Wiosna już za rogiem.
Ostatnio sprawdziłam skalę stresu SRRS uwzględniając ostatnie 12 miesięcy.
Bez zaskoczenia naliczyłam 450.
To sporo, zdecydowanie za dużo dzieje się w moim życiu.
Staram się czerpać radość z małych rzeczy np. cieszy mnie widok pierwszych pędów w ogrodzie, czerpię radość z chodzenia boso po trawie. Jestem dla siebie dobra, jak mąż wyjeżdża to dalej trzymam się diety, dbam o siebie.
Ale życie często sypie mi piach prosto w oczy, a ja noszę soczewki i czasem cholernie ciężko je wyczyścić.
Zaczynamy kolejny dzień
Misiek śpi pochrapując, obok niego nasze maleńkie szczęście, w nogach leżą dwa psiaki, a ja wstałam z bojowym nastawieniem i weną do ogarnięcia wszystkiego na tip top... Szybki spacerek z psiakami mróz trzeszczy pod butami, zamarznięta rosa chrupka pod ciężarem nóg i promyki słońca łaskoczące w nos i policzki. Świeże powietrze płynące z gór wypełniło płuca i wywołało uśmiech na ustach.
Powrót do domu, śniadanie, kawa, telefon.... I cyk wena zaczyna przechodzić...
Od czego zacząć? Muszę wybierać który sprzęt wybrać pralka, zmywarka a może parownica? Pralka to logiczny wybór, wyprać pieluszki dla małej żeby miała w co kupkać i ubranek nazbierała się cała masa... No ale zlew też jest pełny więc zmywarka też by mogła już iść a w między czasie ogarnęła bym podłogę... Ahhhh przecież nie mogę odpalić parownicy jak idzie zmywarka... No więc plan jest chyba prosty... Nastawie zmywarkę, przygotuję pranie, ogarnę kurze jak się zmywarka wypierze to ogarnę parownice a później pranie pieluszek... Tak to idealny plan!
Jeszcze 2 łyki kawy i najwyższa pora zabrać się za sprzątanie
Najpierw trochę luźnych przemyśleń. Gdy zaczynałam na poważnie myśleć o dziecku - miałam 25 lat. Nikt w moim najbliższym otoczeniu nawet o tym nie myślał. Teraz - ponad 3 lata później młodsza koleżanka, która nie cierpiała dzieci i nigdy nie chciała ich mieć urodziła już drugie maleństwo. Na facebooku wciąż widzę zdjęcia zwykle młodszych znajomych ze swoimi niemowlaczkami. Wcześniej wstydziłam się w ogóle o tym mówić - teraz nie boję się powiedzieć znajomym, że nie jestem "bezdzietna z wyboru". Że ja chciałam dokonać innego wyboru, ale boleśnie przekonałam się o tym, jak bardzo życie weryfikuje plany i jak w sumie niewiele od nas zależy. Mimo wszystko wierzę w przeznaczenie. Chcę myśleć pozytywnie i dać z siebie wszystko, zrobić, co się da, żebym mogła spotkać moje dzieciaczki. Choć ich jeszcze nie ma, to mają już "prawie" imiona wybrane, w mojej głowie one istnieją, tylko czekam tutaj - w tym świecie, żeby je poznać.
12.11. prp jajników.
Zabieg przeprowadził profesor. Najpierw pobrał krew, odwirował ją. Potem miejscowo znieczulił. Zabieg w klinice byłby w znieczuleniu ogólnym,ale wizja kolejnego usypiania na chwilę, gdzie za mną już dwa, przede mną kolejne, jakoś nie specjalnie mi się podobała i wybrałam opcje znieczulenia miejscowego.
