Mamax Walka o Bobo. 23 stycznia 2017, 22:59

Wczoraj urzadzilismy urodziny Maximiliankowi. Wrescie dziecko sie doczekalo dzieci bo od dńia urodzin na nie czekal :-) Dzisiaj dodatkowa atrakcje mial w przedszkolu wiec dziecko szczesliwe i dumne ze ma 5 lat :-) Christiankowi przechodzi katar wiec wrescie tak sie nie meczy. Nocki sa spokojniejsze tylko teraz malutki nie chce spac w kolysce. Zlitowalam sie nad nim w czasie choroby i wzielam do loza i bardzo mu sie tu spodobalo. Mam wiec dylemat czy go juz tu na dobre zostawic ( nie byloby potrzeba kupowac lozeczka) czy jednak oddelegowac....Julian swietnie sobie radzi z samodzielnoscia. Spi na dolnym lozku pietrowki, jada juz wszystkie posilki calkowicie sam przy duzym stole tak ze pozostaly nam tylko pieluchy. Ale za nie chce wziasc sie na wiosne- lato gdy bedzie cieplo na latanie po domu w majtkach.

22dc

22dc

małżowinka Been there, done that 24 stycznia 2017, 00:10

Cóż kolejny cykl był jakoś łatwiejszy pod względem doszukiwania wszelkich objawów ciążowych, wiedziałam już, że mija się to z celem, a robienie za wcześnie testu może przynieść smutek i rozdrażnienie na kolejne i to jeszcze przed okresem, a wtedy obrywa się mojemu mężuchowi, nasłucha się biedak... Doczekałam terminu miesiączki, temperatura nie spadła, zrobiłam test, rzuciłam okiem, nic nie dojrzałam. Spakowałam więc zestaw okresowy do torebki, patrzę za chwilę a tu druga kreska wylazła, więc czym prędzej do mężucha czy widzi to co ja. Widział. Poleciałam czym prędzej na betę, z niedowierzaniem oczywiście. Co za radość, nie zwątpiłam ani chwili, cycki bolały, ja ledwo mogłam wysiedzieć w pracy, co chwilę musiałam wstawać. Brzuch bolał, spać mogłam na okrągło. Beta nie powaliła, raptem 6,8, ale co tam. Dwa dni później rano temperatura spadła, trochę mnie to zdziwiło... Poleciałam siusiu, a tu coś jakby plamienie... Strach, przerażenie, wiedziałam że jest coś nie tak. Łzy same leciały chociaż nic nie było wiadomo do końca. Zrobiłam betę, bo minęło 48h, przy badaniu czułam jakbym była gdzieś obok. Plamienie w sumie w ciągu dnia ustało, więc ciągle miałam nadzieję, ale cycki przestały boleć, spać mi się tak nie chciało, więc szanse były marne. Obudziłam się w nocy o 4, poleciałam sprawdzić czy są wyniki, ale to już było bez znaczenia bo okres przyszedł. W sumie jakoś się tego spodziewałam, miałam wrażenie że jestem z tym pogodzona. Rano czytałam trochę na forum o poronieniu biochemicznym i przeżyciach dziewczyn, jakoś tego nie czułam, myślałam, że to przez to że trwało to tak krótko. Po 14 pojechałam do babci, brzuch napierdzielał, że nie dało się wysiedzieć. Wsiadłam do auta z powrotem i się posypałam. Jak łzy zaczęły lecieć to do końca dnia nie skończyły, jakby ktoś odkręcił jakiś kran. Może powinnam się cieszyć, bo przynajmniej jest nadzieja, że możemy spłodzić dzidziola, ale z drugiej strony została pustka i niepewność, że nawet jak się uda zrobić to czy uda się go donosić? Boję się tego ciągłego strachu, w zasadzie jak tu być spokojnym? Na każdym etapie można dzidzię stracić. Przeraża mnie to. Nie wiem co by było gdyby nie mój mąż. Ciągle powtarza, że będziemy przecież działać, ale moje serce rosło z radości jak mówił że NAS kocha i witał NAS przy drzwiach. Szczęście trwało krótko, ale było...

