Miesiąc 14.
Po chorobach 1.12 wróciliśmy do tematu adaptacji w żłobku. W związku z tym, że wracam do pracy w styczniu była to adaptacja tzw. ostatniej szansy. Już 1 dnia jak go zaprowadziłam było inaczej niż wcześniej. Nie dostał histerii na widok drzwi.. wiadomo, swoje polamentował, ale był to już inny wymiar niż poprzednio.. Pochodził kilka dni z rzędu 9:30-14:00 i było to dla mnie wybawieniem.. Gdy go odbierałam przychodził za rękę z opiekunką uśmiechnięty więc cudowna odmiana do tego jak było w październiku.. I tu pojawia się pytanie, co takiego się zmieniło że tym razem zaskoczyło? Wg mnie dojrzałość dziecka. Każde ma taki moment kiedy jest gotowe, aby być w placówce.. u nas nie był to na pewno 12mc życia, ani 13.. a już teraz widocznie tak. Kamień z serca. Oczywiście jest jeszcze kilka problematycznych kwestii: drzemki (jeszcze nie jest w stanie przejść na 1, a z w żłobku jest tylko 1, dlatego muszę go odbierać o 14) oraz jedzenie (a raczej jego brak.. RD to dalej u nas krew pot i łzy.. dlatego w żłobku musi jeszcze dostawać mleko, a nie jest to łatwe do odczytania dla opiekunek kiedy to mleko dać...)
Oczywiście po kilku dniach w żłobku dostał gluta i kaszlu z gorączką, ale opanowałam w 2 dni i puściłam dalej.. Oby tak dalej..

Po świetach, zbliżamy się do końca roku
Czas podsumowań
Rok 2022 uważam za dosyć dobry udało się wrócić do pracy czego najbardziej sie obawiałam dlaczego chciałam od razu wracać, jest kilka powodów nie lubie byc zależna od kogoś finansowo, 2 powód im dluższa przerwa tym trudniej wrócić niezależnie od wykonywanej pracy, 3 powod w domu dostalabym do glowy wieczne sprzatanie gotowanie.
Córka poszła do żlobka początki byly nie za fajne ciągłe choroby ale już jesien nie była taka straszna poza nieszczęsną jelitówką:/ i warto wspomniec że ja lapałam z podwojna siła wszystko od córki to niesamowite bo kiedyś miałam taką odporność nawet na ciąże.
Początki żłobka ,,adaptacja " była nie wypałem po 4 dniach juz złapaliśmy chorobę, dałam sobie jeszcxe do powrotu do pracy 1.5 miesiaca i totalna klapa byla może kilkanaście dni. Nastał jednak 1 dzień pracy i o dziwo 2 miesiąc lepszy całe szczescie bo w pracy chyba by mnie zlinczowali jakbym od razu poszła na zwolnienie lekarskie. Póżniej było gorzej apteczka zapelniła sie do calej szuflady leki doslownie na wszystko od biegunki po zatwardzenie nie spodziewalam się jaka kluczowa jest kupa w życiu:D
Ale koncówka roku dosyc dobra bylo pelno obaw czy starczy mi tego zwolnienia lekarskiego do końca Roku ale wystarczyło chyba dzieki temu tez że zostało mi duxo urlopu a ja wszystkiego nie wybierałam, przeczytałam w poradniku jakimś, żeby zostawić sobie urlop wlaśnie na kryzysowe sutuacje.
W 2022 bylo troche kłotni z mężem glownie o to, że mało pomaga trochę uleglp to poprawie.
W skrócie w 2022
- wróciłam do pracy
- córka poszła do żłobka
- jesteśmy w miare zdrowi powiedzmy
- nie udalo sie zajść w 2 ciąże
Plany na 2023
- postarac się być bardziej zorganizowaną bo ta działka u mnie jest dosyc kiepska ale mam pomysły jak to zrobić:)
- zadbac o swoje zdrowie przede wszystkim podleczyc żoładek , zęby, zrobić cytologię
- mniej sie denerwować
- mam jeszcze kilka celów biznesowych które mam nadzieję, że wypalą.

