11 dc
10 dzień stymulacji
Dziewczyny u mnie porażka na całej linii- miałam dzisiaj monitoring do transferu i endo ładne powyżej 10mm ale prawdopodobnie jest już po owulacji 😒 wygląda ze mogła być w 9dc! Szok i niedowierzanie 😱 pobrali mi badania i czekam na telefon. Jeżeli już po owulacji to powtórka z rozrywki w następnym cyklu. 🥺 Na dodatek okazało się ze źle sobie obliczyłam i wszystkie badania mi się przeterminowały w poprzednim miesiącu - porażka, nie wiem jak mogłam tego nie dopilnować. 😭 teraz nie wiem czy lepiej by było odroczyć żeby na luzaku uzupełnić te badania? Ale z drugiej strony już tak bardzo czekam na ten transfer! A z drugiej strony teraz będę robić badania na złamanie karku a i tak nie będą gotowe przed sobotą (w dzień który mam zaplanowany ewentualny transfer) wiec najem się tylko wstydu ze takiej prostej rzeczy nie dopilnowałam 😭😭😭
2020 to nie jest mój rok.
Czekam w napięciu na telefon jak te badania. I niech się dzieje wola nieba 😔
EDIT: mieli w razie czego zadzwonić do 18. Telefonu ani widu ani słychu ( dla pewności cały czas trzymałam przed nosem i co chwile odblokowywałam) a zatem w sobotę podchodzę do transferu. Badania dzisiaj pobrałam wiec do końca tygodnia w większości będą, pewnie się spóźnię tylko z chlamydią - może mi doktor podaruje 😔 w aptece odebrałam tonę leków i zaczynam brać już dzisiaj. Jestem niewiarygodną panikarą, nie nadaje się na matkę. 😩 Boże, nie mogę uwierzyć ze to już w sobotę. Aha teraz się dla odmiany zaczęłam martwić ze biocenoza wyjdzie źle. Wszechświat nie znosi próżni. 😒😒
Wiadomość wyedytowana przez autora 13 stycznia 2020, 19:18
17 dc, 9-10 dpo. Muszę na ten temat pogadać z lekarzem na poniedziałkowej wizycie. Jak tu prowadzić stymulację, jak owulka tak szybko?
Brat z Rodziną w domu. Oznacza to mniej więcej tyle, że wychodzę z domu około 7, jadę do pracy, pracuję niezwyyyykle wydajnie, po pracy jadę do Rodziców, żeby pobyć z Bratem i jego Rodziną. Wychodzę stamtąd na swoje treningi, wracam do domu około 22 i dopiero wtedy przygotowuję jedzenie do pracy na następny dzień. Chciałabym móc w domu powiedzieć, że idę na ścianę/jogę, ale wiem, że skończy się to tekstem "Ważniejszy dla Ciebie trening niż Rodzina?". Nie mam ochoty tłumaczyć, że nie jest ważniejszy i że jednocześnie pomaga mi zachować zdrowie psychiczne. To, że on mieszka na co dzień w innej części kraju i przyjeżdża do rodzinnego miasta z tzw. Bożej Łaski, czyli jak ma tu coś do załatwienia albo pracę, to przecież jest najważniejszy powód, żeby cudze życie (czyt. moje życie) wywrócić do góry nogami i wymagać poświęcenia całego czasu, jakim dysponuję Bratankowi, Bratowej i Bratu. Do drugiej części rodziny jeździ tak po prostu pogościć się. Wiem, bo opowiada. Odległość od Brata do nas jest taka sama jak Brata od rodziny Bratowej, tylko w różnych kierunkach. Tam udaje się w odwiedziny, a tu przyjeżdża do pracy i przy okazji MY możemy go odwiedzić w naszym domu rodzinnym. Słabe to jest. Jak to powiedziała moja koleżanka o swojej sytuacji "Gdybym miała oglądać się na innych, nic bym nie robiła". Dlatego staram się wrzucić na luz, nie przejmować się, nie zmienię go, a Bratanek zawsze może mieć dobrą ciocię.
Małe rozkminy przeszłościowe: z uwagi na ilość rodzeństwa, ale też i niepełnosprawność siostry, aktywnie w naszym wychowaniu uczestniczyli dziadkowie i ciocie. Najczęściej graliśmy z nimi w gry. Różnorodne. Planszówki, zręcznościowe, sportowe, karciane. I tak nam zostało. Nie należymy do grupy osób, która zaczęła grać w planszówki, bo to jest takie "modne, zajmujące, uczy kreatywności, rozwiązywania problemów, myślenia i buduje więzi rodzinne". O nieeee. My po prostu nigdy nie przestaliśmy grać. Zmienił się tylko skład. O sile tej tradycji może świadczyć fakt, że na moim i Mężusia weselu mieliśmy w zapasie kilka planszówek, gdyby ludzie się nudzili (mieliśmy imprezkę na niecałe 50 osób), ale do tego jako główną zabawę mieliśmy gigantyczną jengę. Strzał w dziesiątkę. Grali starsi, młodsi, faceci, kobitki. Reeeweeeelaaacjaaaa. Absolutny hit! Nawet ludzi z ekipy, czy to fotograf, czy to kelnerzy pytali skąd to, czyj to pomysł i takie tam.