34 dc. 7 dpo.

Późny wieczor:

Damn, dopiero wróciłam z pracy... zasiedziałam się trochę w biurze dzisiaj, musiałam zrobić kurs online.
Mam super szefa :)) pracujemy razem od dwóch miesięcy, trafiłam do szpitala dzień po tym jak nas przejął, więc dobrze wie co mnie spotkało.. opowiedziałam mu też o pierwszym poronieniu i o tym, że się staramy dalej. Jest bardzo wyrozumiały i pomocny.
Dziś zdjęłam z półki hummus z precelkami (z jutrzejszą datą) i mówię do niego "chcesz??" a on do mnie: "eeee dzięki, nie... jak masz ochotę to wcinaj :D" chwila konsternacji po czym mówi: "Eeej Dżoann... jeśli masz jakąkolwiek szansę, żeby być w ciąży w tym miesiącu to nie jedz tego, musisz o siebie dbać i nie spożywać produktów z kończącym się terminem". Kochany ♡

Mój stary okupuje komputer i Counter Strike'a, a ja telefon. Taka sytuacja... jeszcze troszkę poczytam pamiętniki i idę ziuźki.

Ranek:

Znowu są paprotki na mikroskopie owu. Przeszło mi przez myśl zrobienie testu ciążowego, po czym postukałam się po głowie i powiedziałam: "Dżoana, nie wymyślaj! Musisz być twardka, a nie miętka " hehe.


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 stycznia 2017, 11:54

@abbigal co za tekst :O
Szczerze, gdyby nie obserwacje to chyba nigdy by nie było mi pisane być w ciąży. Takie jest moje i męża libido :)
Kilka moich koleżanek pozachodziło szybko w ciąże, bo mężowie używali sobie codziennie, czy one mają ochotę czy nie. A one nie były w stanie nawet określić kiedy to się stało. A jedna ledwo co becikowe dostała, bo lekarz jej na lewo wcześniejszą datę wizyty wpisał. Dlaczego? Przez 3 miesiące nie miała okresu, aż w końcu coś jej do łba weszło, że te kręćki w głowie i rzyganie po kawie to może być ciąża :D

chcebardzobycmama Nie poddam się. 24 stycznia 2017, 08:10

23dc.
Mam wrazenie toto nie ten cykl ,ze sie nie udalo..i to mnie pakuje w doła..

Ciąża zakończona 23 stycznia 2017


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 stycznia 2017, 11:44

rosax3 Nadal wierze.... 24 stycznia 2017, 09:12

14+6 (15tc)

Dlugo nie pisalam bo po prostu nie bylo czasu .
Tak w skrocie to w sobote 21.01 bylam na ip mialam problemy z siusiu i pieczenie a do tego zolty sluz..
A wiec
Moj sluz to poczatek grzybicy . W moczu podwyzszone leukocyty. Usg dopochwoowe wykazalo ze za nisko mam lozysko ale na takim etapie ma czas by sie podniesc wiec to nie powinno martwic narazie. Usg brzuszne trwalo z 30 minut jak nie wiecej. Mala mierzy 8.7 cm kosc nosowa jest paluszki wszystkie sa nozki raczki tez . Brzuszek piekny, serce.. no wlasnie .. serce jakos nie rowno ale nie mam sie martwic moze wina sprzetu. Dziecko ruchliwe puls sie gubi . Nic zlego po prostu obserwowac. Moje przeplywy krwi w pachwinach mierzyla i tez idealne. Pepowina tez dobrze. Miedzy nozkami wedlug tej pani lekarz 80% dziewczynka ale w takim tyg ona na sto % podac nie moze. Mam duzo lezec ,pic i brac tabletki i smarowac sie mascia na grzybka.


