31dc 12dpo
wczoraj zrobiłam super czuły teścior i wyszła jedna kreseczka.
Dziś okresu brak więc czekam dziś bądź jutro powinien przyjść.Zamówiłam na allegro zestaw testów ovulacyjnych 50 sztuk plus 15 ciążowych by móc codziennie począwszy od 10 dnia po ovu móc je robić,paczka powinna przyjść w poniedziałek:-)W nowym cyklu postanowiłam razem z moim P że bardziej się postaramy:-)
A na poprawę humoru po jednej kreseczce poszłam na zakupy i kupiłam meble do salonu:-)w środę powinny już być
27 DC / 11 DPO
Przeważnie mierzę temperaturę o 6:30. Dziś jednak obudziłam się już o 5:30, bo zachciało mi się do łazienki. Wiem, że przed pomiarem nie powinno się wychodzić z łóżka, więc pomyślałam, że zmierzę już. Wyszło 36,45 - nie ukrywam, że się zasmuciłam, bo jest to spory spadek od wczoraj
No, ale oczywiście nadzieja zrobiła swoje i mówię - nie wstaję. Poczekam do tej 6:30 i zmierzę tak jak zawsze. Przecież nie wyszłam nawet z łóżka, a to, że mam otwarte oczy chyba nie wpłynie na temperaturę (Boże, jak to brzmi?!) Leżałam na siłę, wstrzymując siku. Oczywiście ciekawość zrobiła swoje i o 6:00 postanowiłam zmierzyć jeszcze raz - 36,60. Przez pół godziny skok o 0,15 - to chyba niemożliwe. Poleżałam tak jeszcze do tej 6:30, żeby zmierzyć o tej godzinie co zawsze - 36,68. A potem jak z ciekawości patrzyłam to o 7:30 było już 36,85!
Dziękuję, postoję.
Jestem dziś mega zła... nie wiem, co się ze mną dzieje. Jakby pms, tylko na to za wcześnie. Wczoraj pokłóciłam się o bałagan - mamy od dwóch miesięcy remont łazienki - kurz i pył jest dosłownie wszędzie. Pranie aż wyłazi z kosza, nikt nic nie poprasował, obiad ze stołówki... M ma wolne, ja za...waniam w pracy. Do tego fachowiec, któremu wiecznie coś wyskakuje... dziś znów nie przyszedł. Nawet nie napisał dlaczego. Jakby było mało M podchodzi do egzaminu na prawo jazdy... kolejny raz. Stres go zżera, wymiotuje, a ja ... nawet nie potrafię mu współczuć. Prawo jazdy robi już kilka lat!!! Za każdym razem scenariusz jest ten sam - nie zdaje, ja go pocieszam, on się zamyka i kilka miesięcy egzamin jest tematem tabu w domu... potem ja nie wytrzymuje (każda rzecz wymagająca auta spada na mnie, a jak jestem chora to jest poważny problem), każe mu po raz kolejny zapisać się na egzamin. I tak w kółko... obawiam się, że na porodówkę pojadę taksi...
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lipca 2017, 12:34
Jednak wizyta w klinice mnie nie podniosła na duchu na dłużej.
Krwawienie dalej jest. Dalej zdarzają się skrzepy. Przestały mnie boleć piersi. Za to boli mnie głowa.
Czytam oczywiście do upadłego internety. Jak jeden mąż powtarzają, że to pewnie poronienie. Z drugiej strony chyba dr CZ. nie nawijałaby mi makaronu na uszy? A może? Zastanawam się dlaczego dopiero wczoraj przepisano mi dupka, przeciez w poniedziałek mogłam go już dostać.
Czy intralipid zdziała, aż takie cuda?
Potwierdziła też, że beta może być taka niska- tzn startować z niskiego pułapu, ale przyrost am prawidłowy. Ja to nie mogę być normalna -.-
D.się cieszy i martwi. Wiedziałam, że bardzo chce dziecka, ale nie spodziewałam się aż takiej radości. Oczywiście jak to on udaje, że "troche" się cieszy.
Podjadę dzisiaj jeszcze raz na betę. Gdyby to było poronienie to chyba będzie już spadać? A może nasz Okruszek ma się dobrze? Byłoby to spełnienie mojego największego marzenia.
We wtorek wizyta, jestem przerażona.
Objawów praktycznie 0 w zeszłym tygodniu miałam mdłości i przytulałam muszle a w tym jak ręką odjął, nic totalnie.
