Wreszcie znalazłam dziś czas by usiąść i opisać co zadecydowało o powrocie do starań.
Otóż zaważył na tym pozytywny test ciążowy, a nawet 3 pozytywne testy.
Jakaż była moja radość jak zobaczyłam te dwie kreski, tak całkiem niespodziewanie, nieplanowane, po prostu wyszło. Mąż jak się dowiedział to był cały w skowronkach. Jest nasza fasolka!
No i szczęście nie trwało długo, 5 dni po pozytywnym teście dostałam okres ☹ Zwinięta w kłębek na łóżku płakałam bezgłośnie, nie chciałam widzieć męża, chciałam być sama i się pogrążyć w cierpieniu. I tak przeleżałam parę godzin aż wreszcie do mnie dotarło, pierwszy raz od lat coś się zadziało, a jak się zadziało raz to może uda się kolejny… Pobiegłam do męża mówię mu że ja chce się znowu starać i zawalczyć o bycie mamą ale nie mam zamiaru zaczynać wszystkiego w ciemno. Jestem mądrzejsza o doświadczenia poprzednich lat i chcę to wszystko zrobić z głową.
Zapisałam się do lekarza (wizyta na 11.07), poza tym pojechałam do tej przychodni co wcześniej byłam zrobić badania krwi: morfologia, tarczyca, panel na nerki i wątrobę, profil lipidowy i oczywiście hormony. Udało mi się podjechać w 2dc, powinnam w trzecim ale niestety wtedy mieli nieczynne, a chcę iść do lekarza z czymś konkretnym już. Jeszcze będę robić drugie badanie w 21dc nawet już się zapisałam na 18.07 😊
Zapowiedziałam mężowi że zapytam ginekolog jakie on ma porobić badania i do jakiego lekarza tutaj na miejscu może się wybrać. Chcę zrobić konkretną diagnostykę nawet jak będzie się to wiązać z wyjazdami do PL na badania. Poza tym wiem że teraz nie dam sobie już wmówić byle czego i jak za coś płacę to chcę dostać w zamian konkretną opiekę.
Dałam nam rok na naturalne starania jak nie wypali to jedziemy z kliniką i nie ma zmiłuj bo ani ja ani on młodsi nie będziemy a czas ostatnio leci strasznie szybko.
Wiadomość wyedytowana przez autora 1 lipca 2023, 17:07
Cześć.
Boję się, boję się jutrzejszej wizyty u ginekologa.
Na sama myśl płakać mi się chce .. tylko dzisiaj tak mam .
Brzuch pobolewa zwłaszcza dzisiaj. Wiem że tam wszystko rośnie itd ale mam tak traumatyczne doświadczenie z bólem brzucha od poprzedniej ciaży ( + ból krzyża ) że sie go boje . Naszczeście teraz mnie tylko pobolewa brzuch.
Mój mąż jedzie ze mną, bardzo jest podekscytowana.. kocham go za to .
Chce już wszystko remontować , układać itd ja go hamuje wiadomo jak jest.
Ciągle sprawdzam czy piersi mnie bolą, czy mam lekko zaokrąglony brzuch itd.
Jutro miałam iść do pracy ostatni dzień.. nie idę.. mam prace siedzącą i bardzo mi nie wygodnie do tego wymagania nowej kierowniczki zwalają z nóg . Poproszę o l4 od jutra do 22 czerwca ..bo i tak mam kolejna wizyte zaplanowaną.
To jest tak cholernie ciężkie i pomimo tego wszystkiego ... w głębi mojej osoby jakiś głos mi podpowiada że będzie dobrze że jest wszystko ok i nie mam się czym martwić.... trzymajcie proszę kciuki za mnie .. ja będę trzymać za siebie I oczywiście jak zawsze za was 👍👍👍 i poinformuję was o wszystkim po wizycie . Pozdrawiam
16 cs, 14 dc 2 dpo ?
W poniedziałek byłam na kolejnej wizycie w klinice...Tym razem z mężem...Tak naprawdę niewiele się dowiedzieliśmy, ale to dlatego, że mąż jeszcze nie zrobił badań nasienia....
Test po stosunku tudzież test wrogości śluzu wyszedł nieprawidłowo, w próbce wykazano 5 plemników nieruchliwych, a powinno być przynajmniej 8...
Cóż...mąż musi zrobić badania. Bo wygląda na to, że tutaj jest problem.
Na usg wyszło, że owu była 12 dc, na usg widać było jeszcze płyń. Podziałaliśmy w terminie, ale czy to wystarczy ?
Przestałam być taka pewna.
Wczoraj mieliśmy podziałać, ale mąż już nie miał siły...eh. szkoda gadać.