Zuzaczu Doczekać się i nie zwariować... 24 stycznia 2017, 11:05

Od kilku dni męczą mnie bóle głowy...czasem boli cały dzień,czasem tylko rano i wieczorem ale w nocy prawie zawsze budzi mnie ból i potem nie mogę zasnąć...to wszystko pewnie przez niskie ciśnienie bo np moje dzisiejsze wynosi 92 na 61... jeśli to przez ciążę to wytrzymam...oby tylko wszystko było dobrze. Za tydzień wizyta.

lilka1984 Kocie sprawy - emocje bez cenzury 24 stycznia 2017, 11:45

Kolejna wizyta u nowej Pani Doktor z Invimedu i w końcu coś zaczyna się dziać. USG pokazało, że nie ma śladu po pęcherzyku, który widział lekarz 18 stycznia, nie ma też śladu po pęcherzyku, który widziała Pani Doktor (13mm) 19 stycznia, jest za to nowy pęcherzyk 19mm na lewym jajniku, który wygląda, jakby miał zaraz pęknąć. Dostałam zastrzyk Ovitrelle i mam się pokazać w sobotę, zobaczymy na usg czy owulacja była, a od dziś do soboty ciężko pracować :D

Może w końcu zaczyna iść w dobrą stronę...a no i mam zapalenie pęcherza, chyba sobie kupie pieluchę żeby nie musieć latać do toalety co 5 min.

Ingwer Mam swoją historię. 24 stycznia 2017, 12:07

Pijemy zioła Ojca Sroki nr 3 nieprzerwanie od listopada. Jakie widzę efekty? Nieznaczne.
Zrobimy teraz przerwę po tym cyklu tak jak zalecają po 3 cyklach, ale po kolejnym cyklu wrócę do nich, bo świetnie się po nich czuję, dobrze mi się śpi i polubiłam te ziółka :)
Dużo czytałam na ich temat, czytałam właściwości każdego ziółka z osobna i doszłam do wniosku, że one mają za zadanie oczyścić nasz organizm, bo większość działa odkażająco, przeciwbakteryjnie, łagodząco stany zapalne. Testy owulacyjne w dalszym ciągu wychodzą negatywne.
W międzyczasie co raz bardziej zaczęła mnie wkurzać afta na języku, która regularnie kiedyś raz w miesiącu, później co dwa tygodnie (mniej więcej w okolicach owulacji i okresu) wyskakiwała. Bolała i wkurzała i tak na zmianę. Przeczytałam, że takie coś może wyskakiwać od niedoboru witamin lub obecności grzybów w organizmie. Jako że już wcześniej słyszałam o dobrodziejstwach aparatu MORA postanowiłam pójść do kliniki i zrobić sobie test na niedobory witamin i obecność grzybów. Test niedoboru witamin wykazał niedobór chromu, selenu, magnezu, witaminy b6 i folianów, natomiast test na obecność grzybów wykazał w moim organizmie obecność Candida Albicans powyżej dopuszczalnej normy. Trochę mnie zdziwił niedobór magnezu, b6 i folianów bo cały czas suplementuję w postaci najbardziej przyswajalnej, ale jeśli chodzi o magnez to wynik potwierdziłam też badaniem krwi i się zgadza.. Pani, która wykonywała mi testy powiedziała, że candida albicans rozwija się głównie w układzie pokarmowym i gdy jest go za dużo wtedy organizm ma problem z przyswajaniem witamin z pokarmu, bo żywią się nim grzyby. Po tej diagnozie i przekopaniu internetu postanowiłam rozpocząć terapię aparatem MORA dwa razy w tygodniu, suplementować niedobory i zmienić trochę dietę czyli przestałam słodzić herbatę i jem bardzo mało węglowodanów. Póki co odpukać od 2 tygodni afta nie wyskoczyła.
W internecie doszukałam się również informacji, że komórki Candidy albicans oszukują przysadkę mózgową i następuje nadmierna produkcja prolaktyny, to by tłumaczyło czemu mimo brania Bromergonu dalej mam cykle bezowulacyjne. W sumie to pęcherzyki rosną elegancko, temperatura też tam jakoś skacze, ale moim zdaniem pęcherzyk nie pęka.
Dziś mam wizytę u endokrynologa dlatego rano poszłam zbadać TSH, FT3, FT4, prolaktynę, insulinę i glukozę - ciekawe co wyjdzie.
Z takich innych newsów to zachęcona cudownymi komentarzami na temat chlorelli zaczęłam sobie ją w tym miesiącu łykać, no i czekam na efekty.

