7+6 tv, 36 dpt
13 mm mojego walecznego cudu. Powinien mieć jakieś 15 mm więc złapał lekkie opóźnienie ale to może być też różnica pomiaru. Najważniejsze, że rośnie, serce bije ❤️
Dzisiaj włączył mi znowu doppler, tym razem napewno ten szkodliwy bo ten w kolorach.
Nie umiałam wykrztusić żeby nie włączal bo chciał tak sprawdzić skąd te krwawienia. Na dziecko też najeżdżał, wiem że powinnam udać lekarzowi ale głową już robi swoje. Siedzę teraz i żałuję, że tego nie przerwałam. Nie wiem co mogłam zrobić. Nie zgodzić sie?
Pozostaje mieć nadzieję, że to badanie i moje tchórzostwo nie zaszkodzi dziecku.
Widać dużo naczyń wokół pęcherzyka ciążowego i to może z nich tak ciągle krwawię.
Krwiak jak był taki jest.
Doktor byk zdziwiony, że nie ma poprawy po lekach.
Wczoraj zaczęłam mocno krwawić, w nocy też a teraz jakby całkiem mniej plamie. To są takie wyrzuty krwi a po nich zawsze jest chwilę spokojniej i później od nowa dużo. Dlatego on podejrzewa, że to z tych naczyń jak się rozrasta ciąża. W mam tam jakieś duże żyły. Że to wina samej ciąży, że rośnie i sama sobie jakby szkodzi.
Za tydzień kolejna wizyta.
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 maja 2025, 15:56
Cześć.
Gdyby nie wyniki bety to nie wiedziałabym że jestem w ciąży, nic nie czuje , czuje się normalnie , zwyczajnie może to dobrze? Jedynie mam lekką tkliwość piersi i czasami mnie brzuch poboli ale tak z kilka minut to wszystko.
Mam ginekologa 7 mego czyli w środę.. boję się że mnie wyśmieje że sobie sobie uroiłam , wiem że mało co będzie widać ale mam kilka pytań do niego. Trzymam kciuki za siebie i to bardzo.
Jest inaczej niż w poprzedniej ciąży.
W poprzedniej wszystko czułam, bolało mnie wszystko brzuch i plecy , miałam uczucie niepokoju .
10cs 7dc
Zakończyłam swoją przygodę z kolejnym bezowulakiem, który przypadł na 9cs. Na szczęście nie dłużył się zbyt mocno i łącznie trwał 40 dni.
Mogę ruszyć dalej z miejsca i czekać spokojnie na już wyznaczoną drożność jajowodów. Badanie czeka mnie 5.06 czyli już w ten poniedziałek. Na ten moment jestem tylko ciekawa czego się dowiem i jakie będą rezultaty badania.
Jestem ostatnio bardzo przemęczona.
Okrutnie męczą mnie ludzie. Potrzebuję wyciszenia i samotności. Pobyć chwilę ze swoimi myślami.
Kolejne dni mi uciekają, a jednocześnie dłużą się niemiłosiernie.
Może zabrzmi to pesymistycznie choć wcale takie nie jest.
Mocno stąpam po ziemi i mało jest takich rzeczy, które potrafią zwalić mnie z kolan. Wizja braku posiadania dzieci sprawia, że czuję ukłucie, ale nie jest to tak paskudne uczucie niemocy i strachu o własne życie jak to, gdy obcy mężczyzna usiłuje cię udusić.
Nie układam już planów działania.
Odpuszczam próbę kierowania losem. To się nie udaje, a ja tego nie zmienię żadnym zaklinaniem rzeczywistości. Badanie hsg jest (na ten moment) ostatnim krokiem, gdzie chcemy ingerować i wspomóc naturalne poczęcie.
Nie jestem chyba aż tak zdeterminowana na osiągnięcie celu. Być może właśnie za takie podejście dostaję lekko po dupie?
Stawanie za sterami wykończyło mnie przez ostatni rok.
Przechodzenie przez ogromną nadzieję nowego życia po szczerą nienawiść do swojego ciała. To nie dla mnie. Tak się nie da żyć.
Mocno się dystansuję i to pomaga mi najbardziej.

Staramy się od września zeszłego roku, może nawet nieco wcześniej. Bez skutku, niestety. Już po kilku miesiącach wiesziałam, ze cos jest nie tak. Od lat cierpię na insulinoopornosci (metformina, dieta i tak dalej), ale w tym roku wyszła mi jescze niedoczynność tarczycy. Kilku lekarzy bagatelizowało problem, aż w końcu trafiłam na takiego, który się tym przejął. Przypisał mi odpowiednie leki, może od nich jest szansa na ustabilizowanie tarczycy, a tym samym spadek prolaktyny.
