Kurwa znowu sie nie udalo !!! :( beta 0,5 :(

Kurwa znowu sie nie udalo !!! :( beta 0,5 :(

Święta powoli sobie mijają w miłej atmosferze :) prezenty rozpakowane, dużo jedzenia zjedzone :D Chociaż staram się trzymać umiar. Od wczoraj jajniki dają mocno o sobie znać to mam nadzieję, że w niedzielę na usg się dowiem, że nie bez przyczyny. No i przy życzeniach wigilijnych sporo osób życzyło żeby coś nam za rok płakało :) a wtajemniczeni żeby spełniło się to nasze największe marzenie :) Jaką mam wielką nadzieję, że się spełni!
Teściowie nic takiego nam nie życzyli i w sumie temat in vitro dalej nie wypłynął :P Ale jakoś staram się do tego nie podchodzić, że muszą wiedzieć. Poza tym nie mam pojęcia jak to przyjmą, może źle i święta to nie jest najlepszy czas na takie wieści. Teraz kiedy tam jesteśmy i jeszcze jak szwagierki są to czas leci bardzo przyjemnie i może też dlatego nie chcemy tego ruszać. Może kiedyś to wyjdzie, może nie.

Gratuluję wszystkim dziewczynom które w ostatnim czasie zobaczył drugą krechę! :) Olza, Anuszka, będę za Was i Wasze maleństwa cały czas trzymać kciuki i Was dalej podczytywać na fiolecie :)
A walczącym siły na 2016! W nowy rok wchodzimy z nową energią, chociaż cel dalej ten sam. Ale przecież z każdym dniem jesteśmy bliżej :)

14+6 (15t)

Wesołych Świąt wszystkim :)

Nie będę się rozpisywać. Napiszę tyle - chcociaż w te święta nas ubyło, bo nie przyszła siostra z rodziną to wcale nie były smutne jak poprzednie(pierwsze bez taty). Mimo że nie mieliśmy mnóstwa prezentów pod choinką, 12 potraw na Wigilii to i tak było wesoło :)
Szwagier pod naporem swej dziewczyny wreszcie się jej oświadczył wczoraj, więc czeka nas wesele. POnoć czerwiec 2017.

Cieszę się że mamy siebie z mężem i nasze maleństwo w brzuszku :) Myślę że poradzimy sobie nawet w trudnych chwilach. Życzę nam abyśmy się dalej tak kochali i się wspierali. No i moglibyśmy wygrać w totka ;)

Dziewczyny moje kochane - tym starającym się życzę tego największego szczęścia a Wam rzy nadziei życzę aby dzidziusie rosły, były zdrowe i poród był bezbolesny, tym już z dziećmi - aby były zdrowe i dawały Wam spać :)

Wesołych Świąt kochani!

2qi0p6d.jpg


Wiadomość wyedytowana przez autora 25 grudnia 2015, 20:49

21 grudnia miałam histeroskopię w Novum.
Po otrzymaniu skierowania sceptycznie podchodziłam do tego badania - uważałam je za kolejne nietrafione, jak HSG (mimo przypuszczeń jajowody okazały się drożne). Zwykłe USG ginekologiczne nie wykazywało żadnych nieprawidłowości.
Zwlekałam od września z wykonaniem go.

Przed zapisaniem się do Novum zrobiłam mały research komercyjnych zabiegów. Tj. w Warszawie sprawdziłam jeszcze Damiana i Enel Med.
Niestety okazały się sporo droższe, ponieważ sama histeroskopia diagnostyczna zaczynała się od cen powyżej 2 tys. PLN, a zabiegowa/operacyjna to były koszty około 3 tys. PLN. Do tego należało doliczyć wizytę kwalifikacyjną u lekarza i badania.

Natomiast wg cennika na stronie Novum koszty to:
Histeroskopia diagnostyczna 1825 PLN
Histeroskopia zabiegowa 2050 PLN
Histeroskopia operacyjna 2730 PLN.