Edycja
Wyniki badań:
TSH 1,76 (0,27-4,2)
FT3 2,94 (2,04-4,4)
TT4 1,43 (0,93-1,71)
Glukoza 4,87 (3,9-5,5)
Insulina 6,0 (2,6-24,9)
Prolaktyna 14,40 (4,79-23,3)
Pani endokrynolog powiedziała, że mam książkowe wyniki nie tylko te dzisiejsze ale też hormony, które robiłam w ciągu roku. Obaliła również teorię o tym, że niby Candida powoduje nadprodukcje prolaktyny, mówi że spotkała się z Candidą niejednokrotnie i żeby zwrócić się z tym do ginekologa, bo często bywa że Candida choć nie daje objawów zmienia strukturę śluzu czym powoduje że plemniki w nim giną...


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 stycznia 2017, 18:59

Balladyna Małe szczęście!! 24 stycznia 2017, 15:26

32t4d

Dzisiaj noc przespana. Koty padły dużo szybciej niż ja. Poszły spać wcześnie, około 21:00. Wiem, że poszły już "spać", bo w dzień drzemią z nami w salonie, a na poważny sen idą do sypialni. I tam właśnie sobie spały. Położyłam się około 22 drugiej, ale zasnęłam dopiero w okolicy 23. I dali chłopaki spać w nocy! Chwilę się potłukli, ale ładnie przespali i dali i mi przespać noc. Jak niewiele trzeba czasem do szczęścia!

O 7 rano pobudka. Pojechałam na badanie krwi. Myślałam, że będę godzinami czekała w kolejce do laboratorium, ale nikogo nie było! Weszłam, pani pogmerała w żyle i wyszłam. Ekspresowo! Wróciliśmy do domu i zabraliśmy Pączusie do weterynarza, bo niepokoiło nas to jego sikanie po kątach. Sarnę mieli w gabinecie. Taką maleńką sarenkę z wielkimi oczami. Coś słodkiego! Pączek, jak to on, nie jest zachwycony ani pakowaniem do transportera ani badaniami. Nasyczał ile wlezie, wyrywał się dzielnie. Ale tuliłam go i całowałam, bo nic dziwnego, że się bał. Nawet mu brzuszek wygolili i robili USG pęcherza. Okazało się, że maleństwo ma zapalenie pęcherza. Dostał zatrzyki, zestaw zatrzyków na tydzien do przodu i karmę suchą. Ale nie będziemy szaleć z tą suchą karmą, bo on nie lubi suchej. Zobaczymy co to będzie. Dostał też coś przeciwbólowego i szaleje z rurką. Chyba się nie pogniewał bardzo.

Wczoraj byliśmy na porodówce. Myślałam, że będę panikować, ale położna, która nas oprowadzała była tak miła i szczerze zakochana w noworodkach, że nie mogę się doczekać tego wszystkiego. Boje się jak diabli, wiadomo, ale podchodzę do tego jak do największego wyzwania w swoim życiu. Jak do egzaminu. Zadania, które trzeba wykonać. Pełna motywacja i skupienie. Wiadomo, że będzie bolało jak nie wiem co. Że nie będzie przyjemnie. Że będzie krępująco i głupio. Wiem to i jestem przygotowana, że nie bez powodu nie ma wyborów miss porodówek, ALE nagrodą jest Michalinka, którą dostanę do wycałowania. A dla tej chwili warto znieść wszystko. I tak nie da się tego przeskoczyć. Jestem bardzo ciekawa jak to sobie natura wymyśliła, jak zareaguję na taki stres i na taki ból. To taki egzamin dla mnie i mojego ciała, nie da się przewidzieć jak zareaguję.

