Udało mi się mimo przymusowego przejścia na pamiętnik BellyBestFriend wymusić post tutaj.
Więc działam i dalej będę kontynuować pamiętnik.
Otóż ja, która w cuda nie wierzyłam (albo raczej wierzyłam, ale sądziłam, że mi się one nie zdarzają), załapałam. Niewiarygodne. To jest dla mnie tak totalna abstrakcja...
Ale może w skrócie co się działo w ogóle w tym cyklu.
1. Podczas okresu i już podczas stymulacji bardzo pokłóciliśmy się z mężem. Tak bardzo, że wyniósł się do salonu spać - a to u nas skrajnie zły omen, bo wychodzimy z założenia, że co by się nie działo, śpimy razem. Spisałam całkowicie cykl na straty. Poinformowałam go, że muszę się stymulować dalej, że nie będę przerywać hormonów w trakcie. Że zastrzyk też sobie zrobię bo nie chcę zakończyć cyklu torbielą.
2. Podczas monitoringu ukazało się sporo pęcherzyków na prawym jajniku (skupiliśmy się na tym co ma 16mm) i jeden na lewym 16mm. Już wtedy moje całkowicie chłodne podejście do cyklu zniknęło i pojawił się najzwyczajniej w świecie staraczkowy smutek, że stracimy taką szansę mimo, że obu nam zależy i to z powodu czegoś tak przejściowego jak kłótnia (nawet poważna).
3. Zaczęliśmy po tygodniu spać w jednym łóżku. Pojawił się seks, ale bez celów prokreacyjnych i bez finiszu tam gdzie trzeba. Dalej było między nami źle, ale zaczęliśmy w podstawowym stopniu funkcjonować ze sobą. W międzyczasie na monitoringu dostałam zieloną flagę na ovitrelle. Szykowała się podwójna owulacja.
4. Zrobiłam zastrzyk o 24:00, zła jak osa i zrezygnowana. Poszłam spać, a mąż jeszcze siedział i grał.
5. Udało nam się porozmawiać, jakimś cudem... Następny ranek okazał się porankiem pogodzeniowym, ale czy ktokolwiek z nas myślał o prokreacji? Nie wiem. Wiem, że to były piękne chwile i bardzo miło je wspominam. Oczywiście przy okazji te starania finalnie były. Potem przeszliśmy w tryb pogodzeniowy z domieszką starań. 
6. Na monitoringu 4 dni po podaniu zastrzyku było już widoczne ciałko żółte na lewym jajniku. Prawy pęcherzyk stracił na jędrności i zaczął się zapadać. Diagnoza: LUF.
7. Pojechałam tydzień później na cytologię, która była mi potrzebna do planowanego HSG. Od razu poprosiłam o USG i... na lewym jajniku nie było nic widać, a na prawym było ciałko żółte. Jestem pewna, że nikt z ginekologów jajnika nie pomylił... Wiem też, że poradnię wyposażono w nowe USG a lekarka nie sprawdzała mi na USG przepływów przez jajniki. W szoku wyszłam z gabinetu i...
8. Pojechałam do ortopedy z powodu urazu łokcia, który skierował mnie na RTG. Na szczęście kości całe, ale przypominam, że byłam ok 9dpo. Dzień wcześniej robiłam test DOZ żeby sprawdzić, czy ovitrelle jeszcze wychodzi u mnie we krwi - wyszedł. Był cień. Ovi u mnie trzyma się bardzo długo.
9. Później miałam kilka dni z przyjaciółką, jej bobo i planszówkami. Wpadło trochę piwka light somersby grejfrut (notabene polecam, w ogóle nie jest gorzkie i ma tylko 130kcal!). W piątek miałam wracać. Ale uznałam, że nasikam na kolejnego DOZa...
Pozytywny test DOZ wyszedł mi 13dpo w piątek. To już na pewno nie było ovi. Chwilę po tym poszłam na betę. Mój mózg całkowicie wypierał tą sytuację, chyba zwyczajnie nie mogłam uwierzyć co się właśnie dzieje. Bo jak to tak? Po dwóch latach nagle sobie tak kreski widzę? Ale jak to? Przecież mi się to nie zdarza? Pewnie za chwilę się skończy...

Beta wyszła 41,3 mIU/ml. To się działo. To się naprawdę działo! Bałam się dopuścić do siebie tą informację. Bałam się upadku z baaardzo wysokiego konia, chyba Shire. Tyłek bolałby jak diabli... Ale powoli zaczęłam się jednak cieszyć... TO się dzieje.
Finalnie otworzyłam furtkę dla pozytywnego scenariusza w mojej głowie. Jako, że kolejne badanie bety zaplanowałam na poniedziałek, gdzie wyniki miały być we wtorek dopiero, kupiłam sobie kilka facelle aby móc podziwiać, jak kreska ciemnieje.
W piątek po powrocie kreska była piękna, mocna. Z przyjemnością ją obserwowałam. Z satysfakcją myślałam o tym, że zrobiłam ten test o 18 godzinie i proszę, jaki piękny. Ciekawe co przyniesie jutrzejszy osikaniec?
