Dziś początek 6tyg.
(5Tydz, 1dzien)
A więc zaczynają się objawy ciążowe, książkowo jak narazie... wrażliwość na zapachy..OMG:o ja zawsze byłam wrażliwa, ale teraz... czuje mięso z odległości 500m 
Zapachy zaczęły się dzisiaj i od razu mnie zemdlilo. Ktoś zamówił tajskie jedzenie do pracy i jadł przy biurku. Generalnie zwykle jemy przy biurkach, bo przerwy żeby siedzieć w kuchni i jeść spokojnie są za krótkie. Niestety korpo rządzi się swoimi prawami:/ 30 min przerwy na cały dzień łącznie z chłodzeniem do toalety i posiłkiem, który teoretycznie powinien byś skonsumowanumy w kuchni. Ale ludzi na piętrze jest chyba ze 100. A kuchnia jest jedna.Wiec jemy korpo szczury przy komputGdy wychodziny do toalety musimy sie przelaczyc w aplikacji na status: break. I kazdego dbia woadomo ile korzystasz z przerwy. Jak przysciembiasz i sie nie przelaczysz to zaraz manager to wychwyca i potem na dywanik.Takie korpo zasady... trochę nie ludzkie ale od kiedy korpo jest ludzkie:p
W każdym razie nie mogłam dziś znieść obiadów innych do tego stopnia, że mi się dzwigalo i musiałam zamykać nos.
Niestety zrobiłam sobie kanapki z salami i ogórkiem kiszonym na dziś... i olaboga... Dziś nie mogłam tego znieść. Ogórek smakował 4x kwaśnej, salami snierdzialo kiełbasa niczym jad kielbasiany:D Jogobella, która wzięłam na przekąskę będę cukier cukier cukier sam cukier. Ledwo dziś to zjadłam. Coś musiałam, bo jak nie jadłam to zaraz hipoglikemia, spadek cukru, trzesace rece i ogółem opadam z siły.
Zmęczenie jeszcze tak mocno nie doskwiera. Ale na pewno przyjdzie:p
Poza tym pojawiły się pryszcze na buzi. Niech bedzie:D to ponoć efekt progesteronu:p
Zaczęłam brać globulki rano i wieczorem. Czuje się spokojniejsza wiedząc, że zareagowałam kiedy trzeba. Nie bede miala do siebie zalu, ze nie zrobilam nic, gdyby cos sie dzialo. Lekarz wie, przepisał co trzeba, badań więcej nie robię, żadnych przyrostow bety itp.. nie potrzebny stres. Nie mam chyba już na nic wpływu. A nie będę latać po lekarzach 2x w tygodniu i siać panikę. Też wogole przez 2 dni tu nie zaglądałam, tylko w swój kalendarz. Jak tylko czytam forum to już swiruje, że np czemu jeszcze nie rzygam, że czemu nie czuje że w ciazy, że ktoś pisze że też tak miał, A potem puste jajo plodowe. Albo, że czemu lekarz nie widział pęcherzyka, że ktoś w tym tyg już widział... itd itd.. serio wariuje. Dlatego nope, co ma być to będzie. Chciałabym się cieszyć w końcu ta ciąża a nie analizować. Generalnie to chcialabym tez ja przespac az do 12 tyg
zeby szybciej minelo to ryzyko najwikszego zagrozenia :p taka hibernacja heheh.
W pracy powiedziałam, że nie jadę na integrację.Powiedzialam managerowi pytal czemu,ale odpowiedzialam sila wyzsza, gdyby dopytywal to powiedziałabym, że urodziny mojej babci, impreza rodzinną,babcia 90 lat nie można jej ominac:p ale nie drazyl.Moze się domyśla.. hmm:D chociaż,to facet... oni się nie domyslaja:p
O ciąży powiedziałam koleżance, więc wie jak sprawa wygląda, wiem że się nie wygada. Nie mogłam się powstrzymać z radości i musiałam komuś powiedziec:D cieszyła się bardzo, mówiłam jej wcześniej że się staraliśmy i że jedynym powodem dla którego nie pojechalabym na tą integrację byłaby ciąża:p no i tak się zdarzylo:) Chciała mnie wyciskać, ale że nikt nie mogł w kolo wiedzieć co się święci, to tylko pisalysmy ze sobą na komunikatorze:D
Większej liczbie osób nie planuje powiedzieć, w pracy do momentu kiedy nie dostanę zaswiadczenia. Potem przysługuje mi 6godzinnt tryb pracy. Tzn niby na 1h pracy przysługuje mi 15 min przerwy od komputera. Ale w rzeczywistości pewnie po 6 h pójdę do domu. Zależy jak to w tym roku będzie, bo się przepisy pozmienialy, kiedyś można było tylko 4h pracować:p i 4 h przerwy. Czyli w efekcie szło się do domu po 4. A teraz nie wiem. Może każą mi te 15 min co godzinę bimbac. I leżeć na kanapie :p wolę te 6 h i do domu.
