15+1
No i tak jak się obawiałam nie udało mi się uniknąć cukrzycy ciążowej. Zaczynamy półroczną dietę... Jakoś muszę wytrzymać, dla Maksa wszystko
Dziś 26.03.24r.-8/9 dpo. 2 dni temu miałam nitki płodnego śluzu, rozciągał się bardzo ładnie. Zdziwiłam się czemu taki mam 😯 Najpierw pomyślałam, że to może następna owulacja, ale po teście okazało się że nie. W internecie piszą, że to zwiastun miesiączki albo ciąży. Nie pamiętam, żebym miała taki objaw zbliżającego się okresu.
Dziś czuje się średnio,brzuch coraz bardziej doskwiera, mam podwyższoną temperaturę i coraz większe myśli że nic z tego. Okres pewnie będę mieć idealnie na święta. Świetnie. Od momentu gdy zaczęliśmy się starać, mój 1 dzień okresu jest okropny. Nigdy takich boleści nie przechodziłam 2 razy pod rząd 😪Jak zbliża się miesiączka to zaczynam się wewnętrznie bać tego bólu 🥺 Ehhh
Zobaczymy, chciałabym zatestować w piątek to byłby 11/12 dpo. Chciałabym zrobić mojemu niespodziankę w święta, ale raczej nic z tego...I raczej już w tym roku nie urodzę, to był ostatni miesiąc nadziei na bobasa w tym roku...
2 lata 3 miesiące
8+4
Nie mogłam się zebrać do tego wpisu, ale dzisiaj wydaje mi się odpowiednim dniem. Równo 2 tygodnie temu byłam na wizycie. Zobaczyłam bijące serduszko, wszystko było pięknie. Ruszyła machina - leki, badania, skierowanie na prenatalne (umówiłam się na 22.04).
Następna wizyta za równo 2 tygodnie. Czemu taka długa przerwa? Tylko tak mój lekarz miał wolne wizyty. Myślę, że z jednej strony to dobrze. Nie jest mi tak łatwo załatwić opiekę dla syna, czekam na aktywacje ubezpieczenia PZU, więc za wszystko płacę z własnej kieszeni, no i jeśli jakoś przeczekam to będę już 10+4, powoli do przodu.
Oczywiście łapią mnie obawy, czy wszystko jest ok, czy na pewno z dzieckiem dobrze. Wiem, że to szybko nie minie, więc muszę po prostu być cierpliwa.
Co u mojego pierwszego szczęścia? Jest naszym najukochańszym promyczkiem, codziennie zachwycamy się jakim jest słodziakiem. Potrafi też dać nam popalić, ale tak rozbraja nas buziakami i tulasami, że rozbraja nas na łopatki.
Trzymajcie kciuki żebym wytrzymała te dwa tygodnie, no i żeby wszystko było ok 
W końcu mogę dać jakiś pozytywny update. Ale od początku. Jak wcześniej pisałam po clo miałam okropne endometrium. W związku z tym, w styczniu i lutym dostałam zamiast tego Lamettę. Spodziewałam się znacznej poprawy, więc kiedy poszłam w lutym na monitoring dostałam w pysk. Były co prawda dwa piękne pecherzyki, po jednym na każdym jajniku. Towarzyszyło im endometrium 2mm… Dostałam estrofem i Sildenafil. Po 4 dniach poszłam na kontrolę. Endo urosło do 7mm, jeden pęcherzyk już pękł, drugi był blisko. Dostałam Ovitrelle, tak w razie czego i przykaz testowania 14 dni po zastrzyku. Chyba nie muszę mówić, że testowałam od 8dpo? 🙈 Kreski bladły ale wciąż były widoczne. I pozostały takie do samego okresu. Beta 12dpo a 13 dni po zastrzyku wyniosła niecałe 6, więc Ovitrelle wypłukuje się u mnie bardzo wolno. Nastawiłam się bardzo na ten cykl, ponieważ wtedy data porodu przypadałaby mniej więcej na datę moich urodzin. Niestety wyszło jak wyszło.
W marcu postanowiliśmy odpuścić wszelkie monitoringi. Co nie znaczy, że odpuściliśmy starania. Nadal brałam wszystkie leki i suple, dołączyłam do tego dong quai i resveratrol na endometrium. Niedługo po owulacji wyjechałam na urlop do rodziców, dobrze mi to zrobiło i łatwiej było przeczekać ten najgorszy czas po owulacji.