W planach drożność za dwa miesiące i w tym samym czasie rozszerzone badania u męża.
Powoli zaczynam już tracić jakąkolwiek nadzieję i brakuje mi siły na wieczne bieganie od lekarza do lekarza, brania na to wolnego w pracy itp. Powoli już zaczynam tracić nadzieję. Kilka razy już mi wychodził cień cienia, ale... Potem przychodziło krwawienie i tyle z tego było.
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 czerwca 2023, 13:53
Eh... ten wpis nie bedzie dopingujący, optymistyczny i tak dalej.
Jestem po oznaczeniu bety. Wynik spodziewany. Czy była nadzieja? Oczywiście, że tak! Czy boli? Oczywiście że tak, ale mniej dużo mniej. Przyswajamy z mężem świadomość, że być może będziemy sami we dwoje.
W sierpniu mamy kolejna wizytę w klinice gdzie będziemy wiedzieć co dalej robimy. Wszystko zależy od badania nasienia, ale pierwszy krok to inseminacja. Podejdziemy do niej oczywiście, ale nie wiem czy na tym nie skończymy. Na dzień dzisiejszy mam chyba tego powoli dość, mój mąż też. Zaczęliśmy budowę domu. Fundamenty idą do góry więc skupimy się bardziej na tym, bo już to jest namacalne i Nasze. Może tak musi być. Tak poprostu.
Jutro nowy dzień nowe nastawieni pewnie inne, ale dzisiaj jest jakie jest.
Piotrek 2 lata 7 miesięcy 17 kg
Michał 5 miesięcy 3 tygodnie 8,3 kg
Już za chwilę mamy pół roku. Kolki dopiero co się skończyły. Zaczęły się zęby. Niestety kolki jak i zęby gorsze niż u Piotrusia. Nocki jak narazie odpukac Michał ma lepsze pójdzie spać o 21 wstanie 6-7 rano oczywiście z przerwą na jedzenie . Klocek wazy już prawie 9 kg.
Ale jest taki kochany, bardziej spokojny od Piotrka. Piotrek to typowe ADHD . I niestety nadal zazdrość nie wiem czy kiedyś minie.
Nie mam czasu tu zaglądać i pisać, z jednym maluchem było łatwiej z 2 jest mega ciężko.
Może jak Piotrek pójdzie do przedszkola będzie lepiej a to się okaże.
Dzisiaj miałam usg , z fasolka wszystko wporzadku , nie mam plamienia i jak wszystko będzie okey to jutro do domu wracamy🙂
Pytanie czy lekarz zawsze podaję na pierwszej wizycie datę porodu ? Bo ja jeszcze nie usłyszałam tego zdania może dlatego że wcześniej poroniłam ?
Dziekuje fasolko że jesteś silna!.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 czerwca 2023, 05:48
19 dc
W zasadzie nie wiem, ile dni po owu. Apka skacze mi od 2 dpo do 6 dpo. Gdyby owu była standardowo 15 dc to 4 dpo. Nie wiem. I (chyba) jest mi z tym dobrze. Chyba, bo czuję się z tym dziwnie, z tym brakiem kontroli. Nie liczę, nie czekam na 8 dpo, bo spadek temperatury powinien zwiastować implantację, nie czekam na 10 dpo, bo można zacząć testować, nie czekam też na 🐒. W sumie na nic nie czekam. Co ma być, to będzie.
Pogodziłam się chyba już z myślą, że naturalnie nam się nie uda, mimo braku przyczyny. Jedyne na co czekam to sierpień, aby zapisać się na wrześniową inseminację. Pieniądze mamy odłożone. Przynajmniej na pierwsze podejście. Później będziemy się martwić, co dalej.
Ostatnio jakoś dużo dociera do mnie "sygnałów" co do medycyny niekonwencjonalnej. W sumie, nie wiem, co o tym myśleć. Czy w ogóle myśleć, czy rozważać.
Najpierw Przyjaciel Rodziny zadzwonił do mnie i mówi, że coś tam słyszał i czy ja pamiętam, że On się kiedyś zajmował refleksoterapią stóp, że wielu ludziom pomógł, że w sumie już się tym nie zajmuje, bo to się odbijało na Jego zdrowiu, ale żebyśmy przyjechali. Pokaże, co gdzie i jak, zrobi masaż, na pewno pomoże. Ma wśród znajomych parę, która nie mogła mieć dzieci, adoptowali dwójkę, a po tych masażach ona urodziła kolejne troje.
