20+3
Jutro o 16:00 USG połówkowe 😱 Trochę się stresuje, co objawia się tym, że dziś ugotowałam już garnek barszczu, garnek curry z kurczakiem i gar rosołu. Jak mam stres, ale taki jeszcze pod kontrolą, to kompulsywnie sprzątam lub gotuję. No cóż, przynajmniej będzie co jeść przez najbliższe dni 😉
Zaczęłam czasami czuć ruchy. Albo smyranie, albo coś się tam tłucze, albo takie pukanie od środka. Cudowne uczucie 🩷
W pracy dobrze wszystko wyszło póki co. Plany zagarnięcia mojego stanowiska na zasadzie inni (inna) wezmą sobie dodatki a mnie nikt nie będzie zastępował zostały zablokowane przez HR jako totalnie bezsensowne. Będzie normalnie osoba na zastępstwo, czasowo, jak wrócę to wracam na swoje stanowisko i pracujemy dalej jak było do teraz. Cieszy mnie to, nie będę w tyle głowy miała tej potencjalnej likwidacji.
W lutym jeszcze coś tam dokańczam, bo nie wyrobiłam się ze wszystkim, a w marcu znikam na urlop. No i o ile zdrowotnie wszystko będzie dobrze, to nie mogę się marca doczekać !
Na początku zamawiam większą szafę w Ikea, która już wstępnie sobie zaplanowałam aby pomieściła rzeczy moje, męża i Małej. Potem jak lekarz da zielone światło (profesor to nawet nie pytam
lecimy na kilka dni złapać trochę słońca i spędzić chyba dostatni na dluuugi czas urlop tylko we dwoje. Wracamy, przyjeżdża mój tata, z mężem malują mieszkanie. Potem ma przyjść nowe większe łóżko i zamówiona szafa także sypialnia na Wielkanoc już będzie jak nowa 🌸
Z rzeczami dla Małej jeszcze się wstrzymuje, chociaż w głowie mam już wszystko zaplanowane i umyślane. Mąż dalej w kwestii wyprawki niepomocny, a wręcz wkurzający. Nowy hit od niego: żeby nie kupować ubranek ŻADNYCH bo przecież wszystko dostaniemy jak Mała się URODZI. !!!!!!!!!!!. Nie ma sensu tłumaczyć, że nikt nie będzie za wczasu kupował mi body i pajaców do szpitala, które zresztą trzeba wyprać wcześniej, wyprasować, popakować, opisać. Złośliwie tylko odpowiedziałam, nawiązując do jego siostry, która przy pierwszym dziecku potrzebowała sztabu ludzi do pomocy.
Cóż .. kiedyś już pisałam że jesteśmy trochę jak ogień i woda. W kwestiach życia i organizacji również - ja typowy planowacz, co ma każdy wydatek pod kontrolą, excela na pół życia, listy zadań i planów, a on człowiek chaos, za to dużo bardziej często racjonalny i wyluzowany niż ja 🤡. Grunt, że jakoś się dogadujemy.
Dalej chodzę 2-3 x w tygodniu na zajęcia Aktywna Mama i Aktywna Ciąża. Zależy jak czas pozwala mi wyrwać się z pracy, bo są w środku dnia. Super sprawa, super mi te zajęcia robią na głowę przede wszystkim. No i na ciało mam nadzieję też szybciej wrócić do formy.
No i najważniejsze. Mamy imię 🥰🌸 Wahaliśmy się między dwoma, które obojgu nam się zawsze podobały. Laura lub Lena. Ja byłam bardziej za Laurą, ale mąż, upierał się na Lenę i cały czas dumnie to powtarzał łącząc z naszym (czyli jego) nazwiskiem. Przekonało mnie zdrobnienie, którego od Laury nie miałam.
Będzie więc Lenka 🩷
Kiedy to wszystko stało się takie realne, ja zaczęłam się stresować. Do tej pory czułam podekscytowanie.
A teraz? Boje się.
W przyszły czw pierwsza wizyta startowa in vitro i w kolejnym cyklu, czyli za około 2-3 tyg zaczynamy stymulację.
Boje się wszystkiego.
Jeśli się uda, to czy sobie poradzę jako mama?
"Zmiany usunięte doszczętnie".
