16+4
Wczorajsza wizyta była bardzo pozytywna, dzieciątko waży 167g, doktor dalej obstawia córkę. Zrobił również usg piersi, też w porządku. Widzimy się na kolejnym usg połówkowym 7.07 🥰
2 piekne pecherzyki wow ale po tej nieszczesnej prawej stronie, lewa praktycznie nie drgnela dalej czekamy...
Wiadomość wyedytowana przez autora 9 czerwca 2020, 21:15
Na dworze szaro, ponuro...nie sprzyja to pozytywnemu nastawieniu. Od rana myślę o tym czy kiedykolwiek będę ziemską matką...może najwyższy czas posprzedawać wózek i inne rzeczy po dziewczynkach? Większość z nich jest nowa, nigdy przecież nie użyta..staram się wierzyć, ale mijający dzień za dniem bez dziecka przytłacza...na dodatek ostatanio zapadł mi w pamięci wpis "dziecko w brzuchu bolą plecy, dziecko w domu boli głowa, brak dziecka w domu boli serce" jakże to prawdziwe...przygarnęłabym wszystkie bóle, gdybym tylko wiedziała, że to dziecko zostanie ze mną... jestem jedną z niewielu w moim towarzystwie bez dzieci..nawet koleżanka która podobno była bezpłodna ma dziecko.. inna zaszła z kolejnym..a ja? Ja nawet na stymulację nie reaguję..
na dodatek siedzę w obecnej pracy tylko dlatego że umowa na czas nieokreślony bo inaczej już dawno bym ją zmieniła..praca sama w sobie nie jest zła, lekka przy komputerze... ale wiadomo..chciałoby się zarabiać jeszcze lepiej...z tym że zmiana pracy w tych czasach to chyba jednak kiepski pomysł no i jak chcemy dziecko to lepiej trzymać buzię na kłódkę... tylko jak długo jeszcze? Zamysł był taki że popracuję z pół roku i zachodzę w ciążę a tymczasem ciąży brak i nic nie wskazuje na to że się pojawi...
jak mi brakuje mojego beztroskiego życia...
8cs 12dc
Dziś na monitoringu 2 pęcherzyki. Jeden 17.6 a drugi 21mm. Endometrium 8.6 (chyba jeszcze trochę chude). Pani doktor mówi, ale zdaje sobie pani sprawę ze jest ryzyko ciąży bliźniaczej?
A ja od razu w myślach: Bozeeee to najlepsze co by nas mogło spotkać.
Może jakiś cud się zdarzy i znajdzie się jakiś wytrwały plemniczek u mojego Męża..
Jestem podekscytowana ☺️
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 lipca 2020, 18:09
- 3cs - 21dc - 8dpo -
Ależ dziwny jest ten cykl! Nie dość, że tak jak pisałam, strasznie się ciągnie, to jestem w nim jakaś taka nieobecna. Niby dzienne notuję coś tam na wykresie, ale raczej ogranicza się to do leków, bo staram się nie mierzyć dziennie temperatury, a objawów nie mam żadnych. Moje piersi po skończeniu karmienia wyglądają jak u 12-latki, a więc praktycznie wcale ich nie ma. I to mi się zdaje jakoś tak wskazywać na to, że nie pykło. Żadnych żyłek, żadnego wzrostu, żadnego swędzenia, żadnej wrażliwości. Boję się jak zareaguję na porażkę. Tylko raz w życiu brałam Clo i zaszłam wtedy w ciążę. Ciężko po czymś takim nie mieć oczekiwań. Mam świadomość, że nic dwa razy się nie zdarza, no ale nadzieja i tak rośnie. I tak próbuję pracować nad swoją głową, przygotować się na ewentualną porażkę i nie potrafię. Nie umiem się jakoś na tym skupić. Poprzednie cykle ciąąąąąągle myślałam o ewentualnej ciąży, a teraz.. Nawet jak chcę powizualizować, to nie potrafię się skupić, zaraz myśli odpływają gdzieś indziej, a wieczorem po prostu zasypiam. Nie umiem się na tym cyklu skupić. Jeszcze tak nie miałam. Może dzięki temu przełknięcie porażki będzie łatwiejsze? W sumie bałam się natłoku objawów, bo pierwszy raz biorę dupka, ale na szczęście nie dzieje się ze mną nic, co mogłoby mi dawać złudną nadzieję.. Rany, jak ja bym chciała zerknąć w kryształową kulę! Móc się na coś nastawić.. Da mi ktoś namiary?!