Później - bratowa. Siedzimy sobie na kawce nad jeziorem i pyta, jak tam idzie, więc opowiadam (akurat Ona przynajmniej mniej więcej wie, gdzie jesteśmy - zawsze to jakieś wsparcie na imprezach rodzinnych, choć to małolata, a może właśnie dlatego, nie pyta, nie drąży, czeka aż sama się otworzę - takie podejście mi pasuje, mówię co i kiedy chcę). I nagle pada: "a nie chciałabyś spróbować konsultacji u tego mojego górala?". Że co? Do fizjoterapeuty? Ja mam problem z zajściem w ciążę, a nie z mięśniami czy stawami. No bo Jej pomógł z kostką i zrostami w jelitach, znajomemu z migrenami i zgagą, mamie z kręgosłupem, ponaciska Cię, podusi tam i tu, może pomoże, coś odblokuje. Czy Ty mnie próbujesz wysłać do jakiegoś znachora?
Wczoraj podpytuję Męża, co o tym myśli, chociaż nie odważyłam się wprost. 🤦♀️ To mi powiedział: pomyślałbym, że już całkiem Ci się odkleiło.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 czerwca 2023, 08:29
Wreszcie znalazłam dziś czas by usiąść i opisać co zadecydowało o powrocie do starań.
Otóż zaważył na tym pozytywny test ciążowy, a nawet 3 pozytywne testy.
Jakaż była moja radość jak zobaczyłam te dwie kreski, tak całkiem niespodziewanie, nieplanowane, po prostu wyszło. Mąż jak się dowiedział to był cały w skowronkach. Jest nasza fasolka!
No i szczęście nie trwało długo, 5 dni po pozytywnym teście dostałam okres ☹ Zwinięta w kłębek na łóżku płakałam bezgłośnie, nie chciałam widzieć męża, chciałam być sama i się pogrążyć w cierpieniu. I tak przeleżałam parę godzin aż wreszcie do mnie dotarło, pierwszy raz od lat coś się zadziało, a jak się zadziało raz to może uda się kolejny… Pobiegłam do męża mówię mu że ja chce się znowu starać i zawalczyć o bycie mamą ale nie mam zamiaru zaczynać wszystkiego w ciemno. Jestem mądrzejsza o doświadczenia poprzednich lat i chcę to wszystko zrobić z głową.
Zapisałam się do lekarza (wizyta na 11.07), poza tym pojechałam do tej przychodni co wcześniej byłam zrobić badania krwi: morfologia, tarczyca, panel na nerki i wątrobę, profil lipidowy i oczywiście hormony. Udało mi się podjechać w 2dc, powinnam w trzecim ale niestety wtedy mieli nieczynne, a chcę iść do lekarza z czymś konkretnym już. Jeszcze będę robić drugie badanie w 21dc nawet już się zapisałam na 18.07 😊
Zapowiedziałam mężowi że zapytam ginekolog jakie on ma porobić badania i do jakiego lekarza tutaj na miejscu może się wybrać. Chcę zrobić konkretną diagnostykę nawet jak będzie się to wiązać z wyjazdami do PL na badania. Poza tym wiem że teraz nie dam sobie już wmówić byle czego i jak za coś płacę to chcę dostać w zamian konkretną opiekę.
Dałam nam rok na naturalne starania jak nie wypali to jedziemy z kliniką i nie ma zmiłuj bo ani ja ani on młodsi nie będziemy a czas ostatnio leci strasznie szybko.
Wiadomość wyedytowana przez autora 1 lipca 2023, 17:07
Cześć.
Boję się, boję się jutrzejszej wizyty u ginekologa.
Na sama myśl płakać mi się chce .. tylko dzisiaj tak mam .
Brzuch pobolewa zwłaszcza dzisiaj. Wiem że tam wszystko rośnie itd ale mam tak traumatyczne doświadczenie z bólem brzucha od poprzedniej ciaży ( + ból krzyża ) że sie go boje . Naszczeście teraz mnie tylko pobolewa brzuch.
Mój mąż jedzie ze mną, bardzo jest podekscytowana.. kocham go za to .
Chce już wszystko remontować , układać itd ja go hamuje wiadomo jak jest.
Ciągle sprawdzam czy piersi mnie bolą, czy mam lekko zaokrąglony brzuch itd.