Ja zapłaciłam 2050PLN (histeroskopia zabiegowa) + 148 PLN (hist-pat 2 preparaty).

Sam zabieg wygląda tak:

Po przyjeździe na wstępną rozmowę go gabinetu zaprasza lekarz wykonujący zabieg (u mnie dr Doniec) i wyjaśnia co nieco i podpisuje się zgodę. Następnie rozmowa z anestezjologiem, krótki wywiad i zgoda na znieczulenie. Później zostawia się swoje rzeczy w szatni i przebiera w jednorazową koszulę. Anestezjolog zaprasza na zabieg.
Podczas zabiegu jest się przytomnym i można normalnie rozmawiać z personelem. Wnętrze macicy można oglądać na ekranie. Później idzie się na salę po zabiegową, odpoczywa i dostaje środki przeciwbólowe wedle potrzeby.

U mnie wycięto trzy polipy, o średnicy 3, 4 i 6x4mm. Pobrano polipy i fragmenty endometrium na hist-pat. Reszta o budowie prawidłowej.

A teraz plusy i minusy zabiegu w Novum:

Plusy:
- cena,
- miłe pielęgniarki operacyjne i anestezjologiczne i bardzo pomocne
- kiedy boli po zabiegu, to nie żałują środków przeciwbólowych
- lekarz dr Doniec, raczej doświadczony operator.

Minusy:
- ból podczas zabiegu - spodziewałam się, że będzie to znieczulenie pełne, z usypianiem i w ogóle nie będę czuła bólu lub z przynajmniej taką dawką środków znieczulających, że NIC się nie odczuwa. Nie wiem - chyba za małe dawki przeciwbólowych mi podali. Czułam każdy manewr w macicy i duuuży ból, dopiero jak zasygnalizowałam, że bardzo boli dostałam dodatkowe środki przeciwbólowe, ale zdecydowanie za późno, bo zabieg był na tyle krótki, że chyba nie zdążyły już zadziałać.
- wieloosobowe sale po zabiegowe, nawet nie ma parawanów dających choć odrobinę intymności.
- na zabieg wchodzi się przez salę po zabiegową. Jeżeli leżą w niej już dziewczyny, to paraduje się przed nimi w przeźroczystej koszulce-worku. Niby nic (mnie to osobiście nie przeszkadzało), ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że są dziewczyny, które mogą się krępować.
- lekarzowi, dr Doniec, mimo "wspaniałości" wypisywanych na jego temat w necie, brakuje umiejętności socjalnych, odpowiada wymijająco na konkretne, ale nie wygodne, zadawane mu pytania. Należy raczej do tych roztargnionych. Widać, że jego nawyki podejścia do pacjentów są przyniesione z publicznego szpitala.

No i jeszcze to jedzenie po zabiegu gratis dostępne w bufecie - zwykła biała bułka z jednym plasterkiem wędliny i czarna zwykła herbata, której nie można zamienić na inną. Słabe to jest wg mnie, na prawdę... jakość żadna. Ale co kto lubi, dla mnie ani na plus ani na minus.

Ogólnie polecam wykonanie zabiegu, jeżeli są trudności z zagnieżdżeniem się zarodka, podejrzeniem polipów, zrostów itp.

Pozdrawiam!


Wiadomość wyedytowana przez autora 25 grudnia 2015, 22:03

Ciąży nadal niet :/ Nie wiem czemu tak jest:/ Zaraz rok starań nam stuknie :( A ja już wymyśliłam kolejną nagrodę pocieszenia,tym razem wybielanie zębów. Jak w najbliższych miesiącach nie będę w ciąży to skończę jak plastikowa lala :D A tak serio to boję się ,że jeszcze trochę i zeświruję...Wydaje mi się ,że nie nakręcam się nie wiadomo jak ,na to zajście ,więc raczej nie tu przyczyna,tarczyca wyregulowana ,fakt anty TPO wysokie,ale z tym nic nie zrobię,seksy wtedy kiedy trzeba są ,a ja nadal nie w ciąży:/ Może rzucić ovu na jakiś czas? Nie mierzyć ,nie sprawdzać , nie czytać? Zająć się czymś? Tylko czym? A może odwrotnie,znaleźć jakiegoś kompetentnego ginekologa? Sprawdzić czy owuluję?Zacząć biegać? Rzucić słodycze? A może tatuaż? Ech chyba zaczyna się ciężki czas...

