9 dc
1 wizyta z programu leczenia niepłodności.
Tak jak byłam ochoczo nastawiona i pełna nadziei, tak teraz czuję jakbyśmy wpadli w starą, skrzpiącą i zacinajacą się machinę NFZ.
Pojechaliśmy rano, ja z gorączka, ledwo stojąc na nogach. Szpital lata świetności ma juz dawno za sobą, widać doraźne remonty robione na szybko. W rejestracji 0 prywatności, pani z okienka kazała głośno i wyraźnie dyktować dane (na korytarzu szpitalnym było parę osob). Potem dostaliśmy papiery do podpisania i mieliśmy czekać w kolejce. Pod gabinetem tłum, jak się okazało 2 kolejki. Na naszą dr czekają osoby od 8. Ale w gabinecie pani dr nie ma. Co chwilę jacyś lekarze z pacjentkami, pielęgniarki wpadają na chwile, i zaraz wychodzą, nikt o niczym nie informuje. Telefon w rejestracji dzwoni non-stop. (Żeby sie umówić na wizytę, sama dzwoniłam 3 dni) W międzyczasie doktor z drugiego gabinetu wychodzi i mówi, że nie wie ile osób przyjmie bo w każdej chwili może dostać wezwanie na operację...
Na korytarzu panuje juz lekki niepokój, bo nie wiadomo czy w ogóle uda się coś załatwić. Nasza doktor przyszła po 10. W końcu coś ruszyło.
W gabinecie, krótki wywiad, najpierw mąż. Dostał skierowanie na testosteron i poszerzone badanie nasienia. Pierwsze zrobil od reki, drugie - termin oddania materiału (!) za miesiąc. Pani doktor, chociaż miła, ale sprawiała wrażenie, jakby nie bardzo ogarniała procedurę. Na dwóch kartkach miała ściągi, do których co chwilę zaglądała, 2 razy gdzieś dzwoniła, biegała po ksero karteczki informacyjnej która chyba chciała mi dać, ale w końcu nie dała...
za to zrobiła badanie gin i usg. Zapytałam o jajniki, czy coś tam się szykuje do owu, rzuciła zdawkowo "no jeszcze ciut za wczesnie". Zrobiła wydruk z usg, ale bez żadnego komentarza. Gdybym wcześniej nie robiła prywatnie, to nawet nie wiedziałabym, czy anatomicznie u mnie wszystko w porządku. Dostałam skierowanie na badania: morfologie krwi, TSH, prolaktyne, LH, FSH, estradiol, SHBG, DHEA-S, Testosteron. Wszystkie juz wcześniej robiłam, ale dawno, więc powtórzę na fundusz. Aha, i progesteron w 21 dc. Ja na to, że 21 dc wypada mi w niedziele, a ona- to prosze zrobić prywatnie. Yy, nie wiem gdzie, bo nawer diagnostyka jest nieczynna w niedziele. 😑
Ogólnie plan jest taki: czekać do następnego cyklu, między 3-5 dc zrobić zlecone badania, w 11, 13, 15 dc mam się zgłosić na monitoring ( juz mi skóra cierpnie na myśl o siedzieniu tej kolejce w godzinach pracy, a co jak mi zahaczy o weekend??😕, przecież to nie prywatna klinika), w międzyczasie powinny być juz wyniki nasienia ( tylko, że pani dr nie wiedziała, że mąż ma termin pobrania dopiero na marzec😂) . No i z takim kompletem wiedzy, będzie "wiedziała jak nam pomóc". Aha. O wcześniej robione badania nawet nie zapytała.
Kolejnym krokiem będzie skierowanie na sono-hsg, ale tylko w wypadku jeżeli nasienie wyjdzie w normie. Bo jeśli nie, to nie ma takiej potrzeby. 😑 no to dupa, bo od pół roku walczymy z wynikami męża. Kurde, to ma być "kompleksowa diagnostyka przyczyn nieplodnosci"?
Podsumowując, na razie nie dowiemy się niczego nowego, no może poza wynikami nasienia, czy jest poprawa. Ale przynajmniej nie wydamy kasy. Stracimy za to mnóstwo czasu i nerwów na czekaniu. Znowu.