Musi wystarczyć to co się udało podziałać...
W ogóle dziwna sprawa. Od zeszłego tygodnia ciągnie mnie w okolicach prawego jajnika...a owu była z prawego...ciekawe...chociaż teraz czuję też u lewy...
Dziwne. Tak jeszcze nie miałam.
14.06 mam wizytę na NFZ i wtedy dalej zobaczymy co się wydarzyło...niby dr mówił, że nie ma szans na podwójną owulację, ale kto wie?
Pozdrawiam 
Dzień dziecka utracego...
Czasami nadal nie dowierzam ze to też dzień mojego dziecka... to już 4... najgorszy był pierwszy, kolejne były trochę łatwiejsze bo z nim... dzisiaj znowu jest trudno... wraca przeszłość, która tam bardzo chciałabym wyprzec z pamięci... ale znam schematy i już się chociaż nie dziwię ze tak jest... bo jak może być, w roku w którym do swojej siostry dołączyły kolejne 2 aniołki? Jest inaczej, bo pierwszego widziałam tylko raz, drugiego nawet jedno usg się nie dało, bo po drugiej becie już wiedziałam zs jest źle... im krótsza ciąża tym niestety dłużej trwa jej koniec... nadal jestem w ciąży, mimo że od 11.09 nie mam nadziei że będzie z niej żywe dziecko...
Tegoroczny dzień dziecka utraconego jest dla mnie wyjątkowo ciężki, bo potrójny, bo po 2 tygodniach szpitala, bo nadal nie wiem czy metrotekstat zadziałał... wiem jedno, chciałabym żeby kiedyś on był starszym bratem... stracił 3 rodzeństwa razem z nami, ale chciałabym żeby kiedyś mógł zostać starszym bratem ... wiem, że byłby cudownym starszym bratem, wiesz, że Wy też to wiecie...
Moja żałoba znowu próbuje się ze mną zaprzyjaźniać ... wydawało się ze mam to przepracowane, coraz bardziej wiem, że chyba się nie da... zaraz listopad... mijają 4 lata... 4 lata które ktoś mi tak prostu zabrał... moje dziecko miałoby 4 lata... mamusia teskni kazdego dnia...🕯🕯🕯
14cs, 15dpo
Ten cykl był inny. Byłam zajęta organizowaniem naszego wyjazdu. Nie ogarniałam, w którym dniu po owulacji jestem. Nie odliczałam. W końcu nastał wakacyjny relaks. Nauczona doświadczeniem nie przejmuję się tym, że mogę być w ciąży, tylko korzystam z wakacji na całego. Dzisiaj piętnasty dzień po owulacji. Cycki dość tkliwe, a przecież zawsze przed okresem przestają boleć. Każda wizyta w łazience powoduje stres. Tak bardzo nie chcę zobaczyć nic, co zapowiadałoby zbliżający się okres. I nie widzę. Czysto. W głowie rodzi się nadzieja. Może ten drugi cykl po HSG okaże się szczęśliwy? W końcu mówi się, że do trzech cykli szanse są zwiększone. Kelner do kolacji proponuje wino. Nie odmawiam, ale zastanawiam się czy powinnam. A może właśnie w tym momencie rozwija się we mnie nowe życie? Stwierdzam, że to jednak czas na test, choć tak się przed tym broniłam. Idę do pokoju, sikam i znów to samo. Od ponad roku nic się w tym temacie nie zmieniło. Nawet cholernego cienia. Wracam do stolika i wypijam lampkę wina. Mąż lekko zdziwiony pyta: "możesz?", a ja mówię: "a czemu nie?", pyta: "dostałaś okres?", ja mówię, że JESZCZE nie. Nie mam odwagi powiedzieć mu, że znów się nie udało. Wypijam kilka lampek wina, robi mi się wesoło i staram się nie roztrząsać sytuacji. A potem wracamy do pokoju, alkohol powoli schodzi, a mnie dojeżdżają najgorsze emocje. Tak bardzo nie chciałam przeżywać tego na wakacjach.
Jestem uzależniona od OVU. Jak zapewne wszyscy tutaj
.
