Ren Bog Najlepszym Lekarzem. 9 marca 2016, 12:32

Taki artykul 'Ciaza cud' dzis przez przypadek znalazlam... Na pokrzepienie serc i dodanie nadziei tym, ktore zmagaja sie z roznymi schorzeniami...


Ciąża cud, Anka z Torunia 18.03.2011

Czułam ból patrząc na kobiety w ciąży. Ale udało się - będę mamą! Piszę do Was, ponieważ kiedyś bardzo potrzebowałam takich historii. Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej. Mam 31 lat, wspaniałego męża, mini firmę, na przykładzie wyników której w szkołach można by pokazywać uczniom sinusoidę, dużo wolnego czasu i chęci do działania. Słowem: wszystko.

Historia zaczęła się przeszło dwa lata temu, kiedy po 5 latach mieszkania razem postanowiliśmy: czas na dziecko. Pamiętam bardzo dobrze wieczór, kiedy podjęliśmy tę decyzję, kiedy usłyszałam od męża, że on o tym myśli i chce przeszedł mnie dreszcz. Fizycznie poczułam - tak, jestem gotowa.

Pierwsze miesiące okazały się miłym oczekiwaniem, liczeniem, sprawdzaniem i niestety również rozczarowaniem. Szczęśliwie moja natura pozwalała mi po rozczarowaniu łapać nadzieję i zapał na następny miesiąc. Niestety Matka Natura nie była już tak łaskawa.

Rozczarowanie z częstotliwością 1/miesiąc.

Chcąc nie chcąc zmierzałam w stronę, o której wiedziałam, że jest bardzo niebezpieczna: obsesja. Starałam się zachować zdrowy rozsądek, tłumaczyłam sobie, że nie mogę o tym myśleć, nie mogę się zablokować Historie zasłyszane o koleżankach koleżanek, które po latach nieudanych starań decydowały się na adopcję i nagle w cudowny sposób zachodziły w ciążę, o tym, że jak przestanę o tym myśleć.., że może się czymś powinnam zająć.., że czasem tak już jest.., że z rachunku prawdopodobieństwa.., że z powodu miliona różnych wymówek Wszystko miałam teoretycznie opanowane, ale pomimo praktyki, nadal tylko teoretycznie.

Po roku starań (ach, jak książkowo!) udaliśmy się do ginekologa. Sprawa wydała się prosta: endometrioza, torbiele, włókniaki i operacja, która miała rozwiązać problem. Złość i rozgoryczenie były duże, przecież systematycznie chodzę do ginekologa, robię wszystkie potrzebne badania, czemu nikt wcześniej tego nie zauważył? Czemu rok zmarnowaliśmy?... Na szczęście szybko sobie wytłumaczyłam, że najważniejsze, że jest przyczyna naszych niepowodzeń i w związku z tym, znając wroga damy sobie z nim radę.

Pamiętam, jak pakowałam się do szpitala na zabieg. Był niedzielny październikowy wieczór, odwiedzili nas znajomi. O ironio! Przyszli podzielić się radością, że będą rodzicami, że udało im się za pierwszym razem, że nawet nie wiedzieli, że są w ciąży przez pierwsze 2 miesiące Wyściskałam ich serdecznie, ale kiedy poszli przepłakałam cały wieczór. Serce mi pękło.

Samego pobytu na ginekologii nie da się dobrze wspominać. Od jednego lekarza, który wykonywał USG przed zabiegiem usłyszałam radę, żeby od razu po zabiegu ustawić się w kolejce do in vitro, bo nie zajdę w ciążę w sposób naturalny. No to mi podniósł morale! Wyszłam z gabinetu cała w spazmach. Lekarz, który mnie badał zaledwie przez 5 minut, który wymienił ze mną zaledwie 3 zdania, który nie miał pojęcia przez co przechodzę i jak pragnę dziecka rzucił od niechcenia 'dobrą radę' i zasiał tym samym we mnie niepokój i zwątpienie. W chwilach słabości jego słowa wracały ze zdwojoną siłą i dudniły w mojej głowie

Czułam się okropnie, czego kulminacją była sama sala operacyjna, kiedy na fotelu ginekologicznym całkiem naga leżałam z nogami do góry a wokół kręciło się mnóstwo obcych osób. Wyglądali jak urzędnicy w kiepsko działającym urzędzie przed weekendem - nigdzie się nie spiesząc, nic nie mając do załatwienia, jakby wszystko mogło poczekać do poniedziałku. Nikt mnie nawet nie przykrył, choćby na czas odpalenia tych wszystkich maszyn czy podania narkozy. Kury w stołówce szkolnej obrabia się w bardziej intymnej atmosferze.

