7 dzień cyklu.
Nie udało mi się dzisiaj kupić testów, bo brakło mi czasu .. ;/
Ale jutro już muszę skoczyć na 1oo % ! :D

Ogólnie dzień taki sobie..
Dzisiaj znowu widziałam tą Kobietę z tymi dziećmi ...
Łezka się w oku kręci ... Patologia!

.....

Szczęście Moje Malutkie Kochane ! Przyjdź do mnie! Mamusia czeka ! <3 <3 <3

.... :( :( ..

Bhcg negatywna...
Co czuję? PUSTKĘ!

Żal i smutek że największe marzenie się nie spełni...

Moja krótko trwająca ciąża pokazała czym jest szczęście, jak to jest dosięgnąć nieba i wziąć sobie gwiazdkę.
Moją gwiazdkę musiałam zwrócić niebu i wiem że czuwa nade mną. Mam nadzieję że kiedyś do mnie wróci jednak dziś kończę walkę - z braku sił fizycznym i psychicznych, z braku wiary że kolejne próby mogą przynieść pozytywne zakończenie...

Przygody z OF a raczej Was wszystkich nie zapomnę. Może kiedyś tu zajrzę by zobaczyć śliczne buzie Waszych pociech lub poczytać że doczekałyście się pozytywnej Bhcg i pięknie rozwijających się dzidziolków pod Waszym sercem :)

Żegnam się z Wami Kochane i trzymam kciuki za Was <3

skabarka Ja, moje życie, i ja... 4 maja 2015, 19:30

Ciąża rozpoczęta 30 listopada 2014

Wyczekująca Moja walka z PCOS 4 maja 2015, 19:45

Na wstępie może się po prostu przedstawię i opowiem moją historię :) A więc nazywam się Magda i jestem od 9 miesięcy szczęśliwą żoną najwspanialszego pod słońcem mężczyzny. Za niecałe 2 miesiące kończę studia magisterskie na pedagogice i rozpocznę namiętne poszukiwania pracy - chociaż perspektyw na wymarzoną pracę w zawodzie niestety brak :/
Moja historia zaczęła się gdy w wieku 15 lat nadal nie miałam pierwszej miesiączki. Pojawiła się ona z wielkim hukiem (zwiedziłam sobie oddział ratunkowy ;)) dopiero w wieku 16 lat. Kolejna nie pojawiała się znów przez długi czas i wówczas wybrałam się w wieku 18 lat do ginekologa. Tam pani doktor na podstawie obrazu USG stwierdziła PCOS. Wyniki hormonalne w normie - stosunek LH do FSH wynosił 1,3, więc nie tak źle. Innych objawów poza bardzo rzadko występującą miesiączką i trądzikiem, który został uznany za młodzieńczy nie było. Ginekolog przepisała mi tabletki anty i kazała brać przez rok żeby sprawdzić czy jajniki "zaskoczą". Po roku jednak nie zaskoczyły i wtedy na własną rękę zaczęłam robić wszystkie możliwe badania i z wynikami udałam się do endokrynologa (nawiasem mówiąc anioł nie kobieta!), który stwierdził, że być może cierpię na insulinooporność, ponieważ na jednym badaniu insulina wynosiła po 2 godz lekko ponad 70 ale na drugim lekko ponad 110. Niby w normie ale podobno profesor, który się w tej dziedzinie specjalizuje stwierdziłby już u mnie insulinooporność tak jak u większości swoich pacjentek, których insulina po 2 godzinach wynosi ponad 100. Tak więc dostałam Glucophage i o dziwo po kilkunastu tabletkach pojawiła się miesiączka. Radości nie było końca :P Do tego dołożyłam dietę i po woli zaczęłam chudnąć i miesiączka się normowała. Co prawda nie była regularnie co 28 dni ale też nie co 90. W między czasie mój ukochany obecnie mąż, a wtedy chłopak oświadczył mi się i wyznaczyliśmy datę ślubu. I się zaczęło... :P jak to z przygotowaniami do ślubu bywa - jest ich mnóstwo. Im bliżej tego wymarzonego dnia tym mniej czasu na trzymanie diety i uprawianie sportu (a może to była tylko moja wymówka?), co spowodowało, że po powrocie z podróży poślubnej przybyło mi ze 3 kg i miesiączka zniknęła... Od stycznia tego roku postanowiłam się wziąć porządnie za siebie i udało mi się schudnąć 6,5 kg. Może ktoś powie, że w prawie 5 miesięcy to nie dużo ale ja nie zaczęłam stosować żadnych rygorystycznych diet ani przysparzających mnie o palpitację serca ćwiczeń. Zaczęłam po prostu zwracać uwagę na to co jem, jak jem i kiedy jem oraz więcej się ruszać. Oczywiście głównym wyznacznikiem jest u mnie indeks glikemiczny ale też bez przesady - jak od czasu do czasu zjem w zupie gotowaną marchewkę, która ma wysoki indeks to świat się nie zawali ;) Pani endokrynolog poleciła mi zmianę ginekologa, ponieważ wcześniejszy nie bardzo wiedział co ma ze mną zrobić. Następny, do którego się wybrałam wysłał mnie na badanie AMH (wynik 9,97), które wskazało u mnie znowu na PCOS. Po którejś z kolei wizycie ginekolog zapytał mnie czy planuję obecnie dzieci i kiedy powiedziałam mu, że jeszcze nie, bo... nie skończyłam studiów, nie mam jeszcze pracy i własnego mieszkania to powiedział, że tak myślał, bo obserwuje mnie i zauważył, że chcę mieć nad wszystkim kontrolę i wszystko musi być zaplanowane (o zgrozo! on ma rajcę :P ). Nie zaprzeczyłam, bo jak mogłam to zrobić mając podczas rozmowy na kolanach otwarty i wypełniony po brzegi kalendarz? ;) I wiecie co? On dał mi wtedy do myślenia mówiąc, że jak tak dalej będę wszystko planować to gdy dojdzie do tego dnia, w którym chciałabym już mieć dziecko to będzie mi jeszcze ciężej zajść w ciąże, bo do tego wszystkiego dojdzie moja psychika. Podobno miał mnóstwo takich pacjentek, którym leczenie nic nie pomagało, jeździły po klinikach leczenia niepłodności i nic to nie dało. Dopiero kiedy odpuściły sobie staranie się o dziecko było bum! i ni stąd ni zowąd dwie piękne kreseczki na teście :)
Poradził mi abym kupiła inofem i przestała się zabezpieczać, że pewnie nie uda mi się szybko zajść w ciążę z tak nieregularnymi miesiączkami a jak się uda to mam się tylko cieszyć. Wyszłam z gabinetu w wielkim szoku, bo w ogóle nie spodziewałam się takiej rozmowy i takiej porady... ale gdy ochłonęłam i oczywiście podzieliłam się wiadomościami z mężem i najbliższymi przyjaciółkami zrozumiałam, że on ma mnóstwo racji. Dlatego inofem zamówiony, jutro kurier ma dostarczyć ;) prezerwatywy poszły w kąt i działamy z mężem :) I tak się teraz zastanawiam, że nie wiem czy ja już fiksuję czy miałam 3 dni temu owulację, bo czułam taki charakterystyczny ból jajnika. Mam nadzieję, że to była ona i że miesiączka mi się unormuje albo i nie unormuje, bo może akurat na przekór temu, że "w pierwszym miesiącu i tak nie uda mi się zajść w ciąże" zobaczę dwie kreseczki :)
Już nie mogę się doczekać - tak wiem, jestem strasznie niecierpliwa i to chyba moja najgorsza cecha! Zaraz po tym, że potrafię być wredna :P
Jeśli któraś z Was chciałaby się ze mną podzielić swoją opinią na temat inofemu to chętnie poczytam :)
Wszystkim Wam życzę pojawienia się cudownej małej fasolki pod sercem!