Sam zabieg nie trwał długo, nie był przyjemny ale do przeżycia. Czułam rozpieranie,gdy wlewał się płyn, samo nakłucie jajnika nie było złe. Gdyby ten zabieg miał trwać 30 minut, myślę że mogłabym zemdleć w trakcie. Trwał o wiele której, więc za nim zdążyłam poprosić o chwile przerwy, już się skończył. Dostałam antybiotyk, zalecenie odpoczynku i spotkanie za około 6 tygodni,żeby podejrzeć jajniki i zobaczyć czy są jakieś efekty.
Brzuch przestał boleć szybko, jak dojechałam do domu nie czułam już nic.
Żyliśmy więc przez ten czas normalnie. Praca, dom, życie. Odpoczynek psychiczny od in vitro, od stresu. Zamówiłam catering dietetyczny, chciałam lepiej się odżywiać. Staraliśmy się naturalnie, a nóż coś z tego by wyszło. Po drodze były święta Bożego Narodzenia, wyjechaliśmy do rodziny i spędziliśmy dobry czas. Na początku grudnia także spotkałam się z przyjaciółką,z którą dawno się nie widziałam a przez procedury ciężko było zaplanować cokolwiek. Odpoczynek dla głowy, dla ciała. Reset. Zebranie sił. Nowych pokładów nadziei i wiary.
Zakończył się rok 2023. To był trudny rok. Dla mnie jako kobiety fatalny. Przyniósł też dobre chwile, piękne chwile. Jednak w życiu nie wylałam tyle łez co w miesiącach tego roku. Cieszyłam, że się kończy i bałam co przyniesie kolejny. Jednak czas mija, nie da się go zatrzymać, cofnąć, przyśpieszyć. Wszystko toczy się swoim rytmem. I wszystko ma swój czas. Może nasz czas będzie w roku 2024?
Wraz z upływem 2023, minął rok starań o naszego maluszka. Długo? Krótko? Bardzo intensywnie. Jesteśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy dzięki szybkiej diagnostyce. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu, że tak szybko udało się odkryć problem. Ile jest par,które słyszą,że jeśli nie minął rok to mają czekać. Ile jest par, które się bada, w badaniach nic nie wychodzi, a ciąży jak nie było tak nie ma? Gdybyśmy zaczęli diagnoze po roku, może by było już za późno i z moich komórek już by się nie udało. A może w tych miesiącach ivf zdarzył się cud i zaszłabym w ciążę naturalnie? Tego nie wiemy.
Rok starań, dwie nieudane procedury in vitro, jeden nieudany transfer, brak zarodków.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lutego 2024, 18:18
Wynik ponownego badania 10/10... I znów czeka mnie antybiotykoterapia....
Dokładnie rok temu zakończyła się nasza 3letnia droga mleczna z Córeczką🤱❤️
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że za rok bez większych problemów będę kp Synka, to bym się popukała po głowie, kazała mu spadać, albo i nawrzeszczała (znając siebie) że świństwem jest robić komuś takie aluzje wiedząc że nie ma najmniejszych szans na ich realizację.... Oj, jakież życie bywa nieprzewidywalne 🤪
Dzień później, 31 stycznia, zaczął się nasz cykl ciążowy🥹🩵
No więc, karmimy się właśnie. Jest prawie 22. Córka ma jeszcze drzemki w przedszkolu, co jest dla nas obecnie przekleństwem, bo przez to nie zasypia przed 22😭 W konsekwencji najmłodsze ogniwo ustawiło się samo tak, że ostatecznie idzie spać o 23😭. Od dwóch miesięcy nie mamy wieczoru dla siebie, bo mąż usypia (czas niedokonany) córkę, ja syna. Później zamiana, ja definitywnie wysyłam córkę do krainy snów i wraca do synka, by go nadal bujać i usypiać. O 23 Idę coś zjeść, a mąż kąpać się. O 24 idę spać a mąż w końcu siada przed tv żeby chwilę się zrelaksować. I tak dzień w dzień....