Po pierwszych emocjach związanych z pobytem w szpitalu i kuble zimnej wody na głowę zapewne domyślacie się jak mijają mi ostatnie dni. Czytam, czytam, czytam. O endomendzie wiem już bardzo dużo, jestem na kilku grupach na FB w temacie, mam książkę, e-book (polecam darmowy od Michała Kota - wszystkie kropki typu immunologia, wysokie żelazo, prolaktyna się łączą), zalecenia od dietetyka, trochę wiary, dużo strachu. Niestety od czytania o endomendzie ot tak płynnie przeszłam do nałogowego czytania forum i pamiętników. I te emocje, gdy szukam w stopce Dziewczyn szczęśliwego zakończenia... Czytam historie i dobre i złe, przypadki trudniejsze i łatwiejsze niż mój (jeżeli można jakąkolwiek gradacje przyjąć w przypadku problemów z płodnością). Nie działa to dobrze na moją głowę. Może jak wrócę do pracy i do normalnego życia to wyjdę z tej otchłani. To jest taki potężny miks uczuć: lęku, nadzieji, strachu, wiary, entuzjazmu, woli walki, złości, smutku, żalu, ulgi. Okropny rolllercoaster.Napewno to znacie. OVU muszę sobie więc dozować. Pamiętnik tak, określone tematy tak, indywidualne historie i porównywanie się do nich, kalkulowanie szan - zdecydowanie NIE.
Mój Mąż też to wszystko przeżywa chociaż jak to on, zamyka się w sobie. Uważam, że niepłodność to najtrudniejsza próba dla związku. Może są pary, które idealnie się wspierają, ale u nas aktualnie nie jest różowo. Ja jak wspomniałam w otchłani, popłakuję, non stop z nosem w telefonie, nie ma ze mną sensowengo kontaktu, on: nawet nie wiem co ma w głowie, bo nie powie. A to ja jestem zawsze naszym motorem w trudnych sytuacjach. Wczoraj pokłóciliśmy się o pierdołę przy obiedzie, tak że zbijałam talerz. Tak. Zbiłam talerz. Bez komentarza.
W grudniu planujemy małą wycieczkę na Christmas Market do Wiednia. Może to nam trochę pomoże. Może jak mi wróci optymizm to go przełożę na nas oboje. Przeglądałam stare zdjęcia w telefonie. Znalazłam jedno z początków naszego związku, jak byliśmy w Belgradzie, był czerwiec, siedzieliśmy na piwku, zakochani, zadowoleni.Ehhh
Wiem też, że w życiu wszystko mija, każdy zły czas kiedyś mija. U nas jeszcze nic nie jest przesądzone. Nie jestem po menopauzie, mam jajniki, jajowody, macicę. Nadal mamy szansę mieć Nasze Wymarzone Dziecko. Ale mentalnie przygotowuję się na różne scenariusze. Szczęście w nieszczęściu, że jestem wielką fanką nauki i postępu medycyny, a co za tym idzie - bardzo pro IVF. Jedynie co no to wiadomo: jest to obciążające organizm, stresujące, kosztowne i bez gwarancji powodzenia. Ale próbować warto.
Myślałam też nad adopcją. Z tym też nie mam problemu. Kiedyś, jak byłam jeszcze sama, pomieszkiwałam u mojej siotry czasowo. Jej współlokatorka i przyjaciółka zarazem pracowała jako psycholog dzieciecy i specjalista od dogoterapii w Domu Dziecka i czasem zabierała taką dziewczynkę na weekendy do domu. Na oko 3 latka. Nie pamiętam jak miała na imię, ale pamietam jej buzię i to uczucie w sercu jak na nią patrzyłam... Więc jest to też jakieś rozwiązanie. Muszę delikatnie poruszyć ten temat z Mężem.
Tylko z tego co się orientowałam to w tym chorym kraju ośrodki wymagają 5-letniego stażu małżeńskiego (mimo, że prawo takich wymogów nie stawia). Nieważne, że dziecka bardzo chcemy, mamy warunki, uważam nas za dobrych ludzi, ważne że nie jesteśmy małżeństwem 5 lat. No nic, to nie jest problem i zmartwienie na ten moment.
Co do walki (czy życia) z endomendą to mam takie zalecenia:
1. Dieta przeciwzapalna - 100% bez glutenu, bez nabiału, bez czerwonego mięsa, bez alkoholu. Kawa 1x na 2 dni, jajka co trzeci dzień, ryby 2 x tyg, dużo warzyw (brokuły, papryka, bataty, buraki, brukselka, cukinia), tłuszcze (olej lniany, z czarnuszki, z ostropestu, wiesiołek).
2. Wsparcie wątroby: ostropest (olej i zamówiłam mielony - łyżeczka dziennie). Ostropest to "wymiatacz" estrogenów: https://bodylogika.pl/wymiatacz-estrogenow-ostropest-plamisty-nie-tylko-na-niestrawnosc/
3. Oś podwzgórze - przysadka - nadnercza (HPA): to jest dla mnie największe wyzwanie. Idę na akupunturę. Medytacja to jest porażka w moim wykonaniu. Jak wydobrzeję po laparo to joga ale nie 1x tyg tylko CODZIENNIE. Dla mnie joga jest magiczna.