Czuję, że wróciliśmy do punktu wyjścia 😧
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2020, 15:11
Dzieki dziewczyny.
Akupunkture robilam 3 miesiace przez pobraniem jajeczek i mialam kontynuowac do transferu. Niestety ze wzgledu na wirusa wszystko szlag trafil.
@ev mam nadzieje, ze Szkocja podazy, aczkolwiek musze przyznac, ze ja lubie Nicole Sturgeon. Widzialabym ja na miejscu Borysa. Dziekuje za info o przygotowaniach. A ty rowniez szykujesz sie do transferu jak beda otwierac kliniki?
@czekamynadzidzie wazne zeby nie zwariowac. Troszke boje sie tych wszystkich emocji ktore targaly mna podczas stymulacji. A teraz znowu beda musiala brac hormony przed transferem, wiec nie ukrywam, ze ta mysl wywoluje u mnie mala anxiety.
@wiki @esperanza mia wydaje mi sie, ze to jednak troszke potrwa, no chyba ze zorganizuja mi wizyte do nastepnego mojego cyklu pod koniec maja.
Epidemia koronowirusowa nadal szaleje więc oboje stwierdziliśmy że czas planowań dzidziusia odkładamy jak się wszystko uspokoi. Stwierdziliśmy że jesteśmy młodzi i mamy jeszcze czas na dzidzi oraz doszłam do wniosku że co ma być to będzie. W maju planowaliśmy pojechać na urlop narazie nasze plany są pod znakiem zapytania. Więc w wielkim skrócie mówiąc zajmujemy się sobą, oglądamy filmy razem gotujemy czasem wyjdziemy się przejść wieczorem gdy nie ma tłumów i jest naprawdę super, czas nam szybciej mija i nie myślimy o głupotach i staramy się nie brać za dużo do głowy na temat wirusa . Starania narazie odpuszczamy, może jak się nie będziemy starać to nam się uda. Ostatnio słyszałam od kuzynki że musi nam się chcieć czegoś innego i ciąża sama przyjdzie, akurat w jej przypadku podobno się sprawdziło jej mąż chciał nowego samochodu więc kupił a ona chciała rozwijać się w swoim zawodzie zajęła się różnymi szkoleniami kursami itp. i po pewnym czasie okazało się że jest w ciąży. Cieszę się razem z nią.. Podsumowując odpuszczamy sobie, ja się nie stresuje a zajmuje się domem i nami i jak to mówią co ma być to będzie...
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 marca 2020, 18:07
No i pierwszy dzień świąt z głowy. W prezencie dostałam brązowe plamienie także @ za rogiem. Nawet przykro mi już nie jest. Dociera do mnie fakt, że najwidoczniej nie jest mi pisane być ziemską matką. Miałam szansę 2 razy-nie wyszło, a trzeciej szansy najwidoczniej nie dostanę. Muszę nauczyć się żyć ze świadomością, że nie stworzymy pełnej rodziny i nikt do mnie nie powie"mamo" ani nie poczuję maleńkich rączek, które objęłyby moją szyję. W przyszłym cyklu wezmę clo, bo mam już wykupione tabletki, ale nie robię sobie już żadnych nadziei. To był ostatni cykl, w którym się starałam, dłużej po prostu nie dam rady. Starania wyniszczyły mnie psychicznie. Wpłynęły negatywnie na nasz związek, bo wieczne niepowodzenia w nas obojgu rodzą coraz większe frustracje. To już czas, aby się poddać. Nie lubię tego robić, ale czasami trzeba niestety odpuścić i pogodzić się z sytuacją, która nie zawsze jest taka jaką byśmy chcieli mieć.
Radosny dzień!