Jutro miałam iść do pracy ostatni dzień.. nie idę.. mam prace siedzącą i bardzo mi nie wygodnie do tego wymagania nowej kierowniczki zwalają z nóg . Poproszę o l4 od jutra do 22 czerwca ..bo i tak mam kolejna wizyte zaplanowaną.
To jest tak cholernie ciężkie i pomimo tego wszystkiego ... w głębi mojej osoby jakiś głos mi podpowiada że będzie dobrze że jest wszystko ok i nie mam się czym martwić.... trzymajcie proszę kciuki za mnie .. ja będę trzymać za siebie I oczywiście jak zawsze za was 👍👍👍 i poinformuję was o wszystkim po wizycie . Pozdrawiam
16 cs, 14 dc 2 dpo ?
W poniedziałek byłam na kolejnej wizycie w klinice...Tym razem z mężem...Tak naprawdę niewiele się dowiedzieliśmy, ale to dlatego, że mąż jeszcze nie zrobił badań nasienia....
Test po stosunku tudzież test wrogości śluzu wyszedł nieprawidłowo, w próbce wykazano 5 plemników nieruchliwych, a powinno być przynajmniej 8...
Cóż...mąż musi zrobić badania. Bo wygląda na to, że tutaj jest problem.
Na usg wyszło, że owu była 12 dc, na usg widać było jeszcze płyń. Podziałaliśmy w terminie, ale czy to wystarczy ?
Przestałam być taka pewna.
Wczoraj mieliśmy podziałać, ale mąż już nie miał siły...eh. szkoda gadać.
Musi wystarczyć to co się udało podziałać...
W ogóle dziwna sprawa. Od zeszłego tygodnia ciągnie mnie w okolicach prawego jajnika...a owu była z prawego...ciekawe...chociaż teraz czuję też u lewy...
Dziwne. Tak jeszcze nie miałam.
14.06 mam wizytę na NFZ i wtedy dalej zobaczymy co się wydarzyło...niby dr mówił, że nie ma szans na podwójną owulację, ale kto wie?
Pozdrawiam 
Dzień dziecka utracego...
Czasami nadal nie dowierzam ze to też dzień mojego dziecka... to już 4... najgorszy był pierwszy, kolejne były trochę łatwiejsze bo z nim... dzisiaj znowu jest trudno... wraca przeszłość, która tam bardzo chciałabym wyprzec z pamięci... ale znam schematy i już się chociaż nie dziwię ze tak jest... bo jak może być, w roku w którym do swojej siostry dołączyły kolejne 2 aniołki? Jest inaczej, bo pierwszego widziałam tylko raz, drugiego nawet jedno usg się nie dało, bo po drugiej becie już wiedziałam zs jest źle... im krótsza ciąża tym niestety dłużej trwa jej koniec... nadal jestem w ciąży, mimo że od 11.09 nie mam nadziei że będzie z niej żywe dziecko...
Tegoroczny dzień dziecka utraconego jest dla mnie wyjątkowo ciężki, bo potrójny, bo po 2 tygodniach szpitala, bo nadal nie wiem czy metrotekstat zadziałał... wiem jedno, chciałabym żeby kiedyś on był starszym bratem... stracił 3 rodzeństwa razem z nami, ale chciałabym żeby kiedyś mógł zostać starszym bratem ... wiem, że byłby cudownym starszym bratem, wiesz, że Wy też to wiecie...
Moja żałoba znowu próbuje się ze mną zaprzyjaźniać ... wydawało się ze mam to przepracowane, coraz bardziej wiem, że chyba się nie da... zaraz listopad... mijają 4 lata... 4 lata które ktoś mi tak prostu zabrał... moje dziecko miałoby 4 lata... mamusia teskni kazdego dnia...🕯🕯🕯
14cs, 15dpo
Ten cykl był inny. Byłam zajęta organizowaniem naszego wyjazdu. Nie ogarniałam, w którym dniu po owulacji jestem. Nie odliczałam. W końcu nastał wakacyjny relaks. Nauczona doświadczeniem nie przejmuję się tym, że mogę być w ciąży, tylko korzystam z wakacji na całego. Dzisiaj piętnasty dzień po owulacji. Cycki dość tkliwe, a przecież zawsze przed okresem przestają boleć. Każda wizyta w łazience powoduje stres. Tak bardzo nie chcę zobaczyć nic, co zapowiadałoby zbliżający się okres. I nie widzę. Czysto. W głowie rodzi się nadzieja. Może ten drugi cykl po HSG okaże się szczęśliwy? W końcu mówi się, że do trzech cykli szanse są zwiększone. Kelner do kolacji proponuje wino. Nie odmawiam, ale zastanawiam się czy powinnam. A może właśnie w tym momencie rozwija się we mnie nowe życie? Stwierdzam, że to jednak czas na test, choć tak się przed tym broniłam. Idę do pokoju, sikam i znów to samo. Od ponad roku nic się w tym temacie nie zmieniło. Nawet cholernego cienia. Wracam do stolika i wypijam lampkę wina. Mąż lekko zdziwiony pyta: "możesz?", a ja mówię: "a czemu nie?", pyta: "dostałaś okres?", ja mówię, że JESZCZE nie. Nie mam odwagi powiedzieć mu, że znów się nie udało. Wypijam kilka lampek wina, robi mi się wesoło i staram się nie roztrząsać sytuacji. A potem wracamy do pokoju, alkohol powoli schodzi, a mnie dojeżdżają najgorsze emocje. Tak bardzo nie chciałam przeżywać tego na wakacjach.