Dostalam strasznego wkurwa od popludnia! bez powodu, chodze i szczekam na kazdego!!! okres idzie jak nic!

kama005 Czekając na nasz cud. 25 grudnia 2015, 22:50

11t2d

Wesołych świąt wszystkim życzę.

Jestem objedzona a mój brzuch jest meeeega ;)

Oczywiście mdłości i dwa małe hafty wieczorne są ;) ból głowy też.

Na razie jestem na urlopie ale od stycznia idę dalej do pracy ale na inne stanowisko.

21 grudnia spędziłam ostatni dzień w autobusie a kolejny mniej więcej w lutym 2017 ;) Ja uwielbiam swoją pracę ale wiem ze wrócę na swoje stanowisko i to mi pozwala myśleć pozytywnie ;)

Dziecko jest dla mnie najważniejsze i zawsze będzie oczywiście razem z moim mężem ;)


Wiadomość wyedytowana przez autora 25 grudnia 2015, 22:49

RofTW Przegrałam bitwę ale nie wojnę! 26 grudnia 2015, 02:01

20tydz., 2dz.

Swieta to piekny czas. Czas radości i spokoju. Teoretycznie, bo nic i nikt tak nie wkurza jak rozwydrzony bachor za ktorego jest sie odpowiedzialnym, ale ktorego nijak mozna ukarać, tylko dlatego bo nie wyszedł z twojego łona... Gospodarze naszego (bardzo udanego swoją droga) obiadu świątecznego wymieniali miedzy sobą zniesmaczone spojrzenia, ale ani moj cudowny mąż ani meża mama nie potrafili nad tym dzikusem zapanować. Moze to i wina hormonów, ale miałam ochotę tego małego psychopatę rozszarpać. Ośmiolatek ktory zachowuje sie jakby miał lat 3, biega po całym domu, wrzeszczy i rozrzuca zabawki gdzie popadnie. Zero kultury i wychowania. Uhhhh.. Obiecuje sobie juz teraz,ze moj syn będzie wiedział jak zachować sie w gościach i nigdy mu nie pozwolę na beztroskie rujnowanie czyjegoś przyjęcia.
Oh, a swoją drogą to jestesmy juz pewni na 200% ze bedziemy mieli synka :) wczoraj na wizycie u lekarza mały pokazywał sie w całej swojej okazałości, szeroko rozstawiając nóżki. Zjadłam pare m&msów przed wizytą i myślałam,ze mi z tego brzucha wyskoczy. Strasznie sie wiercił, łapał za nóżki i wogole był bardzo aktywny. Tętno (w koncu) zmalało do 121 uderzeń na minutę, wody w poządku, wszystko inne tez. Waga: coś ponad 300 gramów.
Mąż powiedział mi w sekrecie,ze odrobine liczył na to,ze to będzie dziewczynka... Złamało mi to trochę serce... Dodatkowo dzisiaj na przyjęciu, gdy obwiescilismy o tym, ze czekamy na małego chłopca odniosłam wrażenie,ze pare osob było...zawiedzionych. "Cieszysz sie?" Pytają. Oczywiście,ze sie cieszę, ale odnoszę wrażenie,ze będzie chciany tylko przezemnie :( chyba to znowu te hormony... Chce mi sie płakać...
Dostałam dzisiaj masę prezentów, w tym dwa dla dzidziaka:

564f00635125c33dmed.jpg

Byliśmy rownież na naszych pierwszych bobasowych zakupach.