Dziś na świat przyszła moja druga siostrzenica. Jeszcze rok temu NIKT nie dałby wiary w taki scenariusz. Siostra jest po 40. O pierwsze dziecko starali się długo, aż w końcu, 6 lat temu udało się z pomocą medyczną. Potem kolejne problemy, rozregulowane cykle, zegar biologiczny spowodowały, że po trzech latach siostra oznajmiła, że ich czas minął i nie spodziewają się już cudu. Kiedyś, że łzami w oczach powiedziała, że żałuje, że tak późno zaczęli się starać. Dlatego, kiedy zatrzymał jej się okres, była pewna, że to menopauza, lub jeszcze coś gorszego. A tu niespodzianka: dwie II 😃 Oczywiście, pojawiły się obawy, że w tym wieku rośnie ryzyko powikłań, ale wszystko potoczyło się książkowo. Dziś mają zdrową, piękna córeczkę 😊
Opisuję tą historię, bo mnie daje ona nadzieję. Życie potrafi zaskakiwać, nie tylko w negatywny sposób. Trzeba wierzyć do końca! 🍀
25 dc
W dalszym ciągu oczekiwanie na wynik.Maz mówi ze to dobry znak ze nie dzwonili znów.Bo jak to in nic nie może od razu załatwić przeważnie trzy razy a tu było dwa.Jakos w to nie wierzyłam ale te wszystkie przykłady z życia No i coś w tym jest.
Ja po wizycie u endokrynologa co prawda on line ale jestem bardzo zadowolona.Wniosek taki ze TSH do obniżenia.Euthyrox 50 mam brać i Inofem Za dwa miesiące kontrolne badania łącznie z przeciwciałami i krzywa cukrowa OGTT.Po analizie moich starych badań hormonalnych nie wykluczone łagodna forma PCO.Swietnie jeszce tego brak.Z racji rodzinnych obciążeń niedoczynnosc tarczycy tez nie jest wykluczona .To chyba pierwszy lekarz który tak bardzo analizował badania która maja ponad 4 lata i kolejne.Zobaczymy jak to się potoczy.
Staram siebnie myśleć o staraniach nie jest to łatwe ale mam czym głowę zajmować.Maz wymyślił ze taras będzie robić wiec siła rzeczy zostałam pomocnikiem.Nabiera to kształtu.
Dzisiaj jest teoretycznie 7 dzień po owulacji. Zrobiłam badanie progesteronu i prolaktyny. Siedzę jak na szpilkach i czekam na wyniki. Bardzo ciekawi mnie ten progesteron. Nie zdziwiłabym się, gdyby było coś nie tak z nim. I chyba poczułabym wtedy ulgę, bo znaleźlibyśmy źródło niepowodzeń. 2 cykl z rzędu mam owulację dopiero w 19 dniu cyklu. W poprzednim cyklu II faza trwała tylko 9 dni. Ciekawe jak będzie w tym.
Progesteron - 13,20 ng/ml - ciąży chyba z tego nie będzie
norma dla fazy lutealnej 1,2-15,9 mg/ml
Prolaktyna - 602,1 mIU/l, gdzie norma to 108,78-557,13... 602, 1 mIU/l to jakieś 30,11 ng/ml? W maju zeszłego roku prolaktyna była na poziomie 330, ale wtedy mogłam być mniej niż 7 dni po owulacji. Nie wiem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Może to jest przeszkodą do zajścia w ciąży?
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2020, 14:56
9dc
Czekam do laboratorium na badanie progesteronu. Ustalony transfer na 6.02 czyli czwartek. Nasza ostatnia blastka 4bb czeka na nas.
Ustalone leki od dzis:
2xestrofem
1xacard
1xpregna plus
3x2 luteina pod jezyk
3xprogesteron besins
Czuje radość, narazie nie ma strachu przed tym co moze sie wydarzyc. Jestem dobrej mysli.
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2020, 16:08
9dc cd
Czy ktoras z was brala progesteron besins?? Zwalilo mnie dzis z nog. Zakrecilo mi sie w glowie czulam sie jakbym miala helikopter po zbyt duzej ilosci alkoholu. Padlam i wstalam po 2 godzinach.. matko bosko
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2020, 16:09
Jestem taka podekscytowana 
Jestem w pracy i zadzwonił telefon. Nie zrozumiałam skąd Pani dzwoni i, tylko tyle, ze Kalisz, ze skladalismy papiery i czy aktualne. Dopiero sie zorientowałam ze to z ośrodka! Mamy na dniach spotkanie z psychologiem! A od stycznia zaczynamy szkolenia! Aż nie wierze! Coraz bliżej mojego aniołka!
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 października 2019, 12:06
Drugie szkolenie za nami, było super, w końcu zaczęło się poważnie, a mimo to wesoło i sympatycznie.