Jestem uzależniona od OVU. Jak zapewne wszyscy tutaj
.
Po pierwszych emocjach związanych z pobytem w szpitalu i kuble zimnej wody na głowę zapewne domyślacie się jak mijają mi ostatnie dni. Czytam, czytam, czytam. O endomendzie wiem już bardzo dużo, jestem na kilku grupach na FB w temacie, mam książkę, e-book (polecam darmowy od Michała Kota - wszystkie kropki typu immunologia, wysokie żelazo, prolaktyna się łączą), zalecenia od dietetyka, trochę wiary, dużo strachu. Niestety od czytania o endomendzie ot tak płynnie przeszłam do nałogowego czytania forum i pamiętników. I te emocje, gdy szukam w stopce Dziewczyn szczęśliwego zakończenia... Czytam historie i dobre i złe, przypadki trudniejsze i łatwiejsze niż mój (jeżeli można jakąkolwiek gradacje przyjąć w przypadku problemów z płodnością). Nie działa to dobrze na moją głowę. Może jak wrócę do pracy i do normalnego życia to wyjdę z tej otchłani. To jest taki potężny miks uczuć: lęku, nadzieji, strachu, wiary, entuzjazmu, woli walki, złości, smutku, żalu, ulgi. Okropny rolllercoaster.Napewno to znacie. OVU muszę sobie więc dozować. Pamiętnik tak, określone tematy tak, indywidualne historie i porównywanie się do nich, kalkulowanie szan - zdecydowanie NIE.
Mój Mąż też to wszystko przeżywa chociaż jak to on, zamyka się w sobie. Uważam, że niepłodność to najtrudniejsza próba dla związku. Może są pary, które idealnie się wspierają, ale u nas aktualnie nie jest różowo. Ja jak wspomniałam w otchłani, popłakuję, non stop z nosem w telefonie, nie ma ze mną sensowengo kontaktu, on: nawet nie wiem co ma w głowie, bo nie powie. A to ja jestem zawsze naszym motorem w trudnych sytuacjach. Wczoraj pokłóciliśmy się o pierdołę przy obiedzie, tak że zbijałam talerz. Tak. Zbiłam talerz. Bez komentarza.
W grudniu planujemy małą wycieczkę na Christmas Market do Wiednia. Może to nam trochę pomoże. Może jak mi wróci optymizm to go przełożę na nas oboje. Przeglądałam stare zdjęcia w telefonie. Znalazłam jedno z początków naszego związku, jak byliśmy w Belgradzie, był czerwiec, siedzieliśmy na piwku, zakochani, zadowoleni.Ehhh
Wiem też, że w życiu wszystko mija, każdy zły czas kiedyś mija. U nas jeszcze nic nie jest przesądzone. Nie jestem po menopauzie, mam jajniki, jajowody, macicę. Nadal mamy szansę mieć Nasze Wymarzone Dziecko. Ale mentalnie przygotowuję się na różne scenariusze. Szczęście w nieszczęściu, że jestem wielką fanką nauki i postępu medycyny, a co za tym idzie - bardzo pro IVF. Jedynie co no to wiadomo: jest to obciążające organizm, stresujące, kosztowne i bez gwarancji powodzenia. Ale próbować warto.