Czarek nadal chory. Zapalenie krtani i zapalenie oskrzeli 🙈. Tak skończył się idealny tydzień w żłobku 🙄. Od poniedziałku mieliśmy zacząć uczęszczać do nowego punktu, który miał być otwarty we wrześniu i Czarek miał tam od razu pójść, ale niestety remont się przeciągnął. Tak się cieszyliśmy, że będzie blisko, a nie mozemy go tam zaprowadzić 🥲. W środę kontrola u lekarza. Nawet jak będzie ok to chyba go zostawię do końca tygodnia w domu i jak wychodzi na to, że pójdzie dopiero w tygodniu przed świętami... Oby znów czegoś nie złapał... Jest szansa, że będzie tam malutko dzieci, bo rekrutacja dopiero w toku 🙏. Byłoby idealnie. Zobaczymy.

27.11 wyszedł nam pierwszy ząbek ❤ ochhh jakże ciężki to był czas...Bartuś jadł ze strzykawki i to minimalne ilości, bałam się odwodnienia...do tego kaszel, katar...nebulizacje,syropki,kropelki...walczymy cały czas :(
Jutro grudzień. Niech mi ktoś powie kiedy minął mi rok? Przecież na początku roku bałam się o ciążę, w maju kolejny poród a już jest grudzień i nasze pierwsze wspólne święta ❤ nie lubię świąt samych w sobie, ale ten klimat około świąteczny już tak:) ciekawi mnie jak będzie z choinką, bo Bartulek już zaczyna przemieszczać się coraz sprytniej i...dalej :p od kilku dni od czasu do czasu powie "ma ma" 🥺 oczywiście to są tylko wylatujące z buźki sylaby ale już sam fakt że się to po tylu latach walki usłyszy 🥺❤ tak bardzo bym chciała, aby każda walcząca kobieta usłyszała słowo "mamo". W Mikołajki zostawiam małego mamie i jadę udekorować grób dziewczynek już świątecznymi akcentami a przed świętami dostawię tylko znicze w kształcie choinek;)
Przyznam bez bicia że nie czytam już na bieżąco forum dlatego kochane napiszcie choć po krótce co u Was :*

40+4
Wywoływanie porodu u mnie do łatwych nie należy.
Wczoraj podali mi balonik. W nocy tylko bóle okresowe były, spało się strasznie przez to..Rano ledwo go wyciągali szyjka nadal długa, rozwarcie na 1 cm.
Więc podłączyli oxy. Położne co chwilę latały czy już. A ja spałam odsypialam.noc może po 4 zasnęłam. Od 10-17 leżałam plackiem , był tylko 1 skurcz.pytam się położnej co dalej będzie. Ona mówi że chyba jutro znowu oxy. Ale rano zdecyduje lekarz. A ja czuję się jak krolik doświadczalny.
Mysle że jestem oporna na oxy jak poprzednim razem. Tyle że wtedy mi resztki wód wyleciały a teraz nawet kropla. Leżę sama na oddziale, wczoraj 3 porody a ja biedna będę czekać co dalej. Jedynie dziś odpadł mi czop. Pewnie poruszony przez wczorajszy balonik. Na bank będzie cc. Tylko po co to przedłużają.

14cs 30dc
I jak tu nie robić sobie nadziei 🙄🙈
Od 6dpo pojawiły się u mnie delikatne bóle brzucha, czuję się, jakbym zaraz miała dostać okresu. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że brzuch boli mnie zawsze bezpośrednio przed miesiączką, a jedynym wyjątkiem był udany cykl. Wtedy podbrzusze pobolewało mnie okresowo już od 5dpo przez około tydzień, a okres się spóźnił i beta wyszła dodatnia.
Niestety bolą mnie też piersi, a to raczej jednoznaczny sygnał, że 🐵 w drodze.
Ostatnio na weselu pozwoliłam sobie trochę zaszaleć i więcej wypiłam. Kilka miesięcy wcześniej zastanawiałam się czy mogę, wyliczałam, czy będę wtedy po owulacji, i finalnie tak właśnie było. Ale po wizycie w klinice, słabych parametrach nasienia, covidzie i planowanej IUI nie liczę na cokolwiek. 13 miesięcy odmawiałam sobie alkoholu, bo bałam się, że może akurat jestem w ciąży, ale teraz powiedziałam sobie, że muszę normalnie żyć. Poza tym ślub brała bardzo bliska mi osoba, było dużo rodziny, przyjaciół - co ma być to będzie, pomyślałam sobie. I wiecie co, naprawdę super się bawiłam.
Mój mąż tylko wspomniał, podnosząc ze mną kieliszek, że znając życie i nasze "szczęście" to akurat teraz się uda. Tiaa, to by było dopiero.
Cdn.