Zaczęłam testowanie standardowo od 8dpo. W końcu zapas 50 Nordów sam się nie zużyje. Rano na teście nie było nic. Śnieg w górach nie mógłby być bielszy. Coś mnie jednak tknęło żeby zatestować raz jeszcze. Około południa nadal jedna kreska. Jednak nie na darmo Stary nazywa mnie najbardziej upartą osobą na ziemi. Ok. 21 zrobiłam jednocześnie Norda i Facelle. I na obydwóch był ledwo widoczny cień cienia. Powtórzyłam testy 9dpo rano. I jest ta cholerna kreska! Kolejnego dnia wydawało mi się, że testy nie ściemniały. Nordy troszkę tak ale Facelle było nawet lekko bledsze. Poleciałam na betę. Wynik - prawie 20. Nadal robiłam testy po 2:3 razy dziennie (PTSD po stratach jest straszne), żeby się upewnić, że naprawdę jestem w ciąży. 12dpo przyrost bety był fantastyczny - z 20 na 97. I tutaj postanowiłam, że moja przygoda z betą się kończy. Za dużo mnie to kosztowało strachu a wiedziałam, że beta nie będzie przyrastać tak spektakularnie cały czas. Pomyślałam po co się stresować?
Od razu umówiłam się na doszczepienie do Paśnika. Dostałam termin na wtorek, 12.04. Jednak przed szczepieniem chciałam być pewna, że warto, że nie będę podtrzymywać nierokującej ciąży. Umówiłam się na USG do mojej pani dr na sobotę, 9.04. Chciałam jechać do niej do kliniki w Krakowie ze względu na sprzęt ale niestety tam przyjmowała tylko w tygodniu w godzinach mojej pracy. Po cichutku liczyłam na zarodek z serduszkiem, chociaż ciągle przekonywałam samą siebie, że to może być za wcześnie.
Zazwyczaj przed wizytami w ciąży siedziałam pod gabinetem cała w nerwach, serce waliło mi jak oszalałe. Tym razem byłam dużo spokojniejsza. Wiadomo, bałam się ale to nie była panika. Miałam tęczowy naszyjnik od Starego i kwiatuszek robiony na szydełku, który dostałam po poronieniu córeczki w szpitalu. Przez to czułam się jakby moje dzieci były ze mną i uspokajały mnie, że wszystko będzie dobrze.
Na początku samego usg zobaczyłam sam pusty pęcherzyk. Zaczęłam już mówić, że nic nie ma, że po szczepieniach spotyka mnie po raz pierwszy puste jajo płodowe. Jednak dr kazała mi się lekko podnieść i najpierw zobaczyliśmy pęcherzyk żółtkowy a za chwilę zarodek. Zapytałam czy dobrze widzę, że serduszko pulsuje, czy muszę zmieniać szkła. Dr odpowiedziała, że widzę jak najbardziej prawidłowo ale sama przyznała, że miałam dużo szczęścia widząc serce na tak wczesnym etapie. Nie mierzyła go jednak, bo powiedziała, że na tak wczesnym etapie to bez sensu. Kolejną wizytę umówiłam na 19.04, będę wtedy w 7t2d. Zmierzymy sobie wtedy dokładnie serduszko larwy i założymy kartę ciąży. Dostałam też karteczkę z badaniami do wykonania i receptę na heparynę, duphaston i Utrogestan. Przejdę się przed świetami na wizytę do Luxmedu żeby dostać skierowanie na badania. Mam pakiet z pracy, więc nie uśmiecha mi się wydawanie kolejnych pieniędzy w diagnostyce skoro mogę mieć to za darmo. Teraz tylko oby czas do 19.04 zleciał szybko i bez większych stresów 🙏🏻
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 lutego 2025, 13:02
.
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 czerwca 2025, 20:59
Mąż był na badaniach nasienia:
- Morfologia 6%
- ruch postepowy szybki 4,6%
- ruch postepowy wolny 21,3 %
- ruch niepostepowy 22,8%
- nieruchome 51,3 %
Włącza sumplentacje cynkiem i ogranicza alkohol.
W międzyczasie kilka kryzysów, płaczu i negatywnych emocji. W tym roku na rękach miałam już 4 noworodki. Styczeń przyjaciółka urodziła bliźniaki, druga przyjaciółka syna, kuzynka drugie dziecko, bratowa rodzi w czerwcu, kolejni przyjaciele starają się od sierpnia, u nich z pewnością się uda od razu, owulacje występują więc bezproblemu, mają już dziecko.
A ja? Płaczę co jakiś czas chociaz w tym miesiącu zrobiliśmy duży postęp. I jesteśmy bliżej niż dalej. Wiemy jaka jest przyczyna braku miesiączek, jestem w trakcie leczenia. Mąż wie, że jego badania są w miarę ok, więc suplememty wystarczą. Nie nastawiamy się na ciążę, bo czekamy na miesiączkę, a potem idę do ginekologa sprawdzić czy wstępuje owulacja, jeśli tak to działamy dalej i czekamy na dwie kreski. Jeśli nie to szukamy dalej.