Inna sprawa jutro faktycznie jest imprezka rodzinna, generalnie imieniny babci. Cała rodzina się zjeżdża jak co roku babcia ciast napiekla,nagotowala, postawi flaszkę na stół i gosci ludzi:D (babcia ma 90 lat) wciąż jeździ na rowerze 12 km do kościoła pod górę. I prowadzi gospodarstwo i dom sama na wsi. Podziwiam ja, serio. Okaz zdrowia. W każdym razie, jadę tam sama autem, bo mąż jutro pracuje więc mam wymówke,co by wina nie pić. Trche tylko się boję że się siostry czegoś domyśla jak zacznę świrować, że nie chce kawy, albo jak poproszę jedną żeby mi pomogła włożyć do auta pufe która zamówiłam na allegro i przyszła do niej.
trzeba ściemniać i ściemniać i jeszcze się dzielnie trzymać, żeby się rzygać nie chciało:p
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 września 2018, 18:41
Tydzień 22
Patryk ma 4 miesiące 3 tygodnie i 7 dni
Mam różowe włosy i żółwia.Wstając rano z łóżka nie myślałam,że stanę się posiadaczką różowych włosów i że do naszej rodziny dołączy Loyd.Jak to się zaczęło ano od tego że pojechaliśmy na zakupy do centrum handlowego uzupełnić braki w naszym domu,do jednych z nich należał pokarm dla rybek,a zapomniałam dodać,że wczoraj przygarnęłam dwie nowe rybki,wracając do tematu pokarmu musiałam go kupić wchodząc do zoologika liczyłam się z tym że mogę wyjść z niego nie tylko z pokarmem ale z czymś jeszcze tylko nie wiedziałam z czym po chwili mój mąż i córka poszli oglądać te wszystkie cudeńka uwagę zwrócili na królika miniaturkę i na żółwia,po krótkiej rozmowie wybór padł na żółwia,zresztą królika nie chciałam bo za kilka tygodni być może dostaniemy szynszyla,czekamy tylko jak będzie gotowy na odsepatrowanie od mamy i jej mleczka.Do żółwia trzeba było dokupić akcesoria i pokarm.Po zakupach pojechaliśmy do domu organizować nowy dom dla pana Loyda.Wyszło wszystko ok w między czasie będziemy modyfikować tak jak w przypadku rybek.Mam nadzieję że nowy członek naszej dużej rodziny będzie czuł się u nas dobrze.
Pamiętnik miał być przede wszystkim dla Patryczka no ale chyba nie będzie miał nic przeciwko temu że czasem napiszę o kimś/czymś innym niż on:-)
Dariaa - nie wiedziałam, że tu jeszcze zaglądasz 
Może masz trochę racji, że analizuję ale cóż - jestem naukowcem, takie przyzwyczajenie
Nie twierdzę, też ze pomocy nie otrzymamy, bo Panie z ośrodka zapewniały że tak. Bardziej chodzi mi o pewien niedosyt w związku ze szkoleniami. Czego dowiedziałam się np. o FAS? Cóż, zostały nam pokazane zdjęcia dzieci z FAS, została przeczytana lista objawów + dostaliśmy tę listę do domu, oraz została przytoczona historia dziewczynki która zaraz po urodzeniu wyglądała na pełnoobjawowy FAS a pół roku później wszystko znikło. Teraz ma 5 lat i rozwija się normalnie. Koniec tematu lecimy dalej. Ogólnie było to 6 około godzinnych do max półtoragodzinnych spotkań na których po kolei były „omawiane” tematy. Żadnych spotkań z rodzinami adopcyjnymi, żadnych „prac” czy „zadań”, po prostu wykład podczas którego można zadać pytanie.