1f4df5b740d14f69med.jpg

Staraliśmy sie wybrać rzeczy uniwersalne, ze względu na brak pewności co do tego kogo tak naprawde nosze. Teraz juz możemy pozwolić sobie na niebieskie szaleństwo :)

Pozdrowienia odemnie i od mojego małego kosmity :D

2f6901d843e44e79med.jpg


Wiadomość wyedytowana przez autora 31 grudnia 2015, 00:34

Dziś obudziłam się z bardzo złym przeczuciem, że moje dziecko umarło :( rozpłakałam się strasznie, mąż nie umiał mnie uspokoić, boli mnie trochę podbrzusze i krzyż :( nie lubię tych objawów, bo źle mi się kojarzą :(

Strasznie się boję, nie wiem, czym to jest spowodowane, tym, że naprawdę jest źle, czy tym, że zbliża się tydzień kiedy dowiadywałam się, że moje dzieci nie żyją.
Nie umiem tego wytłumaczyć :(

Maryjo, proszę Cię jak matka matkę, pomóż nam...

Dziś obudziłam się z bardzo złym przeczuciem, że moje dziecko umarło :( rozpłakałam się strasznie, mąż nie umiał mnie uspokoić, boli mnie trochę podbrzusze i krzyż :( nie lubię tych objawów, bo źle mi się kojarzą :(

Strasznie się boję, nie wiem, czym to jest spowodowane, tym, że naprawdę jest źle, czy tym, że zbliża się tydzień kiedy dowiadywałam się, że moje dzieci nie żyją.
Nie umiem tego wytłumaczyć :(

Maryjo, proszę Cię jak matka matkę, pomóż nam...

sosenka Serduszko pod moim serduszkiem 26 grudnia 2015, 08:27

Chciałam przeprosić za moją mała aktywność w odwiedzaniu Was kochane ale jak jest wolne to nie włączam komputera, używam jego tylko w pracy. A na komórce strasznie kiepsko działa of :(. Poza tym pewnie jak każda z Was mam wypełnione dni po brzegi, jedna rodzinka, druga rodzinka, spacery, mąż... Wreszcie można odpocząć.
Mam nadzieję, że przemilo, przemilosciowo spędzacie świąteczny czas.

Tymczasem nieodczuwam jak na razie żadnych objawów owulacji. Mam nadzieję, że będzie dzisiaj! Ostatni dzwonek. Chociaż w przeciągu ostatnich 6 cykli zawsze sie pojawiała. Czy jest reguła na cykle bezowulacyjne? Zawsze musi sie taki pojawić w ciągu roku? ;(

adora Kruszynko, czekamy na Ciebie. 30 grudnia 2015, 12:53

Kurcze nic nie czuje. Do terminu spodziewanej miesiaczki bolal mnie brzuch a teraz nic. Czasem sie martwie, czy wszystko ok ale co mi da takie myslenie?

No więc ten teges tym razem nie dam się stąd tak łatwo wykurzyć :P Zbierajcie mi ciuszki niedługo będą potrzebne ;) Jeszcze w Wigilię byłam przekonana że nic z tego miałam powiedzieć mamie że mogą puścić kciuki ale ugryzłam się w język myślę nie będę psuła im świąt. Wczoraj pozytywny test zrobiony pod wpływem impulsu a dzisiaj od 3 nad ranem mdłości zaczyna się tak jak w sierpniu... będzie wesoło to już wiem. No i trzeba powiedzieć że jestem jakaś popaprana jak można mieć mdłości w 3t 2d??? I nie to że ja sobie je wkręcam czy tam wymyślam po prostu budzę się w nocy i mam ochotę puścić ogromnego pawia i tak męczy i męczy ale nie narzekamy! Trzeba wytrzymać i tyle dla bąbelków <3 Mam przeczucie że będę we dwoje no bo jak inaczej :) A i najważniejsze w sumie po krwawieniu/plamieniu nie ma już śladu jest śnieżnobiały śluz ufff.

coffee Czekajac na Ciebie... 28 stycznia 2016, 05:58

cos czuje, ze zapowiada sie dlugi cykl, wykres jak na razie dziwny, teperatura skacze jak chce... testy owu jedna kreska... dziwne ... oby nie byl to cykl bezowulacyjny


