31dc
Temp. 36,72.
Wczoraj przyszły testy. Zamówiłam cztery. Pomyślałam, że będę ich teraz często potrzebować.
Wieczorem długo myślałam pod prysznicem, czy je dziś użyć, czy nie. Czy lepiej czekać co przyniesie kolejny dzień i się łudzić, że skoro nie ma jeszcze @, to może... Ale pomyślałam też sobie, że jeśli test będzie negatywny, to będę myśleć, że po prostu jest jeszcze za wcześnie na jego wykonanie i dalej będę się łudzić.
Obudziłam się 6.30. I co teraz? Mąż wstaje o 6.45. Postanowiłam poczekać, aż wyjdzie do pracy, żeby nie widział, jak motam się w łazience z testem. Czekam, czekam... w pęcherzu coraz więcej... Dzwoni budzik. Mąż wstaje. Ja udaję, że śpię. Czekam, czekam... Mąż się kręci, kręci...wychodzi. Startuję do łazienki. Myślę sobie: będzie co będzie. Jesteśmy dwa cykle po stracie. Lekarz kazał zaczekać cztery cykle zanim zaczniemy się starać. Ale my się nie staraliśmy. Dwa razy podjęliśmy próby, tak nieśmiało , tak na początek.
Robię test. I dalej nie wiem... Czy ja nadal śpię, czy nie... SĄ DWIE KRESKI!!!!!
Czy to się dzieje naprawdę???
Teraz siedzę przy komputerze i dla pewności co chwilę sprawdzam. I one ciągle tam są!!!! Są dwie kreski! Boże, jestem w ciąży!!!
Chce mi się płakać ze szczęścia!! I jednocześnie ze strachu!! Ciąża po stracie już nigdy nie będzie spokojną ciążą. Ale podejmuję to wyzwanie i zrobię wszystko, żeby bezpiecznie sprowadzić Cię na ten świat... moja córeczko...
33dc
Jeszcze odliczam dni cyklu. Bo jeszcze nie mogę uwierzyć.
Byłam dziś na badaniu TSH. W poprzedniej (nieudanej) ciąży, TSH szybko mi rosło. Muszę to teraz mieć pod kontrolą.
Siedziałam dziś w laboratorium na ławce, czekając na swoją kolej. Po mojej lewej stronie siedziały dwie dziewczyny w ciąży i po mojej prawie - dwie w ciąży. I ja pośród nich. Też w ciąży??? 
Już nie było mi tak przykro widząc kobietę z brzuszkiem. Oczywiście, życzę wszystkim jak najlepiej. Ale po poronieniu, widok kogoś w ciąży jest przykry dla duszy. Czy tylko ja tak mam?
37dc
5t+2d
Czuję się jak tykająca bomba. Boję się, że w każdej chwili może nastąpić wybuch i wszystko się skończy. Moje myśli ciągle krążą wokół ciąży i nie umiem ich przegonić.
Odkąd mam dziecko, cieszę się z każdego dnia. Chciałabym , żeby każda chwila trwała wieki. Tak bardzo nie mogę nacieszyć się z jego obecności w moim życiu. Teraz zauważyłam małą zmianę... Cieszę się, kiedy jest wieczór i kolejny dzień za mną. Poza tym cieszy mnie myśl o wygrzaniu się pod prysznicem, bo ciągle mi zimno i o położeniu się do łóżka. Ciążowe zmęczenie daje się we znaki. Przy małym dziecku nie ma za bardzo kiedy odpocząć.
Jesteśmy po wizycie w invikcie. Spotkanie z lekarzem wywarło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Pierwszy raz podczas usg pokazano mi pęcherzyki, zmierzono endometrium. Mimo, że mój wykres w aplikacji pokazał owulację i testy owulacyjne też były pozytywne okazało się, że do owulacji mogło wcale nie dojść! Pęcherzyk na lewym jajniku rozlał się i nie wyglądało to zwyczajnie. W nowym cyklu będzie monitoring połączony z badaniem hormonów. Ogólnie lekarz bardzo konkretny i rzeczowy
Gdy czekaliśmy w poczekalni przyszła para ze swoim dwumiesięcznym synkiem podziękować innemu lekarzowi za pomoc. Bardzo to było wzruszające...
przekazali też zdjęcie dziecka. W naszym gabinecie też stały ramki ze zdjęciami maluszków. Mam nadzieję, że nasz też tam będzie
Info od embriologów: z 12 komórek poddanych zapłodnieniu 8 się zapłodniło. W tym 2 odmrożone oocyty podjęły współpracę z Mężowskimi plemnikami. Z jednej strony fajnie, z drugiej strony - a nie mogłaby cała 12 zaskoczyć? Gupek, gupek, gupek. Cieszę się, że 8 się zapłodniło, niech się teraz dzielą pięknie.