W dodatku, większość osób w grupie deklarowała chęć adopcji jak najmniejszego dziecka. My dopuszczamy możliwość starszego (do 3-4 lat) oraz rodzeństwa. Niestety, ponieważ byliśmy w mniejszości (żeby nie powiedzieć jedyni), to temat jak radzić sobie ze starszymi dziećmi został, że tak to ujmę olany. Jak budować więź z dzieckiem? No przecież w przypadku noworodka to przychodzi naturalnie, podczas karmienia, przewijania itp. Na nasze pytanie co w przypadku starszego dziecka, odwiedź - trzeba sobie radzić inaczej. I tyle.
W dodatku czułam się napiętnowana już od pierwszego dnia szkolenia. Na początku prowadząca się do nas zraziła, bo na liście "wymagań" co do dziecka pojawił się punkt - brak alergii na psią sierść/brak strachu przed psem. Jak może pamiętasz, mamy już starego i schorowanego psa. Nie pozbędziemy się go. Oczywiście prowadząca od razu zaczęła - a co jeśli urodziła by Pani dziecko które miałoby alergię? No cóż byłaby to trudna sytuacja i nie wiem co bym zrobiła, ale skoro dajecie mi wybór to chcę dziecko bez alergii.
Kolejną "wpadkę" zaliczyliśmy przy kartotekach dzieci. Nie wiem czy u was też tak było, ale nam na pierwszym szkoleniu rozdano przykładowe kartoteki abyśmy zobaczyli jak to wygląda. My dostaliśmy kartotekę 5 letniej Jessici. I w związku z tym imieniem zadałam proste pytanie - jak wygląda sprawa z imieniem dziecka przy adopcji i czy można je zmienić. Ja rozumiem, że komuś takie wymyśle imię może się podobać, ale ja dziecka krzywdzić nie chcę. Oczywiście znowu dziwne uwagi pod naszym adresem.
Na szczęście druga kobieta, ta która nas przyjmowała i połowę szkoleń prowadziła, była spoko. Ta która prowadziła pierwsze i pozostałą połowę była do nas uprzedzona.
Cóż wyszedł mi trochę wpis krytykujący nasz OA. Trochę żałuję, że go wybraliśmy. Z tego co czytałam to w innych ośrodkach wygląda to zupełnie inaczej. Tworzy się bardziej grupa wsparcia czy coś w tym stylu. My nie mamy kontaktu z nikim z naszej grupy, więc nawet nie wiem kiedy ich procedury ruszą.
Samopoczucie na dziś – po japońsku, czyli jako tako. Nie jestem super zdołowana, ale też nie jakoś super radosna. Trochę się martwię i stresuję, bo doszły inne problemy. Na szczęście te problemy zostaną rozwiązane na dniach. Czy szczęśliwie czy nie to się okaże.
5 dzień @
Temperatura 36,67. Znaczny spadek
Byłam u kardiolożki
lekarz z powołania, obym tylko znalazła podobnego endo i będę już w domu
serce jak dzwon! Tarczyca jeszcze nie odcisnęła na nim piętna i jak już biorę leki to powinno być tylko lepiej. Mogę brać propranolol 2x 10mg a jakby mi bardzo spadło ciśnienie to lekarka dała mi nr do siebie i mam dzwonic. Pierwszy raz spotkałam się z takim miłym i empatycznym traktowaniem i tym, że dostałam nr telefonu do lekarki. Moje serduszko jest zdrowe i to jest dla mnie informacja dnia
w końcu jakieś dobre wieści 
Dziś zajrzałam do flo zobaczyć jaki dzień cyklu bo chyba rzeczywiscie zaczynam odpuszczać skoro nawet nie wiem
to już coś. Głowa ciagle zajęta ale może za jakiś czas już odpuszczę. Bo z tym mam największy problem. Walczyłam o coś 2,5 roku. Niby było comiesięczne rozczarowanie ale świadomość że działam i jest szansa była budująca a teraz? Teraz kazano mi się zabezpieczać i się nie starać
No ale jak przestać? Jak odpuścić? Jak uznać, że na tą chwile przegrałam?? Ale to tylko bitwa, przegrałam bitwę
wojna jeszcze trwa!! Zmienię taktykę, przebuduje siły i ruszę do walki z nowymi siłami aż do ostatecznego starcia!