Wiadomość wyedytowana przez autora 28 stycznia 2016, 05:56

Tempka jeszcze wyzsza!!!!!!!! choc teraz nie wiem czy mnie nie rozklada jakies chorobsko, dziwny chorobowy posmak w buzi..mezula prawie rozlozylo...kuzwa dni wolne i bedziemy lezec :/

Ciąża rozpoczęta 29 listopada 2015

Po 22 cyklach starań, po prawie 2 latach, po wielu wylanych łzach jest, moja mała kruszynka mieszka cichutko w brzuszku i jest nam dobrze, a czasem nie dobrze,ale tylko mamusi.


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 kwietnia 2016, 12:57

MAKSOWA HISTORIA CZYLI O TYM JAK ŚWIAT ZWARIOWAŁ A SERCA OSZALAŁY DLA CIEBIE KOCHANIE....<3 <3 <3

Przepraszam Was kochane, że tak długo się nie odzywałam, ale Maksiu pochłania 1000% Naszej uwagi i Naszego czasu i dopiero teraz gdy moje szczęście śpi od przeszło 2 godzin obok mnie na łóżku <3 po odwiedzinach gości i przyjmowaniu pierwszych prezentów mam chwilę by coś napisać :):)

PORÓD :

Najbardziej niezwykłe, bolesne a jednocześnie nieprzewidywalne doświadczenie w moim/naszym życiu. Teoria z praktyką nic się nie ma do siebie. Tak samo jak planowanie... Wszystko zaczęło się 18 grudnia o 21:00 kiedy od intensywniejszego niż zawsze ciągnięcia pachwin, a nie wróć zaczęło się kilka godzin wcześniej od gorącego, namiętnego seksu, tak nas poniosło że wylądowaliśmy na kuchennym blacie ;) i pewnie rozruszaliśmy już wtedy moja oporną szyjkę. Koło 21:00 położyłam się spać a niczego jeszcze wtedy nie podejrzewający mężuś siedział sobie spokojnie przy komputerku. Koło 23:00 obudziły mnie jakieś takie delikatne napinania brzucha jak na okres i takie jakieś smyranie tam na dole bo bólem tego bym nie nazwała. Idę spokojnie do mojego mężusia, relacjonuję wszystko po kolei, ten proponuje włączyć aplikacje na tel. Ok tak robię. To coś co się ze mną działo, ani nie bolało, ani jakoś specjalnie nie dokuczało. Cały czas nie wierzyłam że oto właśnie zaczął się długo
wyczekiwany dla nas moment. P. siedział cały czas przy mnie liczył skurcze, i klikał w apkę. Poszłam potem pod prysznic sprawdzić czy się wyciszą - ale nadal były :)
Dokładnie po godzinie liczenia okazało się że skurcze są w miarę regularne co 4-6 minuty i trwają 40-60 sekund, z każdą godziną robiły się coraz bardziej podobne do
siebie więc zaczęliśmy działać. Golonko, dopakowanie ostatnich rzeczy do toreb, lewatywka, jedzenie dla mężusia i ok 3:30 ruszyliśmy do szpitala. Niesamowicie "podniecające" było mknięcie ulicami miasta i to oczekiwanie na finał....Na izbie przyjęć ( jak to w nocy) cisza, spokój, zaspana Pani pielegniara :D karta ciąży-formalności-przebranie się w koszulę-z dyżuru schodzi jeszcze bardziej zaspana lekarka. Bardzo sympatyczna. Wywiad lekarski, znów formalności, badanie na samolocie, na skurczu i bez, pobranie wymazu. najlepszy był tekst lekarki z szyderczym uśmiechem na twarzy- to ma Pani te skurcze czy nie ? Bo mnie położne na górze zrugają jak wszystko ustanie :D " he he A ja miałam już całkiem całkiem wyraźne skurcze, szczególnie po badaniu szyjki. Rozwarcie wreszcie się zwiększyło do 2 palców. Lekarka dopytała się jeszcze czy nie chce wrócić do domu, wziąć ciepłą kąpiel i poczekać na większe skurcze i rozwarcie :D A ja na to stanowczo, że NIE :) Chcę dziś urodzić, w moje urodziny. Zaproponowała mi przebicie pęcherza płodowego, co ma wzmocnić skurcze a tym samym rozwarcie. Zgodziłam się i powędrowaliśmy razem na porodówkę ok 4:30.