Chyba przestałam już krwawić.
Od wczorajszego ranka nie zauważyłam już nawet kropelki krwi.
We wtorek mam wizytę kontrolną, aby zobaczyć, czy wszystko się oczyściło. Dziwnie tak przeżywać połóg bez nagrody w postaci dziecka.
Wszystkie objawy ciążowe ustały, piersi przestały boleć i wróciły do swojego rozmiaru, a słodycze to znowu moje ulubione jedzenie. Jakoś mi z tym lżej, bo czuć się w ciąży, już w niej nie będąc, to nic fajnego.
Nie wiem czy mogę to powiedzieć, bo ciężko określić, jak będę się czuć jutro czy za parę dni, ale chyba powoli godzę się z losem. Wiem, że nasz mały Aniołek nad nami czuwa, a ja nie jestem w stanie zmienić przeszłości. Pozytywnie i z nadzieją patrzę w przyszłość i jestem pewna, że zaraz się nam uda.
W piątek rozmawiałam z panią psycholog. Przyznała, że na początku miała problem z określeniem, dlaczego się do niej zwróciłam, bo jestem bardzo pozytywnie nastawiona i sama sobie poukładałam w głowie moje emocje. Wspomniałam o poronieniu i zaraz zaczęłam wymieniać dobre rzeczy, które mnie spotkały dzięki mojemu Aniołkowi.
I tutaj zauważyła jedną rzecz.
Całe życie szłam przez życie, spełniając moje cele i marzenia. Zawsze miałam wpływ na kreowanie mojej rzeczywistości. Chcieć to znaczyło móc. A teraz po prostu panicznie boję się przyznać światu, że coś mi nie wychodzi. Przed znajomymi i samą sobą udaję, że wszystko jest super, staram się nie okazywać słabości i tego, że mogę mieć z czymś problem. Staram się ukrywać w ciele optymistki, którą zawsze byłam. Ale aktualnie nie wszystko jest ok w moim życiu. Przechodzę przez ciężkie chwile i muszę sobie dać przestrzeń, aby to zaakceptować. Zrozumieć, że mam prawo czuć się przygnębiona, smutna. To ukrywanie emocji skutkuje tym, że wracam do domu i wszystko, co negatywne, wraca do mnie ze zdwojoną siłą. Nie pozwalam sobie na słabość, na przyznanie się do tego, że coś w moim życiu może nie układać się tak, jak tego chcę. Nie chcę dać sobie pomóc, bo próbuję ochronić najbliższych. Przecież sama sobie poradzę. Przecież jest ok. A nie jest.
Właśnie straciłam dziecko, a mimo to próbuję iść z uśmiechem przez życie. Nie daję sobie przestrzeni na chwile słabości.
Drugą kwestią, o której rozmawiałyśmy, to docenienie tej drogi, tego procesu, jakim są starania.
To tak, jak ze studiami: idzie się na nie z zamiarem ich ukończenia, ale to, co finalnie się liczy, to wspomnienia z czasu ich trwania, znajomi poznani na uczelni, wyjazdy, pierwsze podjęte prace etc. Sam papierek (dyplom) by nas tak nie usatysfakcjonował.
Może ta droga jest właśnie częścią celu, może gdyby nie ona, nie umiałabym docenić tak bardzo roli mamy, która zostanie mi dana.
Wspomniałyśmy też o czymś takim jak samospełniająca się przepowiednia - to, w jaki sposób kierujemy nasze myśli, ma ogromny wpływ na funkcjonowanie całego naszego organizmu. Ja całe życie miałam przeświadczenie, że skoro wszystko mi się tak dobrze układa, to w końcu podwinie mi się noga, i prawdopodobnie na tym, na czym zależy mi najbardziej - czyli na staraniach. I nieświadomie mogłam wpłynąć na bieg mojej historii.
Pani psycholog kazała mi zauważyć, że w tym temacie również mam pewien wpływ na osiągnięcie celu. Ktoś mógłby się załamać i czekać na to, co przyniesie mu los. A ja walczę nawet w tej chwili, kiedy z nią rozmawiam. Że daję 300% z siebie.
Na koniec stwierdziła, że nie widzi terapeutycznego sensu dalszych spotkań - jedynie jakbym chciała się wygadać, albo z czymś sobie nie radziła, mam się do niej odzywać. Takie odczucia jak poczucie niesprawiedliwości, złość, smutek towarzyszą prawie każdej kobiecie podczas starań, tylko ja po prostu nigdy nie miałam okazji doświadczyć czegoś takiego. Powiedziała, że życie nie jest zawsze kolorowe i takie emocje prędzej czy później gdzieś by ze mnie wyszły, czy to na tym etapie, czy na jakimkolwiek innym.
Po tej rozmowie poczułam się dużo lżej i cieszę się, że miałam okazję usłyszeć opinię neutralnej osoby. Bo chwilami naprawdę miałam wrażenie, że może coś ze mną nie tak.
Będzie dobrze. Czuję, że jestem już na końcówce.. Czuję, że niedługo zostanę mamą. I nie boję się powiedzieć tego głośno.
Nasze Maleństwo czuwa nad nami i chce, byśmy byli szczęśliwi. I będziemy - mocno w to wierzę.