I to był błąd... Bo przyniósł bladziocha całkowitego na tej samej partii. Załamałam się. Spróbowałam postawić dookoła siebie mur, ale wystarczyło tylko, że mąż mnie przytulił (widział, że jest coś ze mną nie tak), a cała konstrukcja runęła z łoskotem, a ja się rozkleiłam zupełnie, zdradzając o co chodzi. Przestałam wierzyć w powodzenie tej misji. Napisałam sobie nawet jedną wielką epopeję, jaką miałam tutaj wstawić w pamiętnik w razie potwierdzenia niepomyślnego scenariusza... Emanuje z niej naprawdę wielki smutek...
Ale jedno jest pewne. To i wsparcie męża pomogło mi zaakceptować niechciany scenariusz porażki. Dodatkowo okazało się, że mąż bardziej wierzył w kropka niż ja. Powiedział mi przed snem przytulając, że zobaczę, że będzie ciemniejsza...
No i rano znowu wyszedł bladzioch. Może ciemniejszy niż dzień wcześniej, ale nie tak spektakularny jak w piątek. Miałam bardzo mieszane uczucia.

Od góry - facelle z piątku wieczór, z soboty popołudniu, z niedzieli rano.
Jednocześnie w piątek miałam zrobionego dodatkowo jeszcze Pinka płytkowego. Tak dla porównania, bo miałam zakupionego jeszcze jednego, z zamiarem zrobienia go w poniedziałek. To miał być ostateczny test przed betą, na którą finalnie jednak wybrałam się do Wrocławia, żeby wyniki mieć w ten sam dzień i żeby zbadać dodatkowo ze skierowania z enelmedu progesteron, estradiol, TSH, FT4, morfologię.
Przebudziłam się dzisiaj o 4:35. Czując parcie na pęcherz doczłapałam się zrezygnowana do toalety i zrobiłam test...
I BYŁ CIEMNIEJSZY. Na świeżo był ciemniejszy niż tamten z piątku wyschnięty. Kreska była gruba, wyraźna i ciemna.

No... To było pospane. Jak cholera. Wierciłam się w łóżku do szóstej szukając dogodnej pozycji obok grzejącego jak grzejniczek zimą męża. W końcu zrezygnowana wstałam i zrobiłam sobie kawę. Zaczynałam ponownie wierzyć, że to się dzieje. Na teście świeciła "kreska mocy" jak talala. Zalogowałam się na służbowego laptopa i zaczęłam czytać o ubezpieczeniu grupowym, na które nie zdążyłam się finalnie zapisać przed ciążą, a które jak za 71zł wcale mnie nie zachwycało swoimi wysokościami świadczeń. Podzieliłam się wątpliwościami na czacie z mężem, bo w końcu spał, to żeby zobaczył newsy rano jak wstanie. Pokręciłam się, ogarnęłam zwierzaczki, naszykowałam oba testy mężowi na stoliku nocnym oraz kawkę w szklance termo żeby szybko nie ostygła i pojechałam na badania wyposażona w służbowy osprzęt potrzebny do pracy.
Na wyniki czekałam długo, nie będę ukrywać. Bardzo długo. Ale powiem wam jedno. Było CHOLERNIE WARTO. To się dzieje. TO SIĘ NAPRAWDĘ DZIEJE. A ja się zastanawiam: dlaczego tak w sumie?
W pracy teraz miałam dostać awans (przynajmniej taką miałam nadzieję) - logiczne, że nie powiem o ciąży przynajmniej do czasu serduszka.
Miałam zacząć jeździć na siwej, przygotować ją pod sprzedaż.
Mieliśmy wyjechać zimą na narty.
Na urodziny we wrześniu miałam dostać wymarzone od kilku lat whisky...
Szykowałam się do HSG, miało być robione w przyszłym miesiącu.
Zaczęłam żyć, bez chęci czekania wielu lat na ciążę, która przyszła wtedy, kiedy jej nie oczekiwałam. Czy odpuściłam? Nie, nigdy. Nie można odpuścić biorąc leki i zastrzyki. Jak kiedyś odpuściłam to po 3 miesiącach wywoływałam okres luteiną, bo nie doszło do żadnej owulacji a ja byłam zmęczona czekaniem na cokolwiek. Ja nie mogę być typem osoby, która odpuszcza, bo wtedy sypie mi się wszystko. Ja mogę po prostu spinać bardziej i mniej dupę. Po prostu z biegiem czasu przestałam załamywać się nad kolejną bielą.
I tak oto moje napromieniowane, atomowe dinozaurze jajo na majonez Winiary walczy dalej. I mam nadzieję, że kolejna beta to będzie tylko czysta formalność. Bo ja już pozwoliłam sobie uwierzyć, że i do mnie uśmiechnęło się szczęście. Że w końcu odnalazłam prawdziwka bez robaków. Tego najpiękniejszego w całym lesie...Poruszyłam pół forum swoimi dwiema kreskami, więc mamy ze sobą wielką obstawę.
Teraz ten pamiętnik faktycznie ma szansę zacząć dawać nadzieje wszystkim tym, którzy jak ja, powoli ją utracili... 
Badania z dzisiaj:
TSH - 2,090 uIU/ml
FT4 - 1,53 ng/dl
Estradiol - 506 pg/ml
Progesteron - 48,60 ng/ml
betaHCG - 172 mIU/ml

Skontaktowałam się już rano z moją koordynatorką z poradni przedstawiając jak się ma sprawa. Wieczorem po otrzymaniu wyników wysłałam jej wszystko mailowo oraz dołączyłam listę leków i suplementów jakie aktualnie biorę, zaznaczając które leki mi się kończą. Nie wiem, jakie będą dalej zalecenia lekarskie, więc czekam na jutro.