Sala okazała się malutka ale przytulna, położna która mnie przyjmowała na swojej zmianie - bardzo sympatyczna i ciepła. Podłączyli mnie najpierw do KTG aż na dwie godziny co pod koniec bardzo już mnie wkurzało bo chciałam siuku a nie mogłam wstać. Pobrali krew do znieczulenia. Co chwile ktoś mnie badał a to położna a to lekarka...W końcu mogłam iść do toalety. Bo dwóch godzinach zapisu zdecydowali się przebić pęcherz. Jak zobaczyłam przyrządy - strach zajrzał w oczy - lekarka trzymała w dłoniach coś jakby długą penestę-nożyczki. Kilka ruchów i ciepłe wody popłynęły, zupełnie nic nie bolało. W tym czasie zmieniła sie położna - szybkie omówienie planu porodu i rozpoczęła dyżur moja lekarka - jak ja się uradowałam na jej widok :) Skakałam na piłce, znów badanie, skurcze jak dla mnie były już dosyć silne ale słaby postęp akcji porodowej - rozwarcie mało się zwiększyło, znów ktg, prysznic - siedziałam pod nim chyba z godzinę - wtedy to już kurewsko mnie bolało. Próbowałam w czasie skurczu rozluźnić się cała ale wychodziło z różnym skutkiem. Później zmieniliśmy sale na inną ale nawet większą ;-) Ok. 9:00-9:30 przyszedł anestezjolog i zrobił mi znieczulenie ZZO, sam zastrzyk kompletnie nic nie bolał, nie miałam drętwienia nóg ani nic z tych rzeczy, musiałam tylko nieruchomo siedzieć w czasie wkuwania. Ból zmalał, nie ustąpił całkowicie ale byłam w stanie rozmawiać na skurczach z P. Ulga trwała jakąś niecałą godzinę, po czym moja lekarka zakazała podawania drugiej dawki znieczulenia, bo główka nadal nie schodziła w dół. Decyzja o oksytocynie. NIe minęło 10 minut a skurcze były już nie do wytrzymania. To był ból w skali takiej że chciałam walić głowa o ścianę by sobie ulżyć. Parcie na sedesie, znów piłka, leżenie na boku wszystko by główka zaczęła bardziej schodzić. Zaczęły się straszliwe bóle miednicy, zupełnie jakby ktoś ściskał ją w imadle i skurcze ud oraz pośladków - normalnie wyłam na nich. Mimo już pełnego rozwarcia nie mogłam jeszcze przeć, a tylko o tym marzyłam :) W końcu dostałam zielone światło i zaczęłam przeć. Tak normalnie na łóżku. Ulga niesamowita. Wysiłek też. Nie wiem skąd i jak ale wiedziałam jak oddychać, jak przeć, zamykałam oczy i parłam z całej siły dopingowana przez położna i moją lekarkę która cały czas przy mnie była, mąż w tym czasie dociskał moja głowę do klatki piersiowej. Musieli mnie naciąć ze względu na nietypowe ułożenie główki Maksa - okazało się że głowa sklinowała się bokiem i dlatego tak opornie schodziła. Dzielny tata byl cały czas z Nami. Skurcze parte trwały 14 minut. Mały pojawił się na świecie dokładnie o 13:13 i świat zwariował. Już nic nie bolało, a zamiast płaczu pojawiła się uśmiech. Dostałam go od razu na brzuch, pod moja koszulę i się przytulaliśmy. Zapłakał dopiero po chwili od wyskoczenia a jak tylko znalazł się na mnie uspokoił sie. Oglądałam te małe stopki, rączki i śliczną buziulkę i nie mogłam uwierzyć że jest mój, że dałam radę mimo bolu nie do zniesienia ;) Dumny tata pewnie przeciął pępowinę. Łożysko odeszło w całości. Moja pani doktor założyła dwa małe szwy w sródku i 3 na zewnątrz z nici rozpuszczalnych. Niesamowite bylo tam leżeć i tulić to mokre kochane ciałko. Maks pachniał faktycznie biszkoptami ;-) był ciepły i mokry, nie przeszkadzała mi maź czy krew ( której naprawdę było nie wiele) Ja po prostu go kochałam. Tata ocierał łzy szczęścia a synek już domagał się cyca <3 Zabrali Go do kącika noworodka dosłownie na chwilkę, tata powędrował razem z synkiem. Ja w tym czasie była oporządzona, czekałam już na swoją kruszynkę :) Zaraz po przewieźli nas na 2 godzinną salę obserwacyjną. Tam maluch zassał cyca jak odkurzacz i miał pierwszą sesję foto :D Zdjęcia naszej pociechy powędrowały do najbliższych. Ja dostałam obiadek i wreszcie mogłam się najeść ( po ZZO ciumkalam tylko cukierki i łyki wody - jeść mi nie wolno było) Zaraz potem przyszła do nas moja lekarka jeszcze raz pogratulowała udanego porodu i zdrowego synka. Powiedziała że świetnie sobie poradziłam i byłam opanowana jak na to co przeszłam ;) Przytuliła mnie tak zwyczajnie po
ludzku, życzyła zdrówka i powiedziała " To co do zobaczenia za rok " ha ha a ja na to że najbliższy poród to chyba za dwa lata :P Potem koło 15 przewieziono Nas na oddział położniczy i tam to już zupełnie inna opowieść :) <3 <3 <3