Info od lekarza prowadzącego: wstępnie transfer w sobotę, ale w piątek mam zrobić estradiol oraz jeśli Zarodeczki będą miały problem z osiągnięciem stadium moruli - wtedy odraczamy.
Przemyślenia na temat transferu 4-dniowca: może u nas to podziała? Jeśli mam szybkie cykle i szybkie owu, to może endometrium osiąga swoją najwyższą receptywność również wcześniej niż podręczniki twierdzą? Przemyślenia na temat accofilu: może powodować wstrząs anafilaktyczny. Jeden taki już za mną. Nie chcę się narażać. Coś tak nieokreślonego, wstrętnego - śmierć, poczucie umierania. A jak się jeden przeżyło - to kolejne są łatwiejsze do wywołania. Dlatego nie jadam przykładowo owoców morza - nie ma co się narażać.
Poza normalnymi modlitwami, uskuteczniam modlitwy do czasu - płyń szybciej, niech już zadzwonią, niech już będzie wiadomo.
Plan przed ewentualnym transferem mam taki: zrobić sobie paznokcie u stóp, bo ze 2 tygodnie już nie robiłam, zrobić sobie maseczkę na twarz (płachty - uwielbiam!!!), potem nie będzie jak - Zarodki nie lubią zapachów. Wciągnąć pierogi ruskie i naleśniki z serem. Ze zwykłej mąki, zwykłego cukru. I ze śmietaną. Jak transferu w sobotę nie będzie - idziemy szukać nowych oprawek okularowych dla Mężusia.
10 dc
Coś dziwnego się porobiło w tym cyklu. Miesiączki mam zawsze 5 - dniowe, potem plamienie 1, max 2 dni. A tym razem plamilam mocno do 8 dc, wczoraj lekko, lekarka przy badaniu tez zauważyła, ale jak jej powiedziałam, że nigdy tak nie miałam, to nic nie odpowiedziała. A dziś, pierwszy raz od kilku miesięcy pojawił się rozciągliwy śluz. Niby super, ale w łazience patrzę, a on jest zabarwiony na brązowo 😕
Możliwe, że przez chorobę plamienia się tak ciągną? Dziwne to...
1 DC, nie wiem już którego. Co prawda ciesze się że dostałam🐵dziś a nie jutro bo jutro wracam po przerwie do pracy.
Fajnie było siedzieć 3 tygodnie w domu gorzej będzie jutro wrócić. Dzieci pewnie będzie pełny stan i od nowa trzeba będzie je uczyć zasad bo znając życie dla świętego spokoju rodzice pozwalali na wszystko.
Ale dam radę💪 grunt że jest praca w tych niepewnych czasach
12tc+1d (USG prenatalne)
(Estrofem, Utrogestan, Acard, Neoparin, Encorton, Medargin, wit C, wit D, Metafolin, Metylowana B12, Aspargin)
O obcowaniu ze służbą zdrowia na NFZ można by książkę napisać.. Cóż p.Doktor na badaniu prenatalnym była miła, ale za wiele się nie dowiedziałam, znaczy wiem najważniejsze "obraz usg prawidłowy". Wynik badania wraz interpretacją, dostanę za dwa tygodnie razem z wynikiem pappa, ale już na badaniu lekarka powiedziała, że wynik z krwi będzie zaburzony ze względu na obumarcie jednego z bliźniąt i może wpłynąć na większe prawdopodobieństwo wad. Na pytanie czy ma jakieś podejrzenia co do płci, powiedziała z dość dużym przekonaniem "chłopak", więc zapowiada się, że będzie syn 😍.
Na ten moment jestem spokojniejsza bo usg wyszło dobrze, ale tak naprawdę odetchnę dopiero po teście NIFTY Pro, który będę mogła zrobić w 15tc.