Świętuję dzisiaj winem oraz ratami 0% na jakiś super telewizor. 😅
Dzisiaj bylam w Gamecie na pobraniu krwi z AMH, ESTRADIOL, TSH, FSH. Wyniki popołudniu ( napisze później).
Przygotowujemy się do in vitro. Czas na badania, które mnie ,Nas zakwalifikują.
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 lutego 2024, 13:20
Dużo rozmawialiśmy. Ustaliliśmy plan działania. Bo wiedzieliśmy,że trzeba działać szybko. Byłam tuż przed owulacją, więc nawet wykorzystaliśmy szanse. Wiedzieliśmy,że się nie poddamy. Zrobimy wszystko co tylko możemy, żeby mieć dziecko, żeby usłyszeć mamo i tato. Przecież nikt nam nie powiedział,że nie możemy mieć dzieci. Nie jestem bezpłodna, tylko niepłodna. A to różnica.
Nasz plan zakładał powtórkę amh, konsultacje z jeszcze innym lekarzem, w końcu każdy ma inne doświadczenia, badanie męża i wtedy dalsze kroki.
Dużo czytałam, pytałam na forum, słuchałam podcastu. Amh da się podnieść. Wdrożyłam suplementy. Witamina D, koenzym q10.
Po miesiącu amh wynosiło 0.91. Fsh również w tym cyklu wyszło mniejsze. Ucieszyłam się bo dzięki tym wynikom, mogliśmy starać się o dofinansowanie od miasta do procedury.
Wyniki badań męża również nie wyszły dobrze. Mieliśmy nadzieję, że problem leży tylko we mnie i to już wystarczy, przecież nie można mieć większego pecha.
U męża wyszła morfologia 2%, wolny ruch plemników i podwyższona fragmentacja.
Okazało się, że mamy problem złożony. Tak się dobraliliśmy.
I jak przed badaniem męża myśleliśmy,że możemy jeszcze spróbować naturalnie, tak po badaniu nie miało to większego sensu.
Obniżone amh, owulacje własne,ale słabe, podstarzałe komórki słabej jakości, nie wiadomo kiedy pojawi się ta prawdiłowa, która by przechwyciła tego najszybszego z najwolniejszych, źle zbudowanych plemników... Nie mamy czasu.
Co lekarz to inna opinia. Pierwszy ginekolog twierdził, że wszystko super, kochajcie się radośnie. Lekarz z kliniki twierdził,że jest fatalnie, in vitro jak najszybciej. Kolejny ginekolog stwierdził,że nie jest najgorzej a obraz w usg wygląda lepiej niż cyferki w badaniach. Każdy mówił coś innego.
Przyszedł ten moment, gdzie musieliśmy stawić temu czoła. Zagłębić się w temat in vitro. Wcześniej słyszałam, ale nie miałam pojęcia jak to dokładnie wygląda. Natomiast nigdy nie miałam nic przeciwko tej metodzie, żadnego ale, żadnej niezgodności. Rozumiałam,że to jedyna metoda żeby pary, które z różnych powodów, naturalnie nie mogą mieć dzieci, mogły je mieć. Że to często jedyna szansa na zostanie rodzicami. Mąż miał takie samo zdanie w tym temacie. Rozmawialiśmy również o adopcji. To też temat otwarty, nie mówimy nie. Jednak ja, młoda kobieta, chciałabym doświadczyć ciąży, porodu, tych wszystkich emocji, rosnącego brzuszka. Coś zupełnie normalnego jest mi odbierane.
Pamiętam, że jeszcze przed diagnozą, skacząc po kanałach, trafiliśmy na program nauka czy cud, o in vitro. Oglądaliśmy kobiety robiące zastrzyki, te pary zdeterminowane i niezwykle silne, laboratorium. Pomyślałam wtedy,że przejebane... nie mając pojęcia,że kilka miesięcy później to będziemy my, a ta kobieta robiąca zastrzyk, to będę ja.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lutego 2024, 17:54
Tak mam dzisiaj w 40 tygodniu + 5 iii nic się nie dzieje...
Mały nie chce wyjść.. w czwartek idę na wywołanie porodu.