Na szczęście głupi Jasiek naprawdę szybko i skutecznie ogłupia. Zasnęłam. Obudziłam się. Usłyszałam od męża, że jajnik uratowany i znów zasnęłam.

Po kilku dniach wróciłam do domu z nową koleżanką: Menopauzą, która została wywołana farmakologicznie. Uznano, że najlepiej dla mnie i mojego układu rozrodczego będzie odpocząć. Jeden zastrzyk i na miesiąc stawałam się Panią po pięćdziesiątce. I tak przez cztery miesiące. Odliczałam dni, a odliczanie dłużyło się wśród dziwnych napadów zimna, gorąca, smutku, potów, dziwnego zapachu, złości i tym wszystkim, o czym kobiety po pięćdziesiątce na szczęście nie wstydzą się już mówić.

Przetrwaliśmy.

Z wielką, przeolbrzymią nadzieją patrzyłam w przyszłość. W głowie jednak pozostawały słowa lekarzy, którzy sugerowali zajście w ciążę natychmiast, bo po roku endometrioza wróci. I w dobrej wierze, w ten jakże prosty sposób zaszczepili we mnie strach, że nie zdążymy

Czas mijał, po hiperowulacji nie zostało nawet śladu i pomimo wielkiej nadziei i usilnych starań co miesiąc moja głowa uderzała mur. Nie umiem opisać bólu, jaki we mnie wzbierał, kiedy widziałam kobiety w ciąży, nie potrafię policzyć wieczorów, kiedy ryczałam do poduszki a mój mąż próbował mnie z tego wyciągnąć. Przygnębienie potęgował fakt, że widziałam silnego a bezradnego faceta, który starał się i mnie trzymać z dala od obłędu, pamiętam, kiedy pierwszy raz powiedział, że może nie będziemy w ciąży, ale są inne sposoby, aby być rodzicem Wtedy nie byłam gotowa na takie myśli, ale powoli zdawałam sobie sprawę, że w końcu zacznę je do siebie dopuszczać, ale jeszcze nie wtedy, jeszcze miałam taką irracjonalną nadzieję.

Czas odmierzałam cyklami, miesiąc to było 28 dni: na początku tabletki wspomagające owulację, potem wizyta u ginekologa w celu oceny owulacji, potem seks, potem znowu ocena owulacji, odpowiedź na pytanie "czy pęcherzyk pękł " Zawsze pękał, więc zawsze była nadzieja. Było mierzenie temperatury (podstawa dla starających się), ale temperatura zawsze spadała na dwa dni przed dniem 28. Odpowiedź na pytanie "czemu" była banalna: bo to się zdarza co piątej parze.

Nie chcąc tracić czasu, nauczeni zmarnowanym rokiem pojechaliśmy do kliniki leczenia niepłodności. Okazało się, że przy okazji sterowania moimi hormonami, jeden z nich wyrwał się spod kontroli. Tarczyca dała o sobie znać, Pan doktor stwierdził, że teraz działa ona jak dobry środek antykoncepcyjny, i najpierw to trzeba poprawić. Z nadzieją wielkości tabletki, która miała nam pomóc, przystąpiliśmy do ataku na nowego wroga. Cel: zbić TSH do normy i zdążyć w ciągu roku, bo czas mija. Jeszcze przed operacją, przez wiele lat miałam problem z tarczycą i zdążyłam zaobserwować niezwykłą zależność poziomu stresu i wysokości TSH.

No kobieto-mówiłam sobie- trzeba się uspokoić i wyciszyć. To Ci dopiero mądrość życiowa!

Kiedy ja byłam już kłębkiem nerwów, nie radzącym sobie na co dzień, oliwy do ognia dodała tocząca się w tym czasie ogólnokościelna dyskusja o in vitro. Podczas omawiania tematu przez mądrych i facetów w sukienkach (sutannach) zawsze w tle pojawiała się Pani w białym fartuchu, mikroskop, igła i komórka jajowa. To przysłaniało temat związków takich jak nasz - cichych domów, smutnych wieczorów oraz radości jaką daje macierzyństwo, każde macierzyństwo!

Pomimo nieustannie zwiększanej dawki leków poziom hormonu niebezpiecznie wzrastał, na tarczycy pojawiły się guzki, czas mijał a wraz z nim nadzieja

To było jak ściana. Doszłam do granicy. Sił, wytrzymałości, nadziei... Nie było sensu ponownie jechać do kliniki leczenia niepłodności, hormony były za wysokie a przy nich zajście w ciążę niemożliwe

Zrezygnowałam.