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 lutego 2020, 12:38
11 dpt. Beta 0, progesteron 8.9. Dzisiaj cieszę się, że zrobiłam betę 6 dpt. Po pierwsze dlatego, że wyłapałam, że coś ruszyło (było 1.6), po drugie zdążyłam opłakać nieudany transfer i pożegnać się z naszą Kropelką. Nie żyłam złudną nadzieją do 11 dpt.
Czas na podsumowanie mojego pierwszego ivf. Nie wiem, dlaczego podchodziłam do ivf jak do jeża, dlaczego traktowałam jako zło konieczne.
Zaskoczenie nr 1: Zastrzyki i widmo igły w moim brzuchu to była dla mnie jakaś masakra. Wcześniej robiłam sobie tylko ovitrelle do IUI i prawie mdlałam ze strachu. Co się okazało? Zastrzyki idą mi jak zawodowej pigule. Mąż się ze mnie śmieje. Nawet zastrzyki z neoparinu, które wiele dziewczyn przelewa do innych opakowań, z innymi igłami, bo te fabryczne są okropne, tępe jak cholera. Ale co tam, ładowałam je przez 10 dni. W sumie przez 18 dni brałam różne zastrzyki. Brzuch mam cały w siniakach. Nie są to siniaki po stymulacji, lecz po zastrzykach po transferze: neoparinie i gonapeptylu.
Zaskoczenie nr 2: stymulację przeszłam tak szybko, że nawet nie zdążyłam ponarzekać. W 6 dc pierwsza wizyta i już lekarz przewidział, że punkcja będzie w następnym tygodniu. I była. I drugi monitoring i transfer były w sobotę, więc nawet w pracy nie musiałam świecić oczami.
Zaskoczenie nr 3: Punkcja. Punkcja? Jaka punkcja? Nic mnie nie boli, jestem wyspana, żyć, nie umierać.
Zaskoczenie nr 4: Strach przed telefonem od embriologa. Okropny, zapierający dech.
Zaskoczenie nr 5: Jesteśmy płodni. Komórka jajowa łączy się z plemnikiem, powstają dobre zarodki.
Zaskoczenie nr 6: Od kiedy dowiedziałam się, że komórki się zapłodniły czuję się mamą. Nawet mąż mówi: my tu, a one tam walczą. Nasze dzieci. Nieważne, że nie mają jeszcze serduszka i mózgu. To powstało życie z nas. Nie spodziewałam się tego uczucia w sobie, takiego instynktu macierzyńskiego jaki się we mnie narodził po telefonie od embriologa, że komórki się zapłodniły.
Zaskoczenie nr 7: czas stymulacji i punkcji wspominamy wspaniale. Czas po transferze to już koszmar, a to za sprawą koszmarnych skurczy jakie miałam w noc po transferze.
Już po tej nocy ze skurczami wiedziałam, że to się nie uda. Choć dziewczyny mnie pocieszały, że to się zdarza, że to dobry znak. Ok, dobrym znakiem są jakieś tam skurcze i bóle, ale nie takie, że człowiek się wije z bólu. Nie wtedy, kiedy wiem, że to samo miałam 7 dni po IUI i wiadomo jak się skończyło.Już wtedy w niedzielę wiedziałam, że to nie będzie tak jak sobie wymarzyliśmy i zaplanowaliśmy. Moja macica walczy i nie pozwala "obcemu" na bytowanie. A jednak w 3 i dpt czułam bóle miesiączkowe. Czułam się rozbita, ospała, brzuch pobolewał miesiączkowo, co nigdy mi się nie zdarza kiedy jestem na progesteronie. Na kolację kupiłam sobie śledzie z żurawiną i je pochłonęłam. Dopiero potem pomyślałam: śledzie z żurawiną? Przecież jesteś fanatyczką śledzi bez żadnych profanacji typu żurawina i rodzynki! I nigdy nie jesz śledzi na kolację! Ale te śledzie, tak strasznie chciało mi się przez 2 dni jeść śledzi, że wyobrażałam sobie jak wiszą, takie słone i soczyste, a ja je połykam jak pelikan. Dopiero potem do mnie doszło: ej stara, co ty tak o śledziach jak głupia myślisz, przecież tak mają laski w ciąży!