W piątek wizyta u trzeciego ginekologa. Chcę tylko, aby powiedział czy zapowiada się na miesiączkę i przepisał skierowanie na badania witamin, ferrytyny czy innych parametrów do zajścia w ciążę.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 marca 2024, 18:15
Lipiec 2023 - Podróż poślubna
Spędziliśmy ją z przyjaciółmi, którzy mieli ślub miesiąc przed nami. Siadamy na leżaki i właśnie dowiedzieliśmy się, że udało im się po ślubie zajść w ciążę. Cieszymy się i gratulujemy.
A my? Postanowienie - kończę ostatnią paczkę tabletek antykoncepcyjnych i staramy się o dziecko.
Ostatni dzień lipca to krwawienie z odstawienia, a później czekam na naturalną miesiączkę ale nie przychodzi. Odczuwam skutki odłożenia antykoncepcji = bóle głowy.
W sierpniu i wrześniu jestem spokojna. Bo miesiączka może wrócić za 6 miesięcy, tak czasem bywa. Tym bardziej, że przed braniem tabletek miałam bardzo nieregularne miesiączki.
Mija październik, a nawet listopad. W grudniu zaczynamy starania na poważnie i zapisuje się do ginekologa. Wizyta na początku stycznia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 marca 2024, 17:55
Luty 2024
Po miesiącu idę znów na badania hormonalne + robię krzywą insulinowa, bo może mam insulinooporość?
Wyniki:
TSH - 1,577
FSH - 3,01
LH - 0,63
ESTRADIOL - 25,26
PROLAKTYNA - 75,77
DHEA-SO4 - 374,40
TESTOSTERON - 56,69
SHBG - 50,05
INSULINA I: 6,40 PO 1 h; 42,90, po 2h: 40,20
Glukoza: 76
HOMA: 1,20
Wyniki lepsze: dieta działa? Ovarin działa? Insulinooporości nie ma.
O miesiaczki też nie ma i się nie zapowiada. Testy ciążowe- negatywne. Zapisuje się do innego ginekologa. Wizyta ostatniego lutego. Pojawia się ból piersi, mocne bóle lewego jajnika i mleko w piersiach.
DRUGI GIENEKOLOG:
- wtórny brak miesiączki
- PCOS symptops
- hiperandrogenizm
- hiperprolaktynemia
- skierowanie do endokrynologa ginekologicznego w klinice leczenia niepłodności.
Tak naprawdę nie otrzymałam żadnych informacji, ginekolog pół wizyty zapatrzony w swój iphone, 3 razy pyta o te same rzeczy. Nie słucha mnie kompletnie. Jedynie powiedział, że nie będzie leczył mnie metodą prób i błędów. Potrzebuję specjalistycznego leczenia. Nie spytał nawet co biorę.
Zapisałam się do poradni endo-gin. Termin: czerwiec 2024. Postanawiam wykupić enel-meda z pracy i działać dalej.
Dokupuje zioła ojca sroki numer 3, wymieniam ovarin na fertistim, przestaję brać pregna start.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 marca 2024, 18:06
Styczeń 2024
Nowy rok i tylko jedno życzenie: byśmy zakonczyli go w 3.
Pierwsza wizyta u ginekologa - opowiadam swoją sytuację. Ginekolog zna moją historię, w końcu chodzę co pół roku na wizyty. I wiecie co? Otrzymałam ovarin na 3 miesiące + pregna start. Jak nie zajdę w ciążę to badania hormonalne. Jajniki wyglądają policystycznie. Ale starać się 2 razy w tygodniu. I tylko tyle.
Staramy się, a ja wiem że suplement to za mało. W połowie stycznia idę na badania hormonalne sama od siebie. Wyniki:
TSH - 1,478
FSH - 2,56
LH - 0.68
ESTRADIOL - 12,87
PROLAKTYNA - 96,16
DHEA-SO4 - 494,20
TESTOSTERON - 76,86
SHBG - 50,28
Przestudiowałam fora, grupy. I wiem, że jedyny prawidłowy wynik to TSH. Jestem załamana ale cóż biorę dalej Ovarin, Pregna start, omega 3 i czekamy. Wprowadzam dietę z niskim indeksem glikiemicznym, która jest dobra na PCOS.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 marca 2024, 18:05
Ten dzień od rana był jakiś intuicyjnie pozytywny 😉 i kolejny raz intuicja nie zawiodła mnie ...
Przed sekundą dostalam telefon z Gamety z rejestracji , że dofinansowanie zostało pozytywnie rozpatrzone i pieniążki przyznane . Super wiadomość 💚.
Teraz tylko poczekam miesiąc na miesiączkę, ponoc 4.05 mam mieć i tydzien przed miesiaczka 26.04 podejść do dr , który wszystko Nam opowie co i jak , zaczynamy ... Boże! Tak się cieszę!!!!
Miesiączkę mam dostać 4.04 więc idealnie gdybym jutro poszla do dr ale muszę kierownictwo poinformować itd.