PIERWSZE WSPOLNE CHWILE NA ODDZIALE...


W szpitalu spędziliśmy równo 50 godzin ;) wypisano Nas w poniedziałek o 15:00. Na położnictwie trafilam do sali z trzema innymi dziewczynami. Jedyna jako świeża. Reszta leżała już piąty dzień, bo w badaniach ich maluszków wychodzilo oś nie tak, crp albo bakterie w moczu lub zółtaczka. Moj P. całym tym porodem byl zmęczony nie mniej niż ja sama, więc wyslalam go do domu z nakazem najedzenia sie i odespania zarwanej nocki. Malutki po dostaniu cyca spal jakieś 5-6 godzin a ja bylam zbyt słaba by wstawac z łóżka, więc razem odpoczywaliśmy. Szwy nieżle bolaly więc leżalam na boku. Po jakiś trzech godzinach siku - strasznie się tego balam na szczęście obyło się bez traumy. I znow na łóżko bo słabo. Pierwszej doby nawet nie miałam siły się wykąpać, także tatntum rosa i mokre chusteczki były zbawienne :) Pierwsza noc super przez małego przespana, dostał cyca i spal kolejne 6,5 godziny. Ja działałam jak automat, nie zastanawiałam się nad tym co sie stało, endorfiny nieźle mnie napędzały :D przyglądałam się jak głupia Maksowi zamiast spać ;-) Dopiero jak zaczęły spływać życzenia i gratulacje od rodziny i znajomych, po raz pierwszy od porodu rozpłakałam się. Emocje i hormony wzięły górę. Doszło do mnie że mimo trudu i ogromnego bólu dałam rade, że mamy dziecko, że jestem mamą. Niesamowite uczucie. Jednocześnie euforia, szczęście, duma, miłość do tego zawiniątka, które jeszcze niedawno było ze mną. Pierwsza doba upłynęła nam w takich oto właśnie barwach ;) W niedziele z samego rana tatusiek był już przy Nas, pomógł mi się wykąpać, tulił i przewijał Maksa, zaliczyliśmy nawet we troje malutki spacerek po korytarzu. Nas troje. Nasza rodzina. Jak to pięknie brzmi. Uczucie zmęczenia i osłabienie, nie malało a ja mimo iż psychicznie czułam sie the best to fizycznie byłam jak zdechły kapeć u lewej nogi. Twarz ziemista, buzia spuchnięta, w nosie popękane naczynka a w oku zrobił mi się mały wylew z wysiłku. Rozmawiając już tak na spokojnie z mężem, dowiedziałam się że jego emocje całkowicie puściły jak wracał do domu, stal na jakimś zjeździe i ryczał jak bóbr. Kochany mój ;-* Powiedzial mi że jest bardzo dumny ze mnie, bo Nasz poród był jego zdaniem ciężki a ja i tak dałam radę ;) Godziny w szpitalu mijały bardzo szybko od karmienia, przewijania, mojej toalety, posiłków, obchodów, odwiedzin P., badan małego. Muszę przyznać tutaj że opieka i warunki w szpitalu bardzo dobre - każdy miły, ciepły i życzliwy. Jedzenie i toalety - jak w każdym szpitalu - bez szału, za