Cykl mi się całkiem rozregulował. Już nie umiałam określić dni płodnych, nie poszłam do ginekologa na określenie owulacji. Ten jeden raz odpuściłam, nie widząc sensu. Na dodatek złapało mnie paskudne przeziębienie i intymność zgubiła się gdzieś w stercie zasmarkanych chustek. Zresztą o tę intymność "na zawołanie" też było coraz trudniej Tylko dziwnym trafem temperatura nie spadła przed dniem 27. No ale przy przeziębieniu różnie to bywa.

Zbliżał się długi weekend listopadowy i coś nas podkusiło, aby pójść zrobić test do laboratorium, tzw. Betę. Dlaczego nie test domowy? Bo za każdym razem kiedy pojawiała się przeklęta 'jedna kreska' wraz z nią pojawiały się pytania, że może za wcześnie, że może z tym testem jest coś nie tak, że nie wystarczająco czuły. No i postanowiłam robić test z krwi, aby nie katować się niepewnością.

Po wyniki poszedł mąż. Ja zostałam na korytarzu. Nigdy nie zapomnę jak wyszedł z gabinetu. Nigdy nie zapomnę tego uśmiechu. Nie musiał nic mówić. Pamiętam tę radość, niedowierzanie i ścisk tarczycy, która w chwilach stresu dawała o sobie znać. Pamiętam, jak nic nie mówiąc staliśmy wtuleni w siebie śmiejąc się tylko. Radość, której opisać nie potrafię podszyta była tylko niepokojem o ten paskudny hormon, którego poziom mógł być niebezpieczny. Ale skoro już raz go wykiwaliśmy to może znów damy radę.

I nie wiem jak to możliwe, ale po miesiącu hormon, z którym tak nierówną walkę toczyłam, wrócił do normy. Choć wiele razy słyszałam: "w medycynie różnie to bywa" nie wierzyłam, że tak cudownie samo się naprawi Los zażartował sobie z mojego poukładanego, zerojedynkowego podejścia do ważnych spraw, dał mi pstryczka w nos - uświadamiam to sobie za każdym razem, gdy w ręce wpadnie mi wynik tarczycy, który dziwnym trafem wypada dokładnie na dzień poczęcia Kiedy pokazałam go mojemu lekarzowi, skomentował: cud.

Dużo nauczyły nas te dwa lata. Wiem, co jest najważniejsze i potrafię się tym cieszyć. Każdy, nawet nieprzyjemny syndrom ciąży przyjmuję z ogromną radością, cieszę się nim, potrafię docenić to, co mam. Zdaję sobie sprawę, że to ja zgotowałam nam tę presję, to ja rozpędziłam ten rollercoster, w którym znaleźliśmy się bez pasów bezpieczeństwa. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to wielkie pragnienie bycia mamą, strach przed mijającym czasem, komentarze lekarzy i ich zaniedbania oraz tę wszechobecną ogólnospołeczną presję tworzenia rodziny.

Zastanawiam się nad morałem tej historii. Głowy nie da się wyłączyć. Nie wszystko można obliczyć. Im bardziej nie chcesz myśleć o cytrynie, tym więcej produkujesz śliny.

ZRODLO:http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,9278577,Ciaza_cud.html?disableRedirects=true

Ren Bog Najlepszym Lekarzem. 9 marca 2016, 12:36

KOLEJNY CUD Nowenny Pompejanskiej


Agnieszka: Wiara w modlitwę czyni cuda! 11 września 2013

Cieszę się, że jest mi dane świadczyć o tak wspaniałym cudzie rodzicielstwa jaki mnie i mojego męża dotknął. Kilka lat temu stwierdzono u mnie zespół policystycznych jajników. To oznaczało problemy z zajściem w ciążę, a nawet niepłodność.Bardzo to przeżyłam, jednak cały czas miałam nadzieję,że Pan Jezus mnie nie opuści. W 2011 roku wyszłam za mąż i zaczęliśmy starać się o dzidziusia. Na początku 2012 roku zaszłam w ciążę. Wielkie szczęście nas ogarnęło, a niedługo potem rozpacz. Okazało się, że dzidziuś nie żyje (ciąża obumarła).Wtedy prawie się załamałam, pomyślałam sobie, że może za mało się modlę, za słabo oddaję się Bogu. Może Pan Bóg czegoś więcej ode mnie wymaga i próbuje mi to jakoś przekazać, bo przecież to nie mogła być kara. Pan Jezus jest tak litościwy i miłosierny.Zaczęłam odmawiać koronkę do Miłosierdzia Bożego i inne modlitwy i któregoś dnia przeczytałam o nowennie do Matki Bożej Pompejańskiej. Postanowiłam ją odmawiać pełna nadziei, że Najświętsza Panienka wyprosi u swego Syna nam tę łaskę o którą błagamy. Kilka dni przed zakończeniem części błagalnej dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Tacy szczęśliwi oczekiwaliśmy na ten cud narodzin i chociaż ciąża była zagrożona wierzyliśmy, że to dzięki tej modlitwie zaszłam w ciążę i że Matka Boża czuwa nad nami.Teraz wiem jak bardzo ważna jest nadzieja i wiara w skuteczność modlitwy i Miłosierdzie Boże. Jeśli modlisz się i wierzysz, że Pan okaże ci swoje miłosierdzie to wiara czyni cuda.Takim cudem zostaliśmy obdarzeni.Teraz leży obok mnie, patrzę na niego i wiem, że życia mi nie wystarczy, aby odwdzięczyć się Bogu i Matce Przenajświętszej za jej wstawiennictwo. Mamy nadzieję, że Jezus nas nie opuści i nadal będzie nam błogosławił. Z serca życzę wszystkim Bożego błogosławieństwa.