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 września 2018, 16:04
[27 dni pozostało...]
PIĄTEK
Jutro ostatni dzień antybiotyku.
Za 3 dni termin @
Obiecałam sobie że nie będę testować w weekend. Nie ma po co. Cykl był bezowulacyjny, temperatura nie skoczyła. Nie ma szans. Ale człowiek taki głupi i mimo wszystko ma jakąś tam nadzieję... wytrwam w postanowieniu?
ćwiczymy silną wolę 
Ostateczne przygotowania do transferu czas zacząć. Dziś jadę na wlew z accofilu, czy jak to się tam nazywa. Od dziś też dodatkowe leki i transfer w poniedziałek.
Z jednej strony chcę mieć nadzieję, że się uda. Z drugiej cichy głos mi podpowiada, że na co ja liczę...
No nic, zobaczymy czy czeka mnie kolejne rozczarowanie, czy może jednak nie. Mój mąż, jak zawsze pełen optymizmu twierdzi, ze się uda. Szkoda, że ja już tak nie potrafię...
Samopoczucie na dziś - zestresowana, trochę zdenerwowana.
Dzieki dziewczyny. Niestety moja tesciowa jest niereformowalna i jak jej mowie ze zaczynam diete i zeby dla mnie nie gotowala to ona wraz robi tylr ze i dla mnie a jak nie chce to juz widze ze ma focha... Ja mam tez problem ze slodyczami nietety
i tu nie ma niczyjej winy tylko moja slaba silna wola ze tak jest...
Kolejny piekny dzien za nami. Pojechalam spotkac się z koleżanką w super kawiarni. Balam sie jechac ze Zwierzem ("bo sie rozryczy i nie da wypic kawy"), ale usnal i udalo nam sie wypic kawe, zjesc najpyszniejsze ciacha i jeszcze obskoczyc biblioteke (pozyczylam m. in. ksiazeczki kontrastowe). A ze dzien byl piekny to zamiasy wrocic do domu wloczylysmy sie po miescie. Karmilam synka ns lawce i przy stole piknikowym w parku. Jest super cieplo wiec nie ma problemu z karmieniem i przewijaniem na powietrzu. W parku Zwierz marudzil, ze nie chce lezec w wozku wiec wzielam go na kolana i tak sobie siedzielismy i plotkowalismy. Zyc nie umierać. Po powrocie do domu "czytalismy" ksiazeczki. Gapil sie jak sroka w gnat:o) a jak wieczorem poszedl spac, to spal 5godzin ciurkiem! Kochaniutki ten moj synek.
3 dzień @. Temperatura 36,84. Wciąż boli podbrzusze i plecy
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 września 2018, 07:56
Wzrost: 174 cm , waga 64 kg
1 cykl starań trwa od 18 sierpnia po dziś dzień. Jest to 22 dc. Nie miałam wcześniej regularnych miesiączek, ani jednakowych objawów. Niejednokrotnie było sucho tam na dole, innym razem bardzo dużo śluzu, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, co on oznacza, bo się tym nie interesowałam.
PCO wykryli w 2011 roku, gdy zgłosiłam się do endokrynologa z nieregularnymi miesiączkami, bywało że nie występowały przez 2 - 3 miesiące. Wtedy też wyszła insulinooporność, dostałam Metforminę 500 mg i tabletki anty, o które sama poprosiłam, choć lekarz nie był skory mi ich przepisać z automatu, jak czytam we wpisach niektórych dziewczyn, że właśnie w taki sposób były leczone pierwszym rzutem. Po 1,5 roku brania metforminy sama ją odstawiłam, bo nie widziałam żadnych rezultatów, miesiączki nie pojawiały się regularnie i po prostu olałam temat. Aż do sierpnia 2018, gdy ponownie zaczęłam się tym interesować, poszłam po receptę i biorę 1500 mg/dobę, którą właściwie sama sobie ustaliłam po przeczytaniu wytycznych Towarzystwa Ginekologicznego w leczeniu PCO. Skończyłam ratownictwo medyczne, zaczynam od października studia pielęgniarskie, medycyna nie jest mi obca i wiem czym się kierować, przy podejmowaniu takich decyzji.