Najfajniejsze było czytanie kart dzieci do adopcji (oczywiście starych i bez danych), to otwiera mocno oczy... Coraz bardziej czuje się, że to dziecko przeżyło dużo więcej niż może nam się wydawać, a do tego też zmienia swoja sytuację w życiu trafiając do nas do domu, co dla niego musi być 1000 razy trudniejsze niż dla nas...
Za chwilę kolejne szkolenie, już się nie mogę doczekać!
27 t 3D
ogólnie wszystko z nami w porządku.
Na ostatniej wizycie ginekolog zrobił tylko szybkie USG, do czego już się przyzwyczaiłam, żeby sprawdzić czy bije serduszko. posprawdzał wszystkie zlecone wyniki i okazało się że jest okej.
następna wizyta pod koniec lutego ale wtedy się uprę i będę chciała mieć konkretnie zrobione to USG z pomiarami itd.
Mały kopie aż miło, czuję się dobrze, ciut męczy zgaga, trochę problemy ze snem, zdarza się że bolą plecy jak się zasiedzę, szybciej się męczę ale to nic, sama tego chciałam hehe..
Powoli kompletuję wyprawkę, przywieźliśmy już łóżeczko, wózek też już stoi, Więc ciężko się ruszyć ale jeszcze trochę się musimy pomęczyć w tym małym mieszkaniu.
Coraz bliżej... 
czasem nadal nie mogę w to uwierzyć...
Endometrium 11mm w sobotę USG od dziś prolutex
mam nadzieję że tym razem się uda!
12+2 tc
Wczoraj miałam badanie usg genetyczne i to było najdziwniejsze badanie na jakim byłam. Oczywiście ze względu na koronawirusa mój mąż siał panikę ze na pewno się zarażę i zaopatrzył mnie we wszystkie możliwe maseczki, rękawiczki i płyny do dezynfekcji. A bo jeszcze nie mówiłam ze praktycznie od miesiąca nie wychodzę z domu i nie kontaktuje się z ludźmi- chyba ze na krótki spacer w odosobnieniu. Nie chodzę na zakupy i pracuję z domu - mąż załatwia wszystko co trzeba. Bardzo się boi żebym się nie zaraziła.
W każdym razie kilka dni przed badaniem dzwonili z przychodni czy na pewno się na to badanie decyduje. I jeżeli tak to mam przyjść sama 3 minuty przed badaniem. Oczywiście zdecydowałam się na badanie a zatem podjechaliśmy - ubrałam tą nieszczęsną maseczkę i podeszłam pod drzwi przychodni które były zamknięte - zadzwoniłam domofonem i położna powiedziała ze zaraz mnie przyjdzie wpuścić - położna tez była w maseczce, poprosiła żebyśmy się odzywały jak najmniej, kazała uzupełnić ankietę o tym ze nie miałam w ostatnim czasie kontaktu z nikim zakażonym wirusem i poprosiła mnie do gabinetu - ja oczywiście za każdym razem jak czegoś dotknęłam to się odkażałam. Położna skserowala dokumenty, pobrała krew i zaprosiła do gabinetu lekarza. Lekarz tez miał maseczkę, powiedział ze zalecenia PTGiP są takie żeby jak najmniej mówić podczas badania wiec żebym się nie martwiła on nic nie będzie mówił, i zabrał się do mierzenia. Najpierw zmierzył CRL, potem przeziernosc karkową i chyba wyszła 1,5 ale nie dowidzialam za bardzo do ekranu. Potem zrobił zdjęcie chyba kości nosowej, potem zmierzył główkę, serduszko jak bije. Potem wykonywał jeszcze trochę innych pomiarów z których wiele nie rozumiałam. Dzidziuś był umiarkowanie ruchliwy - machał sobie nóżkami - ale ma cieniutkie mam nadzieje ze mu jeszcze troszkę zgrubną- i pokazywał rączki jakby przybijał piątki. Na koniec badania lekarz powiedział tylko ze „Na ten moment nie widzi nic niepokojącego ale poczekajmy na badania krwi” i nara - idź babo do domu. Tyle samo badanie usg. Czuje się minimalnie uspokojona bo wydaje mi się ze przeziernosc wyszła ok i kość nosowa tez była, ale wiadomo ze trzeba jeszcze poczekać ostatecznie na te badania krwi. Maja mi przesłać cały opis badania do końca tygodnia wiec pozostaje cierpliwie czekać.