W 4 dpt wieczorem poszłam jeszcze na siku i poczułam silny ból jajników, na chwilę. Położyłam się. To były dni pełne nadziei.
W 5 dpt nie czułam już nic. Totalnie. Chciało mi się płakać, zaczęłam świrować. Dlatego 6 dpt chciałam robić test, ale namówiłyście mnie na betę, za co bardzo dziękuję. I to był już koniec. Mąż zrobił sobie zdjęcie numerku z Diagnostyki i wieczorem kiedy przyjechał do mnie do pracy wyczułam już w jego głosie, że sprawdził.
Płakałam pół nocy. Mąż już chrapał a ja kuliłam się w łazience jak dziecko i wyłam. Rano wyglądałam jak żul, a mieliśmy jechać do teściów na weekend. Kiedy przyjechaliśmy nie mogłam powstrzymać łez. Nie tak wyobrażałam sobie tę wizytę. Teściowie wiedzą, że podchodzimy do ivf, ale nie znają daty. Kibicują nam i proponowali pomoc finansową. Myślałam, że już w sobotę im powiemy, że się udało. A tymczasem miałam łzy w oczach. Nie wiem czy się domyślili. W każdym razie mimo że wieczorem nie piłam alkoholu, to teść opowiadał takie historie, że płakałam, ale już ze śmiechu. W nocy u teściów znowu koszmarne skurcze. Pomyślałam nawet: nieważne, czy będę w ciąży czy nie, niech ten ból się skończy.
Po powrocie, w niedzielę znów płakałam. Porozmawialiśmy z mężem. Było dużo przytulania. Powiedział, że najbardziej go boli jak mnie widzi jak się gryzę i jak mnie to niszczy. Powiedzieliśmy sobie, że będziemy walczyć.
Poniedziałek był jeszcze ciężki, a we wtorek obudziłam się już gotowa do walki. Wytaczam działa:
- atosiban. Podaję link do artykułu: http://artnewsletter.pl/artykuly/3/Perspektywy-zastosowania-atosibanu-w-leczeniu-nieplodnosci.php
- relanium. Czekając na dzidzię masz rację, relanium jest na skurcze. Doktor robiąca mi transfer odmówiła mi recepty na relanium. Jeśli mój doktor prowadzący też mi odmówi to i tak je zdobędę. Novum: https://www.novum.com.pl/pl/leczenie-nieplodnosci/forum-embriologiczne/pytanie/2271/
- intralipid - 2 razy przed FET według zaleceń Sydora
- embrioglue
- witaminy prenatalne z Solgar - już zażywam. Przyjaciółka miała je w zaleceniach do ivf, zaszła przy 2 podejściu
- akupunktura. Na forum Bocian znalazłam wypowiedź ginekologa z kliniki, że na skurcze może pomóc akupunktura przed i po transferze. Tak się składa, że na stronie mojej kliniki jest podana lista lekarzy z którymi współpracują, w tym lekarki od aku. Jestem umówiona już na piątek.
- sauna. Tak często jak tylko się da. Na mthfr i antystresowo - nic mnie tak nie relaksuje jak sauna.
- po transferze min tydzień urlopu. Nie wiem jak wytrzymam w domu, ale na pewno już mniej emocjonalnie podejdę do transferu, więc może się uda nie sfiksować w chałupie.
- medytacje i afirmacje. Czas procedury był tak intensywny, że zapomniałam o tym co dla mnie najlepsze i co mnie uspokaja.
- w środę wizyta w klinice. Duphaston odstawię dopiero w niedzielę, żeby 2-3 dc wypadł w dniu wizyty.
- mniej udzielać się na ovufriend. Mimo, że otrzymuję od was ogromne wsparcie, to jednak mózg cały czas na jednym skupiony. Na supersympatycznym wątku ivf dziewczyny, które ze mną podchodziły do transferu zaszły w ciążę. Statystyki ze stycznia to niecałe 70 %. Ja jestem w mniejszości. Jakoś mnie to dobiło. Nie mam serca na razie tam zaglądać.
Jak widać, doktor ma małe pole do popisu, ale może mnie czymś zaskoczy, zobaczymy.