I co z tego? A no nic☺️ bo już wiem, że za ok. 3 lata synek już będzie sobie spał spokojnie wieczorami, że córka będzie już szybciej chodzić spać jak za dawnych czasów, że przyjdzie znowu czas na nas i nasz czas we dwoje. Łapię te chwile z niemowlakiem na rękach jak i z 4latką w ramionach bo wiem, że się nie wrócą, że szybko miną. Modlę się, by nigdy nie mieli obiekcji co do tego, że moje ramiona są dla nich otwarte za 5, 10, 15 i 30 lat. Bo tych ramion tak mi dziś bardzo brakuje, chociaż z pozoru mam to szczęście że jeszcze są one na ziemi.
Acha, Syn wyeksmitował praktycznie męża z sypialni i nie spaliśmy razem w jednym łóżku od paru miesięcy🤣🫣🤭 nie powiem, wygodnie mi 🤪
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 stycznia 2024, 21:56
Jutro zacznę 39 tydzien .
Miałam prawie codziennie skurcze przepowiadające , a dzisiaj ? Jakby ktoś mi je zabrał.. cisza spokój.. ból mi się tłumił ale tylko taki lekki.. po kilku minutach przestał.
Ehh .. jestem wykończona psychicznie i fizycznie .
Chce już urodzić.
Myślałam że pozbyłam się strachu z początku ciąży o dziecko.
Ale to jednak nie możliwe.. jak ktoś przeżył w swoim życiu jedna stratę.. Ten będzie niepokoił się nawet gdy wszytko jest ok .
Boję się że los z nas zakpi .. że coś się stanie .. jak głupia 5 razy dziennie sprawdzam detektorem czy jest wszystko ok z małym.
Ruchy ma już słabe , czasami mocne ale więcej tych słabych. Ułożył się do porodu prawdopodobnie . Z tad nie czuje już tak go mocno .
Codziennie się pytam czy powinnam iść na ktg ? Mąż uspakaja i mówi że przecież wszystko jest dobrze .
Tak bardzo chciałabym urodzić już, mieć syna przy sobie .
Może dlatego że za dużo czytam ? O różnych sytuacjach i to mnie dobija ? .
Mam termin według usg na 4 tego lutego , a według miesiączki na 8 mego lutego .. małą różnica , a ja się boję że przeoczę poród..
Mówię do synusia że jak jest gotowy może już wychodzić , że mama wolałaby nawet aby wyszedł już.
Masakra ... macie na te lęki jakaś receptę? Ja się naprawdę nie nadaje aby być w ciąży... bo wszystkim się przejmuje . 🥲
25 cs, 20 dc, 6dpo
Po wizycie w uczkin...poszliśmy razem z mężem.
Dr poczytał całą naszą historię i stwierdził, że poleca nam in vitro, bo szkoda naszego czasu na odwlekanie, a to może dać nam jednak odpowiedzi na kolejne pytania.
Kwalifikujemy się na dofinansowanie w Warszawie, więc teoretycznie moglibyśmy się zgłosić juz od najbliższego cyklu, nie czekając na program rządowy.
Jeżeli ten cykl będzie bezowocny i dwa następne to chyba się zdecydujemy....
Edit: Meggy88 - tak nam powiedział lekarz na wizycie, nie sprawdzałam jeszcze jak to jest w tej chwili odnośnie dofinansowań.
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 stycznia 2024, 20:47
AMH zwiększylo się o jeden punkt.
Po histeroskopii? To możliwe?
Teraz mam 5,51.
Wyniki:
TSH 2,100 ulU/ml
FSH 7,60 mlU/ml
Estradiol 54,3 ng/l
AMH 2,47 ng/l
Wyniki są po środku , więc są dobre
nie muszę się martwić, chyba 🙈🙊
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lutego 2024, 07:56
wczoraj od roku zapaliłam sishę. Mam wyrzuty sumienia. Z drugiej strony, to był tylko jeden wieczór, lampka wina i trochę sishy. Należy nam się odpoczynek od badań, wizyt, stresu.
Nie mogę siebie za to karcić.