Dzisiaj myślałam że będę rodziła ale znów skurcze mnie zawiodły.. były podobne do porodowych.. typu ból miesiączkowy i ból kręgosłupa ale to tylko na 2 h i sobie przeszły .
Heh. Dzisiaj zauważyłam dziwna wydzielinę taka mętkną i gęstą to napewno nie był czop .. nie wiem czy to wody płodowe .. miała ktoś już styczność z tym ?
17.02.2024
Wczoraj odbyła się punkcja.
Pobrano 7 jajek🥚.
Teraz nie mam wpływu już na nic. Zrobiłam co mogłam zrobić. Pozostało czekać, mieć nadzieje, modlić się i czekać.
Jak zawsze brak wiadomości to dobry znak. Oby tak zostało do czwartku. Wtedy będzie piąta doba po punkcji.
Proszę, dzielcie się ładnie i dołączcie do dwóch śnieżynek,które już mamy 🍀🤞🏻
Mijały tygodnie, miesiące. Nie nakręcałam się jak wcześniej, gdy mocniej zabolały piersi, nie robiłam testów ciążowych. Po prostu miałam nadzieję i chciałam żeby się udało, ale miałam świadomość problemów i czekałam czy okres przyjdzie czy nie. Przychodził. Każdego miesiąca, regularnie, co 27, 26 dni. Poprzedzony plamieniami.
Nigdy nie wstydziłam się niepłodności. Chorba jak każda inna.Nie bałam się mówić wprost z czym się mierzymy. Wolałam powiedzieć, żeby uniknąć głupich porad, o które nikt nie prosił. Wyluzuj, pojedź na wakacje, odpuść.
Czy gdybym odpuściła, wiedziałabym, że mamy problem? Nie. Radośnie byśmy współżyli pół roku, rok, tracąc cenny czas. Jeśli jest problem, to wakacje i wyluzowanie go nie rozwiążą.
Powiedziałam mamie i siostrze, szybko, po tej pierwszej wizycie w klinice. Powiedziałam,że przygotowujemy się do podejścia do procedury ivf. Powiedziałam w pracy, mamy fajną atmosferę, spotykamy się poza pracą, dużo o sobie wiemy. Powiedziałam, żeby nie wymyślać powodów dlaczego nie mogę być w pracy, dlaczego musze szybciej z niej wyjść. Tak jest zdecydowanie łatwiej. Nasi najbliżsi znajomi też wiedzą. Mało tego, jedna para ma piękną córeczkę z ivf.
Bo niepłodność jest z nami, jest obok.
Nie powinna być tematem tabu, powinna być oswojona. Powinna być szerzona świadomość w społeczeństwie o in vitro. Powinny być obalane głupie mity głoszone przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o czym mówią. Nie powinien mieszać się w to kościół. Powinna być refundacja z państwa. Powinno być wsparcie i podziw dla par, które walczą, dla ich siły. I serce mi pęka,gdy pomyśle o tych parach,których nie stać na procedurę. Które nie mogą mieć dziecka, jedynym wyjściem jest ivf a nie mogą nawet spróbować bo nie mają pieniędzy.
Nie chce się tu rozpisywać o polityce. Gdy to pisze mamy luty następnego roku i obietnice,że refundacja wejdzie w życie od czerwca ❤️
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lutego 2024, 17:57
27.10 to dzień moich urodzin. 26. Marzenie miałam jedno, by zostać mamą. I tego sobie życzyłam.
Wracając do przeszłości.
Nie wiadomo kiedy zrobił się lipiec. We wrześniu planowaliśmy podejść do pierwszej procedury ivf.
Żeby się odstresować, oczyścić głowę, przygotować do walki, pojechaliśmy na urlop.
Dobrze nam to zrobiło. Byliśmy gotowi.
Urlop też nie spowodował,że magicznie zaszłam w ciąże, Sycylisjskie wiatry mnie nie zapłodniły.
Sierpniowy cykl był inny, dziwny. Byłam pewna,że się udało. Mąż powtarzał badania, wyniki się poprawiły, ja wcinałam suplementy na poprawę jakości komórek jajowych.