Ciąża rozpoczęta 27 lipca 2019
Dzisiaj na bieliźnie zauważyłam brązową plamę
Szybko zadzwoniłam do swojego lekarza. Powiedział, że plamienie, nawet brązowe, nie jest normalną oznaką ciąży i kazał mi leżeć, zwiększyć dawkę luteiny (do tej pory brałam 2x100g) i wziąć nospę. Bardzo się boję
Nie mam skurczy, czy bóli brzucha, ale np. piersi przestały mnie boleć. Nie wiem, czy to nie zły znak. Wczoraj badałam betę i przyrost jest dobry. Wczoraj wzięłam pierwszy zastrzyk neoparin. Wmawiam sobie, że to od tego. Boże, żeby wszystko było dobrze...
14 tc
Dzisiaj czeka mnie monitoring. Wczoraj pęcherzyk miał 2,2 cm. Odebrałam wyniki prolaktyny🤦♀️ znowu za wysoka-41,1 a norma to 23. Gdyby nie to pół bromergonu to chyba pobiła bym mój poprzedni rekord z przed leczenia. Ten cykl spisuje na straty. Nie dość że owulacja po nie drożej stronie to jeszcze ten pęcherzyk pewnie nie pęknie przez tą prolaktynę😓 co za los🤷♀️
Jestem jeszcze baradzo słaba wczoraj tylko raz wymiotowałam sukces mam nadzieje że bedzie się to pomalu wyciszać. Z wagi spadlo mi 4 kg najgorzej sie martwie o dziecko bo nie mogę wszystkiego jesc a muszą mu tereaz witaminy wystarczyć
zupkę którą wczoraj zjadlam a raczej jej wodę niestety zwróciłam. Pomału muszę się tez rozpakować ale brak siły. Maż przejął wiekszość obowiązków bylam wczoraj na spacerze z psem ale zaraz słabo mi się robiło choc wiem że muszę sie też dotleniać to teraz bedzie ciezkie bo znowu te maski wróciły
Wczoraj wyczytalam ze takie infekcje tez moga wmagac takie wymioty wiec moze jak podlecze je to jakoś choc troche bedzie lepiej. Dużo się nauczyłam i o diecie i o postepowaniu w takich sytuacjach sama nie wiem czy to nie było jakies zatrucie ciazowe bo to nie mozliwe zebym ciagle żółcią wyniotowała.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2020, 10:57
Wizytę miałam w poniedziałek ale dziś dopiero ochłonęłam. Zapisuję tutaj moje przemyślenia i mam nadzieję, że niedługo moje posty będą bardziej pozytywne.
Póki co nie jest zbyt optymistycznie.
Ostatnio będąc na wizycie w maju okazało się, że mam torbielke i po badaniach hormonów się zupełnie załamałam - Fsh 30. Skąd? W lutym było niecałe 10. Moje Amh jest niziutkie więc nie spodziewałam się, że Fsh będzie rewelacyjne ale w granicach 10-12.
Pełna niepokoju poszłam do lekarza w poniedziałek. Na usg wszystko pięknie. Jak hormony będą ok to zaczynamy elonve. No i oczywiście jak na usg jest git to hormony znów szaleństwo. Fsh nadal strasznie wysokie - 17. Tsh w ciągu miesiąca skoczyło z 1,3 na 3,9..
Nie mam sił.. Ponoć stres ma duży wpływ ale jak się nie stresować takimi wynikami. Teraz też sporo stresów mam w pracy.
Rozmawiałam z dr o KD. Powiedziała, że narazie przynajmniej do jesieni spróbujemy dojść do stymulki. Ona widzi szanse na moich komórkach i uważa, że trzeba spróbować. Ja chyba już nie mam nadziei.
Może to boski plan - wmawiam to sobie. Od końca czerwca przez cały lipiec mam urlop i nie będzie stresów z pracą. Może wtedy będzie odpowiedni czas.. Próbuję się łapać już wszystkiego.. Póki co wesoło nie jest..
Piątek 26 dc / 34 cs
Badania wykonane. Pozostało jedynie usg piersi. Część wyników już spłynęło - wszystko ok. Na posiewy moje + badanie nasienia z jego posiewem jeszcze czekamy.