Zawsze jak się spotykamy (przy czym - możemy być "śmiertelnie" pokłóceni; "śmiertelność" oznacza, że jestem pokłócona o całokształt np. kasę, zachowanie wobec innego członka rodziny, zachowanie wobec mnie, nie-słuchanie dobrych rad, brak wspólnego frontu w jakiejś sytuacji, jednocześnie oznacza to, że jakby trzeba było oddać Łachmytom nerkę albo zapłacić okup to zrobię to. I będę wypominać do końca życia. Jego/jej lub swojego.) to gramy w partyjkę, tylko wybieramy, co wyciągamy z szafy. Był problem w tym zakresie z moim Mężusiem i z Bratową. Traktujemy trochę to niczym chrzest bojowy i ostateczne wejście do Rodziny. Mężusia musiałam trochę przekonywać. Na początku siadał z nami niejako z przymusu, żeby pobyć, nauczyć się. Po pewnym czasie odnalazł kilka swoich ulubionych rozgrywek, radość z wygrywania, ze stawiania przeszkód innym, ze współpracy przeciwko jednemu - aktualnie wygrywającemu - zawodnikowi (ja akurat wolę współpracę, jak mam akcję w grze, która polega na konieczności zaszkodzenia innej osobie - uwierzcie mi - rozgrywka się znacznie przedłuża, bo analizuję dokładnie komu mniej zaszkodzę). Aktualnie stoi na stanowisku, że uwielbia to i nie wyobraża sobie braku partyjki i tylko siedzenie za stołem. Wczoraj wieczorem wchodzę do mieszkania i słyszę "Zwróć uwagę na to mieszkanie. Coś się w nim zmieniło!" - "Ty. Wróciłeś z pracy." - "Oh, to też, ale rozejrzyj się dokładnie!" - "[cyk, cyk, cyk, myśl, rozejrzyj się, powolutku] Mam. Ha. Gra. Nowa gra." - "[jeden z szerszych bananów na buźce] TAK!!! Doskonale" - "Co to? Czytałeś instrukcję, odpakowałeś? Odpakowałeś beze mnieeeee? Mężusiu, to przecież pierwsza gra, którą kupiłeś!!! Ojeja, z własnej inicjatywy i własnym pomysłem. Jesteś prawdziwym Krąsi [zamiast Krąsi padło moje panieńskie nazwisko]".
A Bratowa nigdy z nami nie grała. Siedziała przy stole, czytała sobie, gadała z nami. I to też było ok. Bo nie uciekała przed nami. Aż do przedwczoraj. Brat rozkłada planszę. Bratowa zasiada i słyszę jak wybiera sobie kolor pionka. "Bratowo, Bratowo, czyżbyś zmieniła zdanie??? Mężuś będzie z Ciebie dumny, bo bardzo Ci kibicował!!! I czekał aż przejdziesz chrzest! Cudnie!!!". Okazało się, że Brat wiercił jej dziurę w brzuchu od kilku lat. No i wywiercił.
A ja Bratanka, teraz już 7,5 miesięcznego uczę rzucać kostką. On najpierw uderzał nią o stół. Teraz podnosi w łapce wysoko i upuszcza. Jest nią zafascynowany. Tradycja przetrwa. Jestem pewna.
Oficjalnie zaczynam 40 dzien cyklu
W ciąży być nie mogę. Wzięłam luteinę przed owulacją, więc została zahamowana. Mija 14 dni od jej odstawienia a okresu ani widu ani słychu. Nawet nie chce mi się czekać aż przyjdzie. W czwartek idę rozjaśnić włosy, a raczej odrost bo mam jak stąd aż na księżyc.
Tak trochę myślę że może to delikatne plamienie to był okres? Ale kurde, tam nawet żywej krwi nie było... Doktorek kazał czekać na krwawienie, które się nie pojawiło. I tak się przeciąga stymulacja...
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 stycznia 2020, 10:01
No to zaczynamy.
W grudniu jestesmy umowienie do nowego doktorka,speca od naprotechnologii.Jest do niego dluga kolejka i mam nadzieje ,ze to sie przeklada na skutecznosc.
Plan mam taki,ze jak teraz dostane @ to robie LH.FSH i estriadol,zeby miec wyniki na biezaco.
Oby doktor znalazl przyczyne i wreszcie mnie wyleczyl.