4. Ruch - totalnie tu zmieniam. Do tej pory chodziłam na CROSS i raczej jakieś intensywne aktywności a to nie jest dla mnie dobre. Wyżej wspomniana joga, pilates, Nordic Walking, Spacery, pływanie. Od stycznia więc zmiany 
5. Refleksologia: kontynuacja, dzisiaj o 12:30 idę do Pani Małgosi
6. Akupunktura - kiedyś chodziłam, czułam się fantastycznie. 6/12 idę do Izy Miętki, podobno guru w Warszawie od tych spraw.
7. Zioła - przyszła paczka stąd: https://eko-ziola.pl/klimuszko-mieszanka-endometrioza.html Zaraz mieszam i zaparzam.
I jeszcze jedno co będzie moją afirmacją na ten tydzień: Martwienie się nie zmienia wyniku.
I tyle. Jak patrzę na to wszystko to niby żyłam zdrowo, ale jednocześnie robiłam masę rzeczy, które były destrukcyjne. Lata 2017-2021 zawodowo to szkoda gadać... Niby obiektywnie sukcesy ale jakim kosztem? 5 kaw dziennie, stres, praca po 12 h na dobę, non stop pod telefonem, spięta. I serio ja teraz marudzę? Mam teraz najlepszą pracę na świecie, jestem pierwszy raz w życiu na L4 (chociaż z nawyku wzięłam do szpitala komputer...), napisałam że nie będzie mnie jeszcze w tym tygodniu to "nic się nie mart, wydobrzej".
Z jednej strony obwiniam się, że mogłam się może bardziej starać, bardziej o siebie dbać, z drugiej strony: dobrze, że się w końcu opamiętałam i odeszłam.
Mam kompletny mętlik w głowie.
Dzisiaj rano byłam w poradni na monitoringu owulacji, 14 dc (cykle regularne, 28-30 dni). Od poniedziałku czuję wyraźnie prawy jajnik (chociaż teoretycznie kolej jest lewej, niedroznej strony), wczoraj koło 23 zrobiłam test owulacyjny i myślę, że jest pozytywny (https://zapodaj.net/250e89ce57c8b.jpg.html), badania hormonalne w normie, progesteron dwa miesiące temu w 22 dc wskazywał na owulację, więc poszłam dzisiaj rano spokojna. A lekarz mówi, że nie widzi żadnej owulacji ani nic, co by mogło ją zapowiadać. W marcu miałam u niego wizytę z usg w 15 dc i też nie widział ani owulacji ani nic, co by ją mogło zapowiadać. Co jest do cholery? Czyżby do całego pakietu moich problemów doszły także bezowulacyjne cykle? Jak chodziłam do swoich ginów zawsze było widać albo ładnie rosnące pęcherzyki albo owulację. Nie wiem, co myśleć... Miałam tyle pytań, ale zaniechałam, bo mimo że lekarz dzisiaj odpowiadał cierpliwie, to mam wrażenie, że był nieco zirytowany. Ja wiem, że są kwestie, na które nie poznam odpowiedzi już, ale to nie ja jestem specjalistą, żeby wiedzieć, co i jak.
W poniedziałek mam już u swojego gina wizytę, wezmę wszystkie wyniki badań ogarniętych w poradni, zobaczymy co powie. Chwilowo Jestem poirytowana i podłamana jednocześnie.
6 lat temu w dzień mamy pochowałam Jagódkę. 6 lat temu mimo takich przykrych okoliczności obchodziłam swój pierwszy dzień mamy. Jestem wdzięczna mojemu M za to,że mimo tego, że dziewczynki patrzą na nas z góry to co roku dawał mi od nich drobny prezent. Niby niewiele,ale dla anielskiej mamy to znaczy przeogromnie dużo, drobny prezent na dzień ojca także zawsze go wzruszał. Już drugi rok otrzymuję z samego rana kwiatki i drobiazg od małego kawalera ❤ choć M zawsze dodaje, że to także od dziewczynek ❤ w poprzednim roku Bartula no cóż...tylko leżał, a w tym roku obudził mnie szerokim uśmiechem i choć nie jest świadomy tego jaki dzisiaj dzień to jego uśmiech sprawił,że dzień mamy nabrał innego znaczenia ❤
Każdego dnia uczę się życia. Taka właśnie jest prawda. Życie z żywym dzieckiem jest inne, ale wcale nie łatwiejsze. Człowiek mimo woli w głowie zastanawia się, myśli, czasami nadal zadaje sobie pytania bez odpowiedzi, ale to wszystko w pewnym momencie "spada na drugi plan", bo dochodzi się do ściany,za którą nic nie ma i trzeba się z tym pogodzić. Po prostu. Innego wyjścia nie ma.