Podsumowanie kosztów (zaokrąglone, nie bawię się w grosze) :
Biochemia z krwi - 700 zł
Posiewy moje - 180 zł
Nasienie+posiew - 220 zł
Koszty do tej pory : 1100 zł
Termin miesiączki w okolicach poniedziałku lub wtorku. Luteine i estrofem przyjmuję do jutra włącznie. Testowania nie będzie. Nie mam w zwyczaju. Bardzo rzadko to robię. Wizyta w klinice w okolicy 3 dc - inseminacja będzie na stymulacji letrozolem.
Jestem dumna z męża. 3 raz podszedł do badania nasienia. Pobranie krwi też zniósł dzielnie. Choć nie obyło się bez trzymania za rękę. Panie w laboratorium żartowały że gdyby miały lizaka lub naklejkę to by dostał bo był dzielnym pacjentem 😁 wiem jak bardzo nie lubi i boi się wszelkich badań dlatego jestem Mu bardzo wdzięczna że mimo wszystko bierze to wszystko na klatę. Ach Ci Nasi delikatni Panowie 😍
OK. To mamy weekend. Jest gorąco, jest słonecznie. Trzeba korzystać póki burzy nie ma 😉 a zapowiadają...
Miłego weekendu! 🏖️🌞🍺🍸🎾🧘♀️🚴♀️
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2020, 14:32
14 miesięcy
Jak zwykle dziewczyny miałyście rację 😁
Ale od początku. Po trudach pierwszych dni w żłobku nadeszły choroby 🤦♀️Od trzech tygodni nie możemy wyjść z gila. Kilka dni chodzi do żłobka, a później tydzień siedzi w domu, na szczęście przyjeżdża moja mama i się nim zajmuje, więc nie musiałam póki co brać L4. Oddanie do żłobka nadal jest trudne, płacz zaczyna się już w momencie otwarcia bramki, ale chwilę po wejściu do sali jest już lepiej, potem się już bawi, wczoraj nawet nie spieszył się do domu. Drzemki w żłobku zdecydowanie krótsze, ale są. Jeść też coś je, więc dramatu nie ma. Lubi natomiast jak obie ciocie są w sali i żadna nie może wyjść, bo wtedy jest płacz 🤷♀️Jestem bardziej spokojna i już się tak nie martwię, tylko te choroby mnie przerażają.
Jeśli chodzi o rozwój Janka, to codziennie mnie zadziwia, rozumie już wszystko co się do niego mówi, buduje z klocków, pięknie robi papa, bawi się z nami, okropnie łobuzuje, wszystko po nas małpuje, coś tam sobie gada po swojemu, ale zupełnie niezrozumiale poza, mama i tata 🙈Motorycznie jest super, wszędzie włazi, biega, mąż się śmieje, że będzie kaskaderem, bo ciągle jest na granicy ryzyka 🤣 Ogólnie jest przekochany, zwłaszcza jak się przytula i daje buziaczki.
Spanie to odrębna historia nadal, było kilka dni, że spał pięknie, jedna pobudka w nocy i szedł spać dalej, ale teraz znowu wróciły imprezy nocne, kręcenie się i popłakiwanie. Wychodzą mu wreszcie czwórki, może one są odpowiedzialne ze ten stan rzeczy, no i skok rozwojowy nam nie pomaga.
Odstawiłam go też od piersi, od tygodnia nie ma nocnych karmień, w dzień została butelka z mm przed snem nocnym i drzemką, o ile z tej przed drzemką chętnie bym zrezygnowała to nocna mogłaby jeszcze zostać, bo widzę, że jej potrzebuje i nie przeszkadza mi to.
Jeśli chodzi o mnie to psychicznie jest dużo lepiej, powrót do pracy dobrze mi zrobił, tęsknie za synkiem bardzo jak jestem w pracy, ale nie żałuję. Trochę mi smutno, że nasza mleczna droga się skończyła, ale z drugiej strony ogromnie się cieszę , że obyło się bez dramatu, wyszło zwyczajnie naturalnie 💪 a tak się bałam tego odstawienia, bo jeszcze kilka tygodni temu jadł 3 razy w nocy, a teraz ani razu 😱 Marzę tylko o tym, żeby w końcu zaczął spać, bo snu brakuje mi okropnie.
7dc protokół długi STYMULACJA
Dostałam rozkmine na prawie tydzień....
I tak sobie myślę, że jednak nie zapłodnie wszystkich komórek jajowych.