skabarka Ja, moje życie, i ja... 4 maja 2015, 19:57

takie były ambitne plany pisania pamiętnika ;) a wyszło jak zawsze :D

ale w sumie to może być fajna pamiątka jak już Ola się urodzi. Miśkową ciążę opisywałam na forum grono.net, szczegóły porodu,fotki, przeżycia z ciąży i pierwszych miesięcy.. szkoda, że forum z dnia na dzień zniknęło a wraz z nim tyle pięknych wspomnień.... bo prawda jest taka że nie wszystko pamiętam z tamtych wyjątkowych chwil....

co u nas do tej pory?? no więc mamy już 22tc1d - jutro jedziemy na połówkowe - mam olbrzymią nadzieję, że persona w moim brzuchu nadal jest Olą i nie będzie psikusa w postaci siusiaka ;) wiadomo że najważniejsze żeby się zdrowo urodziło, ale nie dajmy się czarować, tak sie nastawiłam na dziewczynkę, że chyba się poryczę jak coś będzie nie teges z posiadania córki ;)

pierwszy trymestr był taki sobie, mdłości mnie ze 3 tyg męczyły, więc bez dramatu, ale miewałam bóle jak na @, które spędzały mi sen z powiek (każdy spacer do wc równał się spoglądanie ze strachem na wkładkę czy aby na pewno nie ma tam krwi). Jestem na luteinie od początku, doraźnie w razie bóli nospa i leżenie dochodzą.
No ale udało nam się i pierwszy trymestr szczęśliwie za nami :) badania prenatalne wyszły super :) ba, nawet zupełnie nieświadoma zrobiła test pappa który też wyszedł dobrze. Ok 15tc poczułam pierwsze smyranie :) a w 17 już ruchy dziecka :) teraz jest to już regularne kopanie
Kilka dni temu P poczuł kopniaki, a wczoraj Misiek doczekał sie kopniaka od siostry - co zresztą wywołało u niego niesamowitą ekscytację i radochę :)

Ta ciąża jest dużo spokojniejsza od tej Miśkowej, ja jestem spokojniejsza. Robię większość rzeczy jak przed ciążą, choć teraz już powoli zwalniam, bo jak się przeforsuję to potem muszę to odchorować i leżeć pół dnia - a to doprowadza mnie do szału.