Wczoraj z Bartusiem na cmentarzu puściliśmy dziewczynkom balonik do nieba...taki wzruszający moment kiedy człowiek patrzy w niebo a ten mały punkcik się oddala,oddala aż w końcu znika, człowiek sobie wtedy myśli "bawcie się dobrze kochane moje"
22dc
Chciałabym sobie zapisać obserwacje w tym cyklu, aby za miesiąc móc sobie porównać.
W okolicach 14dc wydaje mi ale że śluz miałam wodnisty. Mąż podczas stosunku powiedział że w środku jestem jak woda.
17-19dc miałam śluz rozciągliwy, ale tylko gdy napięłam się. Na zewnątrz praktycznie śluzu nie widziałam, a jak widziałam to był to raczej wodnisty śluz.
20dc śluz zmieniał się na kremowy, choć jak napięłam mięśnie to potrafiłam dostrzec jeszcze rozciągliwy i przejrzysty.
22dc śluz kremowy, biały, gęsty. Jak balsam.
Jeśli chodzi o szyjkę to dalej mam problem z jej badaniem. Dzisiaj wydaje mi się że rano była wysoko. Wieczorem już nisko.
Niby aplikacja wyznaczyła owulację na 19dc ale wydaje mi się że jedynie że względu na śluz, ponieważ nie wydaje mi się, aby temperatura poszła w górę. Oglądałam wiele wykresów owulacyjnych i moje temperatury tak nie wyglądają.
Zastanawiam się ciągle nad śluzem, jak to jest że w cyklach bezowulacyjnych również się zmienia, albo że zmienia się na biały kremowy. Czytałam że pod wpływem progesteronu śluz właśnie staje się taki, ale jak nie ma ciałka żółtego po owulacji no to jak?
W poprzednim cyklu też śluz zmienił się na biały i wydawało mi się że szyjkę mam cały czas wysoko. A owulacji nie miałam.
Nie czuję żadnych objawów. Nie mam bólów jajników. Bóle jajników miałam ale w okolicach 17dc. Jedynie dzisiaj wyskoczył mi spory pryszcz na twarzy i miałam ochotę na czipsy. Ostatnimi czasy miałam sporo krost na dekolcie i plecach (czytałam że może to być powód PCOS) ale ostatnio się uspokoiło i praktycznie nie mam.
Jutro w końcu wyczekiwana wizyta u ginekologa, więc dowiem się czy owulacja się odbyła czy nie. I mam ogromną nadzieję, że w końcu dostanę coś na stymulację owulacji.
Wczoraj byłam na chrzcinach i okazało się że kolejna kuzynka w ciąży. Zabolało.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 czerwca 2024, 21:18
Cześć dziewczyny.
Jestem w szpitalu , dostałam brązowego plamienia . Doktor zbadała i serduszko jak i fasolka są . jestem na obserwacji proszę trzymajcie za nas kciuki
Rzadziej tu zaglądam ostatnio, bo po wizycie u psychologa trochę bardziej walczę "o siebie". Zaczęłam ją od od słów "nie jestem już w ciąży" (psycholog mnie zna z tego czasu) i potem była długa pauza w trakcie której nie mogłam wydusić z siebie słowa.. tylko płakałam. Ale jakoś poszło. Powiedziała, że 3 miesiące po stracie ciąży i tych moich przygodach z ostatniego roku to emocjonalnie bardzo którki okres czasu. Mam prawo się czuć słaba, zła i skrzywdzona. Powiedziałam jej, że desperacko chcę żeby było "jak dawniej" i wtedy ta złość, bezsilność i frustracja zalewają mnie falami jakby ze zdwojoną siłą. "Już nigdy nie będzie jak dawniej, ale to wszystko co teraz robisz pomaga Ci przetrwać". Uczepiłam się tej myśli: "przetrwać" i paradoksalnie jest mi LEPIEJ.
Pomogła mi ta rozmowa, w poniedziałek idę drugi raz.
Skupiłam się na diecie, schudłam 4 kg już od kwietnia. Piję tylko dużo za dużo kawy. Zawsze to była moja największa słabość ale teraz idę na rekord. Duuużo trenuję. Biegam 3 x w tygodniu, wszędzie gdzie się da jeżdzę rowerem, pilates 2 x w tygodniu, joga 1 x tygodniu, siłowe 2 x w tygodniu i basen 1-2 x w tygodniu. Wydolność mam obecnie kosmiczną, jak 8 lat temu. Znajomi co mnie mają gdzieś na Stravie czy gdzieś to myślą, że albo przygotowuję się do triatlonu albo robię jakąś formę życia. Hehe. Prawda jest nieco inna, to moja misja przetrwania.