Normalnie ma sie pobranych ok 10 -15 oocytów. U mnie na wstępnie doktor powiedziała, że bedzie 20 i więcej.
I tak sobie przemyślałam, że w takim przypadku może 12 zapłodnić ? Jeszcze będę musiała z mężem oczywiście pogadać.
Bo co wtedy z resztą? Pobrane oocyty mogę oddać- znaczy resztę nie zapłodnionych. Bo nie wiem czy 20 sztuk zapładniać? Troche sporo tego... Zwłaszcza , że zazwyczaj zapładniają 6, przy wieku 35r.ż. ,który jest przeciwskazana w wiekszej ilości zapładniania wtedy zapłądniają wszystkie badz drugie tyle, czyli 12,w zależności od pobranych oocytów. Bo jednak tylko przy PCOS , jest więcej tych komórek, normalnie z wiekiem jest mniej ich , i mniej odpowiadają jajniki na stymulację.
Wiadomo, że wszystkie dojrzałe nie bedą, pewnie 2/3(dojrzałych)? Wiem też, że zapłodnione komóki zdegraduja do 3 doby- 1/3? Później pewnie kolejne 1/3 przetrwają do 5 doby? No i oczywiście klasyfikacja. pewnie z 6 zostanie przy zapłodnionych 12... albo nawet mniej...
Jak mój tok myślenia? Jeszcze będę musiała oczywiście z mężem pokminić.
Obczaić temat. Może na innych forach, poczytać, zapytać.
P.S.
Stwierdzam po przeczytaniu na forum,że dla dziewczyny z pobranych 26- 5 zostało ! chyba lepiej wszystkie zapłodnić. I w razie czego oddać, zostawiając sobie np 5 ładnych blastek.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 czerwca 2020, 08:04
Tej nocy miałam sen, ze robię test ciążowy a tam dwie kreski... rano wstałam z takim szczęściem i zapałem do zrobieni testów! Które szybko minęło bo na tym prawdziwym teście zobaczyłam tylko jedną
Wczoraj zrobiona beta wskazała 64, z tego co sprawdziłam wynik zgadza się z czasem poowulacyjnum. Nawet test paskowy nie wskazuje jeszcze ciąży.
10 dc.
Obudziłam się z ostrym zapaleniem pęcherza moczowego
Piekło i szczypało niemiłosiernie ale już jest dużo lepiej. Podziałała furagina i domowe herbaty. Mam nadzieję, że nie spieprzy to ani nie przesunie niczego w cyklu.
Do tej pory ciągle coś na dole pobolewało, ciągnęło, a to jajnik jeden albo oba, delikatne odczucia w obrębie miednicy, a dziś cisza. Wczoraj już też mniej było. Szyjka wysoko i bardzo miękka, śluz słaby, ale u mnie zawsze był z tym problem. Zresztą nie patrzę na to już tak bardzo skoro za chwilę ma być IUI. Modlę się tyko, by trafić w dobry czas, bo P. nie jechać do kliniki dwa dni pod rząd
Jeśli tego jednego dnia się nie wstrzelimy, to nie wiem co będzie. A sądzę, że właśnie nie, że dopiero po USG da Ovitrelle i wyznaczy termin na IUI. Poddaję się losowi, bo i tak nic nie zmienię. Albo zamrozimy albo przekonamy lekarza by zrobił w ten sam dzień, najwyżej plemniki poczekają tą dobę zanim jajo pęknie. Jeśli od razu po wizycie zrobiłabym zastrzyk to mamy te 24-36 h, tyle to chyba dadzą radę... Ponoć czekają nawet 5 dni więc może lepiej się tak nie spinać.
Jeszcze zależy jakie nasienie, ale P. ma akurat bardzo dobre, aż ponad miarę. Wiadomo, że to jest zmienne, ale jeśli nie był ostatnio przeziębiony, nie brał leków i nie zmienił stylu życia, to chyba niewiele się zmieniło.
Będzie co będzie, najwyżej przygotujemy się do 2 IUI. Życie.
Póki co, odpuściłam alkohol, dobrze się odżywiam, ćwiczę jogę, coś na spokojnie, już nie godzinne tabaty czy HIIT. Czytam książki, próbuję się relaksować.
