Dziś skończyłam trzecią Nowennę Pompejańską.
Dziś skończyłam drugie opakowanie antyków.
Dziś oddaliśmy krew na badanie po szczepieniach.
Oby to był początek dobrego i zmian w naszym życiu o których marzymy.
Amen
Dziennik pokładowy:
166 dc, 24 tydzień
... no i po poniedziałkowej kontroli. Z Miśką wszystko gra. Serce bije, ułożona główkowo, jej piękne ciałko spełnia wszelkie możliwe normy. W 20 dni podwoiła masę ciała! Mamy więc już 600 gramów najcudowniejszej Królewny, co uzasadnia brzuch, który mi nagle wystrzelił. Strasznie się z mężem cieszymy, gdyż to już któraś z kolei wizyta, gdzie wszystko jest w najlepszym porządku i początki ciąży wydają się być tylko zamglonym wspomnieniem. Troszkę mniej cieszy mnie skierowanie na krzywą cukrową, no ale trudno - przeżyjemy. Wszystko wskazuje na to, że w laboratorium zawitam 6 kwietnia, tuż przed wizytą u endo.
Ych... Pisałam Wam ostatnio, że zdarza mi się zapomnieć o stanie błogosławionym. I generalnie to prawda. Problem polega na tym, że on prędzej czy później o sobie przypomina a ja łapię doła, ponieważ okazuje się, że skończyły mi się kody na nieśmiertelność i wytrzymałość mojego ciała ma swoje granice. Otóż nie nauczył mnie niczego poprzedni maraton po mieście. Wczoraj zaliczyłam podobny, na własne życzenie. W zasadzie głównie dlatego się do Was ostatnio nie odzywałam, bo pomimo tego, że nie pracuję, to dni upływają mi jak dzikie na przeróżnych rozjazdach, wizytach, zakupach, spotkaniach itp. Nie wiedziałam, że ten dzień nadejdzie, ale naprawdę ciężko mi wejść na belly i tak po prostu poczytać czy pokomentować. Tak czy siak wczoraj miałam prosty plan działania - odstawić auto do mechanika (znów...), pojechać na spotkanie Chustowych Mam, zorganizowane przez moją koleżankę z chóru, dojechać do firmy w celu zawiezienia zwolnienia i może odwiedzić jedną kumpelę z maleństwem. No i wiadomka - wypadałoby po drodze gdzieś wejść i coś zjeść. Wszystko okraszone pks-ami, tramwajami, miejskimi autobusami i "paroma" spacerkami. Generalnie myślałam sobie: "Stara... już czujesz się dobrze, nie mdli Cię od byle smrodu, dasz radę!". I wiecie co? Nie dałam.
Początek był nawet niezły, bo około 11.00 wysiadłam na przystanku w centrum miasta i poczułam się znowu jak w domu, zdala od mojej rodzinnej wsi. "Mamuśka ma wychodne!" - tak sobie myślałam. Pamiętam, jaka dumna byłam z siebie, że nie zapomniałam parasola z autobusu. Do spotkania chuściochów miałam 50 minut, więc zdążyłam kupić sobie smoothie i babeczkę marchewkową w mojej ukochanej Sokowirowni, a potem pójść na tramwaj. Oczywiście, kiedy dojechałam na miejsce, to dotarło do mnie, że liczba itemów w dłoniach mi się nie zgadza. Fuck - zostawiłam parasol mojej matki płacąc za smoothie. Ciążowy nieogar. I tak lepsze to, niż akcja sprzed tygodnia, gdzie o mało nie zostawiłam PORTFELA w biurze wspólnoty mieszkaniowej. No trudno, w drodze powrotnej zgarnę zgubę. Samo spotkanie - spoko. Bardzo. Okazało się, że 15 minut od naszego nowego mieszkania jest przesympatyczny lokal dla matek z dziećmi, gdzie można sobie po prostu wleźć z brzdącem, wsadzić go do kulek, na trampoliny bądź do innych zabawek, a jedyny koszt to koszt zakupionej kawy. Byłam trochę oszołomiona ilością niemowląt, gołych, karmiących cycków, chust, papek pałaszowanych przez dzieci, śmieszków, płaczków i krzyków, ale oswoiłam się szybko z faktem, że to niedługo będzie moje życie. Dostałam namiary na chustową konsultantkę i info, że moja chusta jest spoko i w dobrej cenie ją ustrzeliłam. Z postanowieniem, że pójdę tam kolejny raz po porodzie, aby oswajać Małą z widokiem innych dzieci jak najwcześniej, po jakiejś godzinie wyszłam. Już