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 czerwca 2024, 18:08
Jestem już po USG wykluczającym endometriozę. Pani doktor, która wykonywała badanie pracuje również w klinice leczenia niepłodności, więc chciałam przy okazji zasięgnąć jej opinii. Po przejrzeniu raportów z punkcji było mocno zdziwiona wynikiem. Zapytała mnie czy nie myślałam o mezoterapii jajników osoczem bogatopłytkowym. Oczywiście, że myślałam, ale moja Pani doktor tego nie zasugerowała, a na maila w tym temacie nie odpisała. Ta Pani doktor wytłumaczyła mi działanie tego zabiegu i powiedziała, że może warto spróbować. Nie kłóci się to z przyjmowaniem hormonu wzrostu, więc nie musiałabym odwlekać tego w czasie. Ucieszyłam się z tego pomysłu, bo chodziło mi to po głowie, ale brakowało mi opinii lekarza, który popchnie mnie w tym kierunku. Nikt oczywiście nie daje gwarancji sukcesu, ale rozmowa z lekarką zapaliła malutką iskierkę nadziei i czuję, że muszę spróbować. Cena zabiegu wraz ze znieczuleniem to 3000 zł. Dużo, ale stwierdziłam, że wolę wydać te pieniądze na zabieg, który może mieć realny wpływ na mój organizm, niż na badanie genetyczne, które nic nie zmieni. Czeska klinika zasugerowała zbadanie genu LHCGR. Nie znalazłam miejsca, gdzie mogę zbadać tylko ten jeden gen. Jest jedno miejsce, ale daleko, więc doliczając koszty dojazdu, to się po prostu nie opłaca. Znacznie bliżej jest laboratorium, gdzie oferują badanie ok. 150 genów związanych z płodnością. Cena tego badania to 2700 zł. Byłam skłonna za nie zapłacić, ale w tej sytuacji wolę te pieniądze przeznaczyć na PRP. Pewnie te geny też zbadam, bo jeśli zdecydujemy się na Czechy to nie chcę, żeby to wyglądało tak, że nie wykonuję zaleceń lekarza, ale w tym momencie muszę wybrać, bo to są duże kwoty. Nie wiem czy dobrze robię, ale tak podpowiada mi intuicja.
Pani doktor zapytała mnie też czy robiłam badanie na Zespół łamliwego chromosomu X. Powiedziała, że warto to zbadać, bo w przypadku tej mutacji konieczne jest badanie zarodków, gdy uda się nam je w końcu uzyskać. Ta mutacja genetyczna szczególnie niebezpieczna jest dla chłopców, ponieważ wiąże się z upośledzeniem umysłowym. Wiedziałam o tym badaniu, bo na naszym wątku były dziewczyny, które je wykonywały, ale nie przyszło mi do głowy, żeby zbadać to u siebie. Po wizycie od razu poszłam oddać krew na badanie. Gdyby okazało się, że posiadam tę mutację to na pewno łatwiej byłoby mi podjąć decyzję o KD. Wyniki mają być do trzech tygodni. W międzyczasie muszę zrobić jeszcze AOA i ANA. Ciągle odwlekam to w czasie, a przecież konsultacja z immunologiem już coraz bliżej.
Tego samego dnia, w którym byłam na wizycie u innej Pani doktor, odezwała się do mnie moja lekarka. Dziwny zbieg okoliczności. Na wizycie powiedziałam kto jest moim lekarzem prowadzącym, więc zakładam że się zdzwoniły w moim temacie. Trochę mi z tym dziwnie, że dwie lekarki zastanawiają się nad moim przypadkiem. Moja lekarka prowadząca zasugerowała, że może IVM przyniosłoby lepsze efekt, ale w ich klinice tego nie robią. Czeka na odpowiedź embriologa, która klinika się w tym specjalizuje, bo nie chodzi tu o klinikę, która wykonuje IVM, ale o taką, która robi to z sukcesem. Odebrałam tę wiadomość, jakby Pani doktor chciała mi powiedzieć, że nie warto próbować już u nich. Z jednej strony jestem wdzięczna, bo skoro za wszystko musimy już płacić sami, to może nas to uchronić przed dużymi wydatkami, a z drugiej - mam mętlik w głowie i nie wiem co robić, w którą stronę uderzyć po pomoc. Pani doktor wspomniała też, że najlepszym rozwiązaniem byłoby Capa IVM. Poczytałam o tym, jest to innowacyjna procedura, ale wykonywana tylko w kilku miejscach na świecie. Myślę, że szybciej zdecyduję się na KD niż polecę do USA czy Australii na procedurę, która może zakończyć się tak, jak poprzednie.
To najtrudniejszy czas naszych starań. Ciągle dowiaduję się o kolejnych ciążach wśród znajomych. Zdrowe ciąże u osób z nadwagą, różnymi chorobami i nałogami. Już dawno się przekonałam, że to nie ma żadnego znaczenia, ale dalej się nie pogodziłam z tą niesprawiedliwością.
1 dpt
Jesteśmy już w domku, razem, we trójkę.
Wczorajszy dzień był dla mnie trudny emocjonalnie..
Od razu po przybyciu do kliniki dowiedzieliśmy się, że pozostał nam jeden Zaroduś.. Jeden jedyny. Cztery pozostałe przestały się rozwijać tego samego ranka. Doktor powiedział, że potrzebowaliśmy 22 komórek, by uzyskać jeden zarodek średniej klasy 4bc. Zabolało. Łzy napłynęły mi do oczu.