Zaczęłam coraz bardziej zagłębiać się w temat choroby i przygotowywać na ewentualną ciążę.
- wykonałam cytologię,
- odwiedziłam ginekologa i endokrynologa, chodzę również prywatnie do ginekologa,
- zbadałam hormony TSH, FT3, FT4, morfologia, jonogram, testosteron, progesteron, prolaktyna, FSH, LH
- zażywam suplementy i leki - kwas foliowy, witaminy z grupy B, olej z wiesiołka do okresu owulacji, siemię lniane, metforminę 1500 mg, kwasy Omega 3, Castagnus 1 tabl. oraz luteinę, (rozważam od nowego cyklu Inofem, ponoć ma bardzo dobre opinie i niektóre kobiety zachodziły w ciążę po jednym opakowaniu),
- zmieniłam dietę i opieram wszystko co jem na indeksie glikemicznym (opiszę na czym polega w innym poście),
- odstawiłam całkowicie słodycze, chipsy, piwo - ma szczególnie wysoki indeks glikemiczny, bo aż 110, gdzie glukoza ma 100 (alkohol, najczęściej whiskey lub wódka bardzo, bardzo sporadycznie i w niewielkich ilościach),
- z 3 kaw dziennie zeszłam do jednej (kawa może zmieniać środowisko pH pochwy na kwaśne przez co pochwa jest mniej przyjazna plemnikom) ale bez tej jednej nie jestem w stanie obudzić się w pracy
,
- staram się ćwiczyć przynajmniej 3x tygodniowo na siłowni, choć ze sportem akurat zawsze się lubiłam i dotychczas ćwiczyłam w domu z Mel B, biegałam, jeździłam na rowerze, rolkach,
- od dwóch miesięcy nie palę papierosów, wcześniej sporadycznie.
Jest to mój 1 cykl, który obserwuję, mierzę temperaturę, choć nie o stałych godzinach i nie zawsze rano zaraz po wstaniu, ponieważ praca w szpitalu mi na to nie pozwala, gdy idę na 24-godzinny dyżur. Zapisuję ułożenie, twardość i stopień otwartości szyjki macicy, śluz sprawdzam czasem kilka razy dziennie, codziennie test owulacyjny zakupiony na Allegro. Bacznie obserwuję swoje ciało, czy jajnik pobolewa, czy piersi, czy więcej krost wyszło lub jestem wyjątkowo drażliwa. Nigdy nie miałam PMS, a bardzo bolesne miesiączki, tak że bez Nospy się nie obyło, zdarzyły się może 3 razy w życiu. To chyba wszystko co mogę podpowiedzieć, co można zrobić w obecnej sytuacji. Za godzinę mam wizytę u ginekologa i jestem ciekawa co jeszcze poradzi. Na wcześniejszej wizycie dała skierowanie na badania na płodność (w tym właśnie jest FSH, LH) ale popełniłam błąd bo powiedziałam jej, że aktywnie nie staram się o dziecko tylko chciałam uregulować okres i walczyć z PCO. Powiedziała, że nie ma co walczyć dopóki nie chcę dzieci, więc dziś powiem że zaczynam na poważnie działać.
Mój P. póki co się nie badał, to dopiero początki, poza tym nie sądzę by miał jakiekolwiek problemy, ponieważ jego tryb życia i on sam to okaz zdrowia, a przy perspektywie PCO najpierw zajęłabym się sobą. Jeśli nic nie pomoże, zbadamy i jego.
Ciąża rozpoczęta 11 sierpnia 2018
Już po wizycie. Leki:
- Luteina 50 mg podjęzykowo 2x dziennie (15 - 25 dc)
- Estrofem 2 mg 1x dziennie (5 - 9 dc)
- Clo 50 mg 1x dziennie (3 - 7 dc)
dodatkowo: Inofen saszetki 1x dziennie plus to co biorę teraz, czyli Castagnus.
Na monitorowanie pęcherzyka przez USG mam się zgłosić między 11, a 13 dc.