Wiadomość wyedytowana przez autora 19 lutego 2023, 14:45

Jabłkowesny Ile uniesiemy? 19 maja 2025, 22:39

Nie mogę pracować z ludźmi. Zwłaszcza w takim dobroludziowym miejscu, jak księgarnia katolicka. Nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości historii o problemach dziesiątej babci z kolei, bo moja głowa ledwo unosi moje własne myśli. Ratuje mnie chyba umiejętność zachowywania kamiennej twarzy. Nawet wtedy, gdy mam ochotę krzyczeć i kopać, od zawsze.

- Potrzebuję książki dla bratanicy, która straciła jedno z bliźniąt.
*pokazuję książkę dla rodziców o stracie dzieci nienarodzonych*
- Ale nie taką, ono się już narodziło i zmarło jak miało dwa tygodnie.
(spojrzenie pelne zdziwienia, że nie wiem, kiedy zmarło dziecko bratanicy)

Nie obchodzą mnie obce martwe dzieci. Nie obchodzi mnie ogromny brzuch żony znajomego z pracy i naprawdę tak mało interesuje mnie, kiedy ma termin i jak już jest ustawione dziecko. Choć czasem zastanawiam się, jak żyją ludzie, którzy czasem kupują modlitewniki o dar rodzicielstwa. Jak długo się starają. Jak wiele włosów z głowy już sobie wyrwali. Czy ich prośby kiedykolwiek zostaną wysłuchane.

29 dc

@ ani widu, ani slychu. Jestem rozdrazniona bo nie wiem co sie dzieje. Niby tak po laparoskopii moze byc, ale mi sie okres nigdy nie spoznia.

Wczoraj sprzatanko i znajomi. Dzis w ramach odmozdzania 8 h serialu. Tak jest. Caly sezon na raz. Zamiast mozgu mam gabke, a zle mysli i tak znowu mnie nawiedzily, wiec ten sposob nie dziala. Moglam pojsc na spacer. Bez ruchu, bez slonca popadam w depresje. Jakie dziecko chcialoby miec taka smutna mame ? :/

Postanowienie na ten nowy tydzien: poszukac jednak troche radosci w zyciu. Wdziecznosci za male rzeczy. Poniedzialek - sroda: skupic sie na pracy, bo w weekend wyjezdzamy a chcialabym jednak przed swietami nadrobic zaleglosci jakich narobilam.
We wtorek tez badania allo mlr, cross match i ana3 i do 19/12 spokoj (wtedy wizyta pokontrolna po
Laparo).

Spokojnego poniedzialku.

Zosis Pamiętnik starań Zosi 12 grudnia 2022, 08:39

2 dc, 18-sty cykl starań

Dzisiaj w nocy spadł śnieg.
Za oknem jest pięknie, biało, świątecznie, wręcz romantycznie.
Jest też biało na drodze, ślisko i niebezpiecznie.

Biel była też na testach ciążowych - w piątek i w sobotę.
W niedzielę przyszła 🐒, o dzień wcześniej, niezapowiedziana. I niechciana.
Tutaj muszę pochwalić chyba tę surową marchewkę 🥕 - odkąd ją regularnie chrupię faktycznie ból okresowy jest dużo mniejszy, a wczoraj praktycznie go nie było (gdzie pierwszy dzień 🐒 u mnie to zawsze była masakra).

No cóż... Nic nie poradzę.
Czas rozpocząć kolejny cykl starań o wymarzonego dzidzionka.
Czy mam jakiś plan? Chyba nie.
Pewnie dobrze byłoby coś zrobić, ale co?
Suplementy łykam dalej - tutaj też już nie mam pomysłu, co zmieniać i w jakim celu.
Ten cykl chciałabym przejść "na luzie", ale wiadomo - chcieć, a umieć to dwie różne sprawy.