wtedy zaczęłam się czuć lekko zmęczona, ale dobra - jeszcze parasol i do firmy. Jakoś dotarłam, w większości stojąc w środkach komunikacji i zaczęłam naprawdę żałować, że nie wyglądam jak na szósty miesiąc, bo może by mi ktoś ustąpił, a sama nie jestem na tyle odważna, żeby krzyczeć od wejścia "JESTEM W CIĄŻY!", choć może po omdleniu w grudniu powinnam. Kiedy już byłam w biurze, to czułam, że nogi powoli zaczynają wyłazić mi z miejsca, gdzie słońce nie dochodzi. Sapałam jak pociąg. Zdjęłam wiosenną kurtkę, a tam - pod pachami plamy potu jak po maratonie. Jak tu się teraz witać z kolegami? No cóż. Swoje załatwiłam, posiedziałam godzinę na biurowym krześle i wyszłam. Nie wiem, co mnie jeszcze podkusiło, żeby koniecznie się z tą koleżanką ustawić na kawę - obstawiam, że fakt, że ja już po prostu mam dość towarzystwa mojej matki i męża na zmianę. Jak już do niej zajechałam, to tylko siedziałam i tępo gapiłam się w jej synka, nie wyduszając z siebie ani słówka. Czułam się, jakbym była ostro naćpana, a mimo to świadoma. Całe szczęście kumpela to straszna gaduła i nie było miejsca na niezręczną ciszę. Mnie jednak marzyła się już pozycja "na boczku", podunia i kołderka. No ale jeszcze trzeba pokonać 25km do domu... Koło 19.00 zajechałam na PKS i miałam wsiąść do autobusu za pół godziny. Weszłam jeszcze do galerii obok na szybkie siku i wejście do paru sklepów - ha, nie mogłam sobie odmówić, chociaż przypominałam już zombie. "Jesteś młoda, zdrowa i możesz" - tak się oszukiwałam. Nie zliczę, ile razy w ciągu pięciu minut na kogoś wlazłam, walnęłam plecakiem albo złapałam na tym, że myślę na głos. Z moim ciałem zaczęło się ewidentnie dziać coś nie tak. Niby byłam, niby nie - na skraju jakiegoś dziwnego letargu. 19.25 - dzwonię do męża, żeby odebrał mnie z przystanku, bo na pewno nie dojdę do domu i źle się czuję. I nagle olśnienie... Nie mam parasola. Znowu. Drugi raz. Wpadam w panikę. "Matka mnie utłucze, jej ulubiony parasol!". Mąż powiedział, że samochód już odebrał, przyjedzie po mnie, mam iść go szukać w galerii a autobus olać. Średnio satysfakcjonuje mnie ta myśl, bo ostatnie co chcę, to znowu chodzić. Ale wracam. Ostatkiem sił przypominam sobie, że wieszałam dziada na wieszaku w kibelku. Wchodzę, a tam... nie ma go. Nie ma nigdzie. Robię kółko po galerii, jakby to miało pomóc, wracam, jakby miał dokonać się cud, a tam nie ma go dalej. Jestem na skraju wyczerpania, brzuch mam twardy jak z betonu, mięśnie mi dygoczą. W końcu okazało się, że ktoś zaniósł go do szatni. Odebrałam. Uff - nie dostanie mi się opieprz od matki (bardzo dorosłe...)! Ległam cielskiem na ławkę i nagle telefon: "Już jestem!". Jak to? Minęło 40 minut?... Kiedy w końcu rąbnęłam dupą o fotel w naszej becie to musiałam przypominać Stephena Hawkinga. Nie pytajcie. Prawie w ogóle nie zamieniłam z mężem słowa. Nie miałam siły.
Wiecie, co jest najgorsze? To miała być prosta wyprawa. Chusty, zwolnienie, koleżanka. Przed ciążą załatwiałam takie sprawy bez zająknięcia. A teraz... jestem, kuźwa, w ciąży. I męczą mnie 4 godziny poza domem. Od spaceru dostaję zadyszki i pocę się jak szczur. Przyszła wiosna, ja zaczęłam czuć się dobrze, i co? Okazuje się, że moje "dobrze" ma limit! Miałam dziś jechać na ćwiczenia, w sumie właśnie trwają od ponad pół godziny, ale nie dojechałam, bo od rana po tym maratonie czuję się jak na kacu. Nie wyszłam ani z łóżka, ani z pidżamy. Odchorowuję. Rozumiem teraz doskonale, jak muszą się czuć Ci wszyscy starsi ludzie, którzy tracą władzę nad ciałem i jednocześnie mają tego cholerną świadomość. Mam dokładnie to samo. I nie mogę się z tym pogodzić. Jest mi tak cholernie smutno...