Wiedziałam, kiedy była owulacja. Tydzień po miałam niewielkie plamienie, trwało do następnego dnia, po nocy było czysto. Zniknęło. Oczywiście od razu pomyślałam,że to może plamienie implantacyjne. Czułam jajnik z prawej strony. Potem dołączył ból piersi, taki jak nigdy wcześniej, były większe. Mąż był zachwycony, powiedział,że nigdy takich nie miałam. Byłam bardzo senna, budziłam się i już chciało mi się spać. Zasypiałam o 21 i spałam do rana.
Zrobiłam test ciążowy, którego nie robiłam dawno.
Wyszła bardzo delikatna kreseczka. Trzeba było się mocno przyjrzeć,żeby ją zauważyć, mąż nie widział. Dziewczyny z forum widziały, wprawne, wyćwiczone oko w szukaniu cieni cienia. Moje ekspertki 🥰 wiedziałam,że to jeszcze nic i jeśli coś jest to trzeba powtórzyć kolejnego ranka. W końcu musiał by się zdarzyć cud, mieliśmy już zrobione wszystkie badania niezbędne do podejścia do procedury, badania infekcyjne, biocenoza.
Następnego dnia zrobiłam test jeszcze raz, spodziewałam się,że pociemnieje. Z ekscytacji nie mogłam spać.
Test nie pozostawił złudzeń. Biel. Kreseczka wyparowała. Test oszukaniec. Los sobie ze mnie zadrwił, a mój organizm powinien dostać Oscara za znakomite wczucie się w rolę. Nie udało się zajść w ciążę w ostatnim cyklu poprzedzającym ivf.
Myślałam,że może biochem. Zrobiłam betę ale wyszła poniżej 2.30,więc ciąży nie było.
Do dziś nie wiem co to było.
Objawy minęły, piersi wróciły do swojego rozmiaru, przyszedł okres. Bańka mydlana pękła.
Człowiek wiedział a jednak się łudził. Nagle wróciłam do początku starań, nakręcałam się jak na początku, bo mocniej zabolały cycek.
Rozpoczęliśmy długi protokół ivf.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lutego 2024, 18:00
🍀20.08.2023 rozpoczęliśmy procedurę ivf. Protokół długi.
Najpierw powoli, po jednym zastrzyku co dwa dni. Po tygodniu wizyta,żeby skontrolować hormony i podejrzeć jajniki. Później z jednego zastrzyku co dwa dni, zrobiły się trzy dziennie i to była ta właściwa stymulacja, która trwała 11 dni.
Stymulacje znosiłam bardzo dobrze, przez pierwsze trzy dni tylko bolała mnie głowa i dosyć długo utrzymywało się plamienie. Na czas pierwszej procedury, wzięłam w pracy urlop. Spodziewałam się znacznie częstszych wizyt w klinice.
13.09 była punkcja, czyli krótki zabieg w znieczuleniu ogólnym, podczas którego pobrane zostały komórki jajowe.
Po zabiegu, kiedy już mogłam opuścić sale, poszłam z mężem do lekarza, po informacje co dalej. Dowiedzieliśmy, że udało się pobrać cztery kumulusy. Dużo? Mało? Nie wiedzieliśmy. Im więcej, tym większe szanse, więc ta informacja troszkę mnie załamała, ale byłam przygotwana, bo na wcześniejszym usg podczas stymulacji lekarz widział cztery pęcherzyki, które wyglądały na dojrzałe. Wiedzieliśmy czego się spodziewać. Dostałam rozpiskę leków, które miały mnie przygotować do transferu.
Wróciliśmy do domu. Odpoczywałam. Delikatnie pobolewał brzuch ale nie trzeba było brać leków przeciwbólowych. Żadne plamienia też się nie pojawiły.
Można powiedzieć, że od dnia punkcji, zaczyna się największy stres. Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, tylko o tym ile komórek było dojrzałych, czy udało się je zapłodnić, ile? Mąż nie mógł skupić się na pracy.
Kilinika oprócz informacji o ilości pobranych jajek, nie podaje innych wiadomości nie wcześniej niż piątego dnia hodowli zarodków. Brak telefonu to dobry znak. To znaczy,że komórki się zapłodniły i się rozwijają. Czekałam więc i błagałam by wszystko szło dobrze, a telefon nie zadzwonił wcześniej. Każdy dźwięk telefonu powodował u mnie ogromny stres, serce zaczynało bić szybciej, przychodziła ulga, gdy na wyświetlaczu pojawiał się napis Mama.