Wszystko się tak szybko zmienia... działka kupiona w 2013 - teraz już ma skończony fundament, 11.05 wchodzi ekipa od stawiania domu.... na początku zarzekałam się, że ma być wszystko skończone zanim urodzę. Teraz nie ma to już znaczenia :) zdążą mi wykończyć chatę - super. Nie uda sie - to trudno - przemęczymy się na stacji we czworo - choć nie powiem, bedzie ciężko. Ogólnie to mega hardcorowy rok się zapowiada, wiele zmian w naszym życiu :) nowe autko, nowy dom, nowy członek rodziny, a od września Misiek idzie do szkoły... będzie sie działo :)

33 dzień Okruszka <3 <3 <3 <3
Najpierw aktualizacja - wczoraj źle zrozumiałam położną i Dominik nie waży 1225g ale ma 1255g :) - waga z 02.05 :) Tak Nam Słonko rośnie <3 <3 <3 oczywiście w poście powyżej zaktualizowana waga ;)

Dziś Dominik od rana jakiś niespokojny - tak mówiła położna, kolejna nowa..chyba się ogólnie położne pozmieniały na oddziale. Chociaż ta z dziś położna wydaje mi się być bardzo fajną kobietą. Mówiła, że dziś Dominik miał szczepienie i może dlatego tak płacze, albo taki ma dzień no ale mimo wszystko Go obserwuje bo może jednak coś Mu dolegać. Pierwszy raz widziałam położna na oddziale gdzie leży Synek,która tak z sercem zajmuje się dziećmi. Położna praktycznie robiła wszystko co mogła by "uspokoić" Malucha. Nawet Go podnosiła w cieplarce i kołysała na rękach. Widać, że kobieta zawód wybrała z zamiłowania ;)

Jak przyszłam do Dominika pytała się czy chcę kangurować czy nie - to wiązało się z tym szczepieniem i że Maluch taki płaczliwy. Na początku powiedziałam by sobie odpocząć ale tak płakał długo, że położna spytała czy może jednak spróbujemy - może się uspokoi. No i kangurowaliśmy się. Dominik na początku płakał później się uspokoił no i znowu płacz. Taki mały a taki głośny. No i wrócił do cieplarki. Położna próbowała nawet uspokoić Go smoczkiem ale nie chciał - chyba będzie dziecko bezsmoczkowe. W końcu wyciągnęła Mu sondę z buźki i zdjęła CEPAP i Mały się uspokoił nawet na długo :) A zaczął na nowo płakać jak zbliżała się godzina karmienia.
I tutaj mamy nowość - dziś Dominik po raz pierwszy zjadł prawie na raz (jedno karmienie) całą porcję przez smoczek z butelki - zdolny SYNUŚ <3 pani położna też powiedziała, że jest z Niego dumna !! Wiadomo, że nie każde karmienie będzie butelką bo przy takim karmieniu dzieci tracą na wadze bo to dla nich większy wysiłek bo muszą : ssać - połykać - oddychać. A wiadomo, że Nam zależy by teraz Dominik przybierał by mógł wyjść do domu więc co któreś karmienie może dostawać z butelki albo część karmienia a reszta sondą.
Jestem ze Szkraba bardzo DUMNA.
Dziś pani położna mówiła, że Dominik jest już bliżej wyjścia do domu niż dalej. I była pod wrażeniem, że tak ładnie ssał z butelki bo mało który wcześniak ma takich odruch ssania. No i podała Nam warunki jakie musi taki wcześniak spełniać by wyjść do domu:
- waga min 2kg (to wiadomo),
- uregulowana sfera termiczna - musi trzymać temp. ciała,
- dobre wyniki badań,
- brak antybiotyków,
- samodzielne oddychanie,
- no i ten odruch ssania (maluch musi sam pić z butelki, albo z piersi).
Dominik póki co spełnia kilka warunków a do wagi już niewiele brakuje. Mam nadzieję, że SYNUŚ będzie brnął do przodu. I że ten dzisiejszy płaczliwy dzień to albo wynik poszczepienny albo po prostu gorszy dzień Maluszka. Oby nic mu złego nie dolegało.

No ale żeby nie było, że same oh i ah to nowa położna pytała się mnie dziś o prawą nóżkę Dominika czy zawsze nią tak mało rusza i tak mało prostuje. Bo dziś jak się denerwował i machał nóżkami to przeważnie lewą a prawa ciągle podkurczona jak u żabki. W sumie patrzyliśmy z mężem później na wcześniejsze zdjęcia Dominika i tam widać, że prawą też prostuje. Na razie położna mówiła, że nie ma co się martwić - trzeba to obserwować. No ale wiadomo jak to jest być mamą - zawsze jest jakiś niepokój :( chociaż staram się myśleć pozytywnie bo przecież nie może być inaczej niż DOBRZE !!!