Myślałam też nad adopcją. Z tym też nie mam problemu. Kiedyś, jak byłam jeszcze sama, pomieszkiwałam u mojej siotry czasowo. Jej współlokatorka i przyjaciółka zarazem pracowała jako psycholog dzieciecy i specjalista od dogoterapii w Domu Dziecka i czasem zabierała taką dziewczynkę na weekendy do domu. Na oko 3 latka. Nie pamiętam jak miała na imię, ale pamietam jej buzię i to uczucie w sercu jak na nią patrzyłam... Więc jest to też jakieś rozwiązanie. Muszę delikatnie poruszyć ten temat z Mężem.
Tylko z tego co się orientowałam to w tym chorym kraju ośrodki wymagają 5-letniego stażu małżeńskiego (mimo, że prawo takich wymogów nie stawia). Nieważne, że dziecka bardzo chcemy, mamy warunki, uważam nas za dobrych ludzi, ważne że nie jesteśmy małżeństwem 5 lat. No nic, to nie jest problem i zmartwienie na ten moment.
Co do walki (czy życia) z endomendą to mam takie zalecenia:
1. Dieta przeciwzapalna - 100% bez glutenu, bez nabiału, bez czerwonego mięsa, bez alkoholu. Kawa 1x na 2 dni, jajka co trzeci dzień, ryby 2 x tyg, dużo warzyw (brokuły, papryka, bataty, buraki, brukselka, cukinia), tłuszcze (olej lniany, z czarnuszki, z ostropestu, wiesiołek).
2. Wsparcie wątroby: ostropest (olej i zamówiłam mielony - łyżeczka dziennie). Ostropest to "wymiatacz" estrogenów: https://bodylogika.pl/wymiatacz-estrogenow-ostropest-plamisty-nie-tylko-na-niestrawnosc/
3. Oś podwzgórze - przysadka - nadnercza (HPA): to jest dla mnie największe wyzwanie. Idę na akupunturę. Medytacja to jest porażka w moim wykonaniu. Jak wydobrzeję po laparo to joga ale nie 1x tyg tylko CODZIENNIE. Dla mnie joga jest magiczna.
4. Ruch - totalnie tu zmieniam. Do tej pory chodziłam na CROSS i raczej jakieś intensywne aktywności a to nie jest dla mnie dobre. Wyżej wspomniana joga, pilates, Nordic Walking, Spacery, pływanie. Od stycznia więc zmiany 
5. Refleksologia: kontynuacja, dzisiaj o 12:30 idę do Pani Małgosi
6. Akupunktura - kiedyś chodziłam, czułam się fantastycznie. 6/12 idę do Izy Miętki, podobno guru w Warszawie od tych spraw.
7. Zioła - przyszła paczka stąd: https://eko-ziola.pl/klimuszko-mieszanka-endometrioza.html Zaraz mieszam i zaparzam.
I jeszcze jedno co będzie moją afirmacją na ten tydzień: Martwienie się nie zmienia wyniku.
I tyle. Jak patrzę na to wszystko to niby żyłam zdrowo, ale jednocześnie robiłam masę rzeczy, które były destrukcyjne. Lata 2017-2021 zawodowo to szkoda gadać... Niby obiektywnie sukcesy ale jakim kosztem? 5 kaw dziennie, stres, praca po 12 h na dobę, non stop pod telefonem, spięta. I serio ja teraz marudzę? Mam teraz najlepszą pracę na świecie, jestem pierwszy raz w życiu na L4 (chociaż z nawyku wzięłam do szpitala komputer...), napisałam że nie będzie mnie jeszcze w tym tygodniu to "nic się nie mart, wydobrzej".
Z jednej strony obwiniam się, że mogłam się może bardziej starać, bardziej o siebie dbać, z drugiej strony: dobrze, że się w końcu opamiętałam i odeszłam.
Mam kompletny mętlik w głowie.
Dzisiaj rano byłam w poradni na monitoringu owulacji, 14 dc (cykle regularne, 28-30 dni). Od poniedziałku czuję wyraźnie prawy jajnik (chociaż teoretycznie kolej jest lewej, niedroznej strony), wczoraj koło 23 zrobiłam test owulacyjny i myślę, że jest pozytywny (https://zapodaj.net/250e89ce57c8b.jpg.html), badania hormonalne w normie, progesteron dwa miesiące temu w 22 dc wskazywał na owulację, więc poszłam dzisiaj rano spokojna. A lekarz mówi, że nie widzi żadnej owulacji ani nic, co by mogło ją zapowiadać. W marcu miałam u niego wizytę z usg w 15 dc i też nie widział ani owulacji ani nic, co by ją mogło zapowiadać. Co jest do cholery? Czyżby do całego pakietu moich problemów doszły także bezowulacyjne cykle? Jak chodziłam do swoich ginów zawsze było widać albo ładnie rosnące pęcherzyki albo owulację. Nie wiem, co myśleć... Miałam tyle pytań, ale zaniechałam, bo mimo że lekarz dzisiaj odpowiadał cierpliwie, to mam wrażenie, że był nieco zirytowany. Ja wiem, że są kwestie, na które nie poznam odpowiedzi już, ale to nie ja jestem specjalistą, żeby wiedzieć, co i jak.