Następnie miałam rozebrać się od pasa w dół i położyć na fotelu. Nazwałabym go ginekologiczno-operacyjnym. Biodra rozłożyły się całkowicie na bok. Górna część mojego ciała zsunęła się do dołu, a nogi były niemal na wysokości twarzy doktora. Następnie poczułam zimno wziernika i ogromny ból. Doktor powiedział, że mam zwężone wejście do szyjki macicy i zrosty, które musi rozerwać. Kazał trzymać rękę męża i ściskać, gdy to konieczne. W pewnym momencie podskoczyłam z bólu. Patrzyłam na męża i płakałam. Czułam wstyd. To wszystko nie tak miało wyglądać...
Doktor i pani embriolog zaczęli mnie uspokajać, że najgorsze za mną. Przedostali się przez szyjkę i podali zarodek. Ból minął. Doktor pokazał mi na usg małą, białą Kropeczkę. Kropuś był już ze mną.
To On 🤍: 
Następnie pozwolił się ubrać i mogliśmy jechać do domu. Tego dnia miałam odpoczywać, ale następnego mogłam już wrócić do normalnego życia.
Mąż zostawił mnie w domu i pojechał do pracy. Położyłam się pod kołdrą, zwinęłam w kłębek i mówiłam do Kropusia. Powiedziałam mu, że jest dzielny, że tak długo walczył i w tym domku będzie mu o wiele lepiej niż w laboratorium.
Różne myśli przechodziły przez moją głowę. Wyczytałam, że zarodki klasy C nie rokują dobrze. Z drugiej strony pomyślałam, że powinnam być wdzięczna, że choć jeden z nich dał radę i transfer się odbył. Przecież mogłam dostać z rana telefon, że nie mam po co przyjeżdżać.. Ale nie potrafię się cieszyć. Ta długa walka i 3 odebrane szanse odarły mnie ze spontanicznej radości. Jestem ostrożna, wycofana i przygotowuję się raczej na negatywny scenariusz. Mąż tak samo. Żadnych zachwytów, nadziei. Otwieramy tak zwany dupochron, bo boimy się być zranieni.. A to już sam Bóg zadecyduje, jak ta historia się potoczy.
Ze swojej strony jednak przygotowuję Dzidziusiowi jak najlepsze warunki. Co rano biorę 7,5 mg encortonu oraz dwa zastrzyki - jeden to progesteron, drugim jest heparyna. Wieczorem dopochwowo cyclogest. Co trzeci dzień wieczorem podaję accofil. Jestem też po pierwszej kroplówce z intralipidu. Jem zdrowo, chodzę na spacery. Dbam o to, by utrzymywać brzuch i stopy w cieple. Piję polecany koktajl z arbuza, buraka i imbiru (tutaj ciekawy artykuł na ten temat: https://www.jacintha.com.au/journal/food-as-medicine-beetroot-watermelon-juice-to-assist-embryo-implantation?format=am).
Modlę się. Na nic więcej nie mam wpływu.
Wiadomość wyedytowana przez autora 1 lutego 2024, 10:59
Pewnego dnia, mężczyzna z autyzmem i kobieta z ADHD, spotkali się i pokochali.
To nie jest łatwa, lekka relacja. Chociaż serca mamy wobec siebie bardzo otwarte, to komunikacja potrafi zawodzić.
Nasze reakcje są jak dwa przeciwne bieguny. Nie jest łatwo. Teraz odczuwam to jeszcze bardziej, brakuje mi zrozumienia,tak bardzo...
I chociaż wiem,że mąż wspiera mnie jak potrafi, to dla mnie mimika i głos w tych kryzysowych momentach jest bardzo istotny.
Kiedy płaczę i tłumaczę i proszę, czuję mur. Czasami udaje mi się go przebić, ale tym razem nie dałam rady. Mąż poszedl do swojego pokoju, po 10 minutach wrócił powiedział jakby nigdy nic kocham Cię. Ja wlacząca z emocjami nic nie odpowiedziałam, on wrocil do pokoju i zajął się swoimi sprawami. Ja poszłam pobiegać.
A może to słowo kocham cię, było tym przebitym murem? Tylko ja tego nie widzę? Może to wynik moich niezaspokojonych potrzeb? Dawno nie bylo między nami szczerej rozmowy, zazwyczaj moje próby kończą się fiskiem. Czy to jest kolejna cena niepłodności jaką przyszło nam zapłacić?
Od kilku dni już coś pękało.
Niewidzialne szwy na duszy powoli traciły swoją siłę.
Dziś z otwarciem oczu wiedziałam że to ona. Wróciła, w całej swoje okazałości, cała na czarno - pani Żałoba.
Usiadłam obok niej na łóżku.
-Witaj. Dawno nie byłaś tak blisko.
Położyłam jej głowę na ramieniu a ona wlała się cała w moje serce i duszę.
Akceptuje ją. Akceptuje swoją słabość. Akceptuje żal i ból.
Wiem że będzie ze mną teraz dłuższy czas. Październik, 1 listopada... To taki czas...
................................................................