Z Fumem niby wszystko dobrze ale ostatnio taki zdenerwowany przez problemy w pracy chodzi,czesto go ostatnio glowa boli,oby mi sie biedny chlopina nie rozchorowal
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 stycznia 2020, 14:23
5t0d ❤
Początek 6tc licząc od daty zapłodnienia 10.10
Nadal ciężko mi uwierzyć w to co się dzieje.
Nadal unikam stwierdzenia, że jestem w ciąży i proszę męża żeby tak nie mówił.
Myślę, że podchodzę do tego na spokojnie i nie chcę za wcześnie się cieszyć to takie zachowawcze. Mój umysł przybrał taki mechanizm obronny, żeby znowu nie cierpieć i stąd takie podejście z dystansem.
Pamietam ciążę Esperanzy... pamiętam wszystko od początku. Pamietam jak się ucieszyłam na wieść że jej się udało 🥰 Obserwowałam rozwój tej ciazy i jej wszystkie przemyślenia i pamiętam, że ona miała to samo. Bała się cieszyć, podchodziła do tego ze spokojem i czekała i obserwowała co się wydarzy. Dzięki Bogu wszystko poszło pięknie 🥰 I kilka tygodni temu urodziła swojego maluszka.
Mam nadzieję, że u mnie też tak będzie i 1 lipca na świat przyjdzie mój Skarbek 💓✊💚
Zresztą ginekolog na wczorajszej wizycie powiedziała, żeby się nie stresować ale do 10tc wstrzymać się z informowaniem bliskich. I jak mi to powiedziała to miałam mieszane uczucia i moja radość z tego że jest wszystko dobrze minęła.
W każdym razie starałam się nie stresować wczorajszą wizytą. Ale jak już wyszłam z metra i szłam te 700m w kierunku kliniki to nogi miałam jak z waty, ciężko mi się oddychało, zwłaszcza w tej maseczce. Był taki moment że zrobiło mi się słabo z tego stresu.
To było dla mnie takie ważne, żeby zobaczyć tą kropeczke wewnątrz i usłyszeć ze wszystko jest OK ❤
W poprzedniej ciąży moją kropeczke zobaczyłam dopiero w szpitalu jak chwilę wcześniej dowiedziałam się że ciąża jest zagrożona. Pamiętacie, że wtedy ze szpitala odesłali mnie do domu po USG i powiedzieli ze jest OK, ale co bedzie to bedzie. I tego samego dnia wieczorem było już po wszystkim 💔...
Dlatego tak bardzo bałam się wczorajszego USG.
Był strach jak już zaczęło się USG... zamknęłam oczy żeby przeczekać ten moment i otworzyłam dopiero jak dr powiedziała, że mamy go! Jest ładnie zagniezdzony w tylnej górnej części macicy, a to bardzo dobrze.
Pęcherzyk 10mm z cialkiem żółtym 1mm ❤🥰
Otworzyłam oczy... i popłynęła mi jedna łezka po policzku ❤ Nie tak jak wtedy... kiedy w tym stresie byłam wniebowzięta ze jednak wszystko jest OK i serduszko bije. Wtedy rozbeczalam się na lezance w szpitalu jak bóbr.
Zapytalam od razu wczoraj czy według niej jest wszystko OK. Powiedziala że tak, na ten moment prawidłowo rozwijająca się ciąża ❤✊🤞
Od razu wyjaśniła mi, że do 12tc nie będziemy słuchać serduszka, bo to może zaszkodzić dziecku. Że te fale, ta wiązka może mieć wpływ na serduszko i ze to USG wczorajsze to było też tylko na chwilę sonda zeby zobaczyć i koniec, bo długotrwałe badanie może wyrządzić zarodków krzywdę. Powiedziała, że jeśli będę chciała posłuchać serca to puści mi kiedyś szum, ale serduszka lepiej nie słuchać.
Troszkę szkoda ale powiedziałam, jej ze oczywiście jeśli to ma zaszkodzić to dla mojego widzimisię nie musimy słuchać. Wazne ze będę je widzieć jak się porusza... to mi wystarczy. 💕
A kto wie... może to temu ta młoda lekarka w szpitalu źle zrobiła mi USG o dlatego 5h później poroniłam, skoro wszystko było na USG dobrze i serduszko biło. Nie ważne... nie wracajmy do tego.
Ważne słowa powiedziała mi wczoraj ginekolog. Ze jest taka dziwna zależność, że wszystko siedzi w głowie. I jeśli przyszła mama będzie dobrej myśli i będzie wierzyła ze bedzie dobrze to tak będzie... a jak tylko zacznie wątpić i się martwić to źle się to kończy.