Czekałam tyle to miesiąc jestem w stanie poczekać.
MARZEC 2024
Pierwsza wizyta u endokrynologa i..
W końcu ktoś mną się zainteresował i wysłuchał.
Lekarz w szoku, że dwóch ginekologów nie dało skierowania na podstawowe badania krwi.
Diagnoza: HIPERPROLAKTYNEMIA
Moje objawy:
- brak miesiączki
- prolaktyna podwyższona 4-krotnie
- mlekotok
- bóle lewego jajnika
Jeszcze tego samego dnia mam przyjąć lek dostinex - 1 tabletka raz w tygodniu. Na cito rezonans z kontrastem. Rezonans za 4 dni.
Wyniki: mikrogruczolak 3,8 mm
Na drugi dzień wizyta u endokrynologa. Mamy przyczynę wszystkiego, leczenie na 8 tygodni. W maju w drugim dniu cyklu zrobić badania hormonalne. Pozostało czekać na miesiączkę bo w każdej chwili może się pojawić.
Aktualne leki:
- omega 3 x raz dziennie
- fertistim x 2 razy dziennie
- zioła ojca sroki nr 3 - 1 szklanka
- dostinex 1 tabletka - raz w tygodniu
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 marca 2024, 18:11
V transfer znów nieudany
Umówiłam się z dr Socha z Gamety na omówienie procedury do IVF na 25.04 h 10:00
Wtedy już dokladnie powie mi co i jak działamy....
🤞🤞
Nowy cykl, nowa nadzieja.
Czas mija nieubłaganie. Patrzę na rosnące dzieci dookoła mnie, które przecież niedawno dopiero się narodziły, a już zaczynają chodzić i mówić. Myślę o miejscu, w jakim jestem w życiu i czuję w kościach, że trzeba z niego w końcu ruszyć. Nie mogę cały czas czekać na coś, co w moim przypadku może być albo cudem, albo łutem szczęścia. Nie ma na co czekać... Trzeba iść przed siebie. Niezależnie od tego czy kiedykolwiek będzie mi dane zostać matką, czy też na starość zostanę z mężem i kotami. Powoli przed samą sobą przyznaję się do tego, że biorę pod uwagę taki scenariusz. Że nasza rodzina będzie niepełna. I chyba ta wizja nie przeraża mnie już tak bardzo... A to jest straszne.
Podniosłam się z kolejnej porażki - za każdym razem się podnoszę, wypłukana ze znowu to kolejnych emocji, ze świadomością kolejnej monotonii zadań do realizacji w kolejnym cyklu. Jestem niczym zaprogramowana do tego by uczęszczać w konkretne dni na monitoringi, w konkretne dni się kochać, w konkretne dni myśleć o tym i tamtym i w konkretne nie myśleć o niczym. Zaprogramowana by radzić sobie samemu. By walczyć kiedy życie tego wymaga.
Nie będę udostępniać swojego wykresu innym. Bardzo nie lubię czytać entuzjazmu innych co do mojego idealnego cyklu, który kończy się kolejną porażką, czego się spodziewam. Mój idealny wykres po raz n-ty kończy się na czerwono, nie zielono.
Dużo łatwiej będzie mi iść przez cykl z psychicznym spokojem, bez czytania komentarzy.
Trzeci raz z rzędu zadbałam o swoje leki na cały cykl, o monitoringi w czas okołowolny (tym razem Boże Ciało - 9dc 29.05, 11dc 31.05, 15dc - 4.06). Zadbałam o zweryfikowanie czy zdrowie pozwala mi na kolejną, czwartą już stymulację. Ale ten czas leci...
Torbiel się wchłonęła, piersi są zdrowe. Psychicznie ch... ale stabilnie. Lecimy z tym koksem. 🦖
Najgorszy dla mnie czas w cyklu, czyli kilka dni przed okresem, kiedy już wiem, że się nie udało i start nowego cyklu spędziłam w doborowym towarzystwie z doborowymi aktywnościami. Było trochę planszówek, absorbującego cały świat bobaska, przyjaciół, standupów (Stuhr i Antoni Syrek-Dąbrowski
), parków śniadaniowych w deszczu. Wróciłam najarana na kolejne roślinki do domu, przyprowadzając ze sobą Hoye i Sedum. Zadbałam też w końcu o innych zielonych mieszkańców domostwa - zamówiłam łącznie chyba ze 150l podłoża wszelakiego, z którego będę robić sama mieszanki do przesadzania oraz zamówiłam potrzebne rzeczy do moich drzewek owocowych. Teraz siedzę i myślę, czy mam wystarczającą ilość doniczek produkcyjnych. 😳 Oprócz tego w czerwcu zrealizuję plan na dokupienie kilku owadożerów, pierwszego i jedynego storczyka w moim żyćku oraz może zrobię w końcu donicę z ziołami na blacie kuchennym.