Każdego dnia myślę o Tobie, mój kochany Kubuśku. Choć Twoje serduszko przestało bić, miłość do Ciebie nigdy nie zgaśnie. Zasnąłeś w moim brzuszku, a ja tak bardzo chciałam Cię przytulić, poznać Twój uśmiech i usłyszeć Twój pierwszy płacz. Tęsknota jest ogromna, a serce wciąż krwawi, ale wiem, że zawsze będziesz częścią mnie. Na zawsze w moich myślach, na zawsze w moim sercu.
Straciliśmy coś najcenniejszego – całe nasze wspólne życie. Nie dane nam było przeżywać razem tych małych, codziennych chwil, które są największym darem. Nie zobaczyłam Twojego pierwszego uśmiechu, nie usłyszałam Twojego śmiechu, nie moge patrzeć, jak rośniesz i odkrywasz świat. Jaki jesteś jako starszy brat. Straciliśmy te ciepłe momenty, pełne radości i miłości, które miały być nasze. Zamiast tego noszę w sercu wspomnienie, jak miało być, a tęsknota za Tobą jest moim towarzyszem każdego dnia.
Kochamy, pamiętamy. 🤍
Pamiętamy też o wszystkich rodzicach i ich utraconych dzieciach.
Tych najbliższych mojemu sercu pale dziś osobne światelko.
J🕯️L🕯️
.
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 czerwca 2025, 20:57
Olaf kończy 10tyg.
Zaliczylismy pobyt w szpitalu (rsv), drugi pobyt w szpitalu (diagnostyka główki, podejrzenie kraniosynostozy). Pewnie Olafa czeka operacja neurochirurgiczna żeby „poluzować” zacisniety szew czaszkowy. Jestem w trakcie zalatwiania tego.
Olaf jest „latwym” dzidziusiem. Ladnie spi, nie ryczy bez powodu (placz ze zmeczenia ale szybko daje sie ululac). Pojawia mu sie juz regularny rytm dnia, staje sie wszystko bardziej przewidywalne.
Wyzwaniem jest to, ze siedze w domu z 2 dzieci. Starszaka nie puszczam do przedszkola, by jakiegos syfu nie przyniosl. I to starszak a nie dzidzia mnie wykancza🤣
Ogolnie nie jest jakos MEGA ciezko ale bardziej nudno… pogoda nie zacheca to wielu godzin spędzonych na spacerze, z nikim sie nie spotykam, bo boje sie chorob.
Kończy się rok. To był piękny i ekscytujący, a jednocześnie jeden z trudniejszych w naszym życiu. Na szczęście nieważne co się dzieje, zawsze mamy z mężem siebie i te dwa cudowne skarby.
Mój starszak skończył 4 lata. Czas leci tak szybko, a on jest już taki duży, mądry i samodzielny. Na szczęście nie przestaje przychodzić się przytulać i mówić, że kocha. To najpiękniejsze uczucie na świcie.
Młodszy w październiku skończył rok - co to był za piękny rok. Decyzja o drugim dziecku była jedną z najlepszych w moim życiu. Owszem bywało ciężko, ale za to jak cudownie było odkryć macierzyństwo drugiego dziecka. Bez stresu o wszystko, z wiedzą i doświadczeniem, no i ze spokojniejszym dzieckiem 🤭
Jestem strasznie wdzięczna, że dane jest mi to wszystko przeżywać ❤️
Przyszły roku, nie bądź tak okrutny w niektórych sprawach, ale bądź piękny w swojej prostocie i nic więcej nie będzie nam potrzebne.
Wszystkiego dobrego dla Was wszystkich tutaj, niech życie ofiarowuje Wam zawsze to, czego najbardziej potrzebujecie ❤️
W tym tygodniu robiłam badania, 7-8 dpo, 22 dc
Wyniki:
TSH 1.46 (przy euthyrox 62.5)
fT4 19.5
Progesteron 21.7 ng/ml
pełna morfologia - wszystko w normie
Glukoza 82 mg/dl; 4.6 mmol/l
Ferrytyna 42 ng/ml
Kwas foliowy 25.6 (norma 3.89-26.
Wit D 38.7 (norma 30-60)
Homocysteina 7.76 (norma 5.08-15.39)
Cel: podnieść poziom wit. D i ferrytyny. Homocysteina mogłaby być trochę niższa. Ustabilizować kwas foliowy, żeby dalej nie rósł.
Aktualne suplementy i modyfikacje:
- Wit D z Swanson (zmiana z 2tys. jednostek na 4 tys.)
- Folian z Naturell (zmiana z 400 jednostek codziennie na co drugi dzień)
- Wit C (1000 codziennie)
- Sanprobi Barrier (pomaga mi to w ochronie przed infekcjami miejsc intymnych)
- Witamina B complex metylowane z aliness (1 tabletka co 3 dzień) *muszę zbadać poziom wit B12 bo tu bardzo duża dawka
- Jodid (200 codziennie, od teraz)
- Konzym Q10 (100 codziennie)
Dodatkowo zawalczę ze sobą i postaram się pić szklankę zakwasu z buraka dziennie, może podniesie poziom ferrytyny.
Wczoraj był drugi podgląd. Estradiol rośnie ale nadal ma niskie wartości. Pojawiły się nowe pęcherzyki i zamiast 4 jest 7, ale jeszcze małe, największy ma 14mm, najmniejszy 10mm. Nie wszystkie z nich będą rosnąć dalej. Stymulacja została przedłużona, dołożne leki. Rośnijcie jajka 🥚
Punkcja będzie w piątek 16.02 lub w sobotę 17.02.
