zaba25 walka o 2-gi cud :) 3 marca 2013, 18:54

ja nie wiem, dzis macica znow do gory troszke, jajniki mnie bola obydwa:/ test owulacyjny mocniejszy niz wczoraj ale kreska testowa slabsza od kontrolnej, na mikroskopie troszke poprotek eh...

haidi wielkie nadzieje :-) 3 marca 2013, 19:10

Witam Was wszystkie starające się o Malenstwo Kobitki!!! Niedawno do Was dolaczym. Staramy się z mężem o małego babelka dopiero drugi miesiąc ale i tak mam swoje wewnętrzne obawy że może nie uda się tak szybciitko jakbyśmy tego pragnęli. Chodzi przede wszystkim o to że gdy miałam 17 ( teraz 26 :-) ) lat zdiagnozowali u mnie zespół policystycznych jajników, po roku wykluczyli, ale odkąd pamiętam mam nieregularne miesiaczki, jedynie przyjmowanie luteiny reguluje je całkowicie. Jednak mam w głowie OBAWE że jest coś że mną nie tak. Ale staram się myśleć pozytywnie i wierzyć że moje obawy są tylko moje i wszystko będzie dobrze :-) Także rozpoczynam mój pamiętnik.

karotka00 ..Druga radość.. 3 marca 2013, 19:12

No i ja pier....niczę :( Okresu brak, test negatywny,a mnie już trafia. Mam tylko wilczy apetyt, tutaj zapiekanka,tam pierożki,za chwilkę kanapeczki i spaghetti..Nic już z tego nie rozumiem.Gdzieś tu wyczytałam,że jeśli owulka była opóźniona ze względu na moje nieregularne cykle,to istnieje faktycznie szansa,że jestem w ciąży,tylko po prostu test może jeszcze tego nie wykryć.Już nawet na kalkulatorach w necie liczyłam kiedy by niby te dni płodne miały być przy długości cyklu 30..35..38 dni. No i w sumie mi wychodzi,że niby jakiś cień szansy na zapylenie :D jest,ale..czy ja wiem. Zwyczajnie się nakręcam,jak co każdy cholerny miesiąc i mam już dość.:( Choćby nie wiem co, zwlekam się jutro z łóżka skoro świt (czyli u mnie pewnie dopiero ok 9 rano haha :D ) i dzwonię do gina umówić się na wizytę albo nawet wręcz się przejdę,bo i tak mam rano parę rzeczy do załatwienia. Mój P. nawet się śmiał,że jak mu pokażę piękne dwie krechy na teściku,to mi pojedzie i kupi CAŁYYY kubełek KFC :D Po który trzeba jechać do miasta obok :P Śmiałam się,że w takim razie zaraz do tego negatywnego testu sama drugą kreskę dorysuję.
Nie wiem...pewnie coś jutro napiszę,jak się umówię na wizytę.A może by mnie tak nawet przyjęli bez terminu? Byłoby super...Zobaczymy :)

beatred Brakuje nam Ciebie maleństwo 11 lipca 2013, 18:42

Wczoraj mineły dwa miesiące jak nie ma z Nami maleństwa[*]:( Jest tak cholernie ciężko. Miejmy nadzieję,że doczekamy się maleństwa tu na ziemi.


Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lipca 2013, 18:43

Kfjatus garść przemyśleń.. 4 marca 2013, 11:23

Bez nadziei zapadać się,
Krążąc pomiędzy jawą,a snem
I wciąż walczyć każdego dnia,
By pragnąc jeszcze bardziej,
czekać szczęścia dnia,
Potajemnie łudzą się,
Może dziś, może już ten dzień?

Dziwnie sie czuje... Odczuwam przypływ gorąca na twarzy, zmierzylam temperaturę i jest 37,03
To dziwne bo jestem zdrowa. Mam nadzieje, ze chorubsko sie znowu do mnie nie zbliża!