Czytając historie innych kobiet nieraz ginekolog mówił "popróbujcie pół roku, rok i zobaczcie czy się uda, a jak nie wdrożę leczenie." Podoba mi się u mojej pani doktor, że nie czeka aż poniesiemy 5 porażek tylko od razu wdraża odpowiednie leki, bo dała dokładnie to co powinna, o czym czytałam w wytycznych. Może dzięki temu nie będę czekać na dwie kreski latami. Mam szczęście, że na nią trafiłam, ma bardzo dobre opinie, pracuje u mnie w szpitalu i wielu ludzi ją poleca. Zabieram się za czytanie ulotek nowo nabytych leków.
Bylam u lekarza... Świetna babka (już do niej chodzilam). No ale w sumie nic nowego; musze wrocic na terapię, bo mam trochę nierozwiazanych spraw w glowie...
Zaczęliśmy 10 tydzień. Mdłości jak nie było tak nie ma, ale rozmawiałam z moją mamą i ona w obu ciążach też w ogóle nie miała, więc jakoś przestałam się tym przejmować. Oczywiście, jak nie urok to sraczka i dopadło mnie przeziębienie. Męczy mnie katar i pobolewa gardło. Leczę się domowymi sposobami. A to syrop z cebuli, a to mleko z czosnkiem. Tragedii nie ma, ale oczywiście główka pracuje. Wyczytałam w internetach, że przeziębienia same w sobie nie są groźne, zdecydowanie gorsze jest łykanie leków na własną rękę. No to nie łykam. Idę dzisiaj do lekarza, niech obejrzy co trzeba i da zwolnienie. Wizyta u ginki w środę. Modlę się, żeby wszystko było w porządku.
W tym tygodniu czekam na: wakacje wyjazdowe (jedziemy dziś wieczorem!) oraz na ovu. Takie piękne ovu miewałam przed leczeniem - plamienia międzymięsięczne potwierdzone w monitoringu, że to to. A teraz od 8 miesięcy na lekach, lekach, lekach. A jeszcze premiera płyty Suede! Ho ho ileż to już lat?
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 września 2018, 12:30
29tc (28+5)
Kurcze od 2 dni mam jakiegoś dziwnego doła... Chce mi się wyć, bo wydaje mi się, że nie dam rady wszystkiego ogarnąć do narodzin Okrucha. Przekładam wszystko z kąta w kąt, nie wiem jak to wszystko zorganizować, ułożyć, żeby miało ręce i nogi
przy tym to przekładanie i przenoszenie strasznie mnie męczy... Wczoraj kupiliśmy w Ikei mnóstwo organizerów, ale ja nie wiem do końca jak je wykorzystać
jak pogrupować to wszystko, jak ułożyć, aby było funkcjonalnie...
Poza tym kiepsko śpię w nocy, trudno mi już przekładać się z boku na bok. Potrzebuję chyba po prostu, żeby ktoś się nade mną politował, poniańczył, pogłaskał po głowie, porozpieszczał i zapewnił, że dam sobie ze wszystkim radę. Ehhh... Nie lubię tak marudzić, bo wiem, że ludzie mają dużo gorsze problemy, a ja właściwie sama nie wiem o co mi chodzi 
Z pozytywów - dzisiaj puściłam pierwszą pralkę z ciuszkami. Póki co tylko "neutralne", bo ciągle nie wiemy na pewno kto się tam kryje. I to też mnie wkurza, rzygam już tym białym, szarym i kremowym. To akurat negatyw. Inny pozytyw jest taki, że imię dla dziewuszki przyklepane. Będzie Emilka.
10 dc, usg. Dwa pęcherzyki dominujące, endometrium 3-fazowe, ale cienkie, tylko 5mm. Jeśli do poniedziałku sensownie nie urośnie, IUI przekładamy na następny cykl. Piłam codziennie lampkę czerwonego wina, zagryzając migdałami, ale i tak clo ewidentnie upośledziło moje end. Co dziwne, podczas poprzednich stymulacji niby endo było ok. No ciekawe, może jeszcze nie wszystko stracone w tym cyklu. Poniedziałek pokaże.