8 dc. lewy jajnik miał pęcherzyk 12 mm
Prawy 9-10 mm
Dzisiaj powinny mieć już po 16 i 14 mm. Jutro chyba pojadę ponownie to skontrolować, bo ta niewiedza doprowadza mnie do szału. Nie wiem czy coś jest, nie wiem czy się nastawiać, czy rośnie prawidłowo. Jak przypomnę sobie czasy, zanim nauczyłam się robić sobie USG w pracy, to nie wiem jak to przeżyłam :p Tą niewiedzę, wróżenie z fusów. A tak co miesiąc wiem, że albo mam owulację, albo nie i co w ogóle się pojawiło.
Byle przeżyć do wtorku. A reszta jakoś zleci.
10 miesięcy 
Waga: 9,5 kg
Wzrost 74cm
Dni lecą nie wiem kiedy. Jaś bardzo się rozwija, gada jak nakręcony, oczywiście po swojemu 😉. Mówi już do nas Mama i Tata 🥰.
Swoje pierwsze bardzo świadome "Mama" usłyszałam w Dniu Matki 🥰 to był najpiękniejszy prezent 🥰.
Mamy dwa ząbki 🤗, wszystko trwało łącznie może z 2 tygodnie. Jaś był trochę marudny, zwlaszcza przy prawej dolnej jedynce 🦷, ale nie miał gorączki, rozpulchnionych dziąseł, kataru, ani braku apetytu. Przeszliśmy przez to na spokojnie 🤗.
Wiadomość wyedytowana przez autora 13 czerwca 2020, 14:18
37t + 2d
Witamy w 38 tygodniu ciąży. Samopoczucie... ok. Fizycznie w miarę ok. Jutro mam usg kontrolne, jeśli okaże się, że mały przekroczył 3700 możliwe, ze zaprogramujemy wywołanie porodu. Ale myślę sobie (mam nadzieję), ze jednak nie przyspieszył z przybieraniem na wadze, pilnuje cukier i praktycznie od ostatniej wizyty kontrolnej jego poziom przekroczył dosłownie parę razy i nie dużo. No i trochę boje się wywoływania... nie wiem czemu, boje się ze takie sztuczne wywoływanie nie będzie skuteczne i ze skończy się na cesarce. Staram się myśleć pozytywnie i nie rozmyślać za dużo o tym.
U nas jest niby kwarantanna, chociaż nijak się ma do tej z początku epidemii. Dzieciaki chodzą do szkoły, na ulicach ruch jak gdyby nigdy nic... zakaz przemieszczania się na więcej niż 100 km, ale teściowa z odpowiednim zaświadczeniem będzie mogła przyjechać zająć się Fifim. Pytanie czy zdąży. Wstępnie ma przyjechać w okolicach terminu porodu lub ewentualnie, jeśli ustalimy wywołanie. Trochę mnie stresuje ta sprawa. Już zdążyłam się naczytać, ze drugi poród może być dużo szybszy niż pierwszy. Co zrobimy jeśli w ciągu 2-3 godz od początku skurczy będę musiała jechać do szpitala, a teściowa jeszcze tu nie będzie? Ona ma 8 godz drogi 🙈 Mamy parę przyjaciół, ostatecznie po nich zadzwonimy chociaż oboje pracują. Sąsiadka tez się zadeklarowała, ze w razie co jest do naszej dyspozycji. Tylko chciałabym, żeby Fifi się nie stresował, z babcią wiem ze byłby w miarę spokojny. Także to mi teraz zaprząta głowę...
Walizka jeszcze nie spakowana. Nie wiem na co czekam... jutro muszę się za to zabrać.
Na razie nie mam większych oznaków zbliżającego się porodu. Czasem ból jakby miesiączkowy, ale tylko czasem i to zdarza się już od dłuższego czasu. Brzuch stawia się jak zawsze. Mam więcej białawej wydzieliny, ale tego nie biorę jako oznakę zbliżającego się porodu. Czasem zakłuje w pochwie, zaboli w pachwinie, udzie, tu myślę, ze to jest już coś co mnie zbliża do porodu, ale jak bardzo?