Z przyjaciółką mamy plan na własny biznes, sensownie wyglądający na tym etapie. Będziemy sobie na spokojnie go dłubać i ogarniać, w nadziei, że w czasie, kiedy będę już po macierzyńskim (albo nawet w ciąży i z dzieckiem) będę miała spokojne miejsce, w którym z przyjemnością będę przebywać.
Powoli myślę nad swoim pierwszym akwarium, ale to inwestycja bardzo długodystansowa. Chcę na spokojnie rozpisać sobie jak to będzie wyglądało finansowo na słodkowodnym zbiorniku o aranżacji dość minimalistycznej ale na tyle bogatej, żeby było w znacznej mierze samowystarczalne.
Wiadomość wyedytowana przez autora 23 maja 2024, 17:09
16.07 miesiąc temu ujrzałam dwie kreski - ale dopiero jutro mam pierwszą wizytę moja Pani Doktor przebywała na urlopie jednakże mailowo miałyśmy wszystko ustalone
Brzuch troszkę opuchnięty posiniaczony od zastrzyków , progesteron nadal biorę teoretycznie wszystko ok - w tamtym tygodniu miałam mdłości ale bez wymiotów , co jakiś czas uczucie „jak na miesiaczke „, bóle piersi raz mniejsze raz większe ale rozmiar wzrósł conajmniej o 1.
Jutro pierwsza wizyta czy w końcu zobaczę swoje upragnione dzidzi ?🥹
Wg.ostatniej miesiączki jutro będzie 8+4
Tak bardzo błagam 🙏
31w2d
Wczoraj odbyło się Nasze Baby Shower 🥰 Wszyscy spisali się na medal. Ponad 30 osób w ogrodzie Naszego przyszłego domu. Mnóstwo śmiechu, zabawy, pamiątkowych zdjęć. Dzieci umorusane, przeszczęśliwe. Dorośli zrelaksowani, cisza, spokój, błogostan ☺️ Nie byłam nigdy na BS, ale wiem, że wygląda on inaczej niż Nasz. My jednak otoczyliśmy się ludźmi na których Nam zależy, którzy są dla Nas ważni. Stworzyliśmy sielską, rodzinną atmosferę, bardzo w moim stylu 🩷 Organizatorki jedyne i najlepsze w swoim rodzaju
Olga dostała kamerkę, tort z pieluch, dużą dawkę czułości od zgromadzonych i glukozę dożylnie od Mamy
Było wspaniale i bardzo długo 🫣😅



Strasznie głupia jestem.
Kolejne święta za dwa dni. Nawet nie zdążylam się znudzić życiem. Zamiast robić święta, zajmuję się bezdomnym kotem, który ma bardzo niepokojące objawy neurologiczne. Zaraz jedziemy z nim do weterynarza, ponosząc za to koszty. Bo, chociaż nie chodzimy do kościoła, wydaje nam się to właściwie.
A ja tylko myślę o tym, że życie cały czas każe mi robić coś innego niż być matką. Powinnam teraz iść z dzieckiem do sklepu, kupić ostatnie potrzebne produkty. Potem usiadłabym z nią w kuchni, by przygotować spód do mazurka. Może malowałybyśmy już pisanki. A może pracowałabym jeszcze trochę w gabinecie, a maluch malowałby przy biurku rysowanki wielkanocne. A może byśmy byli u dziadków lub na jakimś wyjeździe?
Mam w głowie tak wiele pomysłów na święta z dzieckiem. Tymczasem zajmuję się ratowaniem kota. Nie, nie żałuję. Po prostu... czuję masę emocji, których nie rozumiem. Standardowo jestem z nas dumna! Ale jestem też cholernie zmęczona tym stanem i pytaniem: kiedy będę mogła z córką lub synek iść i upiec ciasto? Kiedy będę mogła chwycić za małą rączkę i pokazać mu coś nowego? Czy w ogóle kiedykolwiek tak się stanie?
A jeśli nie: czy ja na pewno sobie z tym poradzę?