Dni płodne wypadają akurat "pod choinkę".
Mąż zażyczył sobie w prezencie kusą piżamkę. 🤣
Dobrze, przynajmniej nie będę musiała Mu nic mówić.😈

***
Dziewczyny, dziękuję za zainteresowanie i wsparcie. Jesteście cudowne! 💛


Wiadomość wyedytowana przez autora 12 grudnia 2022, 08:40

13dpt..
Krew oddana... czekam na ostatnią betę...

Rośnij mój okruszku 🙏

Boże, błagam, nie zabieraj mi tego dziecka 🙏🙏

Beta 766 🥰 mój dzielny okruszek walczy... córeczko, pilnuj naszego okruszka 🥰


Wiadomość wyedytowana przez autora 18 czerwca 2024, 14:47

Kil Home Made Kazoku~ 12 grudnia 2022, 09:06

Ten cykl trochę taki odpuszczony... Mija prawie rok "intensywniejszych" starań i nie chcę na Święta być pochłonięta testowaniem =) robię testy owu, sprawdzam temp. + do tego kochamy się "co drugi dzień" chociaż z tym różnie xD bo niby chcę co 2 dzień - ale jak mamy ochotę to trochę wychodzi to inaczej w planach - wczoraj zrobiłam obiecany (2 miesiące temu xD) masaż mojemu K. więc jak to często bywa po masażu był dobry nastrój i miałam taki dobry humor, że było x2 <3 xD a co... rzadko kiedy mam ochotę tak naprawdę - więc jak ją w końcu mam to korzystam =)

W sobotę K. zabrał mnie na randkę (wg. zasady - Ty zabierasz mnie na "miesięcznicę" - ja na koniec miesiąca) i wyszłam z założenia, że jak 2 razy na miesiąc zjem coś "normalnego" to mnie insulina nie zabije =) wpadło sushi <3 humor od razu był mega <3 wróciliśmy późno więc nie jadłam już metforminy - wleciał drineczek xD a nawet 2 myhm!=D potrzebuję czasami takich "resetów" takich wyjść bez telefonu, bez spiny. Było cudownie <3

Przyszła do mnie wczoraj rozkmina w trakcie ogarniania łazienki... Znalazłam test z lipca - ten z cieniem... (schowany w półce łazienkowej xD) Patrzę na niego i on jednak na cień nie wygląda... dalej widać na nim kreskę - różową, ładną, nie rozlaną ani nic... To był ten cykl z wypadkiem męża... Zaczęłam teraz analizować sobie wszystko. Objawy - to co wtedy w tym cyklu pisałam na forum, że mi się odbijało, że było mi niedobrze... że kręciło mi się w głowie itp... Plus okres który przyszedł - 4 dni lekkiego krwawienia. Nawet raz pisałam o tym, że "okres przyszedł a prawie nic ze mnie nie leci" za przeproszeniem... Siedzę w pracy i myślę... wtedy cieszyłam się, że po tym wypadku to była "kreska testowa" po tych kajakach gdzie stresu miałam tyle jak nigdy w życiu... wysiłku też... (w końcu "wiosłowałam" za dwóch + bagaż...) po tej kłótni która przyszła po kajakach... ale teraz myślę... myślę i analizuję... to chyba nie była kreska testowa... To był chyba kropek, który nie dał sobie rady =( żałuję, że nie poszłam wtedy na betę... żałuję, że kolejny test który robiłam w nast. dniu był spierdzielony i nawet kreska testowa się nie pojawiła na nim... żałuję, że nie wiem na 100% - żałuję, ale może to lepiej...?

Mój gin powiedział że wyniki są dobre, i te co pisałam i cytologia w porządku. Kazał mi sobie zaznaczyć tylko jeszcze raz TSH na tym skierowaniu bo powiedział że to tak jednorazowo może być podwyższone. A najlepiej jakby bylo 2,0, jak nie to będziemy myśleć może wpadnie Euthyrox na zbicie. Narazie muszę czekać do następnych badań 😏

Wracamy do kliniki!
Za nami pierwsza wizyta po przerwie.. ach ta moja Pani Doktor Anioł 😍 wlała morze nadziei. Mam 10dc endometrium ładne, pęcherzyk jest, owulacja się zbliża.. następny cykl robimy już stymulacje i włączamy smoflipid. Także oby tym razem było owocnie ❤️