Od początku miałam problem z apetytem bo mało jadłam, a teraz jakby wracał...
Nic nie pobolewa poza piersiami.
Po prostu boję sie tej wizyty jak cholera
40 + 0 
Zosieńko, dziś termin Twojego przyjścia na świat
szczęśliwe siódemki - 07.07.2017 
kiedy to zleciało? Pamiętam jak dziś, kiedy po owulacji wyliczałam sobie przewidywaną datę porodu i wydała mi się taka wyjątkowa. Mimo, że nie wierzyłam że się udało (bo niby dlaczego teraz, po dwóch latach miałoby się udać? ) to już oczami wyobraźni widziałam Twoje śliczne małe oczka, cudowne paluszki i czułam zapach Twojej skóry 
Pamiętam, jak zrobiłam test ciążowy - zupełnie bez wiary, tylko po to żeby się upewnić, że mogę wziąć antybiotyk. Jak położyłam go w łazience, po 5 minutach wróciłam i zobaczyłam najpiękniejsze wie kreseczki w swoim życiu. Wtedy myślałam, że to zwidy, przecież była 3 w nocy, ja taka zaspana. Nie mogłam potem zasnąć do rana, płakałam ze szczęścia w ramionach Twojego ojca..
Ale były też smutne momenty, o których nie powinnam zapomnieć, bo to one pokazały mi, że nic nie jest pewne, ale z perspektywy czasu nauczyły, że nie wolno tracić nadziei, nigdy, choćby nie wiem jak źle się wydawało. Pamiętam te pobyty w szpitalu - pierwszy w 8. tygodniu, po plamieniu. Niby nie było tego dużo, ale bardzo, bardzo się bałam że powtórzy się historia pierwszej ciąży. W szpitalu leżałam 3 dni, nie powtórzyło się podczas pobytu więc wyszłam do domu. W międzyczasie plamiłam w domu, ale leżałam jak lekarz przykazał. Kolejny raz tak bardzo mnie nastraszyłaś 10 dni później. Wieczorem dostałam silnego bólu brzucha, jak na okres, razem z krwawieniem, jakbym dostała miesiączkę. Szczerze? Wtedy myślałam że dostałam tą miesiączkę, że nasza historia się skończyła. Leżałam na kanapie w ciemnym domu i płakałam w poduszkę. Nie chciałam iść nawet do szpitala, wolałam pożegnać się z Tobą w domu na spokojnie, niż leżeć na sali z kobietami w zaawansowanej ciąży, które niecierpliwie czekały na skurcze porodowe. Ale Twój ojciec okazał się mądrzejszy i prawie siłą zawlókł mnie na izbę przyjęć. Szybkie USG i usłyszałam najcudowniejsze słowa: JEST TĘTNO, DZIDZIUŚ SIĘ RUSZA.
Od tamtej pory już w Ciebie nie zwątpiłam, bo widziałam, jaką masz w sobie wolę życia
jesteś uparta. Już niedługo usłyszę Twój pierwszy krzyk, popatrzę w te śliczne, kochane oczęta i codziennie będę powtarzać to samo: kocham Cię!! jesteś naszym cudem 
19 dc (3 cykl starań o 2 ciążę), 11 dni do ewentualnego testowania
Chyba znowu nie było owulacji. Nie nastawiam się na ciążę ze względu na zabieg operacyjny w sierpniu, ale miło byłoby zobaczyć piękną owulację na wykresie. Póki co wykres do kitu.
Od tego cyklu piję zioła ojca Sroki i łudziłam się, że coś pomogą. Kiedy w 16 dc moja temperatura spadła poniżej 36 stopni pomyślałam: "Jest upragniona owulacja. Coś się dzieje". Niestety w kolejnym dniu temperatura spadła jeszcze bardziej a od 18 dc zaczęła się podnosić. Zamiast jednak dziarsko śmignąć w górę, pełznie jakby ją przeciągnęli 20 kilometrów po górach. Gdzieś mi się obiło o oczy/uszy, że jeśli temperatura podnosi się powoli (zamiast pięknego skoku) to raczej owulacji nie było. Zastanawiający jest jednak silny ból podbrzusza w dniu spadku temperatury. Ból był dziwny, bo zawsze myślałam, że powinno to być kłucie.Takie też bóle miałam wcześniej. Tymczasem brzuch bolał jak na miesiączkę (promieniował do lewej pachwiny i kręgosłupa), z tą różnicą, że bolało tylko po jednej stronie.