26.05.2025 był drugi dzień matki odkąd straciliśmy pierwszą i jedyną ciążę. W tym dniu zakwalifikowaliśmy się do IVF. Miesiące negatywnych testów, łez, załamań i podnoszenia się, budowania nowej nadziei. Zadawane pytania, dlaczego? Lekarze jeden za drugim powtarzali, że musimy próbować, bo wszystko jest w porządku. Jak w zapętleniu ulubionej piosenki, początek, kulminacja, koniec i od nowa. Tylko, że to nie była moja ulubiona piosenka. To był jakiś niekończący się zły sen. Przez ostatnie dwa lata życie bardzo boleśnie sprawdzało granice mojej wytrzymałości, sprawdzało ile jeszcze nadziei mi zostało. Jak wiele zniosę zanim się poddam. No ma pecha, nigdy nie należałam do osób, które się szybko poddają, załamują. Zawsze optymistka, zawsze pozytywna, zawsze uśmiechnięta. Za te cechy cenią mnie wszyscy moi bliscy. Niepłodność porządnie dała mi po dupie. Nie powiem, że nie była blisko odniesienia sukcesu. Najpierw po laparotomii i usunięciu jajowodu polecono mi zrobienie HSG. Drożny. "Pierwsze 3 miesiące najlepsze efekty - uda się!". Nie udało się. Kolejne miesiące oczekiwania na monitoring, który powie czy będzie miesiąc rezygnacji czy nadziei. Prawa czy lewa strona. Ciągłe pytanie, mamy szansę czy miesiąc w plecy. Cały rok. 12 negatywnych testów. Decyzja o klinice z nadzieją na in vitro była dość spontaniczna i szybka, zawsze tak działam. Budzę się i już wiem, że to trzeba zrobić. Mąż - mój największy powód wdzięczności w życiu przystaje na wszystkie moje pomysły. Zgodził się od razu. Pierwsza klinika - totalna wtopa. Wizyta trwała 5 minut, lekarz nawet z nami dobrze nie porozmawiał i zadecydował, że należy zrobić inseminacje, a potem się zobaczy. Nigdy nie wierzyłam w ich powodzenie. Kolejne wizyty tylko mnie utwierdziły, że to nie miejsca dla nas - chociaż już przystałam na IUI. Zmieniliśmy klinikę - tu dużo lepiej. Oczywiście diagnoza - wszystko jest dobrze, spróbujemy inseminacji, żeby pomóc. Pierwsza nieudana, druga nieudana, trzecia nieudana. Polecają się zgłosić w drugiej fazie cyklu, żeby przeprowadzić kwalifikację do in vitro. Wiedzieliśmy, że tak się to skończy, ale myślałam, że po prostu z powodu naszego "pecha". 5 dni przed wizytą odwołali nam tą wizytę - brak środków w klinice. Niby człowiek wiedział, a się łudził, że tym razem pójdzie wszystko zgodnie z planem. Decyzja o zmianie kliniki nie była trudna, nie chcieliśmy czekać.
Trzecia klinika spełniła nasze małe marzenie - zakwalifikowaliśmy się. Nie była to łatwa wizyta, ale lekarz pierwszy raz przeprowadził bardzo szczegółowy wywiad. Diagnoza - niepłodność pooperacyjna. W 2013 roku miałam cholecystektomię, niestety metodą lapatoromii. Prawdopodobnie wtedy doszło do uszkodzenia prawego jajowodu, stąd ciąża pozamaciczna. Usunięcie tego jajowodu z powodu krwotoku było przeprowadzone tą samą metodą. Podejrzewają, że komplikacje spowodowały problemy z pracą lewego jajowodu mimo drożności. " Mają Państwo niewielkie szanse na naturalną ciążę". Ałć. Reszta wizyty nas bardzo podbudowała mimo diagnozy. Wierzę, że znaleźliśmy swoje miejsce. Dziś przyszedł też wynik AMH - zawrotne 1,02. Tragedii nie ma. Oby wystarczyło.
Czemu wcześniej nikt tego nie powiedział, czemu nie zadał odpowiednich pytań, czemu nie zasugerował odpowiednich badań. Chcę wierzyć, że po prostu tak było nam pisane, nie wtedy, a może teraz. Mimo tego żal pozostaje. Oby szybko zastąpiły go inne emocje. Oby to był ten moment. Nasz czas.
Dziś znalazłam czterolistną koniczynę. Duża, wystająca ponad wszystkie inne koniczynki. To na pewno nasz czas.
5dc
Byłam w poniedziałek u mojego niemieckiego doktorka. Mimo 3 IUI i 2 procedur IVF nigdy nie miałam stymulowanej owulacji do starań naturalnych, więc postanowiliśmy spróbować i tego. Przez 7 dni mam wstrzykiwać Menopur w dawce 50 jednostek, a w poniedziałek zjawić się na kontrolnym usg. Jestem ciekawa, jak zareguję na takie leczenie i traktuję to trochę jako próbę przed kolejnym IVF – jeśli pęcherzyków urośnie bardzo dużo, będę wiedziała, że standardowa stymulacja jest dla mnie zbyt mocna. Zdaniem lekarza powinien urosnąć jeden większy, ewentualnie dwa pęcherzyki – zobaczymy.
Równocześnie mocno pilnuję się z dietą i ćwiczę. I jestem pod wrażeniem, ale pierwszy raz w życiu treningi sprawiają mi przyjemność. Po miesiącu mogę przyznać, że na mojej ultra chudej ręce urósł mały bicepsik i jestem z niego bardzo dumna 😀 Możecie sobie wyobrazić jaki ubaw miał ze mnie mój mąż, gdy po ostatnim treningu napinałam rękę jak prawdziwy kulturysta i robiłam mojemu bicepsikowi sesję zdjęciową 😅 Poza tym potrafię zrobić 10 pompek damskich – jeszcze miesiąc temu po jednej nie podniosłabym się z podłogi.