Dużo gotuję, chodzę na mój bazarek, wysprzątałam mieszkanie na błysk, zmieniłam zasłony, posadziłam kwiaty i zioła na balkonie. Kupiłam 2 sukienki na lato, 2 kostiumy kąpielowe i 2 pary sandałków. Jedne nawet na obcasie. Wszystko czarne lub kremowe. Jest to inna galaktyka w porównaniu do tego jak funkcjonowałam w marcu i kwietniu.
Próbuję się też skupić na poprawie relacji z M. Bardzo się od niego odsunęłam od marca. On uciekł w pracę, ja w swój świat - forum, myśli, sport. Często się czepiam.
No i największy przełom, najbardziej wyzwalająca rzecz to to, że powiedziałam o wszystkim dwóm przyjaciółkom. Takim co z jedną się znam 23 lata, z drugą 20. Ten typ przyjaźni co możemy nie gadać rok a i tak można powiedzieć wszystko i jest zrozumienie. Jednej mówiłam na żywo, waliło mi serce bo to pierwszy raz jak wyjawiłam komuś spoza M i rodziców moją "tajemnicę". Drugiej nie twarzą w twarz bo mieszka za granicą. "Jak o tym mówisz to aż to czuję za Ciebie". Zero głupich tekstów, zero uciekania wzrokiem, 100% zrozumienia, mimo że same nie mają dzieci i raczej nie chcą mieć. Powiedziałam o WSZYSTKIM. Że latami zajmuję się tylko tym, o laparo, o in vitro, o pierwszej stracie, o drugiej stracie, o tym, że dziecko było zdrowe, że był to nasz Synek, że mam złamane serce. I jak to z siebie wywaliłam to się poczułam tonę lżej.
A co dalej? Robię badania od J. Zrobiłam już E2, LH, FSH. Estradiol oczywiście kosmiczny. LH i FSH ok, stosunek 0,7. Czekam na wyniki cytokin, covid i onkopakietu. W przyszłym tygodniu robię prolaktynę, ferrytynę i kortyzol. 26.06 wizyta i zobaczymy co powie. A potem mam wyjazd służbowyi zaraz potem urlop.
Wczoraj 6dpt, beta 7.4 - nisko, ale wciaz wierze, nic innego nie pozostalo. Maly bohaterze, walcz, trzymaj sie dzielnie, a przysiegam, ze bedziesz miec cudowne zycie.
Dzis 7dpt, testy, prosze, badzcie ciemniejsze. Chyba nie sa
Juz nie wiem sama. Beta w pn
I tak minął kolejny rok - podchodziłam do napisania tu czegoś wielokrotnie, ale za każdym razem coś mnie powstrzymywało.
Czasem wchodzę tu jednak i podglądam co u Was.
My walczymy dalej - bez kliniki, z nowym lekarzem.
Za mną laparoskopia - niby wszystko w porządku, ale prawy jajowód okazał się być zwężony.
Chodzę też do urofizjo na terapię niepłodnościową.
Za nami też stymulacja gonadotropinami - udało się wyhodować 3 piękne pęcherzyki na lewym jajniku. Wczoraj robiłam ovi, także czekamy.
Jesteśmy dobrej myśli. Jeśli się nie uda - być może zdecydujemy się na jeszcze jedną próbę z gonado, bo zostało mi leków akurat na jeszcze jeden cykl. Jeśli to nie przyniesie rezultatów to odpuszczamy do końca roku (z wyjątek terapii u urofizjo, u której w takiej sytuacji będę robiła aku + najprawdopodobniej spróbujemy z leczeniem pijawkami). Brzmi to szalenie.
Do IVF na ten moment nam się nie spieszy, pewnie będziemy o tym myśleć w przyszłym roku.
Trzymajcie się ciepło.
Czy wierzycie w to że bocian zwiastuje dzidziusia? Bo u mnie dziś jeden zawitał i jeśli to ma chodź ziarnko prawdy to albo to do mnie albo do teściowej🤣
Od 5 czerwca czuję sporadycznie ruchy maluszka. Faktycznie określenie "skrzydełka motyla" dobrze tu pasuje🥰
Czasami martwię się tym, że martwię się mniej niż w poprzedniej ciąży🤔🙄 cały czas się boję, że coś pójdzie nie tak, a z drugiej strony już rozmawiamy o przyszłorocznych wakacjach🙈😅
Jest 15 dzień cyklu.
Za późno zaczęłam robić testy owulacyjne. Dopiero w 13 dniu.
W 13 i w 14 dniu były pozytywne (prawie) a dzisiaj już negatywne. Chyba ze trzy zrobiłam. Negatywny na maxa.