Z innych niusów to nie wymiotowałam już 3 dni pod rząd i chociaż miałam jeszcze trochę mdłości to wyglada na to ze wychodzimy na prostą. Brzuch jest już trochę wystający i jak chcę mocno podkurczyć nogi to mi przeszkadza. Staram się codziennie mieć jakąś aktywność fizyczną - albo spacer albo puszczam jakieś ćwiczenia z YouTube. Teraz spacery tez maja być ograniczone a zatem zostanie mi machanie nogami na macie. Myśle o tej całej sytuacji trochę tak ze w sumie i tak mam dobrze i jestem uprzywilejowana - mogę pracować z domu, mam umowę na stałe, mam zapewnione wszystko czego potrzebuje, mąż robi zakupy, mam filmy, książki, czasopisma, telefon, kontakt ze światem - naprawdę niczego mi nie brakuje - a jednak gdybym wiedziała, ze moja ciąża przypadnie na taki czas to czy bym się wstrzymała z transferem? Myśle, ze tak. Te kilka miesięcy pewnie by mnie nie zbawiło a oszczedzilabym dużego stresu sobie i mężowi. Szczególnie mąż widzę jak bardzo jest przejęty żeby mnie nie zarazić i jak bardzo się tym wszystkim denerwuje. No ale czasu nie cofniemy wiec trzeba się po prostu spokojnie mierzyć z tym co jest.
Teraz czekanie na następną wizytę, a potem na... 2. trymestr! Boże jak to leci!
Dzis 15 dc. Robie testy owulacyjne od 10dc, jednak cały czas negatywne. Testy mam z poprzednich starań sprzed 2 lat, przeterminowane od czerwca zeszłego roku. Czy któraś z was ma doświadczenie z przeterminowanymi testami? Szkoda mi było je wyrzucić, stwierdziłam, ze być może jeszcze działają. No i nie wiem, kreseczka kontrolna jest Ok. Porobie je jeszcze przez kilka dni, zużyje je wszystkie, a potem kupię nowe. Śluz płodny jeszcze wczoraj. Libido szybuje
zatem owulacja chyba za rogiem. Tylko te testy nie wychodzą. 2 lata temu testy wychodziły pozytywne i pokrywały się ze skokiem temperatury. Teraz nie mam pewności, trochę po omacku te ostatnie cykle przechodzę.
Edit:
16dc test pozytywny, śluz płodny. Jeden problem, jak dzis namowię męża na ❤️ pewnie pomyśli, ze to pod ciążę, bo przez cały weekend było czule. A zwykle u nas srednio 2 razy w tyg. Tylko w te dni mam wieksza ochotę niż np. pod koniec cyklu, ale nie mój mąż. Serio. Kiedyś myślałam, ze faceci pragną seksu non stop, potem poznałam męża. W sumie mi to odpowiada, bo sama nie jestem jakaś wymagająca o częstotliwość, ale czasem chciałabym... No kurcze, żeby mnie wziął prawie siłą No!
Libido szybuje
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2020, 19:25
23dc
9dpo
No to poszłam w poniedziałek do pracy, a o 9 dzwoniłam do przychodni żeby się do lekarza umówić 😓 i tym oto sposobem siedzę na zwolnieniu do końca tygodnia. Wysikałam 3 testy przed 10 dpo. Oczywiście negatywne. Co te starania robią z ludźmi. 🤯 Nie mam objawów, które mogłyby wskazywać na ciążę, staram się przygotować na niepowodzenie w tym cyklu... Zrobiłam się rozkojarzona - kilka dni temu 5 minut szarpałam się z drzwiami do klatki schodowej zanim przypomniałam sobie, że są na kod. I coś jeszcze odstawiłam, ale już nie pamiętam co. Myślę tylko o drugim dziecku. Kiedy zaczynalismy starania podchodzilam na spokojnie, po poronieniu jakos mi ciezej... chcialabym tu, teraz, natychmiast. Nakleic plaster na pekniete serce 💔
Doszukuję się objawów. W ciąży z córką coś czułam, w drugiej ciąży czułam bardzo wyraźnie że coś jest na rzeczy. A teraz nie czuję. Więc raczej chyba klops.