Żałuję, że w cyklu, w którym zaszłam w ciążę odpuściłam sobie mierzenie temperatury i ogólnie obserwowanie całego organizmu. Zapisywałam tylko jakieś bóle i wyszło, że 5-6 dni po owulacji zaczął mnie pobolewać brzuch jak na okres. Było to dziwne, bo zazwyczaj bolał mnie tuż przed miesiączką, albo dopiero w dniu miesiączki.
Dziś o 17:45 mam wizytę u ginekologa. Muszę wysępić tabletki antykoncepcyjne na miesiąc. Przesunął mi się cykl i zabieg operacyjny wypadnie akurat w okres a tak nie może być. Raczej ciężko określić ile będą trwały 3 cykle i tak wycelować z zabiegiem żeby odbył się między zakończeniem miesiączki a owulacją.
No i wszystkie staraniowe plany poszły do dupci. Znowu zmieniłam prace. Poprzedni pracodawca po zakończeniu się umowy na okres próbny stał się bardzo zapominalski. W szczególności odnośnie kontynuacji zatrudnienia. Kontynuować by chciał, ale umowa mu jakoś uciekała z głowy. Zawsze myślałam, że te czasy "prywaciarze to mendy" minęły...a jednak nie. Nie dość, że płacili psie pieniądze to jeszcze by chcieli płacić tak samo mało tylko na czarno. Już mi zapowiedzieli, że za 2 tygodnie bez umowy dostanę 9,40 zł/h...kpina. No ale cóż... ja im zgłoszenia do PIP nie zapowiem...a wszystkie dziewczyny tam robią 1/2 etatu na umowie, a reszta pod stołem. I nie żebym psuła komuś życie. Bo pod stołem dostają 50 gr. więcej niż na umowie. Janusze biznesu, nie?
Mniejsza. Wyszło mi to na dobre. Poszłam pod skrzydła dużego niemieckiego marketu. Praca przyjemna, umowa pewna, opieka medyczna, ubezpieczenia na życie. Po okresie próbnym bony. Połowę rozmowy rekrutacyjnej babeczka przegadała jak to świetnie traktują pracowniczki w ciąży i w ogóle są super prorodzinni
Mam się niczym nie martwić tylko w razie czego, instynkt stawiać na pierwszym miejscu
I faktycznie. Rozmawiałam z dziewczyną, która zaszła jeszcze na okresie próbnym, dostała umowę na dwa lata, po niecałym miesiącu poszła na zwolnienie, macierzyńskie pełne i kilka miesięcy wychowawczego. Wróciwszy miała umowę jeszcze na niecały miesiąc. I kurde przedłużyli jej na nieokreślony. Szok! I teraz mam szczerą nadzieję, że znalazłam TĄ pracę, gdzie chce zostać na lata.
Odnośnie cyklu. Wczoraj rano jakiś diabełek w głowie podkusił mnie i zrobiłam test. Negatyw. Niby mojemu sokolemu oku coś tam majaczyło, ale w majaki już nie wierzę. Poza tym coś tam troszkę plamiłam. Byłam przekonana, że do dziś się rozkręci @. A tu czysto. Nawet w środku. Moja wyobraźnia już szaleje
Ale zdrowy rozsądek trzyma wszystko w ryzach
Jakoś nie wierzę, żeby po 2 latach samo z siebie zaskoczyło. To byłby chyba cud.
Chce mi się wyć !!!!!!!!!!!
Mój gin nie będzie przyjmował już dopiero od połowy Października bo ma jakieś egzaminy coś tam coś tam i musi się uczyć od następnej wizyty mam iść do innego którego nie znam na dodatek mam mieć teraz usg III trymestru i jeśli coś będzie nie tak to ma mnie skierować do kogoś innego a co z moimi zastrzykami jak nie będzie chciał mi przepisywać ....... jestem mega wkur dzięki mojemu udało mi się zajść w tą ciąże i dotrwać do tego etapu a teraz co. On robił mi co wizyta przepływy wszystko na tą wizytę miałam iść z wynikami krzepliwości a ten przecież nic nie będzie wiedział
Pójdę do niego na wizytę jak mi nie przypasuje to będę szukała jakiegoś nowego tylko na tym etapie z moją historią położniczą nie wiem czy kto kol wiek będzie chciał się podjąć prowadzenia końcówki mojej ciąży
to jest jeden i jedyny lekarz jaki mi prowadził ciąże od początku do innego nie chodziłam i tylko on chciał się jej podjąć tak na prawdę z moją historią położniczą genetyczka kazała mi odpuścić i cieszyć się tym że mam jedno dziecko już w domu ale to on kazał mi walczyć a teraz co ????