W ten weekend planujemy z mężem kochane Tatry. Chcmey zdobyć Kopę Kondracką, bo tam nas jeszcze nie widzieli, ale zastanawiam się czy raczków nie kupić. Szlak w lecie banalny, w zimie może okazać się nie do przejścia. Choć jak wspomnę nasze zimowe wyprawy na Zawrat lub na Trzydniowiański w trekach z Decathlonu, to włos mi się jeży. Ale wtedy człowiek był przed 30-tką, to co mu tam śnieg, lawiny i przepaści.
Na Walentynki z kolei będziemy walić w tynki nad morzem. Weekend w przefajnej Gdyni. Jakoś to będzie. Ważne, że razem.
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 lutego 2020, 21:37
Dziewczyny!
Po tak długim oczekiwaniu 16 kwietnia miałam swój ostatni okres. Po roku i 7 miesiącach starań, dziesiątkach badań, masie wydanych pieniędzy i litrach wylanych łez...
15 stycznia urodziłam śliczną córeczkę
Moje szczęście 
Nie poddawajcie się! Walczcie!!
Bo warto
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lutego 2020, 15:25
Kosmopolitka,dziekuje za rade.
Hania skonczyla 17 msc. Zaczela chodzic.
Odstawila sie od piersi. Od kilku dni zasypia sama (tzn w lozku ze mna,ale obok). W prawdzie trwa to ok 50 minut,ale moj kregoslup jest szczesliwy. Noce przesypia bez wybudzania sie (musze ja budzic o 6 do zlobka, a spi jak kamien). Czasami sie kreci, wtedy przysuwam sie blizej, ona lapie mnie za szyje i spi dalej. Oby tak zostalo. Ja czuje sie dobrze, wczoraj mialam wizytę u.ginek. wszystko jest dobrze. Planujemy cc. Moja bratowa rowniez w ciazy, 3 tyg roznicy moedzy nami.
Czara co u Ciebie?
32dc.
Bez zmian. @ nie ma. Dwie kreski są 
Postanowiłam, że jutro wybiorę się na badanie TSH. W pierwszej ciąży miałam TSH 1. W drugiej 2 i w dwa miesiące urosło do 4. Znacie się może na tym??
Jeśli nic się nie wydarzy, to do lekarza pójdę dopiero w marcu. Póki co nadal to wszystko do mnie nie dociera, bo teoretycznie nadal jestem przed @. Jak minie termin @, to bardziej w to uwierzę. 
Na prośbę jednej z Was, opiszę jak wyglądała u mnie amnipunkcja, którą miałam robioną w pierwszej ciąży. Przede wszystkim NIE BOLI tak jak wszyscy myślą. Boli strach. Strach przed poronieniem. Lekarka zapewniała mnie, że ryzyko poronienia po amnio jest na poziomie 0,5% i ona nie pamięta już, kiedy w ich szpitalu do tego doszło.
Dlaczego miałam robioną amnio? Należę do osób, które lubią wiedzieć, żeby być lepiej przygotowanym. Test Pappa określa prawdopodobieństwo chorób. Prawdopodobieństwo mnie nie zadawala. Znam przypadek, gdzie prawdopodobieństwo było niskie i niestety, z tego niskiego prawdopodobieństwa urodziło się chore dziecko.
U mnie wynik Pappa też wyszedł jako "niskie prawdopodobieństwo". Mimo to zdecydowałam się na amnio, a ponieważ byłam po 35 roku życia, bez problemu badanie mi to wykonano na NFZ.
Jak wyglądało? Kazano położyć mi się płasko na łózku w zabiegowym. Jedna osoba wykonywała USG brzucha i sprawdzała położenie dziecka. Druga osoba obserwowała monitor i czekała z wielką strzykawką. Chodziło o znalezienie dogodnego miejsca do wkłucia, żeby nie trafić dziecka. Wkłucie było nagłe, mocne... Poczułam się jak balon z którego ktoś wysysa powietrze. Trwało to jakieś 5 sekund, ale pamiętam, że nagle przestałam oddychać. Nie wiem, czy nie mogłam złapać powietrza, czy bardziej bałam się, żeby nie poruszyć. I po wszystkim. Kazano mi się wytrzeć i zaczekać na korytarzu jakieś pól h, w razie gdyby robiło mi się słabo. Zalecono również odpoczynek przez resztę dnia.