to badania i troska jak najwyższa - rana zaczęła się u mnie goić, laktacja rozkręcała się jako tako a badania małego - słuchu, bioderek, ogólne - wszystko po prostu idealnie. Pierwsza kupa szczęśliwie wylądowała w pampersie :D W niedzielę o 19:00 Maksiu odbył swoją pierwsza kąpiel - było trochę wrzasku ale za to potem - jaka ciszaaaa i ukojenie. Ślicznie pachniało jego ciałko i włoski - Drugi najpiękniejszy zapach, który zapamiętam do końca życia ;-) Druga i za razem ostatnia noc w szpitalu już taka spokojna nie była, mały nie najadał się moim mlekiem, płakał praktycznie od 19 do 5:00, a ja razem z nim. W końcu zdecydowałam się poprosić o mm. Bez problemu babeczki z neonatologicznego je dały. Mały wreszcie się najadł i spokojnie zasnął. W poniedziałek rano, na obchodzie zaczęto coś przebąkiwać o wypisie, ale znając sytuacje dziewczyn z sali, nie cieszyłam się od razu, wolałam poczekać na sprawdzone informacje. Mężuś przyjechał w odwiedziny o 13:00 i faktycznie szykowano nas do wyjścia. Pierwsze szczepienia Małego, pobranie krwi na badania przesiewowe, wypis mój i Jego - jego pierwsze dokumenty - książeczka zdrowia - och jaka Ja byłam dumna. Jestem dumna :D Szybka moja toaleta i powrót do normalnych ciuchów a mały w tym czasie zdążył się obsrać i obszczać tacie :D wsadziliśmy go do kombinezonika i fotelika - Był/jest taki malutki w tym wszystkim i ruszyliśmy w pierwszą podróż jako 3-osobowa rodzina. Zamykając drzwi oddziału otworzył się dla Nas nowy rozdział życia.... Aaa na wyjściu Pani z portierni dala Nam malutkie czerwone, wyszywane, serduszko, przypięła je do fotelika, życzyła zdrowia dla maluszka i żeby się dobrze chował ale ostatnie słowa powaliły mnie na kolana " Niech Bóg nad Wami czuwa" przytuliła i mnie i P. Zupełnie obca osoba, ale tyle życzliwości z jej strony nas spotkało. Totalnie się rozkleiłam w drodze do domu. Jakby nas znała. To dzięki Bogu możemy doświadczać teraz Naszego Szczęścia. Czuwał nad Nami od początku Naszych starań, ciąży i porodu. Mam głęboką nadzieję, że nadal tak będzie....


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 grudnia 2015, 16:55

Znów jestem tu.... 13 tyg mojego szczęścia zakonczylo się 15 grudnia na usg kiedy dowiedzielismy się ze 2 dni wczesniej serduszko przestalo bic... Nie umiem sobie z tym poradzić, narazie na pewno nie będziemy się starać, ale mam nadzieję, że pewnego dnia i do nas znów zapuka szczęście i tym razem juz zostanie...Narazie jest ból, rozpacz i łzy...

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)