Koniec 55 dnia cyklu:) @ nadal nie zawitała. Już jutro ide na kolejne usg. Znając życie napewno nic tam nie zobaczy i dostane jakies leki na wywołanie okresu. Ale przychodzi popołudnie i dostaję okropnych skurczy przeważnie prawego jajnika albo całej macicy.Występują one co kilkanascie minut i się utrzymują ok 15 sec i te piersi.... Nic jutro o 13 się wszystko okaże. Mam strasznie wzdęty brzuch jak w ok 5 m-cu ciąży. Już mam dość tego ciągłego czekania i tej niewiedzy... Tymczasem idę spać. Do jutra dziewczyny... trzymajcie kciuki aby malenstwo sie jutro pokazało...

karola1617 chcę zostać mamą.. 4 marca 2013, 08:13

witajcie dziewczyny,jutro kończy mi się abonament i nie będę go na razie przedłużać, chciałabym WAM wszystkim bardzo podziękować za te wszystkie przydatne dla mnie porady i słowa otuchy. Niestety nie udało mi się zajść w ciążę chodź bardzo chciałam, będę starać się dalej, może kiedyś mi się uda. trzymam również za was kciuki a przyszłym mamom życzę spokoju i pociechy z maluszka...! :*

rosa123 Czekam ........ 4 marca 2013, 08:59

I rozpoczynamy nowy cykl oby był owocny

haidi wielkie nadzieje :-) 4 marca 2013, 09:31

Wczoraj pisałam że coś ze mną nie tak... a dzisiaj proszę, mam plamienie w 12 dniu cyklu! Nie wiem co się dzieję :( Nie miałam czegoś takiego od ładnych paru lat... Ech

Kfjatus garść przemyśleń.. 4 marca 2013, 11:15

Najgorsze są tzw. złe dni, kiedy problemy (choć takie same jak zawsze), piętrzą się, wyłażą z każdego kąta, wręcz prześladują. I nie cieszą mnie takie dni, gdy jest mi zwyczajnie źle być. Wydaje mi się wtedy, że wszystko się mści,a przeciwko mnie obraca się każda część tego świata. Gdyby ziścił się jakiś mój plan, znów wróciłaby nadzieja, że będzie lepiej... przecież jestem powszechnie uważana za osobę szczęśliwą, radosną i pełną optymistycznych pomysłów... ale czasem... czasem i ja mam BARDZO ZŁY DZIEŃ, mimo, że za oknem świeci piękne marcowe słońce... :(

sosenka80 Czekając na... ten dzień... 26 stycznia 2015, 12:19

...Kartka z pamiętnika pt. "Przed, w trakcie i po laparoskopii..."

Środa wieczorem... wszystko spakowane i zaczyna się lekkie zdenerwowanie, nosi mnie... Przytulam się do męża... Artuś po co ja tam idę? Głaska mnie, głaska... uspokajam się... na chwilę... Biorę moje Pismo, jak zawsze niezawodne w takich sytuacjach, otwieram przypadkiem, wcześniej myślę, Panie niech mi się otworzy na jakimś fragmencie, który pasuje do mojego samopoczucia i mojej obecnej sytuacji... Łukasz...nie pamiętam, teraz który rozdział, czytam 'Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie', czytam to jeszcze z 5 razy. Później piszę jeszcze do N. mam taką potrzebę i znów wyję, ogarniam się, idziemy spać.