Nic praktycznie mam nie brać do szpitala, bo wszystko dają, ale jak wróciliśmy do domu to zaczęłam wypakowywać torbę, ale i tak się nie domyka :D Mamy nie brać ubranek dla młodej, bo oni w szpitalu wszystko mają. Położna mówiła, że to nie Chanel ani Dior, ale będzie dużo wygodniej po prostu zdejmując ich ubranko i zakładając kolejne niż ciągle dowożąc nowe. I że zostanę tam 3 dni i że trzy dni naprawdę dziecko może pochodzić w tamtejszym wdzianku.

Pokazała nam blok porodowy, wszystko opisała. Maciek sto razy dopytywał gdzie ma zaparkować i którędy wejść jeśli zacznę rodzić w nocy a szpital będzie zamknięty. Ja dopytywałam bardziej o to co spakować. A ona opowiadała kiedy jechać do szpitala i jak szybko. Taka szkoła rodzenia w pigułce.
Mają drabinki, materace, worki sako. Można pić, nie można jeść, ale mamy dużo cukierków sobie zorganizować. Przed porodem trafiam do jednoosobowej sali przedporodowej, gdzie sobie z mężem siedzimy. Potem na blok porodowy. A potem na 2h znów do tej sali przedporodowej żebyśmy sobie pobyli z maluszkiem. Bardzo podkreślała, że pozwalają zachować intymność i że nikt mi maluszka nie będzie po porodzie zabierał tylko dadzą mi go na brzuszek.

Bardzo pozytywnie mnie nastroili. Nic tylko rodzić! Co prawda panuje teraz zakaz odwiedzin, bo jest okres chorobowy, ale niby do marca mają zdjąć ten zakaz. Po 37 tygodniu mogę tam jechać. Wcześniej muszę wybrac inny szpital, bo oni nie mają sprzętu dla wcześniaków.

Zirael jaskółka. 24 stycznia 2017, 16:28

uwielbiam moją gin :)
taka pozytywna babeczka, wszystko posprawdzala, pogratulowala, ze piekne endo sie zapowiada, uspokoila.
mozemy sie zaczac starac <3

Alicja 28 Niepłodna wtórnie 24 stycznia 2017, 16:45

W zeszłą środę byłam u lekarza, moja dzidzia miała 3,1 cm
Wszystko w porządku :)
Zaczynam 11 tydzień i codziennie modlę się żeby wszystko było dobrze- boje się bo mam niedoczynność.
Tak bardzo CIĘ KOCHAM MOJE MALEŃSTWO

kropka_ myśloodsiewnia 24 stycznia 2017, 17:05

w ubiegłą środę miałam ostatnią wizytę u mojego (nowego) gin. w Medicover, którą poprzedzało KTG (pierwsze u nich, ale któreś z kolei dla mnie w ogóle). tak więc KTG po raz kolejny wykazało czynność skurczową o dużej amplitudzie, ja tradycyjnie nie do końca to czułam, ale lekarz... lekarz dał skierowanie do szpitala z rozpoznaniem akcji porodowej. no nie powiem, że podzielałam jego opinię, ale z drugiej strony zdałam się na jego ocenę, bo już wcześniej się nasłuchałam, że można zacząć rodzić i nie wiedzieć o tym, więc nie chciałam ryzykować. tym bardziej, że mój lekarz bardzo poważnie powiedział, że jego zdaniem najdalej następnego dnia rano urodzę.

biorąc pod uwagę powyższe i fakt, że po badaniu dowcipnym zaczęłam nagle (choć lekko) krwawić do szpitala pojechaliśmy bezpośrednio po wizycie u gin. IP oczywiście przepełniona, również (jeśli nie przede wszystkim) kobietami na różnych etapach ciąży. moje skierowanie zostało odebrane cokolwiek z przekąsem, ale po tym jak mi zrobili "swoje" KTG nie było odważnego, żeby mnie odesłać do domu. to jednak nie przeszkodziło paniom z oddziału porodowego traktować mnie z góry, cytuję jeden z tekstów rzuconych obok mnie "ta pani to jest jeszcze daleko od noszy". już nie wspomnę, że na wolne łóżko czekałam na korytarzu (wcześniej musiałam podpisać stosowne oświadczenie), ale i tak byłam szczęściarą bo trwało to najwyżej godzinę i w tym tak zwanym międzyczasie Mąż zdążył dowieźć torby. całe szczęście, że spakowałam je wcześniej bo sądząc po tym jak Mąż spakował mi kosmetyczkę (tej celowo nie pakowałam wcześniej, tylko zrobiłam listę, żeby o niczym nie zapomnieć), to miałabym więcej niespodzianek, a tak stanęło na: balsamie do ciała (ale brązującym), chusteczkach nawilżonych do demakijażu (zamiast do higieny intymnej) i kremie do twarzy (tylko, że dla mężczyzn).