Dzisiaj nie ma plamienia ani bólów brzucha, wiec ciesze sie ciaza 🍀 Ulga taka, ze pol dnia drzemalam. Nadrobiłam tez jedzonko: grzanki z awokado, mloda kapusta kiszona, ogórki kiszone, kasza gryczana z sosem pieczarkowym, kotleciki drobiowe, pierogi, ziemniaki z sosem pieczarkowym. Przynajmniej nic syfiastego czy fast foodowego. Codziennie pije zakwas buraczany.
Odpalamy zaraz jakiś film i mam nadzieje na kolejna spokojna, dobra noc 🙏

40+5
No i stało się. Koło 15.30 dostałam informację że mam się pakować bo zaraz czeka mnie CC. Szok. Dzwonię do męża że zaraz się zacznie jak chce to może się zwolnić z pracy i przyjechać ale i tak będzie czekać z 3 h.
Na szybko spakowana i w mega stresie poszłam. O matko jak się bałam aż drżałam. Do tego zaczęło mnie boleć ramię po znieczuleniu.

O 15.55 wyciągnęli miska. Troszkę poplakal a mnie zszywaki. Potem pokazali mi dzidziusia przewieźli na inną sale. Tam mi znowu go dali do cyca a ten wściekły nie chciał.
Waga 3550g ładny okaz wzrost 56 cm
Ale to taki maluszek, mega podobny do Piotrka jak był mały.
Potem zawieźli nas na salę. Mąż nie zdążył drogi okropne jechał 20 /h i się wycofał. Dojechałby na 20 . To bez sensu.. o 22 pionizacja . Wtedy ostatni raz dali przeciwbólowa kroplówkę która na mnie nie działała..Położna na sali była super pomogła mi wstać, potem umyć, następnie kiedy płakałam z bólu zapytała się co mi jest dała chyba
Pyrargine kręciło mi się po niej w głowie kazała mi leżeć. A ulga była.
Dobrze że mały były spokojny dopiero o 3 go nakarmioam.bo wcześniej nie byłam w stanie.
Rano powtórka ból okropny.
Wzięłam ketanol. Nawet sił małego przebrać nie miałam a co mówić o karmieniu..
Po południu przyszła laktatorka pyta się czemu nie karmię . Mówię jej że mnie bardzo boli. Nawet sami wzięcie małego i on nie umie albo nie chce.
Więc przyniosła mi paracetamol ból minimalnie mniejszy ale liczy się że dała..Małego podstawiła..a ten ryk, on nie chce cyca on nie będzie pił. Draka. Więc pewnie w domu będę pokarm ściągać i tyle.
Liczę że szybko nas wypuszcza lepiej jest w domu niż tu.
Oby Michałek był spokojniejszy niż Piotrek. Bo inaczej się wykoncze.

Rok temu byłam podczas drugiej stymulacji do ivf, wtedy kiedy badanie aneuploidii nasienia u mojego męża wyszło źle. Pamiętam jak dr proponowała nam dawcę nasienia, pozbawiając nas resztek nadziei. Pamiętam łzy mojego męża, gdy wracaliśmy samochodem do domu z kliniki i mu o tym powiedziałam. Czułam jakbym uderzyła go w twarz. Ten widok jeszcze długo był przed moimi oczami.
Był czas rozmów, był czas na pogodzenie się z tym co przyniosło nam życie. Mieliśmy ogromne wsparcie ze strony rodziców. Decyzja o dawcy zapadła...

Na drugi dzień w pracy czułam, że jakaś uparta myśl nie daje mi spokoju. Jakby coś krążyło nade mną i mówiło mi, że źle robię. Plątałam się w tych myślach, próbując odgadnąć o co chodzi.. Aż w końcu powiedziałam do siebie, że za szybko się poddaliśmy, że za szybko zapadła decyzja o dawcy. I ta uparta myśl jakby zniknęła, poczułam taki nagły spokój... I radość.. totalnie dziwne uczucie. Mąż nie chciał o tym słyszeć, nie chciał już próbować, bo widział ile mnie to kosztuje.