Pochwaliłam Fifiego w jednych z wpisów, ze taki aniołek... No wiec od jakiegoś tygodnia daje nie źle popalić. Coś jest na rzeczy, czy to zęby? Zmiana łóżka? Czy czuje, ze zmiany nadchodzą nieubłaganie? Nie potrafię położyć go na drzemkę popołudniu, wcześniej zasypiał sam, w małym łóżeczku, z którego nie mógł wyjść. Teraz chce do mamy/z mamą i nie ma zmiłuj. Jedynie posłucha, kiedy tata każe mu się położyć. Zreszta i mniej śpi tez w dzień, a w nocy budzi się kilka razy. Co jeszcze? Każde przebranie go to walka, zmiana pieluchy, trzeba się nagadać, a ostatecznie i tak trzeba go złapać i zanieść na przewijak. I jeszcze problem z jedzeniem. Jeśli jakieś jego ulubione danie - spoko, ale jeśli nie nie zjada nawet połowy porcji. Także mamy ciężki okres. Trochę mnie przeraża, ze to jakiś bunt dwulatka się zaczyna i ze będzie ciężko, kiedy nie będę mogła mu poświecić tyle czasu, kiedy będzie z nami jego brat. Myśl pozytywnie...
Mysle, ze zajrzę tu jeszcze przed porodem
zostały 4 tygodnie do terminu. Jestem gotowa i nie jestem też...
- 3cs - 25dc - 11dpo -
Temperatura jeszcze niżej a @dalej nie ma. Niby już wczoraj pozbyłam się nadziei, a jednak ileś razy sprawdzałam wykresy wyskakujące po haśle "implantation dip". Dziś już jednak nie mam złudzeń, po tym kolejnym spadku. No prawie, bo sprawdziłam swój ciążowy wykres i tam też zaliczyłam w podobnym czasie spadek 2 dni z rzędu, potem delikatny wzrost i wtedy przestałam mierzyć, żeby się nie stresować. No ale to jest dla mnie taki ostatni 1% nadziei, bo spadek w ciążowym nie był aż tak znaczny.. Jak to człowiek walczy sam z sobą - niby nie wierzę, ale ten 1% zostaje chyba zawsze, do samego końca..
Dziś nastrój mam już niby lepszy, zazwyczaj jeden dzień wracam do siebie po dostaniu @ czy tak jak w tym przypadku, po znacznym spadku temperatury. Ale tak ogólnie, rozkminiając to wszystko, to nie potrafię się psychicznie ogarnąć, nie umiem wypracować jakiegoś mechanizmu, który pomógłby mi przejść przez te starania.. Nie wiem czy w ogóle taki istnieje. Bo niby trzeba wierzyć, ale jak wierzę, to się nakręcam i zderzenie z rzeczywistością za każdym razem boli tak samo, albo nawet coraz bardziej. Nie umiem się na to wyłączyć. Ten cykl niby był taki trochę jakbym leciała na autopilocie, ale końcówka była bolesna jak zawsze. Nie wiem gdzie mnie to zaprowadzi. Nie potrafię się przez to do końca cieszyć macierzyństwem, cały czas widzę tę rysę na szkle, cały czas czegoś brakuje. Jak widzę jak Bruno cieszy się na inne dzieci, tym bardziej mi źle..
Nie wiem ile mi jeszcze starczy sił. Boję się, że w końcu coś pęknie i zamknę się na to wszystko. Bo starając się mam wrażenie, że wystawiam swoje serce na dłoni. Nie wiem komu, chyba losowi. I za każdym razem, kiedy ten los zabiera mi kolejną szansę, każe mi znów czekać, to to serce obrywa. I za chwilę znów muszę je takie bezbronne wystawić. Czasem się zastanawiam czy nie lepiej zacisnąć dłoń na tym sercu i ochronić je przed tym okrutnym losem. Schować do kieszeni bezpieczne. Tylko, że cały czas nie potrafię. Nie umiem się poddać. Ciągle mam z tyłu głowy słowa którejś ze staraczek, że starania o kolejne dziecko są takie same jak o pierwsze. Z jednej strony się nie zgadzam, bo jest się mamą, przeżywa się te wszystkie cudowne chwile, a z drugiej strony uczucia skierowane w to kolejne upragnione dziecko są jota w jotę takie same. To ogromne, niespełnione pragnienie, te huśtawki nastrojów, te nadzieje i rozczarowania.. Tak bardzo chciałam tego uniknąć, a tu z miesiąca na miesiąc znów zapisuje się coraz większa liczba cykli.. Pamiętam tytuł pierwszego pamiętnika "Pamiętniku, proszę bądź krótki". Teraz proszę o to samo. Już ostatni raz.
Ciąża zakończona 9 października 2020
36+4
Na obchodzie ordynator stwierdził że wywołujemy poród w poniedziałek. A dziś znów przepływy i USG. Z takich wieści się ucieszyłam.