A atrakcje się nie kończą... W piątek warsztaty z "Mamo, to ja" i wycieczka do Torunia. W sobotę spotkanie wspólnoty mieszkaniowej - musimy poznać w końcu sąsiadów. Po drodze jeszcze kilka pomniejszych spraw wyprawkowych, rozczytywanie mszy Vivaldiego, projekt parteru itp... Ja wysiadam!
Co by nie było tak gorzko: macie moją Miśkę, która standardowo, na wyrąbaniu, pomimo wszystkich moich żali, stęków i łez cisnących mi się do oczu (serio, jestem aż tak wkurzona na swoje ciało), macha Wam wszystkim uroczo.

27 dc
Test oczywiście negatyw, w tym cyklu się nie nastawiam i jest mi lżej, wiem że nawet jakbym miała invitro to też bym nie zaszła. Już prawie 4 lata monitoruje cykle wywołuje ovu i współżyje w dni płodne i nic, wymiekam już nie będę miała dzieci koniec i kropka.
17 DC
Dziś odkryłam że mam szyjkę macicy, sprawdzając śluz poczułam coś jak czubek nosa... ehh czyli w ovu była wysoko i dlatego jej nie czułam. ale dobrze że jest 
Dziś z rana mąż z rana mnie zbałamucił
hehe
ogólnie czuję się dobrze, jest dobrze.
Mam męża na kilka dni w domu i to jest najważniejsze 
Reszta nie ma znaczenia 
Pogoda barowa ale w mojej głowie wiosna!
Już po wizycie u gina. Mam dwa pęcherzyki, jeden 17mm, drugi oczywiście przerośnięty bo ma 27mm. Endometrium 10mm. Gin zdecydował się zapisać mi 5000j pregnylu i polecił, żebym zrobiła zastrzyk dziś. Koło 13:00 byłam już po zastrzyku, mam nadzieję że pękną obydwa! W sobotę idę na kontrolę. Niech to będzie ten szczęśliwy cykl <prosi>
40t5d
No i nie doczekam się naturalnego porodu o którym tak marzyłam. Michalina, uparciuchu, dzisiejsza noc jest Twoją ostatnią szansą. Jutro mam się stawić do szpitala na 8:00. Zaczną indukcję? Przetrzymają mnie do poniedziałku "na obserwację"? Nie wiadomo. Najbardziej chciałabym żeby zaczęli indukcję jeszcze jutro rano. Ale to polski szpital, nigdy nie jest tak jakby się chciało...
1 miesiąc 



Dzwoniłam do kliniki w sprawie moich wyników no i oczywiście okazało się, że mam to samo co mój mężczyzna czyli te same bakterie. Od jutra zaczynamy oboje stosować antybiotyki no a wtedy zero seksu... Ja chyba po owulacji ale kiedy ona nastąpiła to nie wiem a zresztą i tak w tym cyklu na pewno się nie udało ale to nic nie szkodzi. Ważne jest teraz wyleczenie tych bakterii i wtedy wrócimy do starań czyli tak myślę, że pod koniec kwietnia. Ale na ovu i tak będę 
No i odniosłam mały sukces mąż umówił się na badanie żołnierzy do kliniki parents na wtorek a nawet wziął sobie na ten dzień specjalnie urlop ja też wzięłam sobie urlop pojedziemy razem będę go wspierać bo klinika jest oddalona od nas o 100 km
Od dwóch dni mąż nosi również plastry chłodzące co prawda tylko w pracy bo w domu nie chodzi w bieliźnie tylko w szortach a to dziadostwo choć się nakleja nie chce się trzymać tylko musi plaster bielizna podtrzymywać
Na plastry specjalne fertilmate nas nie stać więc wpadłam na pomysł że będę kupować plastry żelowe chłodzące na czoło mają one taki sam skład i fakturę jak fertilmate różnią się tylko kształtem no i cena ale chłodzą tak samo wiadomo lepsze to niż nic;)
Na wyniki badań czeka się 5 dni a potem początkiem kwietnia pojedziemy oboje na konsultacje do parents;)
Cieszę się jak nie wiem bo w końcu się coś dzieje
A ja wróciłam do Ziółek po miesiącu przerwy
To zdjecia z wczoraj
byliśmy na kolejnym spacerku
odwazylam sie wyjsc z Tomusiem po za furtke
wchodzil mi do sklepu i smial sie gdy drzwi same sie otwieraly
szalony
od szkoly musialam go nosic bo chyba jeszcze godzine bysmy wracali do domu 


Tak słodko spała 

A to wcześniejsze


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 marca 2017, 09:29
Ten wpis w końcu jest aktualny 
Ten dzien byl trudny.. Tomus jest malym zbojem, czasami pieknie nas slucha a czasami ma nas totalnie gdzies
probowalam dzis dokonczyc robienie wpisow na laptopie a ile krzyku musialo byc to masakra.. dlatego nie lubie siedziec z nim przy laptopie
no ale kiedy mam to robic ?