Chociaż nadzieja umiera ostatnia...
_______________
Możliwe, że będziesz musiała stoczyć więcej niż jedną bitwę, by odnieść zwycięstwo”
Margaret Thatcher
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2020, 20:11
9dc
Od wczoraj mam jakiś zjechany humor. To muszą być hormony. Wczoraj mojego po domu goniłam z wędka, zabawką kota. Jak stwierdzil oszalałam. Bez powodu zaczekam płakać, w robocie od razu mówiłam nie podchodzić bo gryzę 😄
Ładne zjazdy mam, do tego +2kg na wadze ekstra.
Encorton na mnie nie działa nawet nie czuje aby mnie brało osłabienie organizmu. Jestem jakaś zmutowana czy co.
Dziś miałam 1 usg.
Endometrium na cyklu sztucznym 8mm wg gina na ten dzień bardzo ładne.
Śluz że mnie od 2 dni się leje takiego to nie miałam nigdy. I plus że nie rosną mi pęcherzyki. Bo przy estrofemie są różne sytuacje jak gin mówił.
Jadam orzechy ale mam już dość, ryby, awokado przemycam z płatkami i owocami na śniadanie, bo mi nie smakuje.i lampeczke wina do snu.
W sobotę 13dc monitoring. Jak będzie ok. To w poniedziałek 15dc badanie progesteronu i wlew z accofilu.
A transfer planowany na 20dc w sobotę.
Jakby Endo się kurczyło to odwołujemy i czekamy na kolejny cykl. Ekstra i jeszcze mi tego potrzeba. Ale może tak źle nie będzie.
Czy transfer w 20dc to nie za późno hmmm bo do tego czasu endo może spaść chyba że na lekach nie opadnie. Nie chcę mi się już analizować. Już zmęczyłam Się przed punkcja i po niej analizą.
Więc jeszcze 1,5 tygodnia przede mną.
Szczerze gin mi dziś powiedział że trzeba mieć szczęście ten dzień ten zarodek aby się udało. Bo statystyki są różne.
Oczywiście na problem immuno patrzy z przymrużeniem oka, gdyż dziedzina nie jest udukomentowana.
Anuśla bardzo liczyłam że Ci się uda.
Po prostu nagle zwątpiłam że mi się uda. Byłam pewna że jak tobie się uda to mi tak samo. A tak jestem przerażona. Czemu to takie trudne jest i takie niesprawiedliwe.
Za kilka dni kiedy będę już bliżej transferu będę się bardzo bać. To są moje 3 ostatnie próby. A co jeśli się faktycznie nie uda. Kurde myślę aby zamówić jakieś kasy minutę tańsze wakacje aby tam przeplakac, to mój nie chce bo jak zamówisz teraz to nikt kasy nie odda. Ale nikt nie gwarantuje że mi się uda. A w dup.... z tym wszystkim.
Jestem po. Kurde. Cudem chyba tylko nie wylądowałam w psychiatryku.
Jechałam z domu do kliniki, a Mężuś z pracy. Utknął w korku i zobaczyliśmy się już po wszystkim. Nawet całusa na dzień dobry nie dostałam, nie wspominając o tym całusie na "powodzenia!".
