Dzien zaczal sie odruchem wymiotnym po otwarciu lodowki. Potem nie bylam w stanie dokonczyc jogurtu.
W pracy jak zwykle zmeczenie psychiczne z powodu bandy idiotow. Ja sie przyzwyczailam, moje nerwy srednio.
Nastolatka nadal u nas.Zrobila obiad. Super, bo wrocilam glodna jak wilk. Chcialam posprzatac, ale padlam na lozko. Odespie i lece na fitness.
Nie mogę się wyleczyć. Jest coraz gorzej, jestem niemal nieprzerwanie chora od 3 tygodni, a o trzech dniach leżenia pod rząd nie mam nawet co marzyć i co tu zrobić? Dupsko jedno wielkie z tym wszystkim. Już taka jestem wyżuta i wypluta, że wszystko mi się miesza, nic nie pamiętam, a czeka mnie jeszcze egzamin, bo w sumie czemu nie
I jutro miałam iść po wpisy, ale się niefortunnie umówiłam do gina no i po szybkim oszacowaniu priorytetów idę do gina. Może będę miała szczęście i zdążę jeszcze po wpisy...
Swoją drogą, coś mi się w brzuchu na owu nie zapowiada, jajniki jak się odzywały tak się odzywają nadal, bardziej jak na torbiel niż na cokolwiek innego
Testy wychodzą negatywne, tempka nie skacze... Jakoś to wszystko strasznie długo trwa. Jakbym wiedziała, że tak będzie to bym się bardziej cieszyła z tych 21 dniowych cykli co mi się zdarzały w gimnazjum
Cały tydzień mniej czekania i nerwów 
Poza tym dowiedziałam się dzisiaj, że jestem bardzo wymagającą instruktorką
Ostatnia rzecz jakiej bym się po sobie spodziewała 
I Mąż pojechał...Wróci dopiero w piątek... 
Dziękuję Wam kochane za wsparcie. Może nie powinnam pisać o takich sprawach w pamiętniku, ale ciężko mi samej z tym wszystkim. Mężowi czasami wolę nie mówić, bo on jest zdania, że nie lubię jego rodziców i się zupełnie bezpodstawnie czepiam. Wielu rzeczy nie widzi, bądź nie chce zobaczyć. Czasami czuję, że to walka z wiatrakami. Nigdy nie będę ważniejsza od mamy, a nasze rozmowy na temat teściów i prób ograniczenia wizyt kończą się kłótnią. Wiem, że teściowa wyrzuca mężowi rzadkie jej zdaniem wizyty, więc może stąd te jego rozliczne pretensje. Nie będę go jednak usprawiedliwiać, bo na wiele sytuacji przymyka oko. Nie jeżdżę - awantura, pojadę, a zwrócę mu uwagę, że teściowie byli złośliwi - awantura. Pojedziemy w niedzielę, w poniedziałek pyta kiedy jedziemy kolejny raz.
AniaEtoile - napisałaś, że mąż jest pośrodku. Według mnie jest tylko za rodzicami. Ciągle słyszę, "a mama mówiła, że ty ich nie lubisz", albo "później się dziwisz, że cię nie lubią". Ciekawe czy chcieliby mieć mniej tolerancyjną synową. Może wtedy zrozumieliby. Niestety, do mojej teściowej nie dotrze żaden mój opór. Nie ma na to szans. Układa nam życie po swojemu, planuje nasze wyjazdy i przyjazdy, a mąż najzwyczajniej jej nie odmówi, bo mama zaraz się zasmuca i prawie płacze. I wtedy: no może przyjedziemy. Na mój płacz nie reaguje. No cóż, nie jest idealnie. Ktoś zapyta: nie widziałaś, że jest maminsynkiem? Otóż nie. Zawsze wyśmiewał się z takich facetów, na wyjazdach do mamy dzwonił bardzo rzadko. Wtedy to wszystko wyglądało inaczej. Mówię i tłumaczę, że musimy trochę wyhamować z tymi wizytami, przyzwyczaić rodziców do rzadszych odwiedzin, bo jak będziemy mieć dziecko, to nie będziemy go targać co tydzień. Odpowiedź: każdy tak jeździ, tylko nie my. I jak tu się nie stresować? Na wykresie to już stresu nie zaznaczam, dla mnie to codzienność. Wiele rzeczy