Mała ma zastój na nerce waży tylko 917 g mi z prenatalnych wyszło bardzo wysokie ryzyko porodu przed 34 tc a on tak po prostu odchodzi i teraz mam zmieniać lekarza ....
dzwoniłam do meżą i poryczałam mu się przez tel
12 tc (11t2d)
No i witamy nowy tydzień. Powinnam wykrzesać z siebie więcej energii, ale kurcze nie mam siły... Mam nadzieję, żę to co mówią o pierwszym trymestrze top rawda i jak tylko minie to ja poczuję się lepiej. 20 lipca to będzie zatem przełomowa data, bardzo na to liczę. Tym bardziej, że potem zaczynam urlop i jedziemy nad morze - nie chcę spędzić tygodnia w pokoju tylko chciałabym skorzystać z uroków tego miejsca.
No a póki co... podobno ciąża to nie choroba, a ja czuję się jakbym miała permanentną grypę. Nie mam siły, jest mi niedobrze, moja cera i włosy wołają o pomstę do nieba. Czuję się nieatrakcyjnie i nieswojo. Niech to już minie...
Z Mężem zaczęliśmy się odzywać po prawie 5 dniach cichych. No chyba jeszcze tak długo nie wytrzymaliśmy. Zobaczymy, czy coś do niego dotarło i czy wyciągnie jakieś wnioski z tej sytuacji.
A jeszcze tylko wspomnę o pracy, bo wczoraj już mnie nerw złapał. Pracowałam 2 dni w domu i mimo, że nie jest to jakiś wyjątkowy przywilej (bo każdy u nas ma taką możliwość) to miałam wrażenie, że stanowi to jakiś problem. Koledzy narzekają bo dowiedzieli się, że mają przejąć moich Klientów, kierownik narzeka, że nie mam służbowej komórki w stopce bo ktoś tam pilnie chciał się ze mną skontaktować i jak widać poruszył niebo i ziemię. Usłyszałam, że teraz jak będę częściej pracować z domu to klienci muszą mieć ze mną kontakt więc czegoś tu nie rozumiem... Sam mówił, że mam oddawać klientów bo potrzebuje mnie w innym charakterze teraz, a poza tym nie może mnie traktować jako koło ratunkowe w każdej sytuacji, bo teraz to ja jestem w sytuacji, że mogę odejść w najmniej oczekiwanym momencie. Ta moja korporacja to nie ma zupełnie planu działania, zawsze trzeba ratować sytuację i gasić pożar zamiast ustalić wcześniej szczegóły.
Ale już dosyć tego marudzenia - niedługo mnie tu nie będzie więc będą musieli sobie poradzić beze mnie. Tymczasem - udanego weekendu 
13 cs
2 dc
To już nie są początki początków, to już się robi problem.
Małpiszon przybył punktualnie,przynajmniej cykle nie ciągną mi się nie wiadomo jak długo.
Było mi trochę smutno, że znowu jesteśmy niedoszłymi rodzicami. Wiadomo. Ale nie miałam nadziei żadnych.
Napiłam się trochę wina, zjadłam 2 kostki czekolady. I nastrój mi się poprawił.
Mąż zobowiązał się odstawić alkohol. Nawet na imprezach. Cieszę się, że tak do tego podszedł, bo mamy intensywne życie towarzyskie i tego trochę się bałam. Jednak nie ma wyjścia.
Teściowa pytała się, czemu u nas taki problem, skoro tak dbamy o siebie, o dietę i nic, a moja siostra mimo złych wyników badań zachodzi od strzała. Co mogłam powiedzieć - tylko tyle, że życie jest niesprawiedliwe. Że my musimy włożyć więcej wysiłku, czasu i pieniędzy. Ale nasze dziecko będzie wyczekane i powitamy je z wielką radością, docenimy to co nas spotka.
Tak sobie tłumaczę, że skoro znosimy trudności teraz, to lepiej podejmiemy trudności rodzicielstwa.
I coś w tym musi być.