ZRODLO: http://pompejanska.rosemaria.pl/2013/09/agnieszka-wiara-w-modlitwe-czyni-cuda/

gosia89 udało się po 9 latach 9 marca 2016, 12:52

1dc

poprzedni cykl był krótki bo 26-dniowy. teraz czekam aż się @ skonczy i umawiam się do gina. ciekawe co dalej wymyśli...

11 dzień po Ovitrelle, piękna wysoka temperatura, pozytywny wynik testu ciążowego z rana.
Czekam na wynik bety. Jego wysokość pokaże, czy marzenie się spełnia czy to tylko wciąż zastrzyk we krwi fałszuje wynik.

Czuję, że jestem tak blisko. Że stoję pod drzwiami i tylko nie wiem, czy mi otworzą.............

Edit:
Nie otworzyli.
Czuję się pokonana, zdeptana, opluta, okłamana.
Spodziewałam się wyniku bety najmniej ok 5-8 (wychodziła na testach blada kreseczka), a tymczasem dostałam wynik: <1,2
Kurwa!
Zamarłam. Jak to?
Pobiegłam po kilka testów, zrobiłam wieczorem. Strumieniowy Pink (czułość 25) negatywny, ale BOBO płytkowy z wyraźną bladziutką kreską. (!!!) (Lepszą niż cień, ciut bledszą niż poranna dzisiejsza na teście paskowym Facelle.
Nie wiem co mam myśleć. Rozbiło mnie to. Masa myśli: może torbiel? Może c.pozamaciczna? Może ch*j wie co.
Byłam taka pełna nadziei... Mik, jesteś niesamowita, dziękuję. Ale jak widać - Twoje 3-letnie tu doświadczenie i wiedza jednak zaburzy mój dzisiejszy wynik. Tak bardzo chciałam, by było tak jak mówisz :)
Rozsypałam się na kawałki. Płaczę. :( A ja rzadko płaczę.
Czy laboratorium mogło popełnić błąd?


Wiadomość wyedytowana przez autora 9 marca 2016, 20:53

Powtórka bety, dodatkowo zrobiłam progesteron. Wyniki pewnie wieczorkiem :)
:)
beta hcg 211,9 mIU/ml
progesteron 57,46 ng/ml

:) :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 9 marca 2016, 22:12

Vaina Czekając na cud 9 marca 2016, 15:28

Wczoraj miałam 2 IUI. Mój lekarz jest na urlopie, więc inny przeprowadzał i był "niesamowicie miły" :/ Samo iUI ok, ale potem monitoring. Miałam po 2 pęcherzyki w każdym jajniku, 2,5 doby przed inseminacją jak zapytałam doktorki zastępczej czy wszystkie mają szanse pęknąć powiedziała mi, że tak, bo specjalnie dajemy im czas podrosnąć. Najmniejsze miały 15 mm, a największy 19 mm. Za to wczoraj lekarz mi powiedział, że nie ma na co liczyć na te dwa pęknięte bo za małe były, nic nie mówił o ciałku żółtym, mój mi zawsze mówi, że jest i jest ok. Powiedział za to że jedynie szansa jest z tego jednego pęcherzyka, a ja tak bardzo chciałam 4 pęcherzyki fajne i 4 razy większą szansę. Nie wierzę że się uda tym razem, skoro mam 1 szanse, co to zmienia, skoro przez 2 lata się nie udaje.
Nie umiem w pracy pracować, marzę o spaniu i nie myśleniu o tym wszystkim...
Jeszcze pół roku temu naprawdę wierzyłam że zajdę w ciążę, w grudniu też miałam nadzieję, ale z kazdym kolejnym cyklem tracę ją. Czasem myślę że jedyna szansa to IN Vitro, a innym że przecież nawet tam mam tulko ok.35% szans, skoro tyle razy lądowałam w tej grupie z nieudaną statystyką, to czemu teraz ma się zmienić, po prostu mam od wczorajszej wizyty zły dzień i w nic nie wierzę...
Mieliśmy pojechać na urlop tydzień po IUI, żeby nie myśleć, ale mężowi w pracy wysokoczyła sytuacja, że we wtorek i piatek nie może wziąc urlopu. Wszystko się wali...