I mimo, że nie było wtedy happy endu, bo transfer okazał się nieudany - dziś czekamy na córeczkę poczętą naturalnie. Niemożliwe stało się możliwe i tak realne jak widok tej istotki na USG, który wzrusza za każdym razem tak samo mocno ❤️

Ta walka, którą stoczyliśmy, te łzy, które wylaliśmy i marzenia, które chwilowo legły w gruzach.. można by powiedzieć, że to wszystko nie było potrzebne. A jednak bardzo nas umocniło, nauczyło pokory, cierpliwości.. Pokazało, że nie wszystko w życiu można mieć na pstryknięcie palcem jak kiedyś nam się wydawało. I chociaż teraz myślę o tym czasie, jako najgorszym w moim życiu to on był po coś.

Zosis Pamiętnik starań Zosi 16 grudnia 2022, 06:39

W tym roku grudzień to zdecydowanie nie jest nasz miesiąc. Wczoraj mieliśmy stłuczkę. 🚗 Moim służbowym autem, po godzinach pracy, Mąż za kierownicą. No combo. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Po prostu, wyjeżdżając z parkingu, przytulił się do samochodu przed nami. Nie wyhamował, bo na drodze sam lód. Już myśleliśmy, że uda się z gościem dogadać, jak usłyszałam słowa szef i leasing. No masz babo placek... 1 000 zł nie nasze. Najdroższe sznurówki w historii. W sumie i tak dobrze wyszło, bo jakby przyjechała Policja to mandat tyle samo + punkty karne + konieczność tłumaczenia u mnie w firmie. Ehh... Jakby problemów było mało... 🤷

Dzisiaj wieczorem mam firmową wigilię. Cały dzień i do późna wieczór będę na obrotach, bo jestem organizatorem. No, ale napiję się grzanego winka. Może w końcu odczaruję jakoś ten grudzień? Kupiłam sobie na tę okazję nowe szpilki. Mam nadzieję, że będą wygodne. 🤣 Ale na "w razie czego" będę miała w aucie "sprawdzone"...


Wiadomość wyedytowana przez autora 16 grudnia 2022, 07:04

30+4 tc

Długo mnie nie było. Jakoś tak wyszło, że częściej odwiedzam wątek listopadowy. Zraziło mnie też do BBF to, że nie można komentować z poziomu OF🤨

No, ale teraz spędzam weekend w szpitalu, więc mam czas uzupełnić, a troszkę się u nas działo.
Do końca lipca ciąża książkowa☺️ od ok. 25 tc sporo rzeczy zaczęło się sypać...
- cukrzyca ciążowa
- transaminazy podwyższone 10krotnie
- podejrzenie hipotrofii
- niewydolność szyjki
- bolące ucho (to mój ostatni "nabytek" jeszcze w trakcie diagnozy. Raczej nie zapalenie ucha, ale cholera wie co to jest, liczę na wizytę u laryngologa w tym tygodniu, bo interniści nie dają rady😑)

Od początku...
TIrafiłam na IP, bo po krzywej cukrowej Maluszek przez dwa dni prawie w ogóle się nie ruszał. Okazało się, że albo się przemieścił do położenia miednicowego i słabo go czułam, albo właśnie za dużo glukozy na raz. Przy okazji wyszło, że wagowo ma tydzień w plecy, więc moja gin. z automatu zaleciła mi USG zastrzegając, że może być hipotrofia i że czeka mnie już hospitalizacja😱 Na szczęście tydzień temu okazało się że nadrobił i jest nawet dzień do przodu💪, ale wiadomo, to się może szybko zmienić, więc średnio co dwa tygodnie mam teraz USG. (aż dziw że wszystko się dzieje na NFZ🙃)
Maluszku rośnij, bo mama chce jak najdłużej Cię "hodować" i jednocześnie być z Twoją siostrzyczką w domu♥️

Po krzywej cukrowej wyszła mi oczywiście cukrzyca, więc glukometr, dieta itp. To już przerabiałam, da się przeżyć, grunt, że cukry na czczo mam dobre.

W międzyczasie dostałam telefon z Centrum Onkologii, gdzie mi zrobili pełen komplet różnych badań, że mam podwyższone próby wątrobowe i by to przekazać ginekologowi. (Moja onko. zna się z moją gin. więc jest jakaś względna współpraca między tymi klinikami)
Okazało się, że faktycznie transaminazy fatalne🥴 Wjechała dieta wątrobowa (bleee), która się w zasadzie wyklucza z dietą cukrzycową, więc zaczęłam spadać na wadze, bo mam wrażenie, że jem powietrze, a z drugiej strony nie mam ochoty nic jeść bo wybór jedzenia marny😤 Zmiana leków, które prawdopodobnie zaorały mi wątrobę i powolne odstawienie sterydów spowodowało, że powoli, powoli te transaminazy spadają.