wybaczyłam i teściom i mężowi, ale każda nowa sytuacja budzi we mnie większy żal i boję się, że kiedyś to wybuchnie. Według męża ze mną nie da się rozmawiać, a jego rodzice boją się już do mnie odezwać. Trochę to dziwne skoro potrafią niejedno mi wyrzucić bądź mnie wyśmiać. Mąż nigdy tego nie zobaczy, nie zrozumie, bo ufa im bezgranicznie. Jak widać, mi niestety nie. Nic z moich tłumaczeń, żeby otworzył oczy, bo kiedyś może być za późno, czy musimy się rozstać, by zrozumiał. Mam wrażenie, że gdyby na szali położyć jego miłość do mnie i do mamy, wynik byłby bardzo przewidywalny. Zawsze myślałam, że pomiędzy mną a teściami powinna panować bardzo miła atmosfera, bo w końcu teraz jesteśmy najbliższymi mężowi osobami. Ale tak chyba już nie będzie. Teraz to wszystko to tylko gra, udawanie, którego zawsze się bałam. A mąż twierdzi, że darzyliby mnie większą sympatią gdybyśmy się wybudowali tam. Nie wierzę w to. Człowieka szanuje się za to jaki jest, a nie za to gdzie mieszka. Sądzę, że wtedy dopiero pokazaliby mi swą prawdziwą twarz. Codzienne kontakty dawałyby przecież większą sposobność do konfliktów. Może Pan Bóg wie, co robi, że nie mamy dziecka? Mąż i teściowie już pewnie by zaplanowali maluchowi życie. Mąż myśli tylko o foteliku do samochodu, żeby go wozić do rodziców. Jak widać, wszystko skazane na niepowodzenie.
nie długo mąż będzie wracał z pracy to powiem żeby kupił mi test i zobaczymy
ale chyba nie udało się bo mam suchy śluz i temp 36,5
wierzyłam pod językiem
miałam owujację 10:)
Eee, bedzie @, bo mi sie ssanie na slodkie wlaczylo. Tabliczka czekolady to malo!

Do tego durna porada dnia: "Postaraj się unikać cukrów prostych. Szkodzą one zdrowiu i negatywnie wpływają na płodność. Cukry proste mogą zaburzać równowagę hormonalną poprzez nadmiar produkcji kortyzolu, tym samym osłabiać gruczoły nadnerczy, które produkują hormony płciowe. Zbyt wysokie spożycie cukru może powodować również niedobory witaminy B, magnezu, osłabiać reakcję immunologiczną oraz powodować zbyt wysoki poziom insuliny we krwi (insulinoodporność także wiąże się z niepłodnością). Zatem jeśli najdzie Cię ochota na słodycze, zamiast batonika, sięgnij po sałatkę ze świeżych owoców (najlepiej tych sezonowych). Ponadto cukier możesz zastąpić również syropem klonowym." Powalilo was?! 
Fitness w porzadku. W glowie mi sie w sumie krecilo, ale mialam wode i nie szalalam. Fasola, jesli tam jestes, wczepiaj sie mocno w scianke! Mama jest silna, Ty tez musisz! :-*
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 sierpnia 2013, 19:38
Kochany pamiętniku!!
Dziś czuję się całkiem całkiem... Mdłości nie opuszczają mnie choć nie są tak uciążliwe jak wczoraj.. Jestem senna tylko bardzo ziewam jak szalona dziś....
Z moim humorem to ciężko stwierdzić bo nie mam złego ani dobrego... Jestem smutaśna lecz sama nie wiem dlaczego... I co w ogóle mi jest...
14 luty - 28 tc i 69 % za nami
Jak ten czas szybko leci... Dopiero robiłam test, a już kupujemy wyprawkę. Mały na ostatnim badaniu miał już 990 g. Ułożony oczywiście pośladkowo, więc czekamy aż uparciuch się odwróci główkowo, a jeśli nie - czeka mnie cesarka. Nie chce pokazać niestety twarzyczki - stale zasłania ją rączkami i nóżkami. Wprawdzie ostatnio udało się zobaczyć nosek, ale zaraz się ponownie zasłonił.