Jutro Dominik ma badanie okulistyczne - Boże czuwaj nad NIM i proszę by wynik był dobry. "Ty się tym zajmij" <3 <3 <3 <3

A tak sobie ładnie śpię i ćwiczę samodzielne oddychanie <3

2zxnqlh.jpg

Alienek PCO! Armia w normie! 4 maja 2015, 20:28

Tempka spadła, test negatywny. 4 dni małej dawki luteiny widocznie zadziałało i jutro zapewne bedzie @@. I dobrze... zadzwonie jutro umówie sie na HSG jak dobrze pójdzie to już w przyszłym tygodniu bede już po. Cały maj zawalony, pisanie pracy, egzaminy, obrona... a w czerwcu do Polski :) wakacje :)

Zastanawia mnie tylko ten skok temperatury. I w tym i w poprzednium cyklu... sluź płodny, skok tempki która sie utrzymuje a uwulacji i tak nie było... wychodzi na to że takie mierzenie temperatury jest nie dla mnie :(

15cs
11dc
2dpo
poniedziałek

Byłam dziś na rozmowie w sprawie pracy (dodatkowej) w szkole językowej Helen Doron. Od września mogę zacząć pracę z 4-ma grupami dzieci od 2-5 roku życia (w czwartki i soboty). Ale.
Koszt kursu 5 dniowego z metodologii Helen Doron - który daje uprawnienia na grupy wiekowe 2-5(6) - to 2500 zł - pokrywane z mojej kieszeni. Kurs jest w sierpniu w Warszawie. Po ukończeniu tego kursu mogę podjąć pracę w dowolnej lokalizacji Helen Doron lub otworzyć własną szkołę. Docelowo ta druga opcja mnie kusi, bo gdybyśmy wyprowadzili się za rok-dwa na prowincję, to mogłabym w miasteczku otworzyć filię... Poczytałam sobie opinie o tej metodzie na różnych forach... opinie są skrajne.
Do pracy (początkowo, od przyszłego roku szkolnego) miałabym 10 minut samochodem lub z 15 minut rowerem... Mąż jeszcze nic nie wie... pewnie będzie jak zwykle sceptycznie nastawiony.

Poza tym: przełykam fakt, że przegapiliśmy owulację w tym cyklu. Od jutra biorę Duphaston, choć pewnie na darmo. Do poradni leczenia niepłodności nie dodzwoniłam się. Dzwoniłam chwilę po 14:00, a potem doczytałam, że poradnia czynna od 8 do 14. Jutro spróbuję.

Do zapamiętania: Jajnik po owulacji boli tak jakbym miała w nim kolkę.

Nieee, muszę kupić 3 termometr. Jeden się zepsuł, drugi okazało się teraz, że został po majówce u rodziców beeee a od jutra zamierzałam mierzyć tempkę...

30% ciąży , 13 tydzień (12+0)

Dwa miesiące temu zapisałam się na wizytę do ginekologa na nfz. Mówię sobie "a co mi tam, pójdę, powiem żeby dał mi skierowanie na badania" . Okej, skierowanie dał, ale na te, które już mam, czyli mocz i morfologia, a przecież nie powiem mu, że chciałam na te badania, które kazał mi zrobić mój lekarz prowadzący ciąże :P
NA SZCZĘŚCIE skierowanie było na gotowym druku , na którym można było pozaznaczać sobie krzyżykami .. więc podopisywałam sobie parę krzyżyków też czarnym długopisem :)

Najpierw zrobił mi badanie, powąchawszy na końcu wziernik, fuuu... no ale tak robią, zapach okej,bo nic nie mówił,haha :P Następnie badanie usg, normalnie porażka w chuj :) nic mi nie pokazał, tylko powiedział,że ładnie się rozwija, rusza się, serduszko ładnie bije.
Zdjęcia usg mi nie dał , buuuu :P ale widziałam kolanka, nóżki i stópki nawet :)


W czwartek mamy usg przezierności karkowej na 18.30,więc zobaczę już dużo więcej niż dziś ależ to zleciało :)

No nie ma to jak lekarz prywatny, takie jest moje podsumowanie i zawsze będę tak twierdzić ;)