Mam dziś gorszy dzień. Dowiedziałam się, że znajomi zaczynają się starać o dziecko. Na bank im się uda szybko, mimo, że są starsi i mają mniej zdrowy tryb życia. Cieszyłabym się ze szczęścia innych tylko wtedy gdybym sama była matką. W tej chwili niestety nie potrafię tego robić.
22dc ... chora katar, kaszel, przeziebienie. W 15dc w sobote mialam inseminacje... po kilku dniach bol sutkow... troszke pobolewa mnie od tamtej pory jajniki badz podbrzusze jak na @... czulam tez ciagniecie brzucha ale doslownie kilka minut... staram sie nie nakrecac...
Wczoraj bylam na weselu i przy odwozeniu ludzi... bo czekalam na szwagra ktory 20min sie zegnal z jednymi ludzmi, wybuchlam... ahhh nerwy mnie niosa... moj M jest na mnie zly, ja slabo sie czuje... i powiedzialam, aby na poprawiny jechal sam... testowac bede najwczesniej w pon... albo pozniej aby sie nie zalamac... bo ovitrelle utrzymuje sie do 10dni ktory byl robiony w piatek tuz po poludniu, przed dzien inseminacji .
Pora zrobic goraca herbatke z cytrynka milego dnia
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 września 2018, 14:01
Nie mam chwili czasu bo rok szkolny się zaczął i muszę produkować tony papierologii.
Do tego dostałam wychowawstwo po kimś,czego nie lubię bo trudno potem zapanować nad taka klasą.
Zawsze mam n a[początku trochę stresa i obawiam się,że tsh znowu mi poleci w kosmos.
Dowalili mi świetlicę i teraz nie wiem jak się dostanę do lekarza,chyba nie zdążę na czas bo z tej dziury pociągi do Poznania nie jeżdżą, przesiadka nie pasuje i muszę jechać 20 km na dworzec.
Coś tam wymyślę, może ktoś się zgodzi zamienić.
Gorzej z hematologiem- kobieta mi zapisała żelazo we wlewie a tu tymczasem nikt tego nie chce podać. To znaczy tak : potrzebuję skierowania od rodzinnego.Udałam się tam a rodzinny ( był ten buc,szef przychodni) chciał mnie diagnozować od początku.Najpierw mam mieć zrobiony test na wchłanianie żelaza, a potem jak się okaże ,że nie wchłaniam to podadzą mi żelazo ale nie te,które zapisała hematolog ale takie, jakie będą mieli. Obleciałam wszystkie szpitale w okolice i wszędzie tak samo. A jeszcze muszę mieć od hematologa zaświadczenie,że wykorzystała wszystkie inne metody leczenia. No to po co ten est na wchłanianie żelaza? Profesor hematologii ma się tłumaczyć przed internistami dlaczego chce podać żelazo.
DO tego szpital w tym wspaniałym City ma bardzo złą opinię.Ale mimo to poszłam tam na izbę przyjęć się pytać co i jak. Grzecznie się spytałam a tu jakaś gruba baba razem z ratownikiem,który też tam był, nawrzeszczeli na mnie,że pierwsze słyszą,że żelazo się podaje w szpitalu.Gruba twierdziła,że jak jej dziadek miał mieć podane żelazo to przyszła pielęgniarka i podłączyła w domu. Ciekawe jak to załatwiła. A ten ratownik twierdził,że to powinien podać lekarz rodzinny bo każdy musi mieć zestaw do reanimacji bo inaczej by nie mógł mieć gabinetu.
No to ja znowu do rodzinnego, gdzie mi powiedzieli,że absolutnie tego nie podadzą bo to tylko w szpitalu.
W końcu znalazłam prywatny szpital w Poznaniu, gdzie niby się zgodzili podac to żelazo co hematolog zapisała tylko chcą od niej skierowanie. No ale ona mi skierowania nie dała bo miał dać rodzinny.
Muszę się wybrać do Poznania, wedrzeć się bez kolejki i poprosić o skierowanie.Wtedy jest nadzieja,że wreszcie się uda. Nie będzie to łatwe bo mam tam teraz kawał drogi i zanim się tam po pracy dowlokę to będzie już wieczór.
Cyrk na kółkach.
Trzeba przemyśleć chytrą strategię.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.