Niestety, w drugiej dobie zadzwonił telefon, tym razem wyświetlił się numer kliniki, znam go już na pamięć. Telefon, na który nie czekałam. Wiedziałam już, że to koniec.
Pani embriolog opowiedziała jak wyglądał cały proces. Tylko jedna komórka jajowa, z trzech, była dojrzała. Została połączona z plemnikiem i pozostawiona w obserwacji. W kolejnej dobie powinny pojawić się dwa przedjądrza, które oznaczają,że komórka się zapłodniła i dzieli się poprawnie. W naszej komórce przedjądrzy nie było, co znaczyło,że do zapłodnienia nie doszło, nie rozwijała się.
Zostaliśmy z niczym.
Głos mi się łamał, ale podziękowałam za informację, rozłączyłam się i szybko zadzwoniłam do męża. On już wiedział,że coś się stało. Po 20 minutach był już w domu, wyrwał się z pracy. Przytuliliśmy się i płakaliśmy razem.
Odstawiłam leki i czekałam na okres. I na rozpoczęcie drugiej procedury. Poczułam pewnego rodzaju ulgę, że nie muszę już się bać telefonu, myśleć ciągle o laboratorium. Bo to już koniec.
Wtedy dotarło do nas,że ivf to wcale nie pewnik. To nie droga na skróty jak wcześniej myślałam. To cholernie długa, kręta droga pod górę. Żmudna, trudna. Na każdym etapie coś może pójść źle, coś może się wydarzyć, można spaść z samego szczytu, by rozpocząć drogę pod górę od nowa.
Pojawił się strach, lęk, bo jeśli ta metoda zawiodła, to nie ma już nic.
Procedura in vitro jest bardzo trudna psychicznie. Finanse swoją drogą. Tu akurat byłam wdzięczna za to,że mogliśmy sobie na to pozwolić i mamy środki na zaczęcie od nowa. Co by było, gdybyśmy tej opcji nie mieli? Perspektywa kolejnej szansy trzymała mnie i kazała natychmiast wziąć się do kupy. Psychicznie jest to wyczerpujące. Czułam się jakby mnie ktoś przeżuł, wypluł i powtórzył to trzy razy. Mąż też był zmęczony, bardziej tym,że stoi obok i nic nie może zrobić, nie może mi bardziej pomóc, niż tym że po prostu jest. Starałam się, robiłam zastrzyki, chodziłam na wizyty, ciągłe pobieranie krwi, a to wszystko na nic. Znów bezsilność, niesprawiedliwość.Odechciewa się wszystkiego. Na chwilę, bo wsparcie męża, bliskich było nieocenione.
Nie oszukujmy się, procedura skupia się na kobiecie. To kobieta wstrzykuje dawki hormonów, głowica usg jest w niej częściej niż penis męża. To kobieta zasypia, by lekarz mógł wyjąć komórki. Mężczyzna w tym czasie zadowala się sam, oddając nasienie do kubka. To jest jego rola, jego zadanie.
Ale nie jedyne. Wsparcie, bliskość, słowa,że jest dumny, że jestem silna, są jak plaster. Mąż tylko i aż jest obok. Bez niego nie dała bym rady, nie podniosła bym się z kolan tak szybko, nie byłabym gotowa do walki. Jesteśmy w tym Razem.
Bardzo go kocham a przez niepłodność czuje,że jesteśmy bliżej siebie niż kiedykolwiek.
18.09 to data naszej rocznicy ślubu. Dwa lata minęły nie wiadomo kiedy.
18.09 to również była planowana data transferu. Dla nas szczęśliwa.
Zamiast transferu mieliśmy randkę. Wystrojeni celebrowaliśmy miłość i udawaliśmy przed światem, że wszystko jest w porządku.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lutego 2024, 18:02
39+5
Dziś powitaliśmy wyczekanego synka!!! 10/10, 3030 g, 54 cm
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 kwietnia, 16:02
Nowy cykl Nowe Szanse!