Miałam punkcję jako ostatnia, a byłam w klinice dość wcześnie. Oglądanie dziewczyn to dodatkowy stres dla mnie. Jedna sąsiadka z sali - uroczo niewiedząca nic o in vitro. To było takie miłe widzieć, że są takie osoby. Zapytałam o to, jaką metodę zapłodnienia wybrali - Ale o czym Ty mówisz? - Klasyczne in vitro, że komórki zanurzają w nasieniu, icsi - że wstrzykują, imsi - że wstrzykują w powiększeniu. - Zupełnie nie wiem, o czym mówisz. Jej pierwsze (i trzymam kciuki - ostatnie!) ivf. Kwalifikację anestezjologiczną miałam tuż przed. Lekarz super szczegółowo wypytał o wstrząs anafilaktyczny i mutacje związane z krzepliwością krwi. I o poprzednią punkcję. Stwierdziła, że poda najmniejszą możliwą dawkę leku. I podziałało. Normalnie się obudziłam, normalnie gadałam (czyt. pierwsze słowa po wybudzeniu, ale jeszcze nie takie świadome "Muszę zjeść pizzę!"), brzuch nie bolał, a krzyż tylko delikatnie dawał o sobie znać. Poprzednim razem to przecież na łóżko wieźli mnie pod usg, żeby zobaczyć, czy jest ok, bo środki przeciwbólowe nie działały. Pytam więc dzisiejszej anestezjolog, co zrobiła, bo czuję się lepiej - "Nic, zupełnie nic.". Dopiero później położna mi wytłumaczyła, że dostałam dawkę dexavenu w ten sposób, że połowa przed zabiegiem, a druga połowa po zabiegu - standardowo dostaje się całą ampułkę przed zabiegiem. Normalnie (gdyby nie wrodzony rozsądek!) poszłabym dziś się powspinać, bo naprawdę dobrze się czuję. Położona trzasnęła herbatkę z cukrem. I tu uwaga - coś nowego - jak jesteśmy tak długo na czczo i mamy ochotę na herbatę, warto wypić z cukrem, bo taka gorzka podrażnia jelita i powoduje odruch wymiotny. Cukier osłabia ten odruch.
Pobrali 11 komórek, z czego 9 było dojrzałych, pozostałe dwie były niedojrzałe. W poprzedniej procedurze pobrano 12 komórek, 10 było dojrzałych, a pozostałe były atypowe. Czyli już tu jesteśmy do przodu - po prostu nie zdążyły dojrzeć, a nie są jakieś brzydkie. Z 4 mrożonych komórek ładnie odmroziły się 3. Do zapłodnienia poszło 12 komórek. Stanęło na PICSI. Potem embriolog powiedział, że to była dobra decyzja, bo koncentracja i morfologia jednak były obniżone. Mężuś wyczytał, że przy PICSI jest niewiele wyższy odsetek zapłodnionych komórek, za to jest znacznie wyższy odsetek ciąż i super wyższy odsetek braku poronień.
Lekarz, która wykonywała punkcję wyjaśniła mi ten transfer 4-dniowca. Że to nie jest tak, że to w czymś przeszkadza. Po prostu w przypadku 4-dniowca niewiele jesteśmy w stanie powiedzieć o zarodku. Dopiero jak się przegrupuje i zrobi blastką - to wtedy jesteśmy w stanie ją ocenić. A o 3-dniowcu jeszcze mniej jesteśmy w stanie powiedzieć. Moim zdaniem - jak z 3-dniowca jest ciąża, to byłaby i z blastki. Jak z blastki nie ma ciąży to i z 3-dniowca by nie było. Dziś ta lekarz zrobiła na mnie znacznie lepsze wrażenie. Odpowiadała na nasze pytania. Znała naszą historię. I coś jeszcze ważnego nam powiedziała - parametry nasienia mamy przecież teraz gorsze niż przy poprzednim ivf. Powiedziała, że często nasienie czynnościowo jest zupełnie inne niż wychodzi w badaniach. Bo my badamy morfologię tego konkretnego plemnika, że on taki książkowy jest. Ale nie oznacza to jednocześnie, że ten prawidłowy książkowy plemnik, o po prostu super wyśrubowanych parametrach, zapłodni tą konkretną komórkę. Uspokoiła nas. Bo ja przez te parametry nasienia chodzę ostatnio niczym tykająca bomba. Dodajmy do tego konieczność powstrzymania się od jedzenia i voila - dynamit. Anestezjologowi tuż przed powiedziałam, że jestem strasznie głodna. I że w ogóle jak mają jakiś lek na stres - to ja bardzo chętnie przyjmę go. Żeby tak odpłynąć.