Dziś test obciążenia glukozą i okulista, zakupy dla malucha. W natłoku tych wszystkich spraw zapomnieliśmy, że dziś mija 4 rocznica od naszych zaręczyn
Wpadka - mąż właśnie dzwonił z pracy i pyta czy wiem jaki dziś dzień... Wstyd się przyznać, ale najnormalniej w świecie zapomniałam. A teraz siedzę i wspominam - to były fajne czasy...
Pamiętam ten dzień jakby to było dzisiaj. Pierwszy dzień: 13 luty... Jak w każdy weekend M. przyjechał do mnie. Był jakoś tak bardziej odświętnie ubrany, ale nie dało mi to jakoś do myślenia. Z okazji Walentynek wręczył mi pudełko czekoladek i kazał je od razu otworzyć. Gdy to zrobiłam moim oczom ukazało się czerwone pudełeczko z pierścionkiem zaręczynowym. Wtedy uklęknął i zapytał czy zostanę jego żoną
A kolejnego dnia przyjechał oficjalnie prosić o moją rękę rodziców - z kwiatami dla mamy i czekoladkami dla taty. Oj... Wzruszyłam się tymi wspomnieniami 
Czasami dopdają mnie głupie myśli.. Wiem, że poronienia zdarzają się często, znam też kilka dziewczyn, którym się to przytrafiło, ale tylko dwie nie mają dzieci.. Nie mam z kim o tym porozmawiać. Siostra i mama nie raz próbowały, ale nie umiem z nimi rozmawiać. Czuje, ze mnie nie rozumieją. Siostra ma córkę, mama poroniła dwa razy, ale miała już nas. To również strata, ale myślę, ze jest różnica gdy już ma się dzieci. Czytając pamiętniki wiem, ze jest tyle złych historii, tyle cierpienia i strat i wtedy sobie myślę, ze nie powinnam się tak użalać nad sobą...
Tak czy siak czasami się zastanawiam czy nie byłoby dobrze gdybym nie zmieniała lekarza... Moja ginekolog przyjmuje godzinę drogi od mojego domu. Gdy zaszłam w ciążę pomyślałam ze może lepiej zapisać się do miejscowego lekarza ( też prywatnie) do którego chodziła moja siostra, w końcu GDYBY COŚ BYŁO NIE TAK to będę miała go pod ręka (od początku takie myśli). Na wizycie w 5tc widziałam pęcherzyk, dostałam skierowanie na badania które miałam pokazać 10 stycznia czyli 3 tyg później. Zalecone tylko witaminy i kwas foliowy. Wizyta 20 grudnia więc nie zrobiłam tych badań odrazu. Okres przedświąteczny, praca i myśl,że wyniki zrobię na początku roku bo nawet bez sensu lecieć odrazu skoro zaraz będą nieaktualne. Ciąża przestała się rozwijać między 6 a 7 tyg. A ja nawet wiem, że było to 30 grudnia... I tak sobie myślę, może miałam niski progesteron? Może gdybym wyniki zrobiła odrazu po Świętach byłoby dobrze ? Nie plamiłam, ale może można też mieć niski progresteron i nie plamić.. Miałam mieszane uczucia, raz podejście, że przecież nic się nie może stać,później że co jeżeli coś się stanie, a później jeszcze co ma być to będzie... Niby daje radę, ale przychodzą myśli co by było gdyby. Jest mi trochę przykro. Z nudów przeglądam zdjęcia i trafiłam na archiwalne świąteczne...
To moja historia w wielkim skrócie. Jednym słowem nie stosowaliśmy żadnej antykoncepcji przez 3 lata. Uskutecznialiśmy tak zwany stosunek przerywany. Który był idealną linią obrony dla mojego narzeczonego, gdy miałam gorszy dzień i wykrzykiwałam całemu światu, że na pewno coś jej z nami nie tak...
Nasz pierwszy raz kiedy postanowiliśmy szczerze i świadomie starać się o dziecko to kwiecień tego roku, później maj, później czerwiec... teraz sierpień.
Mieliśmy tylko miesiąc przerwy ale postanowiłam zacząć wszystko od początku i potraktować sierpień jako pierwszy miesiąc oczekiwań.
w głębi serca czuje, że zajmie nam to dużo czasu, że wcale nie będzie to takie proste, że nasze przypadłości będą odwlekać ten moment w nieskończoność.
Choć wiem, że minęło dopiero mało czasu, nie mogę wyzbyć się tych myśli...