ostatecznie przekierowano mnie na tzw. salę przedporodową, gdzie były już dwie dziewczyny, jedna ze wskazaniem na cesarkę następnego dnia rano, druga z jakimś problemem cukrzycowym. nie powiem, żeby tam ktoś próbował się mną specjalnie zajmować, oprócz takich rutynowych badań, które im pewnie wynikały z jakichś procedur. czułam wręcz, że traktuje się mnie tam jak co najmniej jakąś symulantkę, która tylko zajmuje łóżko i uwierzcie, że po kilku godzinach sama zaczęłam popadać w zwątpienie, tym bardziej, że według kolejnych KTG moja czynność skurczowa jednak słabła. nie pomagało również traktowanie mnie przez personel jak powietrze.

tym nie mniej jakaś część mnie czuła, że coś się dzieje, bo jednak moje ciało dziwnie się zachowywało. np. gnało mnie na siku co kilka-kilkanaście minut, żeby potem się okazało, że siku nie będzie. już nie wspomnę, że od momentu przyjęcia na oddział do porodu oddałam pięć konkretnych dwójeczek (sorry za te szczegóły), aż w końcu około pierwszej w nocy niby przysnęłam, ale budziłam się w dość regularnych odstępach czasu (dosłownie co kilka minut) toczona bólem pleców, który następnie promieniował w dół brzucha. w końcu o drugiej w nocy przy rutynowym sprawdzaniu pulsu maluszka zgłosiłam powyższe położnej i ta najpierw powtórzyła KTG (które nota bene dalej szału nie robiło), ale ze względu na moje odczucia i w międzyczasie ponowne krwawienie zaprowadzaono mnie na badanie dowcipne.

po tym jak z ledwością wdrapałam się na fotel a ginekolog stwierdziła "pięć centymetrów rozwarcia, ta pani będzie rodzić proszę przygotować salę" było już z górki. w sali przeporodowej powtórzono mi KTG, dlaczego nie wiem, chyba żeby mnie jakoś zająć na czas przygotowania sali porodowej, w międzyczasie zdążyłam zadzwonić po Męża i tak mniej więcej o trzeciej doczłapałam się do sali porodowej (oczywiście była na drugim końcu oddziału) i w zasadzie o krok przed salą zdążył dotrzeć mój Mąż, więc "rodził" ze mną od samego początku.

dodam od razu, że w moim przypadku te wszystkie piłeczki, prysznice, woreczki sako i tak dalej można sobie było między bajki włożyć, bo zanim się obejrzeliśmy rozwarcie było już na osiem centymetrów, czyli wg personelu za późno na powyższe, już nie wspomnę o znieczuleniu. jedyne co mi udostępniono "w zaistniałej sytuacji" to głupi jasio i nie bardzo było z kim negocjować więcej. pierwsza położna (moja imienniczka) była bardzo miła, ale największą robotę robiła studentka/praktykantka. dlatego ani trochę nie żałuję, że nie brałam płatnej położnej, bo absolutnie nie czułam, że jestem bez należytej opieki. owszem panie wychodziły i wracały, ale nie ginęły, nie trzeba się było dopraszać o uwagę itp. dopiero kiedy przyszła nowa zmiana lekko nam na starcie zazgrzytało z nową położną, ale było to głównie niezrozumienie, bo ona miała pretensje, że ją wezwaliśmy takim specjalnym dzwoneczkiem (państwo nie są jedyni), ale jak do niej dotarło, że ja mam już bóle parte to została i się więcej nigdzie nie ruszyła.