Ciąża rozpoczęta 4 lutego 2016

Nieśmiało mogę Was kochane poinformować, że udało nam się :)
Znów wypatrzyłam wczoraj dwie kreski :)
Dziś: 09.03.2016 r. Beta na poziomie 96,9 mlU/ml
Proszę Was o to, żebyście trzymały za nas kciuki i czasem pomodliły się za nas :)

W miarę możliwości będę Wam opowiadać co się u nas dzieje :)
Choć narazie pewnie dość powściągliwie, bo jeszcze boję się cieszyć.


Wiadomość wyedytowana przez autora 9 marca 2016, 17:34

Melduję się po hsg.
Badanie bardzo,ale to bardzo bolesne. Myślałam że mi tam wszystko eksploduje... no ale przeżyłam ,a teraz czuję się dobrze.
Jajowody drożne, macica ok.

Rozmawiałam z ginekologiem,który lekko rozwiał moje nadzieje związane z inseminacją. Może pomóc,ale mam zbytnio na to nie liczyć przy tej ilości plemników.

No i skończyliśmy 2 tygodnie! Jak ten czas szybko leci...

W poniedziałek odpadł nam pępuszek. Troszkę jeszcze krwawi ale lekarka kazała się nie przejmować.
Dziś byliśmy na pierwszej wizycie u lekarza. Mały troszkę płakał ale ogólnie był dzielny :D
Jest zdrowy jak rybka. Pięknie przybiera na wadze. Przekroczył już swoją wagę urodzeniową i waży 3440g. Czyli od zeszłego tygodnia przybrał 190g! Dostaliśmy skierowanie do okulisty i ortopedy. Za 4 tygodnie mamy szczepienia. Najpierw obowiązkowe a tydzień-dwa później pneumokoki.

Igorek jest grzeczny. Śpi i je. Chociaż codziennie od 19 do 24 ma okres czuwania i marudzenia ale pomału się przyzwyczajamy. Dziś w ogóle dziecka nie mamy :) Tatuś robił obiad, mama sprzątała a Synuś spał. Obudził się, zjadł i dalej śpi :)
Karmimy się Enfamilem i na jedno posiedzenie Młody wypija już 60 ml. Mojego cyca traktuje jak smoczek. Zasysa i ciamka. Jeść mojego mleczka nie chce. Ale jeszcze w nocy jak się budzi przytulamy się do cycucha i tak razem śpimy. Zawsze coś tam mu poleci i podje.

Pogodę mamy piękną więc codziennie spacerujemy. Wczoraj poszliśmy na kawę do knajpy nawet z Młodym :)

Zaczynam myśleć żeby zaprzestać starań o dziecko. Moj mąż wczoraj stwierdził że bez sensu jest takie zycie jak mamy teraz, tzn. praca w polu od 7 do 19 a w lecie od 5 do 22, zero czasu na cokolwiek, w niedziele to jestesmy tak zmeczeni ze nigdzie nam sie nie chce wyjsc wogule tylko robota i nic wiecej. Nic od zycia. Nie wiem co o tym myślec. Mowil zebysmy wyjechali z tad za granice do Angli do znajomych ze moze by nam zalatwili jakas robote.8h pracy a potem wolne. Jest czas na hobby na odpoczynek na czas dla siebie. W zasadzie to chcialabym wyjechac, bi tutaj tesciowie mnie tak wkur***** ze to jest jakies nieporozumienie. Tym bardziej ze z nimi mieszkamy. A tesciowa to juz przechodzi sama siebie. Masakra.

Ogólnie jestem bardzo zmeczona. Bolą mnie plecy i brzuch na dole ale to chyba od krzyza promieniuje.Niestety moja nieszczesna przepuklina 2 kregów daje sie we znaki.

Z objawów poowulacyjnych to śluz kremowy i chwilowy nagły bol to w piersiach to w na dole gdzies w podbrzuszu.