Pazyfae Katarzyńskie notatki 4 maja 2015, 21:44

Wróciliśmy z krótkiego urlopu. Przydał mi się, szczególnie po tak nieudanym - bo bezowulacyjnym poprzednim cyklu. Byliśmy u mojej przyjaciółki która jest w 8 miesiącu ciąży. Bałam sie tego wyjazdu jak nie wiem, ale gdy tylko zobaczyłam moją przyjaciółkę z pięknym brzuszkiem, rozpromienioną i uśmiechniętą, wszystkie obawy przeszły. Została tylko radość z jej szczęścia. Wygłaskałam ją po brzuchu ile mogłam - może jakieś wiruski przejdą i na mnie:) Przez cały ten tydzień pobytu miałam świetny humor i nastrój - na zasadzie "i nam się kiedyś uda", ale jak tylko wróciłam do domu znów zaczęłam się zamęczać myślami..."Co to będzie jak nam nie wyjdzie?Co jeśli znów nie będę miała owulacji?Czasami głupiej i nie wiem sama co robić. Czy odpuścić, czy faszerować się dalej suplementami. Mierzyć temperaturę czy sobie zrobić chociaż ten miesiąc przerwy..Moja przyjaciółka zaszła w ciąże podczas jednego cyklu starań. Druga tak samo. Nie porównuję się, ale zastanawiam się na ile suplementy są pomocne a na ile to chwyt marketingowy koncernów farmaceutycznych. Nie mówię oczywiście o moich stałych lekach i suplementach typu kwas foliowy. Ale czy warto kombinować z wiesiołkami, cynkiem, witaminą a itp.

Zosia za parę godzin kończy 4 tygodnie i oficjalnie przestaje być noworodkiem, zaczyna być niemowlakiem :) Z jednej strony super, z drugiej trochę smutno, że to już i tak szybko...

Niby wiem, że małe dzieci nie wymuszają. Rozumiem. Ale z moim ewidentnie jest coś na rzeczy! Ja rozumiem, że płacze, bo chce cyca. Że płacze, bo chce się przytulić. Że płacze, bo się obudziła i jej się to nie podoba :P Że płacze, bo śmiem ją przewijać/przebierać... Ale ona płacze, bo chce być noszona i nie można jej wziąć na ręce i stać w miejscu/siedzieć i się gibać. Nie. Trzeba zapierniczać po mieszkaniu jak zając na speedzie i wtedy jest git. No i jak nie nazwać tego wymuszaniem? Jaką potrzebę zaspokaja u niej moje zapindalanie w te i wewte?
Ale ale :) Matka nie taka goopia jak się wydaje, zakupiła chustę elastyczną i problem poganiacza niewolników się rozwiązał :) Nie wiem co prawda, czy dobrze się chustujemy, ale mała jest zadowolona, ja mam ręce wolne, więc też jestem zadowolona i narazie jest ok. Super, że jej się spodobało, bo już mi się dziś z rana grunt pod nogami zapalił, bo moje dziecię zawsze śpiące snem kamiennym na spacerach przynajmniej ze 2 godziny po godzinie się rozwrzeszczało i koniec spaceru O_o Charakterek po mamusi zdecydowanie :P
Ale nie narzekam, teraz została wykąpana, nacycana i śpi w swoim łóżeczku już prawie 2 godzinki grzecznie. Robi się coraz ładniejsza :) Chociaż dalej nie ogarnia ludzi i są równie ciekawą plamą jak sufit, to w okno wpatruje się z takim skupieniem, że aż się zastanawiam co ona tam widzi. Puszczamy jej muzykę klasyczną, chyba po to, żeby zrównoważyć to głupie seplenienie do niej, przed którym nikt się nie może powtrzymać :D No bo przecież takie maleństwo nie ma nóżek tylko nióźki, nie ma oczek tylko ocęta :P (I nie zależnie od ilości, nie sra, tylko robi kupuszkę ;) )

Zapomniałabym! Najazd teściowej! Ogólnie jest zakochana w małej i myślę, że będzie fajną babcią. Ale już posłuchałam, że moje dziecko ma przecież gazy (czasem się pręży i marudzi, bo chce puścić bąka) i żeby ją dopajać herbatkami z kopru i rumianku :P I jak ma czkawkę to zawsze jej zimno i wredna matka nie chce jej dać czegoś do picia. Nic to, że ma czkawkę, bo się przed chwilą zejrzygała bo za dużo zjadła... No i czasem gada do niej takie bzdury... Ale ogólnie jest spoko, ja część puszczam bokiem uszu, mała nie kmini co jest pięć, teściowa się czuje spełniona i wszyscy zadowoleni ;)


Wiadomość wyedytowana przez autora 4 maja 2015, 21:50

Marta-K Marzymy o Tobie Cukiereczku 5 maja 2015, 10:13

Dziś mija rok od mojej laparoskopii a ciąży ni widu, ni słychu..
Ale rano zaobserwowałam biały, jakby mleczny śluz. Jest to dla mnie nowość. Zwykle przed okresem sucho tam mam. Hmm.. temperaturka na wyższym poziomie. Mąż ciągle powtarza że się udało tym razem, ale ja nie mam żadnych objawów, więc nie będę się łudzić. Jutro termin okresu. Czy stanie się cud?

Drugi dzień urlopu i wspólnej diety zarazem ;) postanowiliśmy troszkę się wziąć za siebie he he zobaczę jak długo wytrwam, bo przydało by się zrzucić oponkę.