Pierw poszłam na USG naczczo bo myślę że znów jakieś badania zrobią.
Okazało się że szyjka koło 3 cm zamknięta brak infekcji. Lekarze zgodnie na poniedziałek.
Tylko 1 kobieta była za nie. Stwierdziła że za bardzo ryzykujemy. A co będzie jeśli przelepszymy. Wody się Sącza coraz bardziej i w poniedziałek będzie małowodzie 2-3 AFI
No to słyszę zmiana decyzji indukcja dziś. Nie jemy już nic.
No cóż oni wiedzą lepiej niż ja.
Poszłam się spakować. I za chwilę wysłali mnie na porodówkę.
Tam wiele pielęgniarek mnie poznało, stwierdzili że długo wytrzymałam.
Podłączyli mnie pod oxy o 12.
Zaczęli od dawki 11 skończyli na 45.
Po 11 h chyba zwątpili, dalo spokój i uznali że robimy cesarkę. O 23 zabrali mnie na salę operacyjną.
Znieczulili i o 23.21 usłyszałam płacz. Żyje takie były moje pierwsze myśli. Potem już tylko zostało zaszycie. W godzinę się uwinęli. Przed tym podali mi małego na 5 min. A ja sił nie miałam, tylko go ucałowałem. A położna poroniła fotki i wysłała mężowi. Bardzo miło z jej strony. Potem wywieźli mnie na salę poperacyjna, spotkałam tam super kobitkę. Dużo mi pomagała. A ja strasznie się trzęsłam, nogi bezwładne, tragedia. Potem już mnie wrzucono na salę poporodową. Zasnęłam przy kroplówkach. Jak się obudziłam myślałam że to wieczór. Patrzę na zegarek a tu 10.od razu walizki mi się przypomniały. Prosiłam aby je przynieśli. I wtedy zobaczyłam fotki Piotrusia. Miny niczego sobie bardzo źle, jakby miał powiedzieć za szybko mnie wyjeliscie.
Koło 11 kazano mi wstać o matko jakie to było trudne i bolesne. Potem już się nie kładłam bo stwierdziłam że nie wstanę potem.
Dali mi kartkę aby dowiedzieć się czegoś o małym. Chłop powiedzial że taki tam nie leży. Wkurzyłam się.
Prosiłam pielęgniarkę o pomoc, stwierdziła że na obchodzie mam się pytać. Byłam zła. Gdzie moje dziecko.
Wkoncu trafiłam na fajna pielęgniarke która wykręciła numer do Pani doktor.
Poinformowała mnie że mały nie leży w inkubatorze.
Był pod obserwacją i dostaje antybiotyk w razie gdyby wody miały infekcje.
Jak długo zostanie ciężko powiedzieć. Pierw antybiotyk potem różne badania.
To już pewne że z nami nie wróci zostanie tam
Zapytałam się jej czy mogę go odwiedzić, więc jeśli przebywam w szpitalu to tak.
A więc udałam się na jego poszukiwania.
Kiedy go znalazłam spał smacznie.
Robił źle minki ale kiedy glaskalam mu główke to się ślicznie uśmiechał. Nie płakał, oczkow nie otwierał, ale czuł moja obecnosc. Nie miałam siły by go wziasc na ręce. Bałam się rany.
Jest taki cudowny. Jedynie ból sprawił mi welfron na głowie przez niego podają mu antybiotyki. Biedne dziecko przeze mnie musi brać.
Mam nadzieję że wkrótce do domu wróci.
I tak ladna punktację dostał 9/10
Wzrost 54, waga 2620.
Ale cesarki nie polecam zwijam się z bólu. Nie wiem kiedy ustąpi. Szkoda że naturalnie się nie udało.
A tak wgole jak na małego patrzyłam stwierdziłam że to wielki cud od Boga.
Jezus opiekował się nim cała ciążę, bo do łatwych nie należała. Ten cud wkrótce będzie ze mną w domku. To dla mnie nadal abstrakcja, coś niemożliwego a jednak.... Chociaż to wczesniak na niego nie wygląda różni się jedynie waga z innymi dziećmi. Wzrostowo nawet większy niż z 38 czy 39 tc, główka jak u osoby z 49&40 tc.
Ale mimo wszystko jest cudowny.
Cieszę się że już po wszystkim. Teraz zacznie się nowy etap mojego życia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2020, 23:55
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.