Na poczatek przedstawie wyniki dzisiejszych badań
Estriadool 154
LH 8,26
Kortyzol 10,10 (mieści sie w normach )
Wiec no czy ja wierze nadal w cud ? troche tak czy jestem naiwna że nagle po 5 latach zajde naturalnie ? no pewnie troche jestem...
Ale jak to sie mowi nadzieja umiera ostatnia.. dlatego nadal sie we mnie ona tli 
Ja mam tak że jak już nadchodzi nowy cykl szanse na owulacje jakieś są to mój optymizm od razu idzie do góry myśle ze nie jedna staraczka tak jednak ma 😊
Ale jeśli są owulacje to jednak i szanse jakieś też są .
Już i tak jest duży progres a zeszlym roku to ja może miałam 1 owulacje nie liczac tych dwoch stymulowanych...
wiec szanse na ciąże też byly bliskie 0...
2 Lutego mam wizyte u miejscowego ginekologa wiec licze że potwierdzi owulacje na usg plan też jest taki że poprosze go o skierowanie na laparoskopie ale zobaczymy czy uda sie coś ugrać bo on jest specyficzny jeśli chodzi o takie zabiegi... natura i tylko natura....
Myśle że też bede chciała zrobić Marzec/Kwiecień badanie AMH i krzywe trzeba powtorzyc bo ostatnio robiła 2 lata temu.. 🫣
i może dalsze badania imunologiczne ? ale to pod znakiem zapytania bo nwm czy teraz ladować w to pienidze czy sie opłaca...
Obserwuje dużo dietetykow klinicznych jedna poprzez konsultacje zlecila nawet badanie na pasożyty... w końcu bede musiała sie za to chyba wziasc bo ile można odwlekać... ale skąd na to wszystko brać pieniadze ?! 🙄
A nie wspomne gdzie brać siły na dalsze starania na dalszą walke... ale wierze że każda z nas w końcu te nierówna walke wygra
!
SIŁA JEST KOBIETĄ!!
Jutro 38 tydzień już bliżej terminu niż dalej 🥰
Skurcze przepowiadajace już jakiś czas temu mi towarzyszą ale te co wczoraj miałam no i dzisiaj .. myślałam że pojadę do szpitala rodzic .
Zacznę od początku.
Wczoraj po godzinie 21 zaczą doskwierać mnie ból jak na miesiączkę , ból podbrzusza i kręgosłupa. Myślę sobie zaraz przejdzie i będzie ok.
Nie tak szybko przeszło.. skurcze zaczęły się nasilać i zaczęło mnie czyścić. Ja w strachu bo mój mąż w pracy , w razie czego zawsze jest teściu ale wiadomo co z mężem to z mężem.
Pochodziłam sobie od salonu do sypialni.. poszłam nawet pod prysznic .. trochę minęło ale nie do końca. Wkońcu gdy poszłam się położyć.. ustąpiło. Dzisiaj powtórka z rozrywki.
Godzina 12:00 Zaczęły się silniejsze skurcze , myślałam że już będę rodziła.. bolały ale nie aż tak mocno.. trwały do 15 stej . Nawet chodziłam spacerkiem w to i we wte aby je rozchodzić , nie podziałało.
Po 16 stej zaczęłam czuć że mój synuś jest aktywny . Rozpychał się i tak jakby tam na dole ktoś umieścił kamień. Miałam tak ciężko że chodziłam jak kaczka . Po godzinie przestało mnie tam uwierać.
I skurcze przestały jako tako występować.
Teraz jest godzina 17.18 i skurcze lekkie się pojawiają.. Mój mąż l pojechał do pracy a ja czekam czy to już pomału zaczyna się poród? Czy fałszywe skurcze ..
Książkowo.
Na usg ładne endometrium. Pani doktor stwierdziła,że wszystko ładnie książkowo. Mam trochę podwyższony testosteron,ale podobno mam się tym nie martwić.
Ten progesteron,którego wyniki dostałam 'skopiowane i wklejone w wiadomości' nie były moje... Nie miałam badanego progesteronu w poprzednim cyklu, jedynie przeciwciala na różyczkę i WZW B. 🫢 No coment.
Następną wizytę mam 8 i 9 lutego.
8- badanie krwi
9- omówienie wszystkich badań
Mam nadzieję,że szybko zleci ten czas i lada moment będę miała IUI.