A na wisienkę wyszło przy okazji że w ciągu tygodnie szyjka mi spadła z 40mm do 27mm, więc moja gin. z marszu pobrała posiew i dała skierowanie na pessara. Sama w sierpniu była na urlopie i w tym czasie dwa razy mnie odesłali do domu, bo jednemu lekarzowi wyszła szyjka 31mm, wiec uznał, że nie ma podstaw do pessara, a drugi tydzień później uznał, że skoro mu wyszło 26, a wcześniej 27 tzn. że się nie skraca i pessara nie potrzebny🙈 Na szczęście moja docent wróciła do szpitala i bez dwóch zdań kazała zakładać pessara...i tak znalazłam się na weekendowym pobycie w szpitalu, bo przecież NFZ zapłaci dopiero za 4 doby😠

Nie jest tak źle bo catering, pomimo mojej diety wątrobowej jest znośny (taki normalny jest całkiem dobry, a dieta cukrzycowa w ogóle jest tu fajna, no ale teraz wątroba jest portretem 🤨). Szpital w b. dobrym stanie technicznym, mam salę jednoosobową z łazienką, balkonem i widokiem na zielony park, także gdyby nie okoliczności i samotność, to warunki niczego sobie.
Gorzej, że parę dni temu mąż mój (który do tej pory szczycił się, że nigdy go to nie spotkało) złamał rękę🙈😑 Niby tylko jakieś mikrozłamanie w łokciu, no ale gips na 2 tyg. (oby) założony od przedramienia po dłoń, więc średnio jest mobilny, a musi ogarniać sam naszą 3,5 latkę, bo nie mamy na kogo innego liczyć, jak tylko na siebie😑
To powoduje, że tym bardziej zaczynam się bać porodu, bo jak ja mam zostać sama w szpitalu z noworodkiem po CC to sobie tego nie wyobrażam😱😬😔. Pocieszam się, że mam na to jeszcze, oby, 6-8 tygodni i że jakoś damy radę.

No to tyle na dziś. Muszę w końcu zamówić wyprawkę z Gemini, bo ciągle brak mi czasu i zamierzam w końcu to ogarnąć.

29+2

Zdycham.
Trzeci trymestr wjechał na pełnej i nie daje żyć.
Od trzech dni czuję się najgorzej w tej ciąży. Chyba nawet w I trymestrze, jak wymiotowałam, nie było tak źle 😩.
Do permanentnej zgagi doszło permanentne odbijanie po wszystkim, co zjem i wypiję. Od trzech dni nie mam już ochoty jeść, a i przez te dolegliwości picie odpowiedniej ilości wody też mocno kuleje...
Do tego młoda leży jakoś strasznie dziko. Uciska dość wysoko, wierci się niesamowicie, momentami aż boli. Mam wrażenie, że brzuch jest dla niej za mały.
Cały dzień dzisiaj leżę, bo brzuch mega ciąży i chodzenie jest torturą. A gdzie tu jeszcze wytrzymać 2 miesiące...
Mówię dwa, bo liczę, że na końcówce młoda się zlituje i wylezie jednak trochę szybciej, niż brat. Może być nawet tym skorpionem 😆.

Intensywny tydzień mi się zapowiada.
We wtorek wieczorem, na dobicie, USG III trymestru (już mi słabo na myśl o leżeniu na plecach i ugniataniu brzucha 🥴), we wtorek fizjo, do której muszę dojechać komunikacją miejską (wracać będę niemalże w godzinach szczytu), w czwartek położna (na szczęście przychodzi do domu). A w międzyczasie umówiłam się jeszcze z kolegą i jego żoną na spotkanie. Na razie luźno, bez konkretnego dnia. Zobaczę jak będę się czuć...

Także tyle jojczenia.
Jedyny plus dzisiejszego dnia, że Czaro jest przekochany. Albo bawi się sam, albo przynosi do łóżka książeczki/samochodziki ❤️. Przez to nie mam tak dużych wyrzutów sumienia, że jestem dzisiaj do dupy i zupełnie niepomocna. Mój mąż wziął na siebie sprzątanie całej chaty. Ale on to lubi. Jakby nie porobił czegoś to miałby poczucie zmarnowanego dnia 😅.


Wiadomość wyedytowana przez autora 2 września 2023, 18:22

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)