Jeśli chodzi o ból, to mogłabym porównać z pobieraniem krwi. Z tą różnicą, że przy pobieraniu krwi igłę wkłuwa się powoli i delikatnie do żyły, a tu było nie wkłucie, a bardziej "wbicie" igły. Szybkie, silne, stanowcze.
Po badaniu kazano mi czekać ok 3 tyg na telefon. Po 2 tyg. tel zadzwonił. Pani ze szpitala poinformowała, że są już wyniki i chciałaby mnie umówić na wizytę. Oczywiście od razu miałam czarną wizję wyników, skoro tak szybko są, a miałam czekać 3 tyg. Wtedy miła Pani powiedziała: "Proszę się nie martwić, wyniki są dobre!!! " Nawet teraz jak sobie to przypominam, to łzy stają mi w oczach.
Nie żałuję oczywiście, że zrobiłam to badanie. I jeśli w kolejnej ciąży wszystko pójdzie dobrze, to też będę je robić.
Haneczka skończyła dzisiaj 18 mac.
Od ok miesiąca się nie kp, ona już drugi raz chora. Obecnie zapalenie oskrzeli. W żłobku, cała masa dzieci kaszlacych na potęgę,zielony kaszel to już norma. Chociaż miałam nadzieję, że ma odporność jak dzwon po takim kp. Podziwiam wszystkie mamy,które wróciły do pracy na pełen etat i mają dzieciaki w żłobku.
Te dwa miesiące były ciężkie, ja pracowałam na pół etatu,z domu bo z domu, ale rano trzeba ogarnąć Hanke, odwieść do żłobka, zrobić swoje i po Hanka. Czasu mało, a robotę trzeba było zrobić, ale to już za nami.
Żłobek ogólnie fajnie,widzę,że Hania sporo się tam uczy, lubi tam chodzić.
Ja czuję się dobrze, brzuch mam już spory, 28 mamy polowkowe.
Polecacie jakieś zabawki na 1,5 roku?
CZWARTEK
My już po wizycie. Konkluzja: dalej nie mamy punktu zaczepienia. Ani ze strony męża, ani z mojej strony. Wszystko idealnie. Wizyta była bardzo dokładna, trwała 3h (bez kitu!). Nie znaleźliśmy nic czego by się można było uczepić... Na koniec jak doktor zaczął mówić o tym moim in vitro i o tym, że muszę dać sobie czas na żałobę to się popłakałam z tej bezsilności
i znów mam spadek formy... na szczęście za tydzień kilka dni urlopu
14dc
CZWARTY TRANSFER
nie przypuszczałam, ze bedziemy musieli podchodzić do czwartego transferu. Kiedys myslalam, ze in vitro=dziecko. Zycie jednak weryfikuje.
Bylam dzisiaj jedyną pacjentką do transferu, zaaplikowali mi blastke 4bb, widzialam na ekranie bardzo wyraźnie tą kropeczke. Teraz leżę pod kocykiem i odpoczywam.
Doktor nie zaleca morsowania po transferze, widzialam ze Joanna Moro morsowala przez całą ciąże, ale najprowdopodobniej ona nie walczyla o to dziecko tak jak staraczka. Zatem slucham zalecen i do testu powstrzymam sie.
Teraz oczekiwanie
Dziękuję Dziewczyny za słowa otuchy 💛💛💛
Jeżeli chodzi o Medargin to zawiera L-Arginine, gdy dojdzie do ciąży stosowana do końca pierwszego trymestru zmniejsza ryzyko poronienia, chroni przeciw wewnątrzmacicznemu zahamowaniu rozwoju płodu. Zaleca się jej suplementacje w okresie starań o ciąże oraz do końca pierwszego trymestru w dawce 3 g/ dobę ale dawka 1,5 g w zupełności wystarczy (1500mg).