Moze pamiętacie, że od momentu kiedy dostałam pierwsze wyniki bety już mialam dobre przeczucia. Caly czas jestem dobrej mysli mimo lekkich obaw ale caly czas wierze że tym razem los będzie dla mnie łaskawy i wszystko dobrze się skończy ❤🤞✊
Czuję,z że teraz jest inaczej, bo beta rośnie, ja czuje się inaczej, mam nieco inne objawy i caly cza czuję rozciągający się brzuch, a wtedy tego nie czułam.
Wiem, że mój maluszek zostanie ze mną... rozmawiam z nim i mówię do niego że mamusia robi wszystko żeby go zatrzymać, mimo że go jeszcze nie widzę, to wiem, że z tej kropeczki wyrośnie zdrowy maluch 🥰✊🤞❤💓
Tym razem dużo odpoczywam, jest październik, wirus więc nie mam gdzie szaleć. A wtedy był sierpień, co kilka dni impreza, grille, które już teraz wiem ze są niezbyt zdrowe, zwłaszcza spalenizna która ja uwielbiam na kielbasce z grilla. No i raz się opalalam, na weselu skakalam tańczyłam, mnóstwo stresu przez dotacje. I po tym wszystkim zaczęło się lekkie plamienie z którym od razu się udałam do lekarza.
Teraz wszystko robię inaczej, boję się nawet kichnąć, nie wykonuje gwałtownych ruchów. Dużo odpoczywam. Jak tylko poczuje zmęczenie to się kładę.
Pamietam jak w pierwszej ciąży mówiłam że ciąża to nie choroba i jeśli wszystko jest dobrze to nie rozumiem, czemu kobiety ciągle leżą albo unikają pracy. I życie mnie właśnie tego nauczyło.
Teraz i tak lekarze mówią, że po 1 poronieniu, na które nic nie wskazywało to ta moja ciąża jest podwyższonego ryzyka.
Od miesiąca mieszka z nami moja siostra, która jak wstaje przed pracą robi mi śniadanie a jak wraca do pomaga w obiedzie. A jak jej nie ma to mąż dużo mi pomaga. Jak potrzebuje to śpię. Teraz wszyscy na mnie chuchają ❤😊
A jak na złość moja mama do mnie dzwoni codziennie z jakąś pierdolą 😅 Nie chcę jeszcze jej mówić. Wie moja siostra, mąż, 3 przyjaciółki i szef. Mamie chciałam powiedzieć za tydzień jak pojedziemy do domu, chociaż i tak nie wiem czy to nie za wczensie, bo wtedy będzie 6+2 a dopiero 12.11 mam to decydujące USG. Ale chyba wolę powiedzieć, bo mój tata pali w domu a ja nie chcę tego wdychać.
Znam siebie i tak nawet gdyby tfu tfu, coś... to i tak bym mamie powiedziała o tej ciąży.
Tylko bronię się przed kuzynkami czarownicami... bo im nie wiara. Niby w oczy życzą dobrze ale w plecy nóż wbija i boje się ich po tamtych wydarzeniach.
Wczoraj na wizycie dopytalam o kilka rzeczy to współżycie zakazane do 10tc. No i heparyne bede brac cala ciąże i 6 tygodni dłużej tak więc można powiedzieć że 10 miesięcy na heparynie. No i 12 tabletek dziennie. Wczoraj doszły mi czopki dopochwowe bo luteina podrażnia i wywołuje grzybicę a ja i tak mam niedoleczona nadżerkę i mam teraz jakieś czopki żeby to zaleczyc. Mialam wczoraj wrażenie że robi mi się zapalenie pęcherza i się zastanawiałam co mogę brać. Zawsze urofuraginum mi pomagało ale chyba tego nie można. Mam jeszcze zuravit i to chyba jest bezpieczne. Na szczęście ten stan minął. Ale dajcie znać co mogę brać i jak wy uważacie?
Kochane trzymajcie kciuki za moją kropeczke ❤✊🤞😘
Niech rośnie zdrowo 😘🥰❤✊🤞💚💓
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 października 2020, 20:05
Dzisiaj P zapisał się na badania. Termin dopiero na za dwa tygodnie.
Czuję że za bardzo się nakręcam przy tym cyklu. Liczę po cichu że nie dojdzie do tych badań i wszystko w końcu zacznie się układać. Że nowy rok, że w statystykach większości par przecież udaje się zajść do roku starań; i ta 13 -Oby szczęśliwa (chyba za bardzo przesądna jestem czasami- i to mnie gubi).
Ale z drugiej strony czytając te wszystkie pamiętniki naprawdę podziwiam niektóre dziewczyny za wytrwałość. Nie wiem czy ja dam radę jak okaże się ze jednak jest jakiś problem a czuje ze chyba jest coś na rzeczy.
Po owulacji zawsze mam sporo nadziei i tylko wyczekuje jakiś objawów. Jakiegoś cudu chyba...
Jestem po ostatnim USG.
Pęcherzyki od 16-21mm największy
Endo bardzo ładne ale zapomniałam zapytać jakie z tego wszystkiego.