Nelka tez jak na zlosc marudzila :p
Dzis bylismy na kolejnym spacerku
nawet ladnie dzis bylo ale jakis wiatr mocny wiec ubralam Tomusiowi z powrotem komin, zeby znowu nam nie zachorowal 





Wiadomość wyedytowana przez autora 22 marca 2017, 22:09
Najgorsza jest ta niepewność. Ja chyba zwariuję! Przed wczoraj miałam takie brunatne plamienie, ledwie widoczne. Myślałam,że to zapowiedź okresu ale dzisiaj już nic nie ma... pobolewa mnie jak na okres więc nie mam zbytnich nadzieji. Dzisiaj 26 dzień cyklu. Test negatywny. Ovu 3 razy zmieniała mi dzień owulacji, temperatura niestabilna...
I to czekanie... nie da się myśleć o niczym innym. Trzeba się uzbroić w cierpliwość. Niby tylko kilka dni a jak to wiele...
5tydz i 1 dzień
dziś byliśmy na usg
nasze pierwsze spotkanie. Niestety nadal za szybko i nie było jeszcze widać zarodka. Kolejna wizyta 5 kwietnia
wtedy mam nadzieje zobaczyć już dzidzię i bijące serduszko
dziś powiedzieliśmy teścia o ciąży, cieszyli się.
a w sobotę jedziemy do moich rodziców wiec tez dowiedzą się osobiście.
A ja nie mogę spać, męczą mnie złe myśli o tym ze jestem chora itp. Martwię się i przez to nie śpię. Chyba powinnam porozmawiać z psychologiem.
Teraz przecież nie mogę się stresowac, eh
Postaram się..
rośnij Fasolko :*:*
Niby wiosna, a 5 stopni ciepła.
Czuję, że zbliża się okres, bo niby czemu miałoby być inaczej? Serio mam podły nastrój. Kwiecień, czas goni, w sumie został mi tylko miesiąc starań, by ułożyć sobie życie. Jeśli się nie uda, to będę w ciemnej dupie, naprawdę. Dwie kreski ulatwilyby tyle rzeczy... Ze względu na pracę, będę musiała się przeprowadzić 80 km od domu i jakaś część wypłaty tracić na wynajem. M. za granicą lub w naszym domu, ja bliżej pracy, to oczywiście, że wtedy zajde. W sumie zaczęliśmy się starać w zeszłe wakacje i nic.
Boże piszę tak nieskładnie i zupełnie bez sensu. Ale tak właśnie wygląda moja głowa, milion płynących myśli, obaw, zmartwień i wspaniałych pomysłów.
25 tydzień
W końcu dzisiaj wychodzimy do domu! Oczywiście w dwupaku
Zalecenia sa takie: Magnez 3x1, No-spa 3x1, Luteina 2x2, nie wygłupiać się i dużo leżeć. Na szczęście ujścia szyjki są zamknięte, więc jest super. Oczywiście nie będę szaleć, bo wolę dmuchać na zimne. Mama mi wczoraj trochę nagadała żebym nie przejmowała się każdym kłuciem, trzeba być dobrej myśli, a wszystko będzie dobrze. Jakoś lepiej się poczułam po tej rozmowie. Potrzebowałam tego, wiadomo, że z mężem też dużo rozmawiam i mnie podnosi na duchu, ale facet jak facet ma inne myślenie.
Dzisiaj bardzo zaczęły mnie boleć piersi. Czytam że ból piersi przed okresem związany jest z zaburzeniami hormonalnymi, zbyt małą ilością progesteronu. Tak się właśnie obawiam że mogę mieć niedomogę lutelaną, bo moja faza lutealna to tylko 11 dni:( Nie mam co prawda plamień przed miesiączką, ale kto tam wie:(Umówiłam się do ginekologa na 8 kwietnia, to bedzie około 12 dzień cyklu, zobaczymy co powie.
Dzisiejsza temperatura skłoniła mnie do zamówienia wszystkiego na kolejny cykl, bo dzisiaj już czwartek, a jak cykl ma się rozpocząć dzisiaj bądz na dniach, to lepiej, żeby do jutra wszystko przyszło.