~~~
Prawdziwe życie zaczyna się wraz z prawdziwym marzeniem. Kto potrafi marzyć, nie stracił nadziei. A nadzieja może wszystko.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 sierpnia 2013, 18:09
Zastanawiam się nad zakupem testów owulacyjnych i na lepsze monitorowanie dzięki nim kolejnego cyklu. Myślicie, że to dobry pomysł? Czy one naprawdę są pomocne?
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 sierpnia 2013, 21:03
Ech... moderatorzy wyrzucili mi wpisy z pamiętnika!!!!
Już są z powrotem 
Dziękuję moderatorom za szybkie wyjaśnienie sprawy 
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 sierpnia 2013, 04:43
14dc a owulki ni widu ni slychu... hmmm dziwne
pewnie juz jej nie bedzie....
ale nic straconego bo meza nie ma, staran tez nie ma. czyli ten miesiec to luzik...
i bardzo dobrze, chociaz sobie znow psychicznie odpoczne od tej pogoni za dzieckiem....
maseczka na twarzy, swieczki w pokoju, jakis dobry film trzeba jeszcze poszukac i wieczor jest moj
jutro wieczor tez juz zajety, bo z kolezankami na nocne kino pod gwiazdami sie wybieramy... kocyk, piwko i te sprawy i bedzie fajnie 
Bedzie na 100% dziewczynka a wiec mała Oliwka. Wizyta bardzo przyjemna, a maż zachwycony tym ile widac na usg. Mała troszkę nadrobila bo wg. Usg jest 18t1d a dziś realnie 17t4d.
Życie jest cudem, cudem który rośnie w moim brzuszku. Tak tym brzuszku! 
Chyba szybciej niż myślałam będę musiała kupić "ciążowe" gacie bo brzuszek już jest ogromny i widać go na tyle że ciotki na weselu się zorientowały.. Szłam w zaparte do końca ale chyba mi nie uwierzyły w małe kłamstweko;p a nawet jedna z nich doszła do wniosku że to chłopiec będzie heh no zobaczymy :**
Zrobiłam dziś siemię na mleku z dodatkiem cukru i rodzynek.Wyglądało to troszkę jak kaszka manna.W smaku nie było jakoś super,ale zjadłam wszystko.Jutro jeszcze dokupię sok i dodam do tego.Czy w takiej postaci też będzie działało?
Dziś były tylko plamienia.A tak poza tym dziewczyny mam mały problem.Dziś podczas badania szyjki najpierw była otwarta po chwili zamknięta,a potem znowu otwarta.Teraz nie wiem co zaznaczyć na wykresie...
Dziś pierwszy dzień po urlopie w pracy. Nie było źle. Koleżanki świadome były, że mogę nie wrócić już z urlopu, część moich obowiązków same zrobiły. Ja dziś dokończyłam i jestem już na bieżąco.
Dziś była już jawna dyskusja w moim pokoju w pracy na temat mojego in vitro. Wszystkie koleżanki wiedzą, mimo że to nie ja im powiedziałam. I stwierdziłam, że nie ma sensu z tego robić tajemnicy. Więc jak jedna się coś zapytała, to otwarcie na głos poinformowałam wszystkie, że się nie udało, ale walczyć dalej będziemy i będę starała się zakwalifikować do programu rządowego.
Dziś przeanalizowałam wszystkie dni po transferze. I doszłam do wniosku, że jak będę u swojego gina to muszę koniecznie z nim porozmawiać o skurczach. Po transferze wieczorami odczuwałam skurcze i obawiam się, że one mogły być przyczyną niepowodzenia. Może są jakieś leki by powstrzymać skurcze? W gruncie rzeczy to w życiu bym sama nie wpadła że to skurcze, gdyby nie to, że w marcu miałam identyczne, a wtedy mi nawet do głowy nie przyszło, że to skurcze. Ja wtedy pomyślałam, że dzidziusiowi tak mocno serduszko bije. A następnego dnia na izbie przyjęć dostałam taki opieprz, że głowa mała. Jeśli są jakieś sposoby by je powstrzymać, czy ewentualnie leki by do nich nie dopuścić to poproszę lekarza, aby przed kolejną próbą dał mi receptę na ten specyfik. I potruję mu o zastrzyku na zagnieżdżenie. Wcześniej miałam coś takiego podanego, teraz lekarz z kliniki nie chciał mi dać recepty na to. Więc do kolejnej próby muszę trochę pognębić swojego gina, który i tak mi już bardzo w życiu pomógł. I wie, że jak o coś proszę, to faktycznie jest mi to potrzebne.