@Wio dokładnie, chodzi o DNA obumarłego bliźniaka, dopiero od 15tc nie będzie wykrywalne we krwi. Pappe odbiorę ale nie mam zamiaru się nią przejmować.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 lutego 2020, 23:43
Do @ 8 dni. Odczucia? Pod tym kątem rzadne. Liczę na to, że luteina sprawi, że znikną plamienia przed okresem.. dzisiaj pisałam sms do mojej ginekolog o metę i od razu zapytałam czy ta luteina 1 miesiąc wystarczy i od kolejnego cyklu ruszamy z clo, odpisała że tak..także ruszamy znowu powoli do przodu..miało być zawieszenie starań na jakiś czas, ale ja tak nie potrafię nic nie robić...choć fakt do każdej @ nie podchodzę już histerycznie tylko bardziej ze spokojem...w tym cyklu odpuściliśmy wszystko i był całkpwity chill...odpoczęłam
ja mam w planach clo, a moj M dzisiaj stwierdził, że może lepiej odpuścić na kilka cykli wszystkie leki skoro 2 poprzednie ciąże szybko bez niczego, a teraz przy obstawie leków idzie nam to jak flaki z olejem..mam jeszcze kilka dni na podjęcie decyzji..
27 dc 13 cykl starań
Jestem nerwowa, okres pewnie nadchodzi. Czuje się beznadziejna, bo nie jestem w stanie zajść w ciąże i urodzić drugie zdrowe dziecko.
Potrzebuję się wygadać. Temat starań u nas to temat tabu. Jakoś w lecie odstawiliśmy wszystkie leki i od tamtej pory nie podejmowaliśmy tematu. Tzn. ja w grudniu robiłam kilka podejść, wymysliłam sobie, że jesienią namówie męża, żebyśmy zapisali się w przyszłym roku do kliniki. Zeszło mi do grudnia, mimo dwóch prób temat rozjezdża się w powietrzu. Znowu próbuje podjąć temat, ale widzę, że mąż unika. On rozumie pójście do kliniki = in vitro. I nie chce. Jeśli chodzi o mnie, mi już jest wszystko jedno. Jestem gotowa na wiele. W grudniu zaczęliśmy 3 rok starań. W styczniu skończyłam 27 lat. Młodsza już nie będę, czym później tym z endometriozą będzie gorzej. Chciałabym zamknąć ten temat do 30stki. I do tego czasu zrobić wszystko, żeby zajść, a potem zamknąć temat. Wydaje mi się, że mężowi dobrze jak jest, że jeśli ja presji nie wytworzę nic z tego nie będzie. Trochę się nastawiłam bojowo, przyszłam tutaj poczytać o klinikach, lekarzach i... podłamałam się. Jak widzę ile przechodzicie ja nie wiem skąd bierzecie siłę. I nie jest mi dobrze widząc, że Wam się nie udaje. Nie rozumiem dlaczego tak jest. Gdzieś tu wyczytałam jak ktoś napisał, że nie udaje się zazwyczaj tym co odpuszczają. Więc nie dawajcie się, walczcie. My niby odpuścilismy - to nie działa. Plus taki, że zdecydowałam się w razie czego na lekarza i klinikę. Z rozeznania widzę, że terminy odległe... ale żeby tam się zapisać chcę usłyszeć, że mąż też chce.
Chyba tutaj wrócę, nie mam z kim porozmawiać na te tematy, a ile można dusić to w sobie.
Cieżko... jest mi po prostu cieżko... nic złego sie nie dzieje, ale ja jakos nie wyrabiam.. mam ostatnio fazę- „Jestem tak beznadziejna, ze w ciaze zajść nie moge”... i szczerze żałuje, ze komukolwiek powiedziałam, ze chcemy miec dziecko... ostatnio dobijają mnie pytania znajomych (wiem, ze nie chca zle...) jak tam starania... ech... co ja mam Im powiedzieć- ze chce ale nie moge... ze lekarz robi mi ostatnia stymulacje, bo w sumie sie uparłam.. ze nie mam siły juz, a wypadałoby jej jeszcze dużo znaleźć zeby wystarczyła gdyby in vitro było potrzebne... nie lubię ostatnio siebie... znowu jestem za często smutna, wycofana... nawet nie mam ochoty na bliskość z Mężem... a zaraz w środe monitoring i trzeba bedzie... i na sama myśl tez mi sie chce płakać... ze to nie tak wszystko miało byc... w pracy tez jakos tak mam sprawę, która mnie troche meczy ... i tez oczywiście jak to ja - jestem surowa wobec siebie i juz widze wszystko w czarnych barwach... jutro mam wieczór sama to moze zrobię cos dla urody i jakas maseczkę 🙂 albo paznokcie! Tak zeby sie lepiej poczuć! Ech.. gdyby sie tak dało wyłączyć myślenie..
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.