Ale i tak jestem z siebie dumna, że mija rok odkąd zapaliłam ostatniego papierosa!!! Naprawdę.
Cześć!
Jutro mija pierwszy termin porodu według USG .
Jeszcze nie urodziłam ale wiadomo dzień się dopiero zaczął i jeszcze mamy całą niedzielę 😀
Drugi termin to tak jak mówiłam 8 luty . Zobaczymy czy synuś się zmiejści w terminie czy będzie jeszcze sobie siedział w brzuszku .
Ogólnie to mam wizytę u mojego ginekologa 8 mego lutego , kazał się pojawić jak nie urodzę.. pewnie mi da skierowanie na indukcjie porodu .
Ok taka opcje też brałam pod uwagę.
Tylko chciałabym szybciej mieć ta indukcjie.. nie w 41 tygodniu a np. 40 tyg + 3 dni , myślicie że gdy zapytam się lekarza czy mogę się tak wstawia to mi powie że mam czekać do 42 tygodnia ? Obawiam się o moje szczęście w brzuszku.
Czuje że ma mało miejsca... mam malutki brzuszek.
Gdy napiera mi na drogi rodne .. to tak jakby chciał się wydostać już z brzuszka .
Wiem że to jest typowe zachowanie i w ten sposób skraca sobie drogę do wyjścia. Ale nawet gdy mam KTG zrobione , to na drugi dzień obawiam się że coś się stanie. Mam traume z poprzedniej ciąży.. nie wyleczyłam ją odpowiednio i to są tego skutki .. nawet nie wiem czy wylecze ją kiedyś.
Jeśli już będę po porodzie .. I już w domu , będę mogła nacieszyć się moim synkiem , będę najszcześliwszą mama na świecie.
Wiem że rodzicielstwo jest trudne ale mam trochę doświadczenia z moimi chrześniakami tak wiec na pewno sobie poradze.
Jest 3 luty, jeden dzień spóźnienia, krechy na testach bardzo wyraźne, jak się czuję ? Powinnam być najszczęśliwszą kobietą na ziemi, a ja ? Ja właśnie leżę i pisząc to płaczę 😭 tak się boję, każdy ból brzucha, jajnika cokolwiek sprawia że myślę “znowu to się stanie” 😥 tak bardzo się boję, tak bardzo chciałabym żeby czas mijał szybciej ..
Mieszkamy za granicą Szkocja, tutaj ciąża do 12 tygodnia nie istnieje, nie robią bety, nie sprawdzają Progesteronu, tutaj ból brzucha i obawy ich nie interesują, będzie co ma być, a za tekst “o masz już jedno to pół biedy” kiedyś kogoś uderzę ! Także leżę zastanawiając się czy wszystko u mojej kruszynki dobrze.. Znalazłam prywatnie klinikę która robię USG w 6 tygodniu ciąży, czekam będę mogła się umówić dopiero za 2 tyg, choć już nie wiem jak liczyć tą ciążę, jedna aplikacja pokazuje 5 tydzień, druga 4 tydzień i pierwszy dzień 🫣 męczące. Najgorsze jest czekanie. Tak bardzo chce się cieszyć tym co mam, ale nie mogę strach mi nie pozwala .. czasem myślę że to taka moja tarcza żeby nie narobić sobie zbyt wiele nadziej bo znowu serce rozszarpie na kawałki…
Znowu kłują jajniki ? Jakby rozrywało mi je.. sama nie wiem co to za ból, ale cholera jest, wraca 😭
Proszę, modle się do wszystkich których mam w niebie żeby mi pomogli..
Niepłodność. Nigdy, przenigdy, nie pomyślałam,że dotknie mnie, Nas. Wiedziałam,że jest, nie wiedziałam,że tak blisko. Nie podejrzewałam nic. Niepłodność się kryła niczym ninja. Podstępnie nie dawała się poznać. Była, jest i będzie w naszym życiu. Niepłodność odebrała Nam radość ze starań o dziecko, odebrała mi pewność siebie, kobiecość. Wpłynęła na relacje. Zmieniła mnie. Zmieniła męża. Wylałam przez nią litry łez, płacz zamieniał w szloch, którego nie można uspokoić. Nigdy nie będzie we mnie zgody i akceptacji, na to,że jest. Nigdy nie zrozumiem dlaczego, w jakim celu wlazła buciorami do naszego życia.