Ostatnio na portalu społecznościowym widziałam, że jakaś ciężarna marudziła na koszt standardowych badań - że ma dość wydawania 70 zł miesięcznie i pytała jak załatwić sobie na nfz. Dla kogoś to dużo, w inwestycję zdrowia i bezpieczeństwa swojego dziecka. Ciekawe, jakby wydawała 800 zł w dwa dni, albo pogadała z którąś dziewczyn od in vitro. Którym nie zawsze się udaje.
Dzisiaj jestem w 5dpo
ciekawa jestem co się jeszcze do tej pory dzieje w dole mojego brzucha,a raczej w jajnikach,czuję jakieś takie uciskanie/kłucie,jakieś szarpnięcia w szyjce,ale najbardziej po prawej stronie.Mam uczucie strasznie zimnych stóp,siedzę w ciepłych skarpetkach,stopy okrywam kocem,a i tak czuję jakbym miała stopy obłożone lodem...ostatnio aż tak mocno miałam dwa lata temu...nie ,nie wkręcam się,wiem,że najprawdopodobniej mam zrosty na macicy,że nawet ten prawy drożny jajnik,może być leniwy (tak określiła to moja gin,bo jest poszerzony).
W tym cyklu mam nie brać ani Pregnylu ani luteiny,więc żadnego wkręcania się w temat ciąży NIE MA.
Wiem,że przede mną dwa zabiegi/operacje.
Jutro wizyta u lekarza w Poznaniu,u tego który być może przeprowadzi mi laparoskopię,jeśli oczywiście po obejrzeniu mojego opisu,podejmie taką decyzję,więc jutrzejsza wizyta będzie bardzo ważna.
Coś bardziej ciągnęło mnie ku temu lekarzowi z Gliwic,ale tam dopiero termin na październik,a ponieważ w moim wieku strata każdego msca jest na wagę złota,zadzwoniłam spytać o termin w Poznaniu i jest już na jutro,ten lekarz przyjmuje w tej klinice w Poznaniu tylko w soboty,więc jedziemy,bo inaczej to też mogłabym czekać do września/sierpień to i urlopy lekarzy/
Mam też umówioną wizytę u ginekologa przed HSC/usuwanie zrostów z macicy/ na 31 lipca.
Tak,więc podjęłam decyzję,sprawdzam to co jeszcze mi zostało.
21dc 4dpo
Ostatnio nie czuje sie najlepiej. Pewnie to przez pogode ale z owulacja opadlam z sil.
Na wykresie postanowilam wypisywac wszystkie objawy, nie po to by wyszukiwac w tym oznak ciazowych. Ale by jak najlepiej poznac swoj organizm.
Miedzy innymi z nowosci w tym cyklu dowiedzialam sie, ze bol piersi wcale nie oznacza, ze jest juz po owulacji a raczej, ze jest juz bardzo blisko ( Wczesniej bylam przekonana ze jak bola piersi to juz po).
Czlowiek uczy sie cale zycie 
Dzis piekny sloneczny piatek - Milego weekendu :** 
Wygląda na to że właśnie mamy owu - tak wskazują testy. Wczoraj był mega pozytyw
jest 23dc czyli całkiem długi cykl trwa... ale z tego co doczytalam na owu to takie maja wieksze szanse na ciąze
no ale mąż sie nie popisał - sporo palił mało syropku pił... chciałabym powiedzieć ze się nie nastawiam, ale oczywiście się nastawiam...
M powiedział, że pójdzie do psychologa z powodu tego egzaminacyjnego stresu... Mam nadzieję, że to coś da, bo znów oblał... Nawet nie liczę który raz. Dziś już 16 dc - pewnie znów się nie uda. W ostatnim czasie straciłam nadzieję, że kiedyś to M gdzieś mnie autem zawiezie (bo ja nawet piwa się nie mogę napić u znajomych czy rodziny) i że znów zajdę w ciążę. Sądziłam, że może jak dziś zda to będzie jakiś znak... A szkoda gadać czy pisać...
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lipca 2017, 12:32
Beta 199... Jak mam wierzyć w to wszystko...
Krótko i ku pamięci: zioła raczej działają, ponieważ libido skacze ładnie w górę, czuję trochę jajniki i lekkie ciągnięcia w podbrzuszu, coś jak zapowiedź bólu miesiączkowego? czekam na rozwój sytuacji...