A ❤️ było tylko w 13 dniu.
Ten cyk spisuje już na straty.
Głowę zajęłam organizacją działki.
Kosimy, grabimy, porządkujemy i wybieramy domek letniskowy który chcemy kupić.
Roboty co nie miara, ale jak się robi dla siebie to ma się o wiele większą satysfakcję.
Grabie trawę kiedy mi się chce a nie kiedy ktoś mi każe, leżę na hamaku ile chcę i wstaję kiedy chcę.
Na działce jest cudownie, jak w innym miejscu, bajkowym. Miła odskocznia od największego miasta w PL, w którym żyje na co dzień (które i tak kocham 🥰)
15+2
Witam Was wszystkie. W końcu zebrałam się żeby napisać.
Ciąża rozwija się prawidłowo, chociaż niestety nie jest nudno. Parokrotnie zdarzały się plamienia, ginekolog na wizycie nie zlokalizowała niczego co mogłoby je powodować. Dostałam luteinę dopochwowo.. Jeszcze nie zaczęłam jej stosować, bo boję się że jeszcze bardziej pogorszy moje samopoczucie.
Czuję się nienajlepiej. Jestem już w czwartym miesiącu, myślałam że ten brak energii, apetytu, zmęczenie, nudności, zgagi w drugim trymestrze przejdą. Nic takiego się nie stało.. Czekam na ten dzień z utęsknieniem, bo całymi dniami nic nie robię i czuje się przez to tylko gorzej, a plany mam takie wielkie, co jeszcze bardziej mnie dobija bo nie mogę się do tego zebrać. Budowa narazie stoi, bo męża brak. Muszę uporządkować wszystkie szafy i popakować rzeczy, przygotować miejsce dla dziecka, mamy do dyspozycji tyko dwa małe pokoje, a połowę szaf zabierają nam narzędzia albo materiały na budowę. Wczoraj płakałam pół dnia bo jak ma się tu zmieścić jeszcze dziecko.. I jak my damy radę. Zaczęło do mnie docierać że nic już nie będzie takie samo, marzą mi się wakacje ale wiem że niestety ciężko dla nich będzie znaleźć czas bo moj A. Jak wraca poświęca się budowie. Doceniam i ciesze się, ale o prostu brakuje mi wakacji. Ostatni raz byliśmy w Turcji w podróży poślubnej w październiku 2021 i kilka dni w Szczyrku w 2022. To wszystko. Męża nie ma już miesiąc. Jest w Kanadzie. Planowy powrót dopiero 02 lub 09.07.
Czuję się bardzo samotna, dni się dłużą.. Zazwyczaj spędzam je na drzemkach, u rodziców a od czasu do czasu pójdę z jakąś kumpela na kawę albo spacer.
Dodatkowo wczoraj byłam u mechanika i po diagnozie najprawdopodobniej trzeba będzie wyrzucić tak o sobie 2500-3000. Dodatkowo ta wyprawka też nie tania, budowa.. Wczoraj po prostu wszystko pękło i zaczęło docierać, zaczęłam się zamartwiać o wszystko..
Wiem że nie jest to miejsce na takie żale, wiele z Was pomyśli "ciesz się że chociaż jesteś w ciąży".. No jestem, ale to co się stało z psychika przy takiej dawce hormonów to jakieś nieporozumienie. Mam jakąś depresję, nie mogę zwlec się z łóżka. Przyjaciółka w ciąży mówi że nigdy nie czuła się lepiej - biega skacze, chodzi na zajęcia jogi w ciąży, jakieś szkoły rodzenia, tu i tam, po sklepach, spacery, jeziora, gotuję.. A ja? A ja nie mam wybranej położnej, szkoly rodzenia, z wyprawki mam wkładki laktacyjne i kupiłam balsam na rozstępy (posmarowałam brzuch dwa razy)
Od dwóch tygodni myślę że zacznę ćwiczyć i zrobiłam od tego momentu 20 przysiadów. Miałam uporządkować mieszkanie i jak narazie ogarnęłam 3 wieksze kartony które stoją i zagracaja miejsce przy szafie. Miałam porysować sobie plany i przemyśleć łazienki, bo na początku lipca wchodzi hydraulik i musi znać wysokość podejść do wody i odpływow, a wystawiłam dwie umywalki nabltowe na sprzedaż bo przestały mi się podobać i w sumie wolę wpuszczane, ale nie wiem gdzie co i jak i jakie.
Jestem rozczarowana sobą.
Te upały męczą. Głowa przez nie pęka.
Miałam zrobić tyle rzeczy na tym j... L4. A zrobiłam mniej niż bym pracowala po 10h na budowie.