5 dni po. moze jakos wytrzymam z testowniem do niedzieli. chociaz jakos mi sie nie spieszy juz do tego. Mysle ze sie nie udalo.

Anika27 czekamy 9 marca 2016, 18:59

Ale ten czas leci jutro zaczynam 2 trymestr !!
AAA ale zleciało.
Na szczęście apetyt już wrócił, humor także więc jest dobrze. Najważniejsze, że mogę już w miarę normalnie jeść bo to było najgorsze.
Wypiłam dwa razy małą kawę rozpuszczalną z mlekiem więc pod tym względem też się poprawiło.
Jutro ruszam do galerii po nową butelkę kremu czy masła do ciała na brzuch, jedną już wysmarowałam z Ziaji Mama czy jakoś tak średni ten balsam więc muszę czegoś innego poszukać.
Kupiłam też Księgę Ciąży i czytam po kawałku. Mam też dwie książki o niemowlętach od Szawgierki pożyczone więc lektur mam sporo.
Śpię teraz do 10 i ogólnie się wyleguję i odpoczywam myślę sobie, że pewnie długo nie będę miała takiego luzu jak teraz więc korzystam ile mogę...

Lapi84 Fasolko chodź tu do nas :) 9 marca 2016, 21:09

Ostatni cykl był dość dziwny... niestety dziwny nie oznaczało 'ten upragniony'. Kwiecień? A może maj? Ktoś mi powiedział, że najkorzystniejszym miesiącem dla zajścia w ciążę jest miesiąc, w którym obchodzimy urodziny. Hmmm... gdybym ja tylko wierzyła w te i inne opowiastki... Zamiast tego spokojnie i konsewkentnie działamy z moim M. Co z nowinek: wprowadzam suplementację witaminy D i dorzucam wiesiołka. Muszę przyznać - trochę z ciekawości : )

Marta-K Marzymy o Tobie Cukiereczku 9 marca 2016, 21:10

Wszystko gotowe, kupione. Czekamy córeczko ;)

31 tydz., 2 dz.

Od czterech dni siedzę na zwolnieniu (w koncu!) i pomału zaczynam sie tym wolnym nudzić. Dwa dni z rzędu byłam w sklepach, trzy dni z rzędu ugotowałam wystawny obiad, jeden cały dzien spędziłam na sprzątaniu i... co dalej? Zamówiłbym kołyskę ale najpierw musimy uporać sie z pełna organizacją naszego koncika, a zeby to zrobic to mężo musi miec wolne i w taki oto sposób utknęłam w miejscu. Leżałam, oglądałam "porodówkę", grałam na Xboxie a teraz mam poczucie winy,ze nic nie robiłam... Szczerze współczuje dziewczynom ktore są zmuszone siedzieć w domu przez cały okres ciazy. Pogoda jest piękna, w Waszyngtonie festiwal kwitnącej wiśni (moj ulubiony!) a ja boje sie jechac tak daleko, bo ostatnia wyprawa do sklepu zakończyła sie kłuciem w brzuchu i odpoczywaniem na ławeczce.
Tazio ma coraz mniej miejsca i kręci sie i wierci wypychając to łokieć to kolanko. Maluch robi sie coraz bardziej dla mnie realny... Gadam do niego duzo. Tłumacze mu gdzie idziemy lub co sie w danej chwili dzieje. Mowie mu jak bardzo go kocham i ze dałabym mu wiecej niż milosc, wiecej niż mam i więcej niż kiedykolwiek bede miała. Mowie mu jak bardzo ważną małą istotką jest dla mnie i, że postaram sie go nigdy nie zawieść.
Nie wymyśliłam jeszcze gdzie chce rodzic bo szczerze mówiąc sama nie wiem gdzie mogę. Wiem,ze moje położne pracują w centralnym szpitalu PG county, ale z tego co słyszałam szpital nie ma zbyt pozytywnych opini. Najlepszy szpital jest dosyć daleko, a ten w ktorym chciałabym rodzic jest tak po środku, ale w innym Stanie... Musze sie wszystkiego dowiedzieć.
Nadal upieram sie przy porodzie naturalnym. Znieczulenia podawane do kręgosłupa definitywnie nie wchodzą w grę. Chciałabym rownież uniknąć kleszczy i vacum, a na cesarskie ciecie zdecydowałbym sie jedynie w przypadku zagrożenia życia malucha. Po urodzeniu chciałabym go dostać odrazu na brzuch o ile to będzie mozliwe. Nie chce tłumu przy porodzie. Absolutnie żadnej innej rodziny poza K., ale jedynie pod warunkiem,ze nie będzie mi "tam" zaglądał. Chciałabym rodzic na kolanach i wspomagać sie grawitacją - ot wszystkie moje porodowe postanowienia :) oby sie udało.