W poniedziałek mam już u swojego gina wizytę, wezmę wszystkie wyniki badań ogarniętych w poradni, zobaczymy co powie. Chwilowo Jestem poirytowana i podłamana jednocześnie.
6 lat temu w dzień mamy pochowałam Jagódkę. 6 lat temu mimo takich przykrych okoliczności obchodziłam swój pierwszy dzień mamy. Jestem wdzięczna mojemu M za to,że mimo tego, że dziewczynki patrzą na nas z góry to co roku dawał mi od nich drobny prezent. Niby niewiele,ale dla anielskiej mamy to znaczy przeogromnie dużo, drobny prezent na dzień ojca także zawsze go wzruszał. Już drugi rok otrzymuję z samego rana kwiatki i drobiazg od małego kawalera ❤ choć M zawsze dodaje, że to także od dziewczynek ❤ w poprzednim roku Bartula no cóż...tylko leżał, a w tym roku obudził mnie szerokim uśmiechem i choć nie jest świadomy tego jaki dzisiaj dzień to jego uśmiech sprawił,że dzień mamy nabrał innego znaczenia ❤
Każdego dnia uczę się życia. Taka właśnie jest prawda. Życie z żywym dzieckiem jest inne, ale wcale nie łatwiejsze. Człowiek mimo woli w głowie zastanawia się, myśli, czasami nadal zadaje sobie pytania bez odpowiedzi, ale to wszystko w pewnym momencie "spada na drugi plan", bo dochodzi się do ściany,za którą nic nie ma i trzeba się z tym pogodzić. Po prostu. Innego wyjścia nie ma.
Wczoraj z Bartusiem na cmentarzu puściliśmy dziewczynkom balonik do nieba...taki wzruszający moment kiedy człowiek patrzy w niebo a ten mały punkcik się oddala,oddala aż w końcu znika, człowiek sobie wtedy myśli "bawcie się dobrze kochane moje"
22dc
Chciałabym sobie zapisać obserwacje w tym cyklu, aby za miesiąc móc sobie porównać.
W okolicach 14dc wydaje mi ale że śluz miałam wodnisty. Mąż podczas stosunku powiedział że w środku jestem jak woda.
17-19dc miałam śluz rozciągliwy, ale tylko gdy napięłam się. Na zewnątrz praktycznie śluzu nie widziałam, a jak widziałam to był to raczej wodnisty śluz.
20dc śluz zmieniał się na kremowy, choć jak napięłam mięśnie to potrafiłam dostrzec jeszcze rozciągliwy i przejrzysty.
22dc śluz kremowy, biały, gęsty. Jak balsam.
Jeśli chodzi o szyjkę to dalej mam problem z jej badaniem. Dzisiaj wydaje mi się że rano była wysoko. Wieczorem już nisko.
Niby aplikacja wyznaczyła owulację na 19dc ale wydaje mi się że jedynie że względu na śluz, ponieważ nie wydaje mi się, aby temperatura poszła w górę. Oglądałam wiele wykresów owulacyjnych i moje temperatury tak nie wyglądają.
Zastanawiam się ciągle nad śluzem, jak to jest że w cyklach bezowulacyjnych również się zmienia, albo że zmienia się na biały kremowy. Czytałam że pod wpływem progesteronu śluz właśnie staje się taki, ale jak nie ma ciałka żółtego po owulacji no to jak?
W poprzednim cyklu też śluz zmienił się na biały i wydawało mi się że szyjkę mam cały czas wysoko. A owulacji nie miałam.
Nie czuję żadnych objawów. Nie mam bólów jajników. Bóle jajników miałam ale w okolicach 17dc. Jedynie dzisiaj wyskoczył mi spory pryszcz na twarzy i miałam ochotę na czipsy. Ostatnimi czasy miałam sporo krost na dekolcie i plecach (czytałam że może to być powód PCOS) ale ostatnio się uspokoiło i praktycznie nie mam.