I w prezencie torbiel 31mm
Ogólnie ginekolog zadowolony, ostatnie 4dni i włączenie fostimonu dużo dalo.
Dziś o 22.00 ovitrelle i gonapeptyl x2
Punkcja w środę o 10.00
Mam stresa jak nic tym bardziej że nie będzie narkozy lecz głupi Jasio.
Zostalam wysłana na badania morfologii elektrolitów poziomu białek APtt, progesteronu
Nie wiem po co te badania. Bo progrsteton rozumiem a reszta hmm
Martwię się czy mąż odda nasienie, bo ma z tym problemy. Nasienie będzie 3 dniowe. Embriolog kazała 2-3 dni takie najlepsze. Oby stres go nie zjadł.
Jak będzie dobrze będą komórki zarodki to transfer za tydzień w poniedziałek. Ale to też zależy od progesteronu. Oj czekają mnie stresujące dni.
W pracy jestem co 2 dzień 😀
Edit: w związku z wysokim progesteronem transfer odwołany.
Wiadomość wyedytowana przez autora 13 stycznia 2020, 16:55
Im bliżej on vitro tym więcej mam wątpliwości. Czy w ogóle jest sens aby próbować? Nasz świat jest okropny, tyle cierpienia naokoło. Czy to nie jest egoistyczne aby powoływać dzieci na ten świat? Po co mają cierpieć tyle co my, a przecież będą cierpiały, będą miały problemy, no każdy je ma.
Od czego by tu zacząć. Tyle nie było tutaj, że musiałam przejrzeć swój pamiętnik, żeby sobie przypomnieć, co u mnie wczesnej się działo.
No więc mamy już 25 + 5. Jeszcze nigdy tak daleko nie zaszłam i aż się boję pisać co u mnie. Chociaż nie wierzę w zabobony, to w ciaży stałam się jakaś taka sentymentalna i rozlazła.
Zacznę od tego, że będzie facecik.
Zaliczyłam kilka badan prenatalnych w tym podwójny test pappa. Pierwsze usg do testu wykonałam na polnej, nie było żadnych wad, ale prześladowana własną manią prześladowczą i czarnowidztwem, milczenie lekarki wzięłam za zły omen. Kobita nic nie mówi, tylko się patrzy w ten ekran, więc na bank coś jest źle, tylko nie chce gadać. Potem od mojej dr prowadzącej dowiedziałam się, że to jedna z najlepszych prenatal doctors w całym Poznaniu, także tego 
Milczenie to u nich najlepszy wyznacznik tego, że wszystko jest dobrze, bo na codzień są tak znudzeni oglądaniem zdrowych płodów, że nawet im się gadać nie chce.
Usg weryfikacyjne zdobiłam sobie dodatkowo w premedicare. Wszystko super, łącznie z badaniami z krwi. Dr z placówki zaproponował mi test potrójny, który stosuje się jedynie, gdy matka zapomni zrobić podwójnego lub, tak jak u nas, gdy jest obciążona historia. Taka weryfikacja, nic nadzwyczajnego i nic koniecznego. ale skoro mozna to czemu nie.
Zrobiłam i tu się zaczęły jaja, bo nagle, niewiadomo skąd, ryzyko dla Trisomii 18 wzrosło do 1:94, a dla T21 do 1:96
. Nie musze chyba tlumaczyć co dzieje się w głowie. We wcześniejszych testach podwójnych ryzyko dla T21 było 1:20000 a dla T18 to 1:18915. Więc czary jakieś i wyrzuty sumienia, że dałam się namówić na ten głupi test, tuz przed świętami, tak żeby zepsuć sobie wigilię. Wszystko przez jeden parametr, który wyszedł mocno zaniżony, czyli wolny estriol, który wyniósł u mnie 0,1 MoM, czyli taki, jakbym w ciąży nawet nie była. Jak sie okazało test potrójny jest bardzo wadliwy, kłamie, jest bezużyteczny i do dupy wg większości lekarzy. Nawet w szpitalu (byłam na obserwacji 1 dzień) dostałam naganę i zakaz szukania nowych problemów 
Nie muszę chyba wspominać ile czasu z moim świeżo poslubionym spędziliśmy szukajac samodzielnie diagnozy w internecie, w ten świąteczny czas, kiedy lekarz i tak nie odbierają telefonów. Za duzo, czasem wolałabym nie mieć dostępu do internetu wcale. No cóż, jestem teraz mądrzejsza, nigdy więcej testów potrójnych.
A tak poza tym, młody kopie i się wierci. Najczęściej zwykle wtedy, kiedy chcę iść spać i nie mam ochoty czuć przewracania się we wnętrznościach
Ale uczucie dziwne i strasznie fajne zarazem.