Zawsze będę z nią walczyć. Wygra ona albo ja.
Postanowiłam opisać swoją historię. Nie na bieżąco jak to w pamiętnikach powinno się robić. Teraz, kiedy pewne rzeczy udało mi się przetrwać, przejść, ułożyć w głowie. Wcześniej pisałam już tutaj pamiętnik, część z Was może mnie kojarzyć, jednak wtedy pisałam pod inną nazwą. Wykryłam forumowego szpiega 😅, tamto konto usunęłam, co za tym idzie pamiętnik również. Nad tym ubolewałam najbardziej bo pisanie bardzo mi pomogło uporządkować, ułożyć w głowie różne rzeczy. To jak pewien rodzaj terapii.
Chciałabym pewnego dnia przeczytać naszą historię, trzymając dziecko przy piersi i powiedzieć,że było warto! Każda łza, każdy dół, ból był tego wart. Marzę o tym, że wszystko co zrobiliśmy, robimy, będzie po coś. Że czeka na Nas najtrudniejsza i najpiękniejsza przygoda. Rodzicielstwo.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lutego 2024, 17:43
Trzy wdechy, trzy wydechy.
Nie chcę się tu wywodzić za bardzo nad szczegółami wizyt a bardziej dzisiaj skupić na moich wewnętrznych rozterkach.
Wczoraj byliśmy we Wrocławiu. Odpaliliśmy ponownie program. Co się zadziało?
1. Redukcja ilości suplementów (mąż zostaje przy omega 3, actifolin 2mg i witaminie D w kroplach, ja poza lekami zmieniam może Fertistim, reszta zostaje) - cieszy mnie to bo pozwoli przyoszczędzić trochę pieniędzy.
2. Zwiększono mi dawkę euthyroxu bo w szpitalu TSH po lekach miałam ponad 2. Za dwa miesiące mam wykonać pełen panel tarczycowy.
3. Zrobiliśmy wymazy. Ja wszystkie jakie oferował pakiet NFZ, mąż prywatnie w Diagnostyce MUCHa.
4. NAJLEPSZY SMACZEK! Dostałam rozpisaną stymulację lamettą na przyszły cykl (jakość mojej owulacji nie jest jakoś super dobra patrząc przez pryzmat estradiolu ok 8dpo i proga), zivafert i luteinę dowcipną. ❤️ To się dzieje, działamy.
Wiecie co, nigdy bym nie pomyślała że tyle radości sprawi mi to, że w ogóle coś się dzieje. Że ruszyłam z miejsca. Że nie trwam zostawiona sama jak zepsuta zabawka.
Rok temu usłyszałam w klinice i u ginekologów że z takimi wynikami nasienia i moim PCOS to tylko in vitro. Lekarz traktował mnie lekceważąco jak przychodziłam na kolejny monitoring bez efektu. Nikt nie chciał się mną zająć a ich złotą radą było powiedzenie "proszę zrobić sobie o
In vitro" - jakby to była decyzja czy kupić w sklepie bułki, czy też dzisiaj jednak ich nie zjem i to bez sensu. Nikt nie zaoferował mi żadnej innej pomocy. Nie byłam gotowa na in vitro, ani psychicznie ani finansowo. Załamałam się. I tak trwałam bezczynnie...
Dziewczyny po 6 miesiącach niepowodzeń lub przy mojej sytuacji otrzymywały stymulację, a ja musiałam kombinować jak załatwić luteinę żeby zakończyć bezowulacyjne cykle (nie chciałam chodzić już do jednego z lekarzy, a nie znalazłam jeszcze nowego) oraz metforminę, żeby pobudzić chociaż tak swoje jajniki do roboty. Patrzyłam jak znajome dziewczyny z forum odhaczają kolejne kupony swojej drogi i czasem im się udaje, podczas gdy ja byłam cały czas w tym samym miejscu.