Kaśka28 Wszystko sie jakos ulozy 9 marca 2016, 19:29

HSG - oba jajowody nie sa drozne... lekarz daje szanse na ciaze tylko przy in vitro...

Sam zabieg baaaardzo stresujacy...moze nie bolalo tak bardzo jak myslalam ale ja mam czesto mocno bolesne miesiaczki wiec te pol godziny dalo sie wytrzymac...gmeral mi tam i gmeral torche mnie to bolalo troche szypalo...kontrast podawal dwa razy ale nie przecisnal sie...podawal powolutku ten kontrast moze dlatego az tak bardzo nie bolalo...nie wiem ...moze zle wykoanne badanie...moze pod wplywem stresu te moje jajowody udawaly niedrozne(ponoc sie tak zdarza) sama juz nie wiem....
Po zabiegu jak lekarz mowil o IFV do nie sluchalam tak bylam zestresowana i zawiedziona ze chcialam jak najsybciej z tamtad wyjsc bo czulam ze ostatnimi silami sie trzymam...jak zobaczylam meza w poczekalni od razu sie poryczalam...wyszlismy...zaplacilismy...wsiadlam do auta...i wszytko zeszlo...plakalam...dlugo plakalam....jest bardzo ciezko ale maz nie daje za wgrana caly czas mowi ze bedzie dobrze ze trzeba dzialac zeby to udroznic a jak nie to walczyc o adopcje...
Wczorajsza rozmowa poskutkowala...nie wiem na jak dlugo ale czuje sie zdecydowanie lepiej kiedy to wszytko wyrzucilam z siebie co mi na sercu siedzialo...

Postanwilismy zrobic wszytko zeby udroznic jajowody-niewazne jak dlugo bedzie to trwalo...udroznimy je i wrocimy na inseminacje...IVF ze wzgledow finansowych odpada-przynajmniej narazie...ale poprobujemy powalczymy a w miedzyczasie bedziemy zbierac na IVF...mam nadzieje ze wszystko sie w koncu pouklada...

Kamilam8 Moja nudna historia... ;) 9 marca 2016, 19:31

Dawno tu nie zaglądałam :) ale nadal jestem aktywna na forum.
Co u mnie? Zaczęłam drugą procedurę in vitro. Tym razem krótki protokół z antagonistą. Mam nadzieję, że będzie bardziej skuteczny.
Dziś 5 dzień stymulacji a mój brzuch już się buntuje. Trudniej niż ostatnio wbijają się igły. Boli już na tym etapie. Przy poprzednim protokole problemy miałam dopiero pod koniec.
W piątek kontrola i może poznam przybliżony termin punkcji.
Nie poddaje się jeszcze :)

9 miesięcy razem z Zosią!

wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Zosia się zmienia. Z każdym dniem. To niesamowite. Ma już 9 miesięcy, czyli jest już na świecie tyle ile siedziała w brzuchu:)
Umie już samodzielnie siadać z pozycji na brzuszku/na raczkach a dziś opanowała umiejętność samodzielnego wstawania w łóżeczku. Do magicznego trio brakuje tylko sprawnego raczkowania, bo wciąż preferuje pełzanie w którym jest już prawdziwym rajdowcem. Na raczki wstaje tylko by sobie o tak trwać w tej pozycji. Ale pewnie zaraz ruszy. Ma już dwa zęby - dolne jedynki, górne w natarciu, powoli rozpulchniają się już dziąsła.
Mamy też za sobą pierwszą w życiu prawdziwą chorobę. Z wyjazdu rodzinnego równie rodzinnie wróciliśmy z wirusem, i rozłożeni całą trójką chorujemy sobie od paru dni. Najpierw Zosia, chwilę potem Mąż i kiedy Mała powoli zaczęła wracać do siebie w końcu ja. Kaszel, katar do pasa i paskudnie spływający do gardła, ból tegoż gardła, temperatura i ogólne rozbicie. Dla nas niefajne a co dopiero dla Małej. Tak mi było jej żal! Była słaba, przelewała się przez ręce, i w ogóle nie chciała jeść, jedyne co to pierś. Ja naprawdę nie wiem co by było gdyby nie kp, bo były dwa dni że kaszek czy deserków jadła bardzo mało, a był taki dzień że nie zjadła nic poza cycem. Na szczęście apetyt już jej wraca.
W czasie choroby była bardzo płaczliwa, bardzo dużo spała, a odciąganie kataru stało się torturą. Boi się teraz odkurzacza. Tak samo podawanie lekarstw to była (jest) masakra. Te wszystkie gęste, leiste, słodkie syropki to jakieś nieporozumienie. Pluła nimi potwornie, wierzgała i wyrywała się, a raz zwymiotowała. Był już moment że nie mieliśmy pojęcia jak jej w ogóle podać leki żeby zaczęła zdrowieć. Po cholerę te smaki truskawkowe i inne, te cholerne ilości cukru? To wcale dzieciom nie smakuje! W końcu okazało się że najlepiej podawać jej te dziadowskie syropki na wpół przez sen.