Czwartek. Budzę się rano, od 4 łażę, nie boję się, jestem całkiem spokojna, robię mężowi, śniadanie, kawę, pies ze mnie nie spuszcza oka, wie, że coś tu się święci i gdzieś wyjeżdżam, leży w swoim koszyku i patrzy mi w oczy, jest smutna. Miśka przecież wrócę do ciebie, piesiaczku ty mój. Idę się przysznicować... czasu aż nadto. Wyjeżdżamy o 6.30.
Kawałek drogi przed nami, jakieś 50 km może nawet więcej, nigdy nie byliśmy w tym szpitalu, co robi mój mąż, z lekka się zagubił, ja się drę, przecież miałeś sprawdzić jaka droga, widzisz, jakie tu są lasy naokoło. Zawracamy, myślę sobie, no pięknie, początek a tu takie hece, dojeżdżamy, wcale się nie spóźniliśmy ale mnie już takie sytuacje denerwują. Ufff... istna puszcza, z każdej strony las, mnóstwo drzew, sosny, świerki, jakieś liściaste bez liści, dziwne jakby miały liście przecież to zima ;) Wchodzę, I piętro napis 'oddział ginekologii i położnictwa' robi mi się lekko ciepło. Panie w rejestracji, każą mi się przebrać i przyjść z odpowiednimi dokumentami... mówią, że moja sala to nr 6, wchodzę, a tu 6 łóżek, każde zajęte, zostaje dla mnie jedno w środku, sobie myślę... o masakra! Idę z tymi dokumentami... 15 min śmiechu, po co tu pani do nas przyjechała? Chciałam powiedzieć na ferie :) Blondynka mówi, będzie dobrze, mąż nasienie badał, ano badał, a to może trzeba męża wymienić ;) Śmiejemy się wszystkie 3, oj czuje, że będzie wesoło. Pobierają krew. Wracam, robię sobie herbatę, jem kanapkę, od południa mam nic nie jeść, tylko jeszcze zupę na obiad. Obchód... Pani u nas nowa, zwraca się do pielęgniarki, nie była badana, to później na badanie. Każę mężowi jechać, bo po co będzie siedział i się bez sensu zamulał. Odprowadzam go, oczy się zaszkliły, mówię, żeby jutro wcześnie nie przyjeżdżał bo to bez sensu. Dajemy sobie po buziaku, robię się wylewna i mówię, jak to go bardzo kocham ;) Czas leci szybko, rozmawiam z dziewczyną obok, biedna 2 poronienia po IFV, trzeci raz zaciążyła naturalnie, ciąża pozamaciczna, jajowód pękł, ledwo ją odratowali. Nie jest smutna, mówi, że już nie ma siły. W trakcie ktoś do mnie pisze, dzwoni, czytam książkę... właściwie to z zasięgiem mega problem, bo wszędzie puszcza ;) Nadeszła godz. 15, drugą babeczkę ok 60letnią z sali woła pielęgniarka do zabiegowego, ehe sobie myślę, zaraz ja pójdę na odstrzał. Babeczka wraca, pytam, badał panią, mnie nie, ufff... jak ją nie, to mnie też nie, bo ona również na laparoskopie. Wchodzę na luza, lekarz pyta o przebyte choroby, śmieje się, żartuje, mija z tymi papierami z 10 min i mówi to zapraszam na badanie... o cholera, że co, że ja mam się rozłożyć przed obcym facetem, jak mnie zawsze badały kobitki. O matko, rozbieram się, znaczy zdejmuję getry i majtki i się kładę bo co mi pozostaje, przecież nie zwieję. Fotel jedzie do góry, lekarz coś żartuje, zakłada rękawiczki, zapala sobie światło i mówi do mnie luźniutko... to ja mówię... jest luźniutko... ano jest... wkłada coś ale średnio delikatny ten pan doktor, potem maca mój brzuch. Dotyka go z każdej strony, ok zjeżdżam na dół i się ubieram. Wychodzę i idę do kaplicy na 15.30, jest różaniec i msza. Modlę się. W sumie jestem cały czas spokojna. Wracam, czas szybko mija, znów obchód, kolejna zmiana pielęgniarek, jedna z nich mówi, że po obchodzie zrobimy lewatywę... o losie, to mnie sparaliżowało. Takich cudów to ja w życiu nie miałam. Siódme poty mnie oblewają. Faktycznie zaraz po obchodzie prosi te osoby, które mają mieć w piątek zabiegi. Idę druga... znów ten sam fotel... znów się rozbieram... spotykam kolejnego anioła w szpitalnym fartuchu, pyta czy się ogoliłam, mówię, że zupełnie to tak nie... nie ma problemu, zaraz to zrobię, rozmawiamy o czymś tam, cały czas się uśmiecha, jest bardzo miła... ale moje myśli krążą wokół mojego odbytu, co ona mi tam będzie robić, tłumaczy co będzie się teraz działo po kolei... przechodzę i to... ufff mam teraz to coś trzymać jak najdłużej w tym czymś u mnie z tyłu, znaczy się w tyłku. O maskara!! Biorę papier, na wszelki wypadek i poruszam się blisko łazienki. Minęło... kolejna rzecz zaliczona. Wieczorem spotkałam dziewczynę hmmm kobietę, bo 40 letnią, która chodzi do tych moich lekarzy co i ja, tylko ona do jej męża ale razem ją operowali. Na jutro ma termin cesarki, 3 dziecko. 40 lat. W trakcie ktoś do mnie dzwoni, pisze, aż się prawie bateria rozładowała. Mnóstwo ciepłych słów. 23 idziemy spać, myślałam, że nie zasnę, zasnęłam pod kołdrą i moim kocykiem, faktycznie w szpitalu zimno jak cholera.