Kurcze... Głupia nadzieja wróciła do mnie... Cały czas myślę, że może jednak coś tam pękło i jakiś pływak mojego męża znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie ehhh, czekamy do soboty

Pojutrze wizyta. Zobaczymy czy zastrzyk pomoze. Prolaktyna idealna wiec i moze by sam pekl ale co ma byc to bedzie. Mam dostac dwa zastrzyki. A moze stary pecherzyk sam postanowil peknac i nie bedzie trzeba zastrzyku wtedy tylko na obecny pecherzyk aby pekl.

No i trzeba sobie chyba szczerze powiedzieć, że w tym miesiącu nic z tego.
Obudziłam się z bólem krzyża, na wkładce pierwsze ślady plamienia...

Może za miesiąc :) w przyszłym miesiącu muszę iść już na wizytę do lekarza, powtórzyć prl i tsh... zobaczymy jak będzie :)


edit
plamienie jest minimalne, prawie że go nie ma, ale tym razem nie dam się nabrać na numer z implantacją. nie udało się. muszę się z tym pogodzić.

nie ukrywam, że im wyżej słońce jest na niebie tym i frustracja we mnie większa, że znowu nic. boję się bardzo tego, co będzie w przyszłości, ile jeszcze cykli przed nami, jakie badania czy może trzeba będzie robić też jakieś zabiegi... boję się wyników. boję się wyroków i werdyktów.

zaczynam 7 cykl i narasta we mnie przekonanie, że coś jest nie tak. wcześniej ok, może coś się nie staraliśmy w odpowiednim czasie, może coś po prostu nie wychodziło, nie wiem. ale teraz, po pół roku to już mi się wydaje za długo jak na normę, chociaż wiem że WHO twierdzi co innego. Ale ja swoje wiem, nie?

lekarz mi kiedyś powiedział, że mam bardzo niewielkie zmiany na jajniku i bardzo wątpliwe podejrzenie pcos. Chyba ta szósta miesiączka będzie dla mnie odpowiednim powodem aby w końcu wziąć się za siebie na poważnie i zgubić kilka kg. Nie wiem czy to coś zmieni, ale przynajmniej będę miała zajęcie.

czuję jak zbliża się KRYZYS.


Wiadomość wyedytowana przez autora 5 maja 2015, 12:53

Mój Mały Wielki Człowiek ma już 20 mm. Dziś nawet udało się nam zobaczyć jak się rusza. Jak przyjechaliśmy do domu to Nieletnia już od progu "I cooo widać już????" ja do niej "Ale co?" "No czy chłopiec czy dziewczynka".
Dziś miałam ten jeden z nielicznych dni kiedy to M zaprowadza Nieletnią do szkoły a ja mogę spokojnie wstać i się ogarnąć.
Dostałam przykaz żeby sie więcej ruszać i zrzucić parę kilo bo jak stwierdziła pani doktor "przypakowałam". Nie wiem jakim cudem skoro cały czas rzygam... Chyba trzeba będzie kije odkurzyć i w końcu zapisać się na basen... Bo fakt jest taki, że rzygam co prawda ale mój jedyny ruch to spacer do szkoły i z powrotem razy dwa (co mi zajmuje max 10 min) - resztę dnia zazwyczaj spędzam w łóżku. Najbardziej to mi roweru brakuje, bo doktor zakazała jeździć - pozwoliła na stacjonarny a stacjonarnego nie znoszę...
Kilka dni temu moja przyjaciółka oznajmiła mi że też spodziewa się drugiego dziecka. Nie myślałam, że tak szybko mnie dogoni - jej mała ma 9 miesięcy. Druga moja koleżanka też jest teraz w drugiej ciąży i tak się zawiązało kółko ciężarówek :) Wirus zapanował :)
Byłam dziś w szpitalu zrobić badania laboratoryjne i się nasiedziałam w labie prawie do otrzymania wyników a M w samochodzie dostawał zapalenia skarpet. Jak tam idę to zawsze przepadnę, miałam tam praktyki studenckie więc zawsze sobie pogadamy jak jest okazja. Żałuję, że nie udało mi się dołączyć do tego zespołu bo to naprawdę kapitalni ludzie... Teraz mam swoją firmę niezwiązaną z analityką a z tylu lat nauki zostało tylko pobieranie krwi babci i innym członkom rodziny oraz to, że nie muszę czekać w kolejce :)
Idę spać bo jestem już dziś na maxa skonana...