Wciąż jestem na pełnych obrotach w pracy, mam mnóstwo energii i szkoda by było marnować to na leżenie plackiem i oglądanie netflixa. Kupiłam sobie nawet specjalny adapter do pasów bezpieczeństwa, żeby na luzie dojeżdżać sobie do klientów. Pracuje sobie we własnym tempie i chyba od początku ciąży nie byłam jeszcze tak wylajtowana jak teraz,
11+ileśtam
Rzygam od czwartej rano. Jestem na skraju wytrzymałości. 🤦♀
PS
Dziewczyny dzięki, świadomość że nie jestem w tym jedyna podnosi na duchu.
wczoraj byłam u hematologa.
potwierdził trombofilię. dostałam zaświadczenie do refundacji leków w ciąży. teraz mam brać acard.
mutacją mthfr mam się nie przejmować, tylko łykać metylowany kwas i b. już to robię.
homocysteiną się nie przejmować.
wczoraj dzwoniła moja doktor prowadząca z kliniki. odniosłam wrażenie, że jest wkurzona na lekarke, która robiła mi monit w sobotę. mówiła, że to za szybka decyzja z przerwaniem stymulacji, ze mozna jeszcze było raz zobaczyć. ale że właczyła mi już proga to po jabkach. powiedziałam jej, że serio te pecherzyki zaczeły maleć a jeden zginął. w końcu sama widziałam co jest.
nie wspomniała o ivf.
ma inny plan na przyszły cykl.
postanowiłam, że jeszcze dwa cykle bedę próbować, a potem zbiórka na ivf
Wczoraj wieczorem, M się bardzo załamał że wszystko się przesuwa w czasie. Stwierdził że nie mamy już 30 lat lecz prawie 36 i młodzi nie jesteśmy lecz będziemy coraz starsi.
Ja też trochę się wkurzyłam. Ale czułam to 2 dni temu, że będzie lipa z transferu..
Intuicja kazała.mi szukać czegoś na endometrium. Natknęłam się na NIki której zostala viagra, a intuicja kazała mi kupić bo mi się przyda.
Moje obawy się sprawdziły. Na początku byłam bardzo zła. Ale potem stwierdziłam, że organizm musi odpocząć od tego syfu. Brałam duże dawki leków, masę zastrzyków, nie jestem młoda, więc należy się odpoczynek.
Co fajnego sterydy miałam brać od 10 dc ale nie wzięłam.stwierdzilam że wezmę.po punkcji aby nie przeszkodziły pęcherzyków jakoś się ich boję. I teraz wiem że dobrze zrobiłam nie biorąc bo i tak musiałabym odstawić. Byłam tak naprawdę nie przygotowana. A szybkość nie sprzyja płodności.
Teraz jak powiedziałam mężowi najważniejsza jest punkcja. Ilość dojrzałych jajeczek, jego oddanie nasienie, zapłodnienie a potem aby jak najwięcej było zarodków. To się liczy a reszta potem.
Gin mi napisał że prawdopodobnie progesteron mi się rzucił po torbieli
I że po punkcji która mi jutro zrobi prawdopodobnie szef kliniki dostanę zalecenia co dalej. Więc albo po @ tej albo kolejnej zacznę przygotowania do crio. Jeśli nie zdążę na ponowny screatching to wezmę wlew z accofilu.
Tu mi wszystko jedno.
Chciałabym już ruszyć, ale cóż.....
Od samego początku czułam że to.nie ten czas. Pierw torbiel, po ziołach opadła, potem słabo reagowałam na stymulację, ale gin ryzykował zaufałam mu, więc jutro się okaże czy ryzyko się opłacało.
Myślałam że będę opuchnięta po zastrzykach a jest ok. Już nie czuje pracy pęcherzykow wszystko się uspokoiło pewnie dojrzewa.
Dziewczynki kochane trzymajcie za mnie kciuki za jutro, módlcie się aby były komórki a potem zarodki bym mogła w odpowiednim czasie przystąpić do crio.
Najprostsze pytania są najgorsze. Co słychać? Jak odpowiadam, że dobrze, „po staremu”, w porządku, to jest to nieprawda. Jak odpowiem, że kiepsko albo do dupy, bo tak jest, to musze mierzyc się albo z kolejnymi pytaniami „ale jak to, coś się stało?” (nic, i właśnie w tym rzecz...), albo z pocieszeniami (od osób, które wiedzą o problemie) w stylu „wyluzujcie i się uda; moja koleżanka z pracy też się starała długo - czyt. pół roku 😂 - i już ma dwójkę; nie myśl o tym” itp. Albo podejrzeniami, że chodzę do nie tych lekarzy co trzeba albo że coś ukrywam.