W sobotę jadę sprawdzić homocysteinę. To jedyne badanie, którego autentycznie się boję. Już nie raz ten wynik zepsuł mój nastrój na resztę dnia. Teraz dużo się zmieniło – dieta, sport, dziesiątki nowych supli, zwiększona dawka TMG, ale i syntetyczny kwas foliowy w dużej dawce. Według dr Jerzak przed podejściem do kolejnej próby ivf homocysteina ma spaść przynajmniej do 10, a to jest jedyna rzecz, której nie potrafiłam dotąd ogarnąć mimo najszczerszych chęci.
Skoro to mój pamiętnik, to postanowiłam wspomnieć o jednej rzeczy, która ostatnio mocno zajmowała mi myśli. Czerwcowy cykl był inny niż wszystkie. Około 8 dpo bardzo mocno zaczął boleć mnie brzuch, tak okresowo. Zrzuciłam to na ciężki dzień i długie stanie przy gorącej kuchence. Jednak po położeniu się do łóżka ból się nasilił, tak, że nie dało się go zignorować. Przez kolejne dni pojawiał się w różnym natężeniu. Miałam sporo białego, gęstego śluzu, choć zazwyczaj przed miesiączką jest tam kompletnie sucho. 11 i 12 dpo zrobiłam test, ale nic na nim nie było. Nie powiem, rozczarowało mnie to, bo choć zazwyczaj nie robię sobie nadziei, to wtedy naprawdę czułam się inaczej. 13 dpo powtórzyłam test i na easy@home, w czasie wyznaczonym przez producenta, zobaczyłam cień różowej kreski. Zrobiłam kolejny easy@home i jeszcze jakiś inny i na każdym coś prześwitywało. Stwierdziłam, że żaden test digitalny jeszcze nic mi nie pokaże i lepiej poczekać do jutra. Myślałam też o porannej becie, ale niestety następnego dnia dostałam już okresu.
Zapomniałam o tej sytuacji, ale w tym cyklu otworzyłam mój notesik, do którego wklejam wszystkie testy. I ujrzałam po raz kolejny te blade kreseczki. Dwa kolejne dni spędziłam na rozmyślaniu, czy naprawdę coś się tam wydarzyło, czy jedynie moja wyobraźnia płatała mi figle. Użyłam w tym cyklu ovitrelle, więc na 100% nie mogę wykluczyć jego pozostałości, ale teoretycznie białe testy dwa dni przed by to wykluczały. Wiem, że może na dzień dzisiejszy nie ma to żadnego znaczenia, ale przy tak długich staraniach każdy cień na teście daje jakiś promyczek nadziei.
Plan pozostaje niezmienny: cisnę dietę, ćwiczenia i suplementację, a we wrześniu lub październiku podchodzimy do trzeciej procedury. Dałam już znać Czechom. W międzyczasie stymulujemy owulację, żeby wykorzystać trochę te cykle. Nadzieję daje mi forum dotyczące doktor Jerzak – wczytuję się ostatnio w stare wpisy i wyciągnęłam z nich wiele pożytecznych informacji. A najbardziej lubię posty dziewczyn, które opisują siebie jako nowe pacjentki, a w stopce widać, że za 2, 3, 4 miesiące były już w zdrowej ciąży.
Póki co mam ostatki sił do dalszej walki. Chcę spróbować.
Minęły 3 lata....