Ciąża zakończona 26 kwietnia 2015

Opiszę tutaj swój poród, dopóki jeszcze go dobrze pamiętam, a Mały grzecznie śpi w kołysce :)

W sobotę 25 kwietnia wybraliśmy się z Mężem na Kopiec Krakusa, chcieliśmy wywołać Małego na świat ;) na spacerze już czułam, że coś się święci... co jakiś czas miałam skurcze przepowiadające, miałam je też na kilka tygodni przed porodem, ale te zaczynały być regularniejsze i częstsze, podobne do silnych bólów miesiączkowych... Po powrocie ze spaceru umyłam podłogi w mieszkaniu, a M wymienił opony w samochodzie na letnie (wcześniej mówiąc do brzuszka, że po wymianie opon Mały będzie mógł już bezpiecznie opuszczać teren);) wieczorem jeszcze zaszaleliśmy z M, ostatni sex przed przymusową połogową wstrzemięźliwością, podobno przyspiesza poród, u mnie prawdopodobnie pomógł ;)

Nie mogłam spać. O północy zaczęły się regularne skurcze, jak w zegarku - co 10 minut. Wzięłam jeszcze prysznic, jak radzili nam na szkole rodzenia, skurcze się nie wyciszyły, dlatego pomyślałam, że się ZACZĘŁO. Dopakowałam kosmetyczkę, sprawdziłam dokumenty, M się jeszcze zdrzemnął. Skurcze był coraz częstsze - co 9, 8, 6 minut... O 3:30 wyjechaliśmy do szpitala, w aucie skurcze były już co 5 minut, praktycznie co do sekundy :)

W ambulatorium nikomu się nie spieszy ;) wypełnianie dokumentacji (chociaż miałam wcześniej założoną tam kartę pacjenta i przeprowadzony cały wywiad kilka dni wcześniej) i badanie zajęło z godzinę... Miałam wrażenie, że wyrwałam lekarkę i położną ze spokojnego snu o tej 4 rano :P ze stresu skurcze stały się rzadsze, ale rozpoznano rozpoczynający się poród i zostałam przyjęta na oddział. Jeszcze w ambulatorium musiałam przebrać się w koszulę porodową, szlafrok i kapcie i tak z M ruszyliśmy z położną na oddział.

Na trakcie porodowym czekała na mnie kolejna papierologia, na szczęście wypełnianie szpitalnego planu porodu mnie ominęło, bo miałam go już ze sobą (ze strony rodzić po ludzku) i w tym momencie muszę przyznać, że cały poród i po porodzie wszyscy pracownicy trzymali się go skrupulatnie. Polecam mieć taki dokument - oczywiście podpisany przez Was - ze sobą! :)

W końcu koło 5:30 położna poprowadziła mnie do sali porodowej, omówiła ze mną szczegółowo plan porodu i zbadała ("o matko! szyjka jeszcze nie zgładzona, rozwarcie na 2 cm - czyli tyle, co 2 dni wcześniej u lekarza, a ja od ponad 5 godzin mam regularne skurcze! będę rodzić 2 dni!"), skurcze były już co 3 minuty, trwały około minuty, ale postępu porodu nie było widać...

Skurcze były coraz bardziej bolesne i zaczynały boleć mnie również plecy, ale widocznie nie było ze mną tak źle, skoro między 6 rano a 12 oglądaliśmy z M seriale na porodówce :D dobrze, że na szkole rodzenia dawali nam takie przydatne rady, bo zanudzilibyśmy się na śmierć chyba...

Po 12 skurcze były już ciężkie do zniesienia, najgorsze było to, że położna nie widziała specjalnego postępu, najboleśniejsze skurcze się w ogóle nie pisały na KTG (chyba jestem jakimś dziwnym przypadkiem) i już proponowała mi oksytocynę, na którą na szczęście się nie zgodziłam. Szyjka dopiero się zgładziła a rozwarcie osiągnęło 3 cm. Modliłam się o 4cm i możliwość wzięcia ZZO, jednocześnie przeklinając mój niski próg bólowy. Gaz rozweselający nie dawał mi zupełnie nic, ale M po przetestowaniu zakręciło się w głowie ;P Jedynie skakanie na piłce podczas skurczu i nieoceniona dłoń mojego M silnie dociskająca mój odcinek lędźwiowy jako tako dawały mi ulgę. Podpisałam zgodę na ZZO, podpięto mnie pod KTG, żeby sprawdzić tętno dziecka, ja pamiętam tyle, że zwijałam się z bólu, najgorsze były bóle krzyżowe. Skurcze nadal się nie pisały :P

Przed 15 położna sprawdziła rozwarcie, w myślach powtarzałam, żeby było już to upragnione 4cm, wydawało mi się, że nie dam rady... Położna coś tam pogmerała i nagle zaskoczona mówi: "Niesamowite... Jest 9cm! Będziemy zaraz rodzić!". W tym momencie poczułam ulgę, wiedziałam, że nie dostanę znieczulenia, ale że koniec jest blisko ;)

Dosłownie POBIEGŁA po lekarkę i drugą położną, bo ja chwilę po tym miałam już skurcze parte, ledwo zdążyły sobie wszystko przygotować, rozłożyć łóżko i rozpakować zestaw do pobrania krwi pępowinowej, który ze sobą mieliśmy :) przez chwilę musiałam powstrzymywać parcie, to było dość ciężkie, ale jak położna pozwoliła mi przeć, nic mnie nie bolało! To faktycznie jest dokładnie takie uczucie, jak parcie na stolec :P Czułam jedynie lekkie napięcie krocza jak główka już się wyłaniała...