Wciąż ulubionymi zabawami jest wszelkiego rodzaju a kuku oraz przewracanie stron w książeczkach. Bawię się z Nią np tak, że chowam zabawkę pod kocykiem a Zosia kocyk odkrywa. Za każdym razem gdy spod kocyka wyłaniała się zabawka Mała biła radośnie brawo a ja wołałam "a kuku". Któregoś razu zastałam Zosię jak bawiła się tak zupełnie sama! zakrywała zabawkę kocykiem i odkrywała i sama sobie biła brawo. No cóż za mądre dziecko! :D:D:D:D To wspaniałe że sama potrafi sobie zorganizować zabawę:) ale jestem z Niej dumna!
Jest przesłodka i przeurocza i... taka już duża. To mała dziewczynka. Bardzo Ją kochamy:)

Olciaaa Musi być dobrze 9 marca 2016, 20:09

Czytałam inne pamiętniki i widzę, ile kobiet pragnie dziecka. Jak się okazuje, wcale to nie jest takie proste. My podjęliśmy decyzje o dziecku pod koniec roku. Fajnie byłoby jakby pojawił się Mały Człowiek. Więc czekamy ;-) jestem ciekawa ile...

W koło wysyp dzieci, ale co się dziwić większość znajomych koło 30. Staram się myśleć pozytywnie, że musi być dobrze. Ale naczytałam się tylu strasznych historii, tyle w nich cierpienia. Długie starania, poronienia, problemy w ciąży a potem z dziećmi. A z 2 strony tyle wsparcia na forach internetowych. Tam łatwiej powiedzieć o swoich kłopotach i wątpliwościach, wyżalić się...

Fajnie, że "Staraczki" potrafią się tak wspierać :-)

Od transferu pobolewa mnie brzuch i prawa pachwina. Dzisiejsze usg nic nie wykazało. Obserwujemy, bo przecież "nie będziemy pani od razu ciąć" ;) dodam tylko, że pan dr specjalizuje się w operacjach ginekologicznych, więc nie dziwię się, że zawsze nimi straszy, albo straszy, że jeszcze nie czas ;) Byłam u swojego "starego" lekarza. Jaki to jest uroczy człowiek! Posłuchał, poradził, pocieszył... i policzył mnie po 'zeszłorocznej' stawce ;)

Z domowych rzeczy - Mąż w podróży służbowej, klocki hamulcowe w aucie odmówiły posłuszeństwa i strasznie piszczą (aż wstyd z garażu wyjechać), kolejny raz musiałam zmienić leki "na nerwy", bo tamte nie działały, a do tego wszystkiego muszę pierwszy raz w życiu obyć samotny przelot na trasie Warszawa-Zurych. Umieram ze strachu. Chyba się z tego wszystkiego napiję.

7dc
Wizyta: profesor mówi, że tylko kilka małych pęcherzyków, że kontrola za dwa dni w szpitalu, zapisał gonal na jutro i chyba ze trzy razy powtarzał, że to ostatnia próba.. Nie wiem czy to znaczy, że z tych maleństw, które mam nic nie będzie, że się nie udało przejść nawet stymulacji? Modlę się o Nasz cud i płaczę, cały czas płaczę, nawet w pracy trudno było mi to ukryć.. Nie wyobrażam sobie życia bez dziecka, takie życie nie ma dla mnie sensu, a niesprawiedliwości świata nigdy nie pojmę, dlaczego patologia ma po 10 o które nie dba, a ja nie zrobiłam nic złego i nawet tej cholernej stymulacji nie mogę przejść.. Pojawiły się też myśli, że G. kiedyś mi to wykrzyczy.. Nigdy nic złego nie powiedział, ale boję się, że gorycz kiedyś się przeleje i że może za 10, może za 20 lat, ale mi to wypomni, że przeze mnie nie może być ojcem.. Nie ma słów, które mnie uspokoją czy pocieszą.. Jestem kobietą, zawsze marzyłam o rodzinie i czuje się pusta.. Najchętniej rzuciłabym wszystko i zniknęła..

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)