Nigdy jeszcze stymulacja nie szła tak opornie ale najważniejsze,że są postępy. Po prostu jajka późno wystartowały.
Wczorajszy dzień był szalony. O 7 byłam już w klinice na badaniach hormonów i usg. Od 8 do 20 byłam w pracy. Po pracy jeszcze zakupy bo lodówka pusta. Będąc w pracy miałam jeszcze rozmowę z lekarzem i zalecenia. W przerwie w pracy pojechałam do apteki po leki. Smutne,że zamiast 7.20, zapłaciłam 700zł... koniec refundacji na leki.
Kolejny podgląd i badania jutro 🍀
Wczoraj mój mąż sam zainicjował rozmowę.
(Cieszę się, że nie rozpoczęłam sama rozmowy pod wpływem emocji, dzięki temu wiem, że sam również o tym myśli i tego chce)
Ustaliliśmy, że w czerwcu zawitamy do jakiejś kliniki (invicta, bocian lub gameta) i zaczniemy przygotowania do in vitro (ze świadomością, że może to trochę potrwać). Do tego czasu skupimy się na budowie, żeby jak najszybciej się tam wprowadzić i żeby jakoś dobrze tam funkcjonować. W między czasie będziemy kontynuować suplementacke.
Najbliższe miesiące rzeczywiście mogą być stresujące, więc dokładanie kliniki nie byłoby dobrym pomysłem.
Poczułam ulgę, jest szansa, jeszcze wszystkiego nie przekreślamy.
Po każdej burzy przychodzi słońce.
I chociaż oboje jesteśmy zupełnie różni, to łączy nas miłość do siebie.
Siedzieliśmy na łóżku po turecku, bez ubrań w tle leciał cicho jazz,a obok paliły się świece. Porozmawialiśmy o wszystkim co w nas było, o tych wszystkich negatywnych emocjach. Byliśmy dla siebie bardzo wyrozumiali i szczerzy, podziwialiśmy nasze ciała. Niezależnie od dalszego obrotu zdarzeń, jesteśmy rodziną. Już teraz.
To był magiczny i bardzo imtymny moment, tak nam się to spodobało,że przez następne dwa dni umawialiśmy się na takie wspólne wieczory.
Update.
Wyniki posiewu wykazały bakterie. Lipa ☹️ Będzie kolejny antybiotyk.
Test ROMA nie wskazał dużego ryzyka zmiany nowotworowej.
Leczenie na pasożyty mam rozpisane.
W przyszłym tygodniu dietetyk i kolejna wizyta u ginekologa, liczę że to wszystko pospinają ze sobą.
Skoro posiew wyszedł zły, to będzie chyba znowu pomysł na robienie biopsji endometrium. Puszka Pandory rozpakowana.
Stary umówiony na badania w kolejny wtorek.
Chcieliśmy lecieć na urlop w lutym, ale teraz to już kompletnie nie wiem, jak to spiąć 😔 I tak sobie myślę, że nie zdążymy skorzystać z autostrady po drożności (11.2023) 😔
29+0 tc
Zaczęliśmy 30 tydzień ciąży!
Wczoraj byliśmy na naszych trzecich, ostatnich badaniach prenatalnych, więc czas na nowy wpis. Niedługo muszę na spokojnie przepisać treść tego pamiętnika na karty albumu, który chciałabym zachować na pamiątkę dla naszego synka.
Co tu dużo mówić.. Jest idealny. Rośnie pięknie, serduszko bije jak dzwon, wszystkie pomiary wyszły kolejny raz w normach. Waży już 1251 g i mierzy ok. 38 cm. Byliśmy w tym samym centrum badań prenatalnych co za pierwszym razem. Pamiętam, że czułam się wtedy taka zagubiona i niepewna. Byłam pod wrażeniem, że mogę w ogóle być w takim miejscu. Wczoraj z kolei weszłam tam pewniejszym krokiem - wiedziałam gdzie jest recepcja, gdzie poczekalnia, jak to się wszystko odbywa. I tym razem to ja miałam ten największy brzuszek ze wszystkich 🤍 Jedna pani (jeszcze w obcisłych, wysokich jeansach, więc na początku ciąży) zasnęła obok mnie na fotelu. Ale to nie był taki zwykły sen, to było klasyczne zmęczenie pierwszego trymestru, bo nic nie obudziło jej przez dobre 30 minut. Słodki widok 🤍
Doktor sprawdzał wszystko, jakby to była tylko formalność. Jakbyśmy byli klasycznym przykładem zdrowej ciąży. Oglądał narząd po narządzie i ze spokojem komentował, że jest pięknie. Takie słowa po naszych przejściach to naprawdę jak miód na serca. Na koniec przełączył obraz na widok 3d i pokazał buzię naszego dziecka - taką pulchną, słodką buzię prawdziwego noworodzia. Jest piękny, ma cudowne pełne usteczka i nosek identyczny jak każde dziecko w mojej rodzinie. Jesteśmy zachwyceni tym małym człowiekiem 🤍
Mały człowiek leży od wielu tygodni w pozycji główkowej i kopie mnie zawsze na górze brzucha. Coraz mniej jest mocnych, szybkich uderzeń, a więcej przesuwania, ocierania, tak jakby miał tam coraz mniej miejsca. Kilka/ kilkanaście razy dziennie bezboleśnie twardnieje mi brzuch, wstaję częściej do toalety i nie mogę już leżeć na plecach dłużej niż kilka minut. Dzidzia rośnie, a z nią mój brzuszek, o którym tak długo marzyłam 🤍 Gdzieś przeczytałam, że teraz brzuszek to mój najlepszy outfit i tak właśnie jest 😊
Ostatnio kupiliśmy wózeczek. Dziwnie było wrócić z nim do domu, bo jeszcze niedawno nie pomyślałabym, że będzie nam to kiedykolwiek dane. Teraz stoi w centralnej części mieszkania, a ja chodzę obok niego, dotykam go i bujam. Nasze mieszkanie powoli przygotowuje się na nadejście synka - obok wózka stoi fotelik i łóżeczko, a pod nim leżą skompletowane ubranka na pierwsze rozmiary. Z praniem i układaniem jeszcze poczekam, bo potrzebujemy komody, by je gdzieś umieścić, a ciągle wierzę, że uda przeprowadzić się do czasu porodu.