Dosłownie po 3 skurczach partych maluszek był już na świecie :)26,04 o 15:40 urodził się mały Marek.

Poród to najpiękniejszy moment w moim życiu i pomimo bólu, nic innego poza dzieckiem się nie liczyło! Tylko ten mały cud :) i mimo takiego opisu (który może przerażać przyszłe mamy w niektórych momentach), uważam, że miałam piękny poród, naturalny, bez niepotrzebnych ingerencji medycznych. Mały był 2 godziny na mojej piersi w sali porodowej, tak jak życzyłam sobie w planie, ssał pięknie pierś, urodzony ssak ;)


Wszystkim przyszłym Mamom życzę powodzenia i tego Małego Cudu, na który zasługujecie! :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 9 maja 2015, 14:10

Rotenkopf Walka. 5 maja 2015, 21:10

Z rodziny męża robi się co raz większa patologia! Szczękę zbierałam z podłogi dobre 20 minut.
Pamiętacie o siostrzenicy mojego męża?
Więc po kolei :
Marzec, urodziny mojego męża, przy stole siedzą : moi rodzice, moja siostra z facetem, para znajomych, właścicielka domu w którym mieszkamy, ja z mężem, teściowa, i całe rodzeństwo mojego męża czyli szanowna nieodpowiedzialna mamusia, ojciec dziecka, który rucha/ruchał wszystko co popadnie, brat M. z bratową A (ci, z którymi bardzo dobrze się dogadujemy) no i dwójka najmłodszych A. (ten z którym się ostatnio spięłam) i T. (najmłodsza z całej gromady).
Między teściową a nieodpowiedzialną mamuśką wywiązał się jakiś dialog po czym w końcu mamuśka walnęła tekstem :
- No bo chrzestny M. (tak, chodzi tu o brata mojego męża) i coś tam coś tam.
My wszyscy rybka, na to M. pyta :
- To ja mam być chrzestnym ?
Teściowa się wychyla i mówi/pyta :
- To nie wiedziałeś?! Hahahahaha, no to już wiesz.

W taki sposób brat męża dowiedział się, że ma być chrzestnym. Spoko. Na urodzinach swojego brata, wśród tłumu ludzi i ze zwykłej rozmowy ;]
To jeszcze nic. Czytajcie to.
Maj.
A. (bratowa męża) miała niedawno urodziny. Oczywiście najlepsi z rodziny tam u Niej się zjawili. Okej. Siedzą przy ciastku i gadają więc M. pyta, kiedy ten chrzest w końcu będzie.
Moja teściowa odpowiada :
- No, któregoś tam czerwca, ale nie wiem dokładnie kiedy, a tak swoją drogą to nie musisz się przejmować bo już przecież chrzestnym nie będziesz. A. nim będzie. (Ten młodszy brat)
Dobrze, że mnie tam nie było to byłby niezły armagedon.
Gdyby to mi zafundowali takie coś to chyba bym wyszła z siebie i w końcu wybuchnęła. Wytłumaczycie mi jak tak można ?!
PARANOJA!




Jutro idziemy na cywilny naszych znajomych, którzy się skumali na naszym ślubie :D
Kiecka już wisi, jeszcze tylko paznokcie muszę pomalować ;)

Kurde, na ostatniej zmianie w pracy jak się szybko przebierałam zahaczyłam o te ucho z kolczykiem, i teraz boli jak diabli i jest spuchnięte ;( mam nadzieję, że przejdzie w niedługim czasie.

Czytam czasem, że "w UK to strasznie z tą opieką medyczną nad ciężarnymi" i w ogóle! "jak można nie przeprowadzić badania ginekologicznego?" lub "tych wizyt jest zdecydowanie za mało". Poważnie? Mnie się wydaje, że opieka jest ok, no może na początku mogli by tę ciążę potwierdzić jakoś np. badaniem krwi albo usg ale później? Ja absolutnie nie potrzebuję więcej wizyt u położnej, mam do niej nr telefonu jak coś się będzie działo albo mnie zastanawiało to po prostu do niej zadzwonię. Badanie ginekologiczne w ciąży, w której nic się nie dzieje jest wg. mnie zbędne. Bez ciąży jest ono bolesne i nieprzyjemne a w ciąży kiedy wszystko jest bardziej ukrwione...
I tak sobie myślę, że lepiej się stało, że jestem tutaj bo jakbym miała co chwilę latać do ginekologa na wizyty w PL to bym się stresowała ciążą a tak to mam ogromny luz.
Jedyne co mnie delikatnie zaniepokoiło to fakt, że wyczytałam, że w moim moczu jest śladowa ilość krwi, ale położna powiedziała, że z moczem ok więc nie będę się przejmować.


Wiadomość wyedytowana przez autora 6 maja 2015, 10:06

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)