Dlatego fakt tego, że po takim czasie w końcu i ja odcięłam swój pierwszy kupon na tej drodze, napawa mnie szczęściem. Tu już nawet nie chodzi o to czy ta próba się powiedzie czy nie. Tak naprawdę to ja się w ogóle tym nie przejmuję. Sam fakt że mam nadzieję, że nie siedzę bezczynnie podczas gdy inni brną przed siebie, jest niczym jasne światło w ciemnym tunelu.
Nie przeraża mnie dalsza droga jaką widzę. Domyślam się że po kilku symulacjach będzie drożność, potem inseminacja, po drodze może jakieś badania genetyczne. A jak to wszystko zawiedzie to z czystym sumieniem podejdziemy do in vitro. Widzę to przed sobą jak na dłoni, wznosi się stromymi zboczami, ale ja przecież kocham chodzić rekreacyjnie po górach, więc jedynie stoję na pierwszym postoju i głupawo się śmieję.
Na początku sierpnia (nie liczę już końcówki lipca) wybiją nam dwa lata. Jasne, że zastanawiam się czasem czemu my. Patrzę z niepokojem jak przyjaciółka która zaszła w ciążę, urodziła dziecko, dostała teraz pierwszego okresu po tym czasie. Zastanawiam się czy jeśli zdecydują się na drugie to czy powiedzie im się to szybciej niż mi batalia z pierwszym. Mam przeróżne myśli, raz lepsze, raz mniej. Ale w końcu widzę dla nas coś, co to wszystko przezwycięża. NADZIEJĘ. I to niej będę się trzymać.
Mój mąż wczoraj powiedział u lekarza jedno bardzo mocno wbijające się w głowę stwierdzenie. Pozwolę sobie nim zakończyć ten długi wpis.
"Najwięcej o robieniu dzieci to wiedzą właśnie Ci, którym nie wychodzi, a nie na odwrót. To chyba nie tak powinno być".

EDIT:
Wymazy MUCHa męża negatywne. Mój chlop jest czysty. 🍀
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 lutego 2024, 19:56
Melduje się w 41 tygodniu ciąży I już jestem w szpitalu ..
W zasadzie jestem od wczoraj już . Bo dopłaty mnie skurcze krzyzowe bardzo mocne a później ustały gdy znalazłam się w szpitalu:)
I tak mają mi wywoływać dzisiaj poród tak wiec proszę o trzymanie kciuków.. aby wszytko było ok 🥰 napisze gdy urodzę
Dziękuję życzę Ci również powodzenia
Na wizycie dowiedziałam się, że to prawdobnie niedomoga lutealna, dostałam duphaston i zalecenia jakie badania hormonalne wykonać i kiedy. Oczywiście,wszystko jest dobrze i mamy się starać nadal, bo byłam tuż przed owulacją.
Siedem dni po owulacji zbadałam progesteron. Był w normie. Owulacja była. Wynik nie wskazywał na niedomogę. Plamienia jak były, tak były.W drugim dniu cyklu zbadałam hormony. Fsh, lh, progesteron, estradiol, prolaktynę i tak dalej, cały pakiet.
To w tym badaniu wyszedł pierwszy, niepokojący wynik. Fsh oraz lh były zbyt wysokie jak na fazę cyklu, w której się znajduje. Reszta badań była w normie. Skonsultowałam wyniki z lekarzem. Dostałam wiadomość,że wynik nie jest niepokojący, wszystko w porządku, mamy się starać dalej.
Jednak ja drążyłam dalej. Dużo czytałam i coraz bardziej się martwiłam. Wyczytałam,że z takimi wynikami zajście w ciąże jest bardzo trudne, pisali o wygasającej rezerwie jajnikowej.