Temperaturę mierzę, choć nie wiem czy za moment nie zaprzestanę, bo pojedziemy na urlop od następnej soboty. Zobaczymy, co czas pokaże. Wszystko na mega luzie i spokoju, bo po co się spinać. Wiem, że w końcu się doczekam
teraz dbam o suplementację i będę jak najlepiej przygotowana na pojawienie się groszka. No. To tyle na razie z obserwacji i faktów.
Znacie to nieodparte wrażenie, że to będzie ten cykl? Takie silne przeczucie. Aż boję się czasami dać temu ponieść, żeby się za mocno nie rozczarować
z drugiej strony nie mam nic do stracenia- WIERZĄC ! 
17 dc, 6 cspp.
Aktualnie czytana książka: "Kolekcjoner" Alex Kava (nadal).
Muszę to z siebie wyrzucić, a to jakby mój pamiętnik, więc miejsce dobre.
Rzecz się działa dzisiaj w Biedronce. Stoję przy kasie, a przede mną kobieta z na oko około 4-5 letnią córeczką. Mała piękna blondynka, ale z oczu na kilometr bije smutek. Matka z wyglądu normalna, dosyć zadbana. Wszystko było ok dopóki dziewczynka cichutko nie poprosiła o batonik ("obiecałaś, że jak będę miała urodziny, to mi kupisz..."). No i się zaczęło!! Na początku był tylko podniesiony głos "co Ty sobie gówniaro wyobrażasz?! Że ja UWAGA! SRAM pieniędzmi?!". Mała grzecznie na to "ale mamusiu obiecałaś..." to zaczęło się szarpanie i WYPROSZENIE dziecka przez matkę ze sklepu!!
Nie wytrzymałam. Musiałam zareagować. Zwróciłam "matce" uwagę, że przecież to tylko dziecko. Wtrącił się też starszy Pan. Tak jak zwyzywała nas ta Pani, to nawet moi bezdomni podopieczni nie używają takiego słownika. Byłam w lekkim szoku. Na koniec dostało się jeszcze kasjerce, że FAJKI JEJ SPRZEDAĆ CHCIAŁA ZŁE!!
Stwierdziłam, że z tłukiem nie ma co się kłócić, bo to ograniczone i tępe. Tylko tej małej było mi szkoda.
Kiedy wychodziłam, spotkałam je jeszcze pod sklepem. "Matka" nerwowo odpalała fajkę... Miałam w siatce 3 batoniki, więc dałam jeden dziewczynce. Dostałam jeszcze opierdziel, że "się wpierdalam", ale olałam...
Cholera jasna!! Taka awantura o batonik za 1,49 zł!! Ja wiele rzeczy jestem w stanie zrozumieć. Że może być krucho z kasą, że można ograniczać dzieciom (z różnych powodów) słodycze... Ale takie zachowanie?! Szkoda gadać...
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lipca 2017, 18:22
Dziennik pokładowy:
273 dc, 38+7 (39tc)
Tak. Rekreacyjne wpisy ciąg dalszy.
Za chwilę pomyślicie, że naprawdę żyję w jakiejś patologii, ale... no nie mogę tego nie opisać.
Przed chwilą odwaliła tu się niezła maniana, a ja jestem w takim szoku, że aż nie mogę. I ze śmiechu, i z konsternacji, i ze zdziwienia i podziwu dla starego. W końcu.
Na horyzoncie pojawiła się moja druga siostra, która jest... lekko dziwna. Lekko. No dobra, czarna owca rodziny. Reaguje bardzo podobnie do mojej matki, czyli agresją i furią, na wszystko, co się wydarza nie po jej myśli. Ewidentnie nad sobą nie panuje. Ja przy niej to wiecie... pieprzony kwiat lotosu na tafli jeziora. Całe szczęście, że z nami nie mieszka.
Wparowała do mnie do pokoju, nagle, bez ostrzeżenia. Leżę sobie na boczku (bo się dopiero co spociłam od przejścia po schodach), obok siedzi i pracuje mąż. "Kupiłam Ci coś!". No myślę sobie - miło. Sukienunia dla małej i opaska. Oczywiście róż, tiul, kwiatuszki, kokardki. Trochę nie moje klimaty i średnio praktyczne dla takiego newborna, ale uwierzcie mi - sekundy dzieliły mnie od szczerych podziękowań, nawet pomimo faktu, że ja za bardzo nie uznaję opaskowywania dziewczynek (Kaz Cooke to fajnie opisała w "Ciężarówce", że dzieci wyglądają wtedy jak łyse pisanki ze wstążką - tak, to nie moje słowa, więc nie bijcie mnie po głowie, to nie ja...