Na naturalne zapłodnienie już nie liczę.
Ciężki dzień. Nie pamiętam kiedy ostatni raz było mi tak ciężko na psychice.
Dzisiaj z samego rana dowiedzieliśmy się, że moja teściowa nie żyje.
Zawsze myślałam, że umiem pocieszać mojego męża. Dzisiaj jest mi strasznie ciężko. On trzyma wszystko w środku i boję się, że w końcu wybuchnie. Z jednej strony chcę żeby podzielił się ze mną tymi emocjami, z drugiej nie wiem czy jestem na tyle silna żeby to wytrzymać i go podnieść.
Wiedziałam że kiedyś ten dzień nadejdzie i będzie ciężko. Wiem też, że każdego dnia będzie mu łatwiej, ale tu i teraz jest trudne.
W tym wszystkim cieszę się, że mój syn jest za mały żeby cokolwiek zrozumieć. Że śmieje się tak samo głośno jak wczoraj, krzyczy, biega i jest elementem normalności.
Od jakiegoś czasu moje relacje z moją teściową były ciężkie, a właściwie nie istniały. Dzisiaj poddawałam pod wątpliwość niektóre moje wybory, z drugiej strony broniłam postawionych przeze mnie granic w trosce o moje dziecko. Życie nie jest czarno-białe. Jest szare i trudne i czasem ciężko pojąć decyzje, bo nie da się mieć ciastka i go zjeść.
Teraz musimy przetrwać pogrzeb. Mam nadzieję, że znajdę w sobie siłę, żeby móc ją przekazać mężowi.
Te pierwsze dni żałoby są jak ciągły kop w brzuch. A patrzeć jak te ciosy przyjmuje ktoś, kogo kocham jest straszną torturą.
31 🎂
Nadchodzący roku, bądź proszę dla mnie łaskawy.
Minął kolejny rok, a ja dopiero dzisiaj znalazłam chwilkę żeby go podsumować...
To był rok pełny emocji, radości, strachu,wielkiej niewiadomej... Ten szczęśliwy rok w którym dowiedziałam się że zostanę mamą. Zaczęła się niezwykła podróż w nieznane ale długo wyczekiwane. Nie spodziewałam się że czas zaczyna uciekać dopiero gdy pojawią się dzieci... Wcześniej czas tylko szybciej upływał po narodzinach dziecka czas po prostu zapi$@#&':dala... Mały potworek, rośnie jak szalona i z dnia na dzień kreuje swój charakterek
To był jeden z najpiękniejszych dotychczasowych przeżytych mi lat a wiem że teraz każde kolejne będą przepełnione miłością i ogromem śmiechów. Czuję się spełniona ja jako kobieta, długo żona a teraz i matka... Moje największe marzenie się spełniło pora wziąć się za kolejne 🙂
Mój mały synek kończy dzisiaj 2 lata 🥳🥹
Gdyby nie strata kolejnej ciąży powiedziałabym że były to cudowne i idealne 2 lata...
A tak jest to kolejny słodko gorzki dzień, gdzie próbuje się cieszyć z tego co mam i za dużo nie myśleć o dzieciach których nie mam...
Ja mam dla niego tylko jedno życzenie, chciałabym żeby miał rodzeństwo 😢, a poza tm żeby po prostu był szczęśliwy w tym okropnym świecie...
Patrzę że rok ponad się nie odzywałam. Dzieci rosną są kochane ❤️ wróciłam do pracy… żal mi bardzo tego czasu z Córką ale rzeczywistość i rozum mówią że to jedyna słuszna opcja. Nawet nie wiem co tu napisać, czuję taką ogromną wdzięczność, że Oni są 😍 a z drugiej strony lekko mi żal, że ciąża, mały bobas za mną… bo z różnych względów myślę że nasza rodzina jest kompleta. Dużo tu wpisów od Dziewczyn, które się starały a potem rozstały z Mężem/ Partnerem… ja to czuję że między nami jest tak źle jak.l nigdy.. czy to kryzys czy początek końca… czas pokaże… widać zawsze coś musi być nie tak.. bez szczegółów nawet gdyby coś to Mam te moje wywalczone Dwa Skarby ❤️❤️
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.