Odkryłam forum. Wyskoczyła reklama bezpłatnej konsultacji ginekologicznej dla starających się o dziecko. Chciałam poznać opinię kogoś jeszcze,czy na pewno wszystko jest okej. Wysłałam zgłoszenie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2024, 09:42
Znaleźliśmy androloga, Profesora, który jest współzałożycielem kliniki, którą wybraliśmy. Zaczęliśmy przygotowania do pierwszej procedury, cały czas równocześnie starając się naturalnie. Nadzieja nas nie opuszczała. Daliśmy sobie pół roku, jednak nie tracąc czasu, diagnozowalismy się nadal. Razem. Układając sobie w głowie co będzie się działo i odkładając pieniądze bo to wszytko sporo kosztuje.
Wykonaliśmy badania gentyczne, kariotypy, u mnie badanie frax, żeby dowiedzieć się czy obniżona rezerwa jajnikowa nie wynika z genetyki. Cholernie bałam się wyniku tego badania. Jeśli wyszedłby pozytywny, jeśli urodził by się nam chłopiec, z dużym prawdopodobieństwem miałby autyzm oraz wady rozwojowe. Całe szczęście wynik był prawidłowy, kariotypy również, w badaniach genetycznych również nie wyszły mutacje. Na wyniki tych badań czekało się po kilka tygodni.
Były to tygodnie stresu, lęku. Żyliśmy całkiem normalnie. Praca, dom. Tylko nie opuszczały mnie myśli i kryzysy. Kryzys kobiecości, bo co ze mnie za kobieta, która nie może zajść w ciążę. Ogromne poczucie niesprawiedliwości i zazdrości. Dlaczego ona jest w ciąży, a nie ja? Przecież ludzie krzywdzą dzieci, nigdy ich nie chcieli, a mają.
My chcemy, wiemy że jesteśmy w stanie zapewnić wszystko co najlepsze, a nie możemy. Wkurw na życie. Martwiłam się też tym jak sobie z tym poradzimy jako małżeństwo. Czy damy radę z emocjami? Czy pomiędzy nami coś nie zepsuje, czy się nie rozstaniemy? Czy jesteśmy wystarczająco silni?
1dc
Wczoraj rano zrobiłam test ciążowy. Najpierw wyszedł negatywny. Odłożyłam go, mając jednak jakąś małą nadzieję że jednak jeszcze wyjdzie pozytywny. Wiem, wiem, wynik testu do 5 min, ale czytałam wiele historii gdzie kreska pokazywała się później. Po godzinie mówię do męża że beznadzieja i że trzeba wyrzucić test. Mąż sprawdza go, jest kreska. Szybko wstaje, faktycznie jest, ale jakaś taka krzywa. Zerkamy do światła, patrzymy pod różnymi kątami. Jest, nawet dobrze widoczna, ale krzywa. Na pewno wadliwy test.. szczególnie że idę do łazienki, badam szyjkę i widzę brunatny śluz. Myślę, ale ja głupia jestem, po co mi w ogóle był ten test, skoro lekarz powiedział że nie widział w tym cyklu owulacji. Ale zawsze jest nadzieja, a może się mylił?
Test do kosza, choć iskierka nadziei została, brak dalszych plamien. Jade na baby shower. Biłam się długo z myślami czy w ogóle jechać, czy udać chorobę. Jednak pojechałam. Nie było tragicznie, jednak trochę sztywno, ponieważ znałam tylko ciężarną. Wracając do domu czułam wielki ból. Poleciały łzy i krzyk wściekłości. Pocieszałam się że koleżanka też długo nie mogła zajść w ciążę i że ma 32 lata, myślę mam jeszcze czas.
Dzisiaj rano budzę się z delikatnym bólem brzucha, myślę ooo może to rozciąganie macicy, taaa wstaje do toalety a tam okres..
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 maja 2024, 14:42
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.