). No byłoby miło, o mały włos! Ale nagle zrobiła typową dla siebie podkurzoną minę i zapytała: "PODOBA SIĘ CZY NIE?". Wiecie. To jest taki ton, że z góry człowiek wie, że jak powie "nie", to gdzieś na świecie zginie mały kotek i rozstąpi się ziemia. No i tutaj powinnam wykazać się sprytem, powiedzieć "tak" i schować kieckę do szafy, zapomnieć. Ale znacie już teorię o "dźganiu kijkiem i rozjuszonym szerszeniu", więc w całej swojej siostrzanej wredocie, z kamienną twarzą, powiedziałam, UWAGA!... "ok, może być". No i stało się.
Siostra wpadła ni to w szał, ni to w "żart". "Jak kurwa MOŻE BYĆ?!". I nagle... opaską rzuciła mi w twarz, a sukienką śmignęła tak, że aż świsnęło - w brzuch. Skłamałabym mówiąc, że bolało, bo nie, ale znam ją na tyle, że jakby mogła - przywaliłaby mi mocniej, co by się wyładować. Zrobiłam tylko zdziwioną minę i nagle mój mąż...
Ten mój mąż... Tak, ten, co go tak obsmarowałam na cały wpis, że mnie nie wspiera, nagle jak nie wstanie i nie gruchnie...: "Co Ty robisz?! W łeb się tym pierdolnij!".
Słuchajcie, no chwila historyczna. Primo - po raz pierwszy otwarcie postawił się komuś z mojej rodziny. Secundo - użył do tego przekleństw
. Tertio - nie bał się stanąć po mojej stronie. WRESZCIE.
Siostra szarpnęła kiecunią, kazała nam się chrzanić, oscentacyjnie wrzasnęła, że idzie to oddać i niech nasze dziecko chodzi w starych szmatach, bo na nic lepszego nie zasługuje, trzasnęła drzwiami i poszła. Ach, i wisienka. Moja matka stwierdziła, że... to JA przesadziłam z reakcją. 
Normalnie bym płakała i wyzywała, jaki ten świat niedobry i jak to ja mam dość mieszkania tutaj. Ale oto dzieje się rzecz piękna - mąż mnie pilnuje, dogląda, dba o mnie, a jak i trzeba, to nie boi się stanąć i wrzasnąć, żeby ktoś się ode mnie odpierdolił. Boże, piękne. Dożyłam tego dnia. Siedzę i się śmieję, autentycznie. Czy to już oznaki psychozy?
A Miśka siedzi i dalej zawija w te sreberka...
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lipca 2017, 21:09
Jakoś tak nie chciało mi się pisać, gadać, ten szpital mnie trochę podłamał i wystraszył.Od paru dni jestem w domu. Przed wyjściem zrobili mi USG i wszystko wyglądało dobrze, dzidziuś rośnie, pessar trzyma. Szyjka z pessarem ma 33 mm. Trochę to dziwne, bo przed założeniem miała podobno 17mm, a sam pessar to raczej nie ma 16 mm. Dziwne to trochę, no, ale najważniejsze że trzyma. Twardnienia niestety nie ustały. Wypisali mnie z zaleceniem oszczędzania się i leżenia. Więc głównie leżę, wstaję do łazienki, zrobię parę kroków po domu, żeby się wyprostować i leżę dalej. w środę mam wizytę u lekarza, ordynatora oddziału na którym leżałam więc wypytam go o wszystko. Chyba muszę zrezygnować z wizyt u profesora w Warszawie, bo takie podróże niewskazane w moim stanie, boję się. A jeszcze w szpitalu w którym profesor pracuje jest remont do końca sierpnia, więc chyba muszę się nastawić na swój najbliższy szpital. Ordynator wydaje się w porządku, bardzo miły,dla wszystkich pacjentek, nie tylko swoich.
Po powrocie ze szpitala szybko zabrałam się za gromadzenie wyprawki, bo zestresowałam się, że jeszcze nic nie mam. Oczywiście wszystko przez internet. Przyjechała też moja mama i pomaga mi się ogarnąć, zrobić miejsce w szafach, dziś prała i prasowała rzeczy dla maluszka. Jak spakuję torbę do szpitala to będę spokojniejsza.
Staram się być dobrej myśli i nastawiam się pozytywnie, zamierzam wytrzymać do terminu
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.