Dzisiaj pytanie o to co słychać zadała moja przyjaciółka, która też stara się o ciążę i ma za sobą ciężkie przejścia, więc akurat pytanie od niej nie jest dla mnie problemem, wręcz przeciwnie, natomiast na przestrzeni miesięcy i różnych rozmow, szczegolnie teraz w okresie swiatecznym, wiele razy zastanawialam sie, co ja wlasciwie z takim pytaniem mam począć. Aby oszczedzic nerwow sobie i pytającym.
Takie staraczkowe refleksje z rana, kilka dpo. 
(Urojona) ciąża .... heh... od kliku dni źle się czuję, jestem osłabiona, zupełnie nie mam apetytu, jest mi niedobrze, wczoraj w nocy miałam wrażenie, że pieką mnie sutki.. no wypisz wymaluj objawy ciąży... Wszystko by pasowało gdyby nie fakt, że miałam okres, który się rozpoczął 3 stycznia.. Jedynie co to nie miałam potwornego bólu brzucha, który mi towarzyszy zazwyczaj podczas pierwszego dnia okresu... i już oczywiście zaczęło się myślenie... Ile już razy czułam, że to ciąża.. a jakie potem było rozczarowanie... Ile razy sobie obiecywałam, że nigdy więcej testu ciążowego tylko cierpliwe czekanie.. I co? W piątek mam umówioną wizytę do mojego Ginekologa na monitoring, ale oczywiście kusi mnie żeby zrobić test.. I chyba to jutro zrobię.. I znowu pewnie będę na siebie zła, że nie byłam aż nadto silna.. Że znowu gdzieś tam uwierzyłam, że może? ... Ale cóż zrobić widać 2 lata to jeszcze mało żeby pozbyć się tej iskierki nadziei, która się ciągle tli... Ale miło być w tej urojonej ciąży.. Najchętniej to bym nie przerywałam tego aż do piątku.. ale nie można żyć złudzeniami...
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 stycznia 2020, 18:04
W 2013 roku zaczęliśmy starania,to już siedem lat.Ile przez ten czas się dzieci urodziło,tylko nie nam.
Przed Świętami byłam u doktora B.Nie do końca jestem zadowolona z wizyty bo była godzina spóźnienia i doktor się spieszył.Dał mi skierowanie na jakieś badania do Centrum Onkologii,sprawdziłam sobie,że to chyba chodzi o NK.Niby miałam wysłać do doktora maila a on miał napisać jak się przygotować.No to wysłałam maila a doktor mi wyskoczył z jakimś HLA -C,ze mam zrobić ja i Fum na Marcelińskiej.Wysłałam mu zeskanowane skierownie na badanie i zalecenie z wizyty bo chciałam mieć pewność,że dobrze go rozumiem.Ale odpisał,że tak o to chodzi a jak się przygotować do tych badań na Garbarach dalej nie wiem.Przy czym to HLA-C to chyba drogie jak cholera, będę musiała poczekać aż się trochę kasy uzbiera.
Cóż póki co muszę zrobić te badania w Centrum Onkologii, też ich jest dużo, pewnie też zapłacę jak jak za zboże.
Święta minęły tak sobie.Ogólnie nie było by źle ale rodzinka zadbała o to,żeby mnie wkurzyć.
Bratowa Fuma już w widocznej ciąży ale wiecznie marudząca jaka to ona jest biedna i jak sobie poradzi z dwojgiem dzieci.Do tego opowiadała jak gdzieś były z teściową i spadła ze schodów.Spadła bo wszędzie się spieszy i tak schodzi,że się ślizga piętami.Zleciała z połpiętra i jeszcze upadła na brzuch. Teściowa o mało zawału nie dostała.Ale podobno z dzieckiem wszystko ok.
Każdy też uważał,że musi swoje mądrości wygłosić.Najpierw teściowa opowiadała jak jedna kuzynka Fuma zrobiła in vitro i ma dwoje dzieci.Tylko,że tam przyczyną był brak jajnikau a u mnie nie wiadomo co.Kuzynka miała jakąś cystę czy coś i wycięli jej razem z jajnikiem.Teściowa jej ponoć mówiła,żeby nie szła na tą operację bo jeszcze nie ma dzieci i będzie miała potem kłopoty, ale nie posłuchała jej no i proszę.Tak. bo na pewno by się doczekała bez operacji,przecież taki jajnik już i tak dobrze nie pracuje.No ale tak to jest jak ktoś się nie zna ale musi się mądrować.przy czym w jej wyobrażeniu in vitro to tez tak wygląda,że idziesz uśmiechnięta do kliniki,tam ci podają zarodek i ty hyc z fotela i już jesteś w ciąży.I wielkie zdziwienie bo ona myślała,ze to ma skuteczność 100%. Każdy jednymi drzwiami wchodzi a drugimi wychodzi z dzieckiem.A to nie ma nawet 50% gwarancji no toż to zdzierstwo za takie pieniądze .Dalsza dyskusja jest bezcelowa.