Nie wiem jak to będzie dalej. Chcę mieć męża tutaj. Chcę się przytulić. Chcę żeby zobaczył ją funkcjonuje i zmotywował. Zawsze robiłam tyle rzeczy, aż za dużo. A teraz?
... Przepraszam dziewczyny. Musiałam.
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 czerwca 2023, 09:48
Moje dziecko niedługo kończy pół roku. Kiedy to zleciało? Nie mam pojęcia. Jest cudowna. Radosna, zawsze uśmiechnięta, grzeczna…dziecko ideał. Do tego śliczna, jak patrzy na mnie swoimi wielkimi błękitnymi oczami to płakać mi się chce, z radości oczywiście. Ma już prawie pół roku a ja każdego dnia jaram się nią tak jakbym ją wczoraj urodziła 🙈
Minęło pół roku, zaczęły mnie nachodzić myśli o moich dzieciach na feriach zimowych, jest ich pięcioro. Kiedyś cieszyłam się że taki super wynik, dziś wiem ze to przekleństwo. Kiedy pomyślę, że ona mogła się urodzić komuś innemu to oblewają mnie zimne poty i robi mi się ciemno przed oczymi. Wiem, że osoby korzystające z cudzych zarodków to cudowni ludzie dla których rodzicielstwo jest spełnieniem marzeń ale ona jest taka moja. Wykapany mój mąż z moim uśmiechem. Wiem tez ze pięciorga dzieci nie będę miała, nie wiem nawet czy będę miała drugie…w głowie mam straszny mętlik. Myślimy o drugim ale bardzo się boje, boje się ciąży. Gdyby ktoś dał mi urodzone dziecko, przyjęłabym z pocałowaniem ręki. Ciąża była łaskawa ale przeorała mnie i mój stan zdrowia, kręgosłup, hormony wciąż szaleją. Dodatkowo sytuacja w państwie nie napawa optymizmem. Najnormalniej w świecie boje się. Kiedy byłam w ciąży z nią, nie myślałam o tym, nie myślałam o sobie. Najważniejsze było jej dobro, jej życie i zdrowie. Ja byłam gdzieś obok. Teraz świat się zmienił. A co jeśli coś mi się stanie? Jasne każdego dnia mogę wpaść pod samochód itp. mając takie myślenie nikt nie miałby więcej niż jedno dziecko…Pewnie tak, ale to moje życie i moje decyzje. Mojego męża również, żeby nie było ale ciało i życie moje wiec ja tu mam więcej do powiedzenia. Chce żeby miała rodzeństwo, sama je mam i bardzo doceniam. Ciężkie to wszystko, mam jeszcze czas ale nie za wiele, z każdym rokiem będzie coraz gorzej fizycznie. Takie myśli na dziś…
Dziś.. wiele się zmieniło.
Przyszły wyniki kirów.
Mam kir AA. Najgorszy z możliwych. Brak mi wszystkich najważniejszych kirów implantacyjnych, odpowiedzialnych za wspieranie rozwoju zarodka. Natomiast mam mnóstwo tych hamujących, powodujących tendencję do poronień. Nigdzie nie widziałam tak beznadziejnego zestawu jak u mnie.

Już dawno czułam, że coś jest nie tak.
Że to niemożliwe, że mając wszystkie wyniki w porządku nie zachodzę w ciążę.
Że nie poroniłam bez powodu.
Wielokrotnie słyszałam, że za bardzo się przejmuję. Za dużo o tym myślę. Że powinnam wyluzować, odpocząć od starań. Odpuścić.
Cieszę się, że nie odpuściłam.
Na szczęście jest na to lek - accofil. Ta cała kuracja jest jeszcze w trakcie badań, ale wielu dziewczynom pomógł.
Zapisałam się na monitoring, żeby mieć cykl pod kontrolą. Skoro accofil można stosować co najwyżej 3 cykle i później należy zrobić przerwę, muszę zmaksymalizować szanse. A właśnie jeden już zakończył się bez powodzenia. Testy w 9, 11, 12 i 13 dpo negatywne. Przedwczoraj przepłakałam pół dnia i musiałam oswoić się z poczuciem kolejnej straconej szansy.
Z tyłu głowy mam myśl, że ta ostatnia ciąża była cudem. I że każda kolejna też nim będzie, o ile w ogóle się przydarzy.
Może to czas pomyśleć o in vitro? Obstawić się lekami, mając pewność, że doszło do zapłodnienia?
Mam tysiąc myśli w głowie. Pokłóciłam się z mężem. Jestem nie do życia. To jest za dużo jak na jedną osobę.. Czuję, że nie daję rady..
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.