi się lekarz człowiek. Nie mogę się doczekać domu.
Wiadomość wyedytowana przez autora 1 lutego 2021, 15:05
NIEDZIELA
Plamienia trwaja w najlepsze, myslalam, ze juz wczoraj trochę ich mniej... A gdzie tam! Mam wrazenie, ze dziś to nawet wiecej 🙈 to juz cały tydzien! 🤷♀️
Jestem na acardzie i luteinie. Nie wiem skąd to dziadostwo sie przyplatalo. Chcialam isc do ginekologa, ale przed swietami wolnych terminow brak, albo niektórzy juz urlopy pobrali 🙈 jak zawsze wszystko pod górkę. 🏞️ No jakże moglo byc inaczej 🤣
W środę chyba sikne na test... Chociaz nie wiem czy jest sens... Ale z drugiej strony bede wiedziala ze trzeba luteine odstawic...
16 dc
Dzień przed transferem 😳😳 siedzę właśnie pod kroplówką z intralipidu. Rano zrobiłam badanie progesteronu ( cykl sztuczny luteina 3x 200 dopochwowo), wynik 12,30. Bez szału ale po transferze mam mieć dołożone zastrzyki z progesteronu. Więc myślę że będzie dobrze. Natomiast rozwalił mnie wynik TSH 🥴 w sobotę robiłam specjalnie badanie i było 2,53 ( 24 h od wzięcia leku), zwiększyłam dawkę o 25 i brałam letrox 125. Dzisiaj specjalnie wzielam o 2 w nocy i ok 7 miałam badanie. Wynik 3,8 🤯😡😠 ja wiem że inne leki mają na to wpływ, ale jaka trzeba byłoby brać dawke przed transferem na cyklu sztucznym żeby to cholerstwo spadło??? Mam nadzieję,że to nie wpłynie na wynik transferu. Endokrynologa mam dopiero 12 maja, a wtedy będzie już wiadomo czy transfer się udał.
A miałam się nie denerwować 😬
5 dc 144 dni suplementacji
Wow! Ale zleciało z tymi tabletkami. Pamiętam jak na początku myślałam o tym cały czas i odliczałam kolejne tygodnie. Teraz już nawet nie zwracam na to uwagi, po prostu bierzemy to co mamy brać. Suplementacja stała się częścią Nas.
Mamy dziś (jeszcze) pierwszy dzień lutego. Nie palę już od miesiąca (wow 😲) jestem w szoku że tak sprawnie mi to poszło! W związku z naszym detoksem nikotynowym wydłużyliśmy sobie dead line. O ile na ten moment nie wiem, mąż wciąż na tabletkach (co będzie gdy się skończą) i oficjalnie nie pali od dwóch tygodni.
Mam jakiś taki dziwny spokój w sobie że 2021 to będzie nasz rok. Oczywiście są chwilę smutku ale zdecydowanie nie tak dotkliwe jak jakiś czas temu. Miewam lepsze i gorsze dni ale ostatnio zdecydowanie więcej jest tych lepszych.
W tym roku planujemy wczasy nad naszym morzem. Oby tylko wszystko się udało! Jestem totalnie zakręcona na tym punkcie i mega szczęśliwa. I jedziemy z psem 🐶, jej pierwszy wypad nad morze pomimo że jest już staruszką.
Zmykam spać bo o 4:15 wstaje do pracy 🙄
Byłam dziś na kolejnej wizycie w klinice niepłodności omówić moje badania hormonów (LH, FSH, Estradiol, Testosteron), wszystko wyszlo w normie, jedynie TSH po Euthyroxie N25 nie zmniejszyło się za bardzo (2,75), więc muszę zażywać większą dawkę.
Byłam omówić też przede wszystkim wyniki nasienia męża. Dowiedziałam się, że mimo słabej morfologii (1% prawidłowych plemników), obniżonej ilości plemników (koncentracja 6,4mln, całkowita liczba 20,48mln) nie jest źle, "mąż nie jest bezpłodny, jego płodność jest jedynie zmniejszona, takie wyniki mogą świadczyć o tym, że starania mogą się wydłużyć, ale odpowiednią dietą, suplementami, ograniczeniem używek można dużo polepszyć" to jej słowa, kazała powtórzyć za miesiąc badania, razem z fragmentacją i HBA, mówiła że często te drugie badania wychodzą o wiele lepiej niż pierwsze, oraz poleciła nam dobrego androloga, by skonsultować się raz jeszcze w sprawie ŻPN.
Znów jestem dobrej myśli, potrzebowałam takiego zastrzyku dobrych słów.
W czwartek jestem umówiona na badania przygotowujące do sprawdzenia drożności jajowodów. W tym test na koronawirusa.. 😑
Czekają nas spore wydatki w związku z tym natłokiem badań, ale czego się nie robi, by w końcu móc zobaczyć upragnione dwie kreseczki.
Narazie cieszę się tygodniowym urlopem, leżąc do góry tyłkiem, w końcu mam na wszystko czas 💇♀️👩🦯💃💅. 😁
13+3 wg usg
Wczoraj były prenatalne. Niestety nie mogę z ulgą powiedzieć, że mamy zdrowego dzidziusia. 🥺
Obrazowo anatomicznie wszystko okej - maluch miał 7,1 cm i serducho biło 152/min. 💚 No i ujawnił swoją płeć. Tak jak czułam będzie chłopiec 💙💙
Kość nosowa obecna, przezierność karku 1,6 mm, narządy wewnętrze są, przepukliny brak. 2 rączki i nóżki, 2 stopy i dłonie. Głowa ładna z oczami z soczewkami, mózg się rozwija. Warga ładna, podniebienie ciągłe. Przepływy żylne w normie. Ale wada w serduszku 🥺 Budowa serca prawidłowa, ale lekarka zauważyła niedomykalność zastawki trójdzielnej w serduszku z falą wsteczną 160cm/s. Jedyna wykryta wada - izolowana. Sprawdzała też druga lekarka.
Wyniki biochemi w porządku. Biorąc wszystko pod uwagę wyniki ryzyk trisomii są niskie.
Trisomia 21 1:4084
Trisomia 18 1:9195
Trisomia 13 <1:20000
Lekarka podkreśliła, że u zdrowych genetycznie dzieci niedomykalność zastawki trójdzielnej też się zdarza (8%) i dzieci z czasem najczęściej z tego wyrastają do czasu porodu. Mamy się na razie nie martwić niczym i przyjść na kontrolę za 3 tygodnie.
Niemniej jednak ta wada jest jednym z markerów ZD i nie umiem się nie martwić. 🥺 Boję się, że maluch może mieć ZD. Boję się, że ta wada może zacząć się pogarszać i stać się groźniejszą niż jest.
Chciałabym zrobić nifty lub sanco, ale mąż jest przeciwny. Uważa, że skoro lekarz nie kazał to nie trzeba i ja panikuję. Może i panikuję. Ale nie uspokoję się bez testu NIPT chyba aż do urodzenia dziecka nawet jak serduszko się zaleczy.
Od wczoraj płaczę po kątach, tak żeby mąż nie widział. Staram się uspokoić i być dobrej myśli, ale ciężko mi to przychodzi.
Boję się o maluszka. O mojego synka.
![]()
Wiadomość wyedytowana przez autora 9 kwietnia 2021, 19:38
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.