Wyobraźcie sobie, że wczoraj jak wracałam do domu przejechałam na czerwonym świetle skrzyżowanie. Cudem boskim nikomu nic się nie stało. Cudem!!! Po chwili dopiero zorientowałam się, co zrobiłam. To w zakresie świrowania. A w zakresie powstrzymywania się od świrowania - stwierdziłam, że po punkcji zjem pizzę. Wczoraj przez godzinę na youtube oglądałam różnorodne sposoby przygotowania pizzy. Mieliśmy iść do znanego nam dobrze lokalu, a tu okazało się, że zamknęli naszą ulubioną pizzerię
na szczęście dobre duszki z sali podpowiedziały, gdzie w stolicy można zjeść dobrą pizzę (jak pierwsze słowa po wybudzeniu to "Muszę zjeść pizzę!"). I tak oto wylądowaliśmy na pizzy. Zupełnie za darmo jak się okazało! Talerze były na stole w stosiku ułożone. Przychodzi pizza, spoko, rozkładam talerze. Ten drugi był brudny. Idę dyskretnie do obsługi, mówię szeptem, że dostaliśmy brudny. Pan położył uszy po sobie, powiedział, że zaraz to naprawią. Kelnerka przyniosła czysty talerz. Nie prosiliśmy ani o menadżera ani o kierownika sali. Nic. Zdarza się. Każdy z nas jest człowiekiem. A człowiek po punkcji (czyt. - Krąsi) jest głodny. Najważniejsze jest zjeść. Rachunek przyniósł nam menadżer i powiedział, że w ramach przeprosin mamy pizzę za free. Zapłaciliśmy za wodę.
Czy będzie transfer teraz? Nie wiadomo. Czyli jak zawsze. Wstępnie ma być w sobotę czterodniowca. Ale to będziemy decydować z naszym lekarzem prowadzącym na dniach. Btw. wchodzę do domu i dostaję smsa od lekarki prowadzącej "Wszystko wiem. Trzymamy teraz kciuki, żeby wszystko ładnie się zapłodniło".
P.S. Mężuś tak przeżywa, że jak już ogarnął mnie, to teraz chrapie. Zasnął na stojąco (ta umiejętność wróciła!!!). Zdjęłam okulary, przykryłam kocem i słucham jak miarowo oddycha. Wreszcie. Tuż przed powiedział mi tak "Wiesz, jestem tak pełen nadziei, że to aż dziwne jest u mnie, no ja tak nie działam przecież". Ostatnie dni wyobrażaliśmy sobie prawidłowe parametry nasienia i prawidłowe, dojrzałe komórki. Liczę na to, że to też pomogło, Mężuś wyobrażał sobie drużynę piłkarską (choć wcale nie jest kibicem). Trzymajcie kciuki dalej!!!
5t0d
Ale fajnie tu. Tak fioletowo, wesoło.
Wczoraj zamiast wybrać się na betę pojechałam do gina. Trochę szukała pęcherzyka, ale udało się, był widoczny. Obok pęcherzyka krwiak, a w jajniki torbiel 2.8cm 😭 dostałam duphaston i dwa tygodnie zwolnienia i nakaz leżenia.
Eh. Nie może być dobrze na samym początku, nie?
Bądź zdrowy nasz kropeczku !!!
I znów zle wieści..
Robiłam dziś badania hormonów w 3dc:
Ft4 3,51 ng/dl
Tsh 0,02 mlU/L
Estradiol 399,1 pg/ml
Fsh 10,77 mlU/ml
Progesteron 0,931 ng/ml
Prolaktyna 18,3 ng/ml
Pieknie poprostu - tsh rozjechało mi się masakrycznie. Czułam, że tak będzie.
Fsh wskazuję obniżona rezerwę ale to u mnie nie nowość - zresztą ten wynik lubi się zmieniać. Reszta wyników - zupełnie się nie znam..
Tak czy siak po zobaczeniu wyników hormonów i po usg (opuchnięte jajniki po ostatniej stymulce) przez p. Doktor, ląduje znów na antykach ;( cykl znów na marne..
Leki do stymulacji mam kupione na wszelki wypadek. Ale w tym cyklu się nie przydadzą 
Jestem totalnie rozbita.. Czy kiedykolwiek dojdzie u mnie do chociażby transferu?? Bo na uzyskanie ciąży to chyba sobie poczekam i poczekam.. I obym się doczekała bo jak narazie to bardzo słabo to widzę 
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2020, 23:27
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.