Piątek. Budzę się znów o 4 rano ale drzemię tak do 6, idę się umyć, włosy wysuszone, zęby umyte, buzia nakremowana, wszystko musi być u mnie dopięte na ostatni guzik. Później przebieram się w super zieloną, szpitalną koszulę. Czekam. Znów dostaję ileś smsów, które mnie niesamowicie podnoszą na duchu i ta świadomość, że tyle osób o mnie myśli, modli się, wspiera, jest ze mną. Ja to czułam, że wy też jesteście ze mną... Mąż dzwoni i mówię mu, żeby się nie martwił. Dzwonie do mamy mówię jej to samo. Kolejna rzecz... cewnik... ponownie się rozkładam na fotelu, pielęgniarka mówi, będzie bolało, trochę znieczula jakimś środkiem, końcówkę tego wężyka smaruje jakimś żelem i zabiera się do roboty... uff... trochę boli ale ja z tego bólu się śmieję na głos, ona też się śmieje bo mówi, że pierwszy raz ma pacjentkę, która się śmieje przy zakładaniu tego 'ustrojstwa'. Piecze jak cholera, szczypie, no kuźwa muszę dać radę. Godz. po ósmej, przychodzą dwie pielęgniarki, ta jedna to od cewnika, każą kłaść się na łóżko i mówią, że jedziemy. No to jedziemy... ta dziewczyna z boku macha mi ręką i mówi, że będzie dobrze, oczywiście, że będzie. Zatrzymały się przy pokoju pielęgniarek, zabierają coś ze sobą... ja tak na wpół leżę podparta na łokciach i widzę... uff... moja pani doktor... kamień z serca z daleka się uśmiecha i mówi dzień dobry. Coś zapytała ale już zapomniałam co. Jedziemy dalej na blok operacyjny. Z mojego łóżka siadam na fotel, wiozą mnie tak jakbym nie mogła dojść ale nic nie mówię. Tak sobie tylko pomyślałam. Wstaję jestem już przekazana w ręce innym pielęgniarkom, kładę się na stół operacyjny, pomagają mi zdjąć tą zieloną fajną koszulkę, leżę goła ale zaraz zostaję przykryta zielonym materiałem. Rozkładam ręce, jak do ukrzyżowania, pielęgniarka mi je przywiązuje tak jakbym miała uciec. Wchodzi moja lekarka, pyta jak się czuję, mówię... że wczoraj było gorzej, a dziś jak już ją widzę to jakbym była u siebie... śmieje się na głos... no tak miód na serce... mówię, że się trochę boję, odpowiada, że się nie dziwi, bo też by się bała... pytam... czy mogę do niej zadzwonić, czy przyjść w najbliższą środę żeby się dowiedzieć co tu dziś wyszło... mówi, żebym się tym nie martwiła, bo do mnie przyjdzie.
Lekarka przykręca no to coś na nogi jak na fotelu ginekologicznym, kładę je i myślę, no teraz to wyglądam jak rozjechana żaba ;) Zaczynam się w myślach modlić, wyciszam się, odmawiam 'Pod Twoją obronę' i mówię Panie Ty się tym zajmij. Lekarz coś mnie pyta... ja już odpowiadam, że nie mam siły. Wcześniej widziałam pełno pielęgniarek, moją lekarkę z mężem, anestezjologa. Było mi już wszystko jedno. Budzą mnie... czuję coś w buzi... wyciągają tą całą rurkę, myślałam, że się uduszę. Przenoszą mnie znów na inną salę, pooperacyjną, zęby mi latają chyba po tej narkozie, podpięta pod tymi aparatami, słyszę pikania, z niecierpliwością czekam na moją panią doktor. Nie myślę nic, po prostu czekam, podparta na łokciu. Idzie... i mówi... Wszystko jest dobrze, najważniejsze, że obydwa jajowody są drożne, nie ma żadnych zrostów. Zadaję pytanie, czy nakłuwane były moje jajniki... nie było takiej potrzeby. Obyło się bez jakiegokolwiek 'naprawiania' czegokolwiek. Cieszę się bardzo ale ona chyba zobaczyła w moich oczach to co mnie zaniepokoiło... no to co jest nie tak... i mówi, teraz mam czekać do miesiączki, następny miesiąc się starać, a jeśli nic nie będzie przyjść to spróbujemy z inseminacją i badaniami genetycznymi. I wiecie co... zaczęła mnie głaskać po dłoni. Na prawdę zrobiło mi się miło, jakoś tak lżej. Odwieziono mnie na oddział, mąż już czekał z Kaśką, cały dzień czułam się bardzo dobrze, aż do wieczora, lekko mnie zemdliło i Alusia puściła sobie hafta na podłogę bo nie zdążyła w nic innego. Pielęgniarka nawet nic nie powiedziała, nic się nie stało, zapytała, czy chcę jakieś środki przeciwbólowe, któraś nawet powiedziała, że twarda sztuka ze mnie. Usnęłam.