Na razie okresu jeszcze nie dostałam. Boli mnie brzuch, ale nic nie wskazuje by @ miała się pojawić. Ciekawe ile będę na nią czekała?
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 sierpnia 2013, 22:16
Dudu ma 3,5 miesiąca, magiczne 3 miesiące gdzie kolka mija minęły, dlaczego do cholery ten brzuszek meczy nas każdej nocy? Czyli wpis z serii „ponarzekam sobie”.
Od dłuższego czasu, myślę ze od Ok 2 miesięcy już, Dudu jest bardzo niespokojny przy karmieniu. Na początku to było po prostu niepokojące, niewygodne, bo musiałam czuwać przy karmieniu. Potem zaczęło się to robić bolesne, a był nawet okres kiedy sutek krwawił, a Dudu ulewało się z krwią. Powiedziałam o tym pediatrze. Mam wrażenie, ze podczas karmienia ma bóle brzuszka, macha nogami, odchyla główkę, kręci się strasznie, na koniec łapie i wypluwa sutek zaczynajac płakać. Pediatra powiedziała, ze to byc może przez refluks ma podrażniony przełyk, przepisała lek do podania na noc. Lek podajemy już od półtora tygodnia, a ja mam wrażenie, ze jest coraz gorzej. Czasem krzyczę z bólu, kiedy Dudu zaciska i wyrywa się. Jestem tym karmieniem wyczerpana. Jestem wyczerpana domysłami, dlaczego tak się dzieje? Czy za mało mleka leci? Za wolno może? Widzę, ze na początku kiedy piers jest pełna, ssie ładnie, nawet trochę łapczywie, a potem kiedy leci mleka mniej zaczyna się mordęga. Na wadze przybiera dużo, to znaczy ze je dobrze. W trzecim miesiącu było prawie 3 kg więcej w stosunku do wagi urodzeniowej. Z drugiej strony, gdy patrzeć na jego zachowanie, to nie powiedziałabym, ze jest to zniecierpliwienie, a ból, cierpienie. Jestem zmęczona bólem piersi, niepewnością, zamartwianiem się... w dodatku nocki są ciężkie, teraz budzi się 3 razy, wychodzi co 3 godziny na karmienie. Co trzy godziny ból przy karmieniu, czekanie z Dudu w rekach aż się mu odbije, dobrze zaśnie, odkładam go do łóżeczka i mam 2,5 godz snu zanim wszystko się zacznie od nowa. Czasem jeszcze wielki płacz, jeśli boli brzuszek, wtedy nie udaje się tak szybko odłożyć do łóżeczka, wiec snu jest mniej miedzy karmieniami. Myślałam, ze fajnie by było karmić do 6 miesiąca a potem przejść stopniowo na butelkę, teraz coraz poważniej zastanawiam się nad wprowadzeniem butelki na noc. Tylko zdaje sobie sprawę, ze takim sposobem karmienie piersią może się szybko zakończyć. Z drugiej strony, to co teraz przeżywam zniechęca skutecznie kontynuowanie karmienia. Z Fifim kochałam to karmienie, te chwile spokoju, kiedy widziałam, ze jest mu dobrze przy piersi, to było coś wspaniałego. Żałuje, ze nie jest nam dane doświadczać tego z Dudu.
Nocki z Fifim wyglądały podobnie, czyli karmienie po kilka razy, ale miałam więcej siły, cierpliwości. Starość? Czy to ze te noce ciągną się praktycznie od 2,5 roku? No bo ledwo Fifi zaczął przesypiać noce, pojawił się Dudu. Chyba nie będę mieć już siły na 3 dziecko.
Seks seks seks... No właśnie. Mamy z mężem po 33 lata, młodość nam spierdziela, a czasu, sposobności i sił na seks brak. Przynajmniej z mojej strony. Kiedy już dojdzie do zbliżenia jest super, mysle sobie, tego mi było trzeba, orgazmy są z wiekiem fajniejsze
ale zabrać się do tego... to tak jakbym wybierała się na bieg na 10 km.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.