Ostatnio mogłam też świętować mój pierwszy dzień mamy. I choć powinien to być dla mnie radosny czas, masa ciążowych zdjęć z instagrama wywołała lawinę sprzecznych uczuć. Chyba wspomnienia ostatnich lat jeszcze długo pozostaną w moim sercu i wychodzić będą na światło dzienne właśnie w takich momentach.
Dlatego chciałabym życzyć wszystkim mamom, ale przede wszystkim tym, które jeszcze czekają na swój cud, dużo wytrwałości. Bo jesteście już mamami - walczycie o Wasze szczęście z całej siły i zrobicie wszystko, by tylko sprowadzić je na świat. Potraficie już kochać nad życie kogoś, kto dopiero ma się pojawić i zasługuje to na ogromne uznanie. Jestem z Wami całym serduszkiem i wierzę, że warto będzie czekać i walczyć.
🤍
Prawie 17 miesięcy.
Podjęliśmy decyzję, że szykujemy się do transferu. Byłam już na wizycie, zrobiłam wszystkie badania, wyszły ok. Od nowego cyklu biorę estrofem i zaczynamy.
Synek jest wspaniałym chłopcem, uwielbia się przytulać, lubi dawać buziaczki, rozwija się dobrze, jest nadaktywny, wszędzie go pełno. Póki co mało mówi, jakieś podstawowe zwroty, ale na razie się tym nie martwię. Jeśli chodzi o jedzenie to bywa różnie, raz lepiej raz gorzej, ale butla przed snem wchodzi zawsze 😅 Synek bardzo mocno akcentuje swoje ja, dużo krzyczy i jest na etapie uczenia się swoich emocji, więc bywa jeszcze ciężej niż dotychczas. Najgorsze są noce, nic się nie poprawiło, nadal są pobudki i imprezy nocne, tracę już nadzieję, że to się kiedyś zmieni 🙈
Czasem sobie myślę, że oszalałam, że decyduję się na drugie dziecko przy tak wymagającym pierwszym egzemplarzu. Jeśli drugie też takie będzie to czeka nas niezły szpital psychiatryczny 🤪
Myślałam, że przy staraniu o drugie dziecko będę spokojniejsza, że będą mniejsze emocje, a tymczasem boję się okropnie.
Boję się też co powiem w pracy, wszyscy tak bardzo czekali na mój powrót, a ja chwilę popracowała i być może zaraz znowu zniknę, nie wiem jak ja powiem mojej szefowej o kolejnej ciąży. Ale póki co nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu, bo jeszcze w ciąży nie jestem i nie mam żadnej pewności, że w niej będę 🤷♀️
27 dc, 13 dpo.
Dwa dni temu robiłam test. Z tego stresu spać w nocy nie mogłam, testowałam o 2 w nocy. Biel zupełna. W pierwszej chwili uderzył mnie smutek, jakoś duże nadzieje z tym cyklem wiązałam (rok temu w styczniu zaszłam w bliźniaczą, straconą ciążę). Potem narodziła się myśl “a może to za wcześnie, może jeszcze się pojawi?”. Przychodzą do mnie wspomnienia, jak rok temu pozytywny test wyszedł mi bardzo późno, choć staram się je przeganiać. Jutro rano zatestuję znowu. Staram się nie nakręcać, ale to takie trudne. Do tego zajadam stres - siedzę przed telewizorem z miską chipsów. Mąż chory, ja izoluję się i śpię na kanapie w salonie. Do tego z jego tatą jest już bardzo źle, lekarze poddali się jeśli chodzi o ewentualną walkę z chorobą, jest zbyt zaawansowana, teraz już tylko minimalizowanie cierpienia w jego ostatnich chwilach. Lepszy czasie, nadchodź.
Przygotowania do inseminacji.
Moje najnowsze wyniki badań.
LH = 63.26 mIU/ml
FSH = 13.74 mIU/ml
PROG = 0.548 ng/ml
Jak na 15 dc, powinnam mieć wyższy progesteron.
Czytałam różne scenariusze w tym przypadku, prawdopodobnie po inseminacji będę dostawać czopki z progesteronem. Innym scenariuszem nie tak odległym jest stymulacja całego cyklu. W niektórych klinikach stymulują nawet jak nie ma takiej potrzeby,żeby zwiększyć szanse na zapłodnienie.
Mąż dzisiaj mi oznajmił,że jak już nam się uda to pojdziemy na saunę 🤣 bardzo się zdziwił jak mu powiedziałam,że ja nie będę mogła iść z nim.