No a moja mama znowu odwrotnie - twierdzi,że dajcie już sobie spokój z tymi staraniami bo to i tak nie ma sensu.Jak byście mieli mieć dzieci to już byście mieli, Nic na siłę.I tak starzy już jesteście.A jak ja sobie w ogóle wyobrażam ciąże przy tylu dolegliwościach.Bez dzieci przecież można żyć. Tylko,że ona ma i nikt kto ma dzieci nie jest sobie w stanie wyobrazić jak to jest ich nie mieć więc swoje rady może sobie wsadzić gdzieś.Już to słyszałam kilka razy od różnych ludzi ale kazdy z nich dzieci ma.Ich teorie,że mogę się realizować w innych sposób: podróżować,pieska sobie kupić, jakieś hobby znaleźć.Już nawet na to nie odpowiadam bo bym musiała bardzo nieładnie się wyrazić.
Na razie plan jest taki: jadę do Poznania zbadać te Nk,mam nadzieję,że rejestrować się tam jakoś z wyprzedzeniem nie trzeba. Potem Fum powtórna badanie i jedziemy do doktorka G.Chyba,że badanie by wyszło bardzo źle to do androloga.
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 stycznia 2020, 18:12
35+4
Od 3-4 dni odczuwam skurcze lewego jajnika (ok. 2óch dziennie), a dzisiaj dodatkowo przy spacerowaniu i leżeniu miałam skurcze w lewej pachwinie. Zupełnie nie regularne, nagłe, intensywne, bolące po których Maks zaczyna się wiercić.
Trochę się wystraszyłam, bo zaczęłam szukać u wujka Google co to może znaczyć. Oczywiście sam najczarniejszy scenariusz się wyświetla. Zatem postanowiłam skorzystać z porady mojej położnej.
Nigdy nie wiem czy lepiej dzwonić czy pisać - zawsze przecież może mieć zabieg akurat.
Zdecydowałam się na smsa.
Powiedziała że najprawdopodobniej są to skurcze przepowiadające, ale na tym etapie nie zatrzymuje się tego.
O-K !
Zatem czas sprawdzić stan torby do szpitala.
Wyluzować.
Będzie dobrze.
(oczywiście mam świadomość ze skurcze przepowiadające nie oznaczają PORODU, a jedynie że ciało się przygotowuje do porodu i może trwać to nawet przez najbliższe 4 tygodnie).
Znalezione w internecie, pani psycholog radzi.
Ku pamięci.
DEKALOG LECZĄCYCH NIEPŁODNOŚĆ
-> Mówcie otwarcie o tym, że chorujecie na niepłodność
-> Uprzedzajcie pytania rodziny i znajomych
-> Proście znajomych, aby nie zadawali zbędnych pytań bo to dla was trudne
-> Powiedzcie przyjaciołom, żeby trzymali kciuki i nie udzielali mądrych rad, bo sami wiecie gdzie i jak się leczyć
-> Nie zamykajcie się w 4 ścianach
-> Nie wstydźcie się mówić innym, że cierpicie z tego powodu, że nie macie dzieci
-> Nie oskarżajcie się wzajemnie, niepłodność to choroba
-> Powiedzcie partnerowi czego od niego oczekujecie w tym trudnym czasie - sam może się nie domyślić
-> Dbajcie o seks, żeby nie został całkowicie podporządkowany zajściu w ciążę
-> Nie ustawiajcie całego życia pod potrzeby leczenia - niech będzie ono jedynie częścią, a nie treścią waszego życia
Mam owulację i zero ochoty na seks. Nie potrafię się zmusić. Zawsze gdy jest seks w owulację to myślę o tym, że mam owulację. Taki seks bez seksu gdy myślę, że właśnie mam owulację jest straszny. Teraz już tylko on vitro.
Zrobiłam... oczywiście negatywny - takze szybkim krokiem jestem w 13dc.. tylko skąd u mnie ta zla forma...? Dobrze, ze w piątek mam lekarza i wracamy do starań ze wspomagaczami! Kiedyś w koncu ten test musi pokazać || !!!
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 stycznia 2020, 07:26
Po wizycie.
Endo urosło. Pęcherzyki są - 3. Urosły - ale nadal są małe, za małe. Jest źle. Ginka nie owijała w bawełnę - stymulacja idzie bardzo kiepsko. Leków nie ma co dokładać, bo już mam max dawkę. Brać jeszcze 3 dni purogen. Kazała nie brać gonapeptylu - w niektórych przypadkach (ułamek procenta) to on wpływa na słaby wzrost pęcherzyków. W sobotę ostatni podgląd i decyzja czy przegrywamy stumulacje i lecimy z nią w przyszłym cyklu.
Przyjęłam to z większym spokojem niż ostatnio. Po prostu nie mam już nadziei.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.