Sobota. Rano przychodzi pielęgniarka, kolejna miła, którą spotkałam na swojej drodze, odpina 'ustrojstwo' zwane cewnikiem. Wstaję powoli, jakby nie było 24 godziny leżenia, to może się trochę kręcić w głowie. Idę się umyć troszeńkę. Po drodze mijam ordynatora oddziału, który poprzedniego wieczoru był na obchodzie, pierwszy mówi dzień dobry i pyta jak się czuję. Powiedziałam, że dobrze, szybko się zmyłam, bo wyglądałam jak półtora nieszczęścia. Zmieniam tą koszmarną koszulę na swoją. Obchód. Przyjeżdżają moi. Idę pod prysznic, asekuracyjnie są w łazience jakby mi się na wszelki wypadek miało zrobić słabo. Nie zrobiło się. Dochodzę do siebie. Śmiejemy się, jest wesoło. Odjeżdżają. Leżę i zaczynam myśleć... kurcze dobrze, że wszystko wyszło ok ale jakby coś 'naprawili' to bym wiedziała, że naprawione to może się zaciążę szybciej, a tak to co?? Myślę o tych badaniach genetycznych, za dużo to o tym nie wiem... jedyne to co mi przychodzi na myśl, to, to, że możemy do siebie nie pasować i gdzieś kiedyś czytałam o czymś takim jak 'kariotyp' ale nawet dokładnie nie wiem o co chodzi, chyba chromosomy. Usypiam. Dzwoni koleżanka, że mnie odwiedzi. Fajnie. Czas szybko leci. Już wieczór.