Plany na kolejny cykl (6cs):
JA
- ovarin 2x
- pregna plus 1x
- koenzym Q10 60 mg z wit E
- Chela Mag-B6 1x
- witamina C 1000mg
- wiesiołek Oeparol 5x (12 dni)
- castagnus 1x
- siemię lniane 1 łyżeczka
- nasiona Chia 15g
- ćwiczenia rozciągające i na brzuch (przytyłam w tym cyklu 1,5kg...)
- pieczenie/kupowanie chleba pełnoziarnistego
- dużo świeżych warzyw, kiełków (sałatki) i owoców (soki, sałatki)
- czerwone wino (12 dni)
MĄŻ
- permen repro 2x
- witamina D 4000j
- L-karnityna 3x
- witamina C 1000mg
- koenzym Q10 60 mg z wit E
- Chela Mag-B6 1x
- orzechy włoskie 30g
- fistaszki 30g
- jagody Goji 30g
- maca 4g
- nasiona Chia 15g
- chłodne prysznice (o ile mi się nie rozchoruje, bo coś go teraz bierze)
- ćwiczenia
Smoothie:
1 jogurt naturalny
50g jagód Goji
150g mrożonych truskawek (na razie mrożonych...
)
1 duży banan
1,5 łyżeczki nasion lnu
zblendować porządnie i wyjdą 2 większe szklanki do wypicia dla siebie i męża 
Faza spokoju.
Pije winko na poprawę endo i pozytywnie się nastawiam. Mężowi ewidentnie się to podoba 
Owu chyba tuż tuż, M na nocnych zmianach, ale i tak działamy (nie bez przyjemności)
Jajki pracują bo czuję je od kilku dni, a ja chodzę i dotykam ciążowych brzuszków
przecież nie zaszkodzi
i czekamy! A za kilka dni ruszamy z luteinką, oby było szczęśliwie!

Jestem po wizycie. Była to wizyta startowa do 4. in vitro. Spotkanie z lekarzem prowadzącym trwało może 10 min, wszystko szybko, bo ktoś na transfer czekał. Męża trochę to denerwuje, ale ja wiedziałam, że przy tym lekarzu tak będzie. On ma po prostu dużo skomplikowanych przypadków. Miałam usg, wszystko w porządku, a następnie rozpisanie leków na pierwsze 6 dni. Mam zacząć w 2 dc zastrzyki 150j menopuru i 50j puregonu. Okres dostanę prawdopodobnie we wtorek 28.03, więc zacznę się kuć 29.03. Pierwsza wizyta powinna być w 5. dniu stymulacji, ale u mnie będzie to zapewne niedziela. Z tego względu, jeśli tak się właśnie ułoży, to mam przyjechać w poniedziałek, w 6. dniu stymulacji.
Lekarz przychylił się do naszego pomysłu zapłodnienia części jajek nasieniem dawcy. Powiedział, że "gdyby było z 10 jajek, to 3-4 można poświęcić na to". Dlatego też dostałam znów sporą jak na mnie dawkę leków, aby te jajka były, choć już nie tak dużą jak ostatnim razem. Lekarz zastrzegł jednocześnie, że może to znów doprowadzić do tego, że nie będzie świeżego transferu, ale jeśli zależy nam do większej ilości jajek, to nie ma innego wyboru. Oczywiście wszystko zrobimy tak, aby nie rzutowało to na jakość jajek.
Od 3 kwietnia będę w Warszawie, prawdopodobnie do samego transferu, więc około 10-12 dni. Mąż w tym czasie, pomiędzy wizytami w klinice, będzie pracował w warszawskim oddziale firmy. Jeszcze nie wiem, jak kierowniczka zareaguje na to, że potrzebuję urlop 3-7 kwietnia. Nic jej nie mówiłam. Ostatnio nie dostałam L4 na czas stymulacji, tylko dopiero od punkcji. Może ten lekarz mi da... nie wiem, nie pytałam. Po prostu nie zdążyłam na wizycie.
Aby wyszło taniej za leki, ponieważ nie mam już dofinansowania, dostałam mnóstwo małych fiolek leków, które muszę ze sobą mieszać, kłuć się kilka razy
To akurat będzie mało fajne, ale podobno tym sposobem zaoszczędziłam sporo pieniędzy.
Najgorsze było na koniec. Lekarz zarządził dwa scratchingi, tj. jeden był wczoraj, a drugi będzie w sobotę. Musimy zatem jechać do Warszawy jeszcze raz. A sam scratching tym razem dość mocno bolał. Jeszcze dziś czasami mnie zaboli, jak na okres. Plamię trochę. Ja nie wiem, jak ja to zniosę po raz drugi.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.