szczegółów porodu (krwi, potu i łez) Wam oszczędzę, podobno i tak każdy poród wygląda inaczej i chociaż obiektywnie szybko u mnie "pyknęło" to jednak nie byłam przygotowana (i chyba nikt nie jest w stanie się przygotować) na taką rzeźnię. najgorzej, co raczej oczywiste wspominam ostatnią fazę, i to był też ten moment od którego zaczęłam się baaardzo głośno drzeć. natomiast od chwili kiedy położono mi synka na brzuchu wszystko jak wyżej odeszło w niepamięć, byliśmy tylko my. oczywiście panie tam miały jeszcze przy mnie trochę roboty, bo trzeba było urodzić łożysko i mnie pozszywać (podczas porodu nacięto mnie bardzo delikatnie, bo było ryzyko, że popękam), ale mam wrażenie, że to się działo jakby poza mną bo ja byłam już w zupełnie innej rzeczywistości.

co do samego pobytu w szpitalu już po porodzie to mam mieszane odczucia. nie powiem warunki bardzo dobre, kadra kompetentna, ale niektórym osobom z personelu przydałoby się jakieś dobre szkolenie z komunikacji i empatii, a już najbardziej pani pediatrze. synek stracił na wadze więcej niż 10% (przy czym niewiele więcej bo 11%) i z tego powodu zatrzymano nas dzień dłużej na obserwacji i w międzyczasie pani pediatra urządziła mi pogadankę jak jakiejś nastolatce na temat świadomości i odpowiedzialności w kontekście karmienia dziecka, tak jakbym ja z premedytacją głodziła swoje synka. owszem początki nie były łatwe, raz że to moje pierwsze dziecko, dwa mam bardzo duże sutki, a dziecko musi złapać i sutek i kawałek brodawki, ale mimo powyższego bardzo szybko nauczyliśmy się siebie. tak naprawdę to powinnam jakoś odpowiedzieć/odpyskować, tej babie, np. że biorąc pod uwagę to czym nas karmią w tym szpitalu to można zamorzyć i matkę i dziecko, ale sobie w końcu darowałam, bo nie ma się co kopać z koniem. zamiast tego zaczęłam żyć myślą wypisu w niedzielę, choć przez chwilę to również stanęło pod znakiem zapytanie, bo dziecko miało podejrzenie żółtaczki, ale po badaniu z krwi wszystko się (na szczęście) rozwiało. tym niemniej ze szpitala zostaliśmy wypisani warunkowo, bo spadek wagi do 11% utrzymał się i z tego powodu jutro mamy kontrolę. potrzebę kontroli jak najbardziej rozumiem i akceptuję, bo jednak chodzi o bardzo małego człowieka, ale mam nadzieję, że wszystko będzie ok. bo to moje dziecko ssie jak szalone, i już nawet nie muszę się okładać kapustą, czy torturować laktatorem.

na koniec kilka słów o moim Mężu, którego tak mało w powyższej relacji, i bardzo dużo w rzeczywistości. mam nadzieję, że to nie zabrzmi jakoś banalnie/płytko, ale po prostu jest na medal. w szpitalu przesiadywał ze mną/z nami całymi godzinami, przewijał, nosił i tulił nasze dziecko, a pewnie jakby mógł to by i cycka wyciągnął, ale z nas dwojga to akurat tylko ja mam mleko. w domu natomiast czekał na mnie bukiet róż, już nie wspominając jak wszystko wysprzątał/przygotował na nasze przyjście. zresztą od niedzieli to w zasadzie nic mnie nie obchodzi, w takim sensie, że ja odpowiadam za karmienie maluszka, a Mąż ogarnia pozostałą rzeczywistość, w tym przewijanie, kąpanie dziecka, ale i zakupy, gotowanie, sprzątanie i pranie. i to bez wcześniejszych instrukcji, upominania. po prostu widzi, że/co jest do roboty i to robi. zresztą w synku jest totalnie zakochany, co mnie bardzo rozczula, bo choć dla niektórych to oczywiste, że ojciec kocha swoje dziecko, dla mnie nigdy nie było bo ja tego nie doświadczyłam. dlatego tym bardziej jestem szczęśliwa, że trafiłam na człowieka, z którego jest nie tylko niezły Mąż i facet w ogóle, ale i najwspanialszy tata.