Niedziela. Dzwoni mąż i pyta jaki program na zmywarce jak bardzo zabrudzone naczynia. Pytam co robił. Pierogi wczoraj wieczorem. O losie, już sobie wyobrażam jak wygląda moja kuchnia :) Powrót do domu... jak fajnie. Kuchnia nadaje się do użytku. Mówi, żebyśmy się położyli. Leżymy. Jak dobrze, że już wróciłaś. Jak to dobrze, czasem tak wybyć z domu na kilka dni. Wtedy się docenia tą drugą osobę :) Obiad u mamy. Dzień zleciał znów szybko. Godz 23 leżymy, nie mogę zasnąć we własnym łóżku, dziwne, szybciej zasypiałam w szpitalu. Mężuś przytula się do mojej ręki. A ja co robię... myślę. Tak się bałam, a poszło tak gładko, spotkałam tyle miłych osób, jakże pomocnych, uśmiechniętych, sympatycznych. Jak ważne jest wsparcie innych osób, jaką to daje siłę. Nie zastanawiamy się nad tym, nie dostrzegamy tego, a czyjaś obecność to chyba to, co w życiu jest równie ważne.

Nie wiem co będzie dalej, nie wiem czy się 'zaciążę', wiem jedno, że przeszłam kolejny etap by dojść do upragnionego celu jakim jest cud nowego życia. Póki starczy mi sił na pewno o to szczęście przez duże S będę walczyć, będziemy walczyć. Ja i mój mąż. Wierzę i mam taką wiarę w sobie, że się kiedyś uda! Tak! Uda się!

Na koniec... dziękuję wszystkim co o mnie myśleli, modlili się, pisali komentarze pod wykresem, że są, że myślą, że wpadają ze wsparciem. Uwierzcie, ja to na prawdę czułam! Dlatego byłam taka spokojna. I ufałam Temu na Górze. Bo On jest Panem życia i śmierci... na chwilę obecną... pozwolił mi nadal żyć. I za to Mu dziękuję.

Ps Jeśli ktoś wytrwał do końca, to podziwiam. Ja bym do końca nie doczytała albo zupełnie pobieżnie. Ale co ja zrobię, jak już się rozpiszę, to wychodzą poematy. :D






agata86 Chcę mieć dzidziusia 4 marca 2013, 12:07

wizyta u lekarza początkowo 21 marca teraz przełożyłam o całe 3 dni, czyli jeszcze 2 tygodnie czekania, czuję się super, oby tak dalej. dzisiaj zrobiłam ostatni test który miałam w domu i wyszły 2 ciemne krech, na betę nie poszłam.

No i co teraz czekanko 2 cholernie długie tygodnie.

dunia1287 Będzie co ma być. 4 marca 2013, 12:43

Piękna dziś pogoda:) Słonko od rana świeci,aż miło z domu wyjść, i od razu lepszy humorek:) Właśnie robię gulasz na obiad,od zapachów aż się głodna zrobiłam.Jakie to nasze słoneczko ma wpływ na samopoczucie:)

Dawno mnie nie było, ale co tu pisać skoro czas leci jak szalony, człowiek zabiegany ciagle tylko praca - dom :(

Wczoraj mialam straszny bol jajnika, hmmm to pewnie bol owulacyjny wiec trzeba dzialać ;) zobaczymy moze w tym miesiacu sie uda :)

W czwartek ide do Ginekologa zeby poradzil mi jakie badania moge wykonac aby sprawdzic czy u mnie wszystko ok... no a w piatek moj M ma wizyte no i zobaczymy jak wyszly badania..oby tym razem byly dobre :)

Właśnie wróciłam do domu. Miałam robione usg dopochwowe ale niestety lekarz nic nie wypatrzył... :( przepisał mi luteinę. Jak za 10 dni nie dostane @ to mam się do niego zgłosić. smutno...

piersi mnie bola,ale chyba troche za malo jak na dzidzie.mysle sobie,ze pewnie niestety sie nie udalo i to objawy miesiaczki,ale z drugiej stony gdzies wewnatrz mam cicha nadzieje.testu poki co nie robie.nie chce sie rozczarowac:(znow.

To jest takie męczące - ta niepewność mnie dobija.

Kajaoli Trzy serca.. zalamany swiat.. i nadzieja.. 18 października 2013, 15:40

Cichutko tutaj ostatnio.. a ja nadal pelna nadziei.. ze szczescie sie do nas usmiechnie..

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)