2022 minął mi na planowaniu ślubu. W czerwcu 2023 wzięliśmy ślub, ale później musieliśmy zawiesić starania na pół roku. Znalazlam dobrego lekarza i od początku 2024 zaczęłam robić badania. Mieliśmy wstępny plan dzialania. P zrobił badania. I w czerwcu mieliśmy ruszyć że stymulacją. Niestety okazało się że znów musimy się wstrzymać że względu na moją szyjkę. Cytologia płynna wyszła słabo do tego pozytywny test na HPV. W lipcu zrobiłam kolposkopię i czekałam na wyniki. Na początku sierpnia pojechaliśmy na urlop i się okazało że jestem w ciąży. Nie wiezyłam w to. To był długi cykl i założyłam że będzie bezowulacyjny. Owulacja jednak była około 50 DC. Po powrocie z urlopu z pozytywnym testem zrobiłam badania z krwi. Nie mogłam w to uwierzyć beta była i do tego przyrost też w normie. Pojechałam po wyniki kolposkopii i tu pierwszy cios. Na biopsji wyszła dysplazja szyjki i zalecenie konizacji. Po konsultacji z ginekologiem na której zobaczyłam pierwszy raz maluszka trochę się uspokoiłam. Lekarka wszyto mi wyjaśniła. Dostałam zalecenia kolposkopii co 12 tygodni aby pilnować zmian na szyjce. W 8-9 tygodniu ciąży miałam krwawienie i zostałam w szpitalu. Na szczęście to był mały krwiaczek i z dzidziusiem wszystko było w porzadu. Dostałam leki i zalecenie odpoczynku. Poechałam 260km na kolposkopię do polecanego lekarza który także mnie uspokoił i powiedział że zmiany są małe i nie mam się czym martwić, należy ją tylko obserwować. Pierwsze prenatalne wyszły dobrze. Małe ryzyko chorób genetycznych. Jedynie wysokie ryzyko preeklampsji, ale dostałam acard. Na każdej kolejnej wizycie wszytko było dobrze. Dzidziuś rósł, szyjka była długa. Tak dotrwaliśmy do grudnia i kolejnej kolposkopii na którą znów jechałam 260km. Tydzień przed tą wizytą byłam przeziębiona miałam kaszel katar i ból gardła ale nie było gorączki. Żadnych objawów które wskazywałyby na to co uslysze u lekarza. Do tego cytologia płynna wyszła wzorowo i negatywny test na hpv. Na kolposkopii lekarz zauważył już rozwarcie i uwypukleniem pęcherza płodowego. Kazał jak najszybciej jechać do szpitala. Wieczorem przyjęcie do szpitala od razu operacja i załozenie szwu ratunkowego. Byłam przerazona. Całe ciało mi się trzesło podczas operacji i do godziny po niej. Bezpośrednio po operacji lekarze mnie uspokajali że wszystko będzie dobrze, że mam szef założony przez najlepszego lekarza w szpitalu. To mnie trochę uspokoiło dostałam leki po których czułam się okropnie, ale czego się nie robi dla ratowania dziecka. Podczas kontroli nad ranem okazało się że doszło do pęknięcia pęcherza płodowego i odpływają mi wody. Kolejnego dnia lekarze po badaniach powiedzieli mi, że moje zdrowie może być zagrożone, że dziecko może nie przeżyć, że muszę zdecydować czy chce ratować dziecko czy siebie. Mogło być tak że wybierając dziecko urodzi się skrajnym wcześniakiem albo może nie przeżyć a do tego ja mogę dostać zakarzenia i skończyć bezpłodna, a w najgorszym wypadku mogę umrzeć. Caly czas dostawałam leki i robione mi były badania. I ciągle odpływaly mi wody. Doszło małowodzie. Dzidziuś miał coraz mniej wód płodowych, w każdym momencie mogło mu przestać bić serduszko. Cały dzień przezpłakalam, nie wiedziałam co robić. Dostałam czas do namysłu. Kolejnego dnia, po rozmowie z mężem, miałam zdecydować czy kończymy ciążę czy walczymy o malucha.
W nocy dostałam skurczy, wody ciągle mi wypływały. Rano już prawie nic nie było i zaczęło mi rosnąć CRP. Lekarze wyjaśnili ze najprawdopodobniej doszło do zaskarżenia i organizm chce się pozbyć ciąży żeby mnie ratować. Co jakiś czas miałam skurcze i zaczynała się akcja porodowa. Musieliśmy zdjąć szwy i pojechałam na porodówkę. 19 grudnia nasz malutki cud o którego staraliśmy się 4 lata i który był zaskoczeniem i derm urodził się martwy w 23tygodnu ciąży. Miał 500gram i mierzył 29cm. Był prześliczny. Mogłam z nim poleżeć po porodzie. Przytulić i się pożegnać.
Święta Bożego Narodzenia były dla mnie mega ciężkie. Dni w których mieliśmy się cieszyć i świętować były puste. Później nie bylo lepiej. Do tego doszła laktacja, przez którą mocniej przeżywałam stratę. 11 stycznia pochowaliśmy malucha. Ciągle czuję tą pustkę. Gdy pomyślę o tym co się stało chce mi się płakać. Tęsknię za okresem gdy byłam w ciąży. Gdy czułam ruchy maluszka, gdy byłam szczęśliwa że w kwietniu urodzi się nasz cud. Pisząc to nie mogę powstrzymać płaczu.
Mam już plan działania na kolejne kilka miesięcy. Po skończeniu plamienia/krwawienia muszę zrobić kolposkopię z biopsją i kolejny raz test na HPV. Jeśli wyniki HPV i biopsji będą dobre możemy się starać znów o dzidzię. Jeśli wyniki będą złe będę musiała podejść do konizacji i odciąć część zarażonej szyjki po wygojeniu rany będziemy mogli się znów starać.
Wiem że chce się starać o kolejne dziecko, ale wiem też że to nie będzie już taka sama ciąża. Że będę się obawiać każdego dnia czy to się nie powtórzy.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.