17cs 23dc
Przez cały czas staram się rozwiązać problem. Koncentruję na nim moje wszystkie życiowe siły i zaczynam czuć, że to zabieganie jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wywołuje tylko żal do siebie, poczucie że stałam się więźniem czasu i własnego ciała.
Chcę już pożegnać ten ból, na który jestem ciągle narażona. Ciągłe wystawianie się na niego wcale nie czyni mnie silną, jak wielu może przypuszczać.
Odkryłam, że ta walka ma swój początek. Tak jasny, pełen nadziei i niewinnych marzeń o przyszłości.
Już nie biegnę do mety. Mój sprint przestaje mieć znaczenie. Częściej powłóczę nogami. Czasem stoję w miejscu, ale nadal oszukuję ludzi, że to pot na mojej twarzy a nie łzy.
Jak na razie ten punkt końcowy wydaje mi się być gorzki, a nie tak słodki jak na początku.
Zawsze podążałam za głosem serca, lecz robiąc to do tej pory czułam tylko ból i rozczarowanie.
Czy to znak, żeby wyłączyć to siedlisko emocji?
Zamienić piękno powiększenia rodziny w listę obowiązków do odhaczenia?
Stać się kamieniem – oszlifowanym, żeby wszystko po mnie spłynęło? Czy takim z ostrym końcem, żeby nie pozwolić się zranić?
To jest najtrudniejsze zadanie z jakim przyszło mi się mierzyć.
Wcale nie chodzi o tęsknotę. Musiałam wiele razy zajrzeć w głąb siebie i sprostać kłębiącym się we mnie myślom. Brzydkim i ciężkim.
I tak stałam się tą bezpłodną. Kobietą, którą nigdy nie chciałam być.
A teraz walczę sama.
Jestem.
Żyję.
Trwam w rutynie.
Będę istnieć dopóki odnajduję jeszcze siłę w swoim sercu.
Bóg pomału zabiera ode mnie ten instynkt i pozwala mi cierpieć coraz mniej.
______
Staraczko,
Nikt nie zna bólu, w jakim jesteś.
Nikt nawet nie próbuje go zrozumieć…
Nikt nie zna życia jakim żyłaś wcześniej,
Nikogo to nie obchodzi, bo nikogo tam nie było.
Czy zdajesz sobie sprawę z tego co naprawdę się tu wydarzyło?
Czy ktoś jest w stanie zaradzić Twoim wszystkim łzom?
11 miesięcy
Święta za nami, Sylwester spędziliśmy w domu, mała na szczęście przespała fajerwerki. Ubrałam choinkę i o dziwo nadal stoi w całości, udało się nawet powiesić szklane bombki, tylko poza zasięgiem jej rączek na bezpiecznej wysokości. Jedynie długie firany były motywatorem do super zabawy w chowanego, więc musiałam je podwinąć 🫣
Cieszyłam się, że spacery w wózku zaczęły jako-tako wyglądać to niestety znów mamy kryzys, ostatnio kilka razy wracałam z nią na rękach, a raczej na ręce, bo drugą pchałam wózek 🤦 Teraz mam obawy wychodząc gdzieś z nią sama, bo nie jest to już lekki egzemplarz 😄 Ostatnio waga pokazała 10,5kg, ciuszki na rozmiar 80 są za małe, zaś 86 za duże.. Ząbków ma 8. Drzemki dzienne nadal dwie, chociaż nieraz wydłuża sobie pierwszą i śpi raz, potem wcześniej kładziemy ją spać na sen nocny. Od miesiąca walczymy z katarem, który o ile już w miarę się skończył, to znów ma zatkany nos, który utrudnia spanie w nocy... Tak czy inaczej pierwszy antybiotyk za nami.
Ogólnie tak sobie myślę, że łączy nas wciąż niewidzialna pępowina, bo rozstania z nią to dla mnie największa kara, ba! Ja na długo nigdy jej nie zostawiam, mam potrzebę chłonąć każdą wolną chwilę będąc z nią, obserwując jak się bawi, jak rośnie, jak nabywa nowe umiejętności. Bez niej czuję niepokój, zaraz tęsknię i muszę wracać do domu. I szczerze powiedziawszy jestem tym bardzo zaskoczona, bo o takie uczucia nigdy siebie nie podejrzewałam - nigdy nie czułam się gotowa na macierzyństwo, myśląc o nim jako o ograniczeniu w jakimś stopniu naszych planów, braku wolnego czasu, odpowiedzialności. I o ile tych wolnych chwil faktycznie mam bardzo mało, o tyle od 11 miesięcy czuję, że to najlepiej spędzony czas w całym moim życiu ❤️
💓🐻
https://zapodaj.net/plik-fNTTVGMADy
Mój mały Gumiś żyje 🥹
CRL: 1,39 cm
FHR: 154 bpm
Z USG idealnie jak z kalendarza: 7+5.
Ale żeby nie było tak różowo, to wczoraj wieczorem znalazłam nitkę krwi na papierze. Dziś rano jasno różowiutkie plamienie. Nie spalam całą noc i byłam pewna, że już po wszystkim.
Doktor oczywiście kazał się tym nie przejmować, ale bardzo się zmartwiłam. Teraz byle jakoś doczekać do kolejnego USG za 2 tygodnie 🙏 W międzyczasie kontrola u profesor.
Boże błagam, niech ten mały Cud trwa 🙏🙏🙏
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.