Jutro w końcu wyczekiwana wizyta u ginekologa, więc dowiem się czy owulacja się odbyła czy nie. I mam ogromną nadzieję, że w końcu dostanę coś na stymulację owulacji.
Wczoraj byłam na chrzcinach i okazało się że kolejna kuzynka w ciąży. Zabolało.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 czerwca 2024, 21:18
Cześć dziewczyny.
Jestem w szpitalu , dostałam brązowego plamienia . Doktor zbadała i serduszko jak i fasolka są . jestem na obserwacji proszę trzymajcie za nas kciuki
Rzadziej tu zaglądam ostatnio, bo po wizycie u psychologa trochę bardziej walczę "o siebie". Zaczęłam ją od od słów "nie jestem już w ciąży" (psycholog mnie zna z tego czasu) i potem była długa pauza w trakcie której nie mogłam wydusić z siebie słowa.. tylko płakałam. Ale jakoś poszło. Powiedziała, że 3 miesiące po stracie ciąży i tych moich przygodach z ostatniego roku to emocjonalnie bardzo którki okres czasu. Mam prawo się czuć słaba, zła i skrzywdzona. Powiedziałam jej, że desperacko chcę żeby było "jak dawniej" i wtedy ta złość, bezsilność i frustracja zalewają mnie falami jakby ze zdwojoną siłą. "Już nigdy nie będzie jak dawniej, ale to wszystko co teraz robisz pomaga Ci przetrwać". Uczepiłam się tej myśli: "przetrwać" i paradoksalnie jest mi LEPIEJ.
Pomogła mi ta rozmowa, w poniedziałek idę drugi raz.
Skupiłam się na diecie, schudłam 4 kg już od kwietnia. Piję tylko dużo za dużo kawy. Zawsze to była moja największa słabość ale teraz idę na rekord. Duuużo trenuję. Biegam 3 x w tygodniu, wszędzie gdzie się da jeżdzę rowerem, pilates 2 x w tygodniu, joga 1 x tygodniu, siłowe 2 x w tygodniu i basen 1-2 x w tygodniu. Wydolność mam obecnie kosmiczną, jak 8 lat temu. Znajomi co mnie mają gdzieś na Stravie czy gdzieś to myślą, że albo przygotowuję się do triatlonu albo robię jakąś formę życia. Hehe. Prawda jest nieco inna, to moja misja przetrwania.
Dużo gotuję, chodzę na mój bazarek, wysprzątałam mieszkanie na błysk, zmieniłam zasłony, posadziłam kwiaty i zioła na balkonie. Kupiłam 2 sukienki na lato, 2 kostiumy kąpielowe i 2 pary sandałków. Jedne nawet na obcasie. Wszystko czarne lub kremowe. Jest to inna galaktyka w porównaniu do tego jak funkcjonowałam w marcu i kwietniu.
Próbuję się też skupić na poprawie relacji z M. Bardzo się od niego odsunęłam od marca. On uciekł w pracę, ja w swój świat - forum, myśli, sport. Często się czepiam.
No i największy przełom, najbardziej wyzwalająca rzecz to to, że powiedziałam o wszystkim dwóm przyjaciółkom. Takim co z jedną się znam 23 lata, z drugą 20. Ten typ przyjaźni co możemy nie gadać rok a i tak można powiedzieć wszystko i jest zrozumienie. Jednej mówiłam na żywo, waliło mi serce bo to pierwszy raz jak wyjawiłam komuś spoza M i rodziców moją "tajemnicę". Drugiej nie twarzą w twarz bo mieszka za granicą. "Jak o tym mówisz to aż to czuję za Ciebie". Zero głupich tekstów, zero uciekania wzrokiem, 100% zrozumienia, mimo że same nie mają dzieci i raczej nie chcą mieć. Powiedziałam o WSZYSTKIM. Że latami zajmuję się tylko tym, o laparo, o in vitro, o pierwszej stracie, o drugiej stracie, o tym, że dziecko było zdrowe, że był to nasz Synek, że mam złamane serce. I jak to z siebie wywaliłam to się poczułam tonę lżej.
A co dalej? Robię badania od J. Zrobiłam już E2, LH, FSH. Estradiol oczywiście kosmiczny. LH i FSH ok, stosunek 0,7. Czekam na wyniki cytokin, covid i onkopakietu. W przyszłym tygodniu robię prolaktynę, ferrytynę i kortyzol. 26.06 wizyta i zobaczymy co powie. A potem mam wyjazd służbowyi zaraz potem urlop.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.