to chyba tyle jeśli chodzi o relację porodową. oczywiście będę się jeszcze odzywała, ale mam nadzieję, że już w nieco krótszych formach, bo ten (dłuuuuuuugi) wpis to już jednak przegięcie.


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 stycznia 2017, 17:18

Dziś dostałam smsa,że mam kolejne wyniki badań. Wykryto u mnie we krwi przeciwciała p/plemnikowe. Kurczę,już myślałam, że nie będzie więcej tego typu niespodzianek. Kiepski ten początek roku...

Ostatnio koleżanka z pracy zaskoczyla mnie swoją niewiedzą na temat ciała kobiety i cyklu :D I wiecie co? Zazdroszczę jej tego bardzo!
Opowiadała mi, że źle się czuje ostatnio, nerwowa itp, dodając że już myślała, że to ciąża, ale zrobiła już kilka testów i nie. Z chłopakiem jest od października, niby się nie starają, ale po prostu, robią to bez zabezpieczenia. Głupie trochę, ale co zrobisz.
Mając już doświadczenie w staraniach i ciąży i dodawaniu nadziei, pytam się jej, ile do @ dni jej zostało. A ona mówi "aaaa nie wiem, ale 7.02 ma przyjść". To było jakiś tydzień temu :D facepalm! :D wytłumaczylam jej zaraz, że w ciążę zachodzi się w dni płodne, a nie przez cały miesiąc i zapewne dopiero teraz mogłoby coś wyjść a pozytywny test w lutym. Zaszokowałam ją swoim wywodem. Z jednej strony, mam myśli -jak można tak nic nie wiedzieć?! A z drugiej strony, jej głowa jest czysta i znając życie, zajdzie wcześniej niż ja :D

atena1987 Wszystko po 10.07.2016 24 stycznia 2017, 18:03

10 dc

6 cykl po porodzie

To już 6 miesięcy, już trochę mniej płaczę czasem zastanawiam się dlaczego? Myśl o Martynce nadal boli, zwłaszcza patrząc na synka siostry od którego moja córeczka byłaby młodsza o 2 miesiące. Zastanawiam się jakby wyglądała. Widzę w głowie Wielka miłość jaką otaczała by ją od R.

Moja mama wczoraj stwierdziła że R będzie idealnym tatą coś wtedy we mnie pękło, płakałam mówiąc że już nie wierzę że kiedyś to nastąpi, Bóg odebrał i już nie odda...

Już powoli zapominam jak to było być w ciąży ale gdzieś tam głęboko pamiętam ruchy Martynki w brzuchu, uczucie inne niż jakiekolwiek inne, niespotykane i nie do opisania, cudowne szczęśliwe chwile...

atena1987 Wszystko po 10.07.2016 24 stycznia 2017, 18:04

10 dc

6 cykl po porodzie

To już 6 miesięcy, już trochę mniej płaczę czasem zastanawiam się dlaczego? Myśl o Martynce nadal boli, zwłaszcza patrząc na synka siostry od którego moja córeczka byłaby młodsza o 2 miesiące. Zastanawiam się jakby wyglądała. Widzę w głowie Wielka miłość jaką otaczała by ją od R.

Moja mama wczoraj stwierdziła że R będzie idealnym tatą coś wtedy we mnie pękło, płakałam mówiąc że już nie wierzę że kiedyś to nastąpi, Bóg odebrał i już nie odda...

Już powoli zapominam jak to było być w ciąży ale gdzieś tam głęboko pamiętam ruchy Martynki w brzuchu, uczucie inne niż jakiekolwiek inne, niespotykane i nie do